Rozcieńczona kariera MD jr.

Hm, to coś tak jak otwarta przez rok whisky… trochę wietrzeje, dolejesz innej, nowej i jest mocniejsza. “ Aplikacja game stop?”… parafrazując giełdowe sytuacje? Nie. Jeden z moich przyjaciół zwrócił uwagę, bo napisałem, że polski żużel ma się dobrze…  – “Zobaczysz co będzie w połowie  roku”. Dyskutowaliśmy chwilę, nadeszła wiadomość o karze dla Maksyma Drabika nałożona przez POLADĘ. Sprawa długa i stara, 23 – letni częstochowianin, który w 2015 roku zadebiutował w Ekstralidze w barwach Sparty Wrocław. Odpowiadał za przekroczoną infuzję niedozwolonego środka w prestiżowym meczu pomiędzy Unią Leszno a wrocławskim klubem. “Nie wiedział co robi”, sam sobie nie wstrzyknął, ma swoich mocodawców, którzy przecież ściągali go ongiś do stolicy Dolnego Śląska. Jest jeszcze lekarz klubowy i adwokat, który sprawę prowadził na zlecenie opiekunów Drabika jr. Zawodnik jest synem Sławomira Drabika, byłego reprezentanta Polski, mistrza kraju, szkoleniowca Włókniarza Częstochowa. Jak głosi echo spod Jasnej Góry relacje ojca z synem uległy zamrożeniu. Nic nowego, takie sytuacje w rodzinnych kręgach się zdarzają. Ubolewam. Sprawa Drabika jr. ciągnęła się długo, rozprawy, odwołania, trybunały, kluczenia, incydent miał miejsce w 2019 roku, kara jednego roku biegnie od 30 października 2020, czyli żużlowiec z laurami, dwoma złotymi medalami mistrzostw świata juniorów oraz innymi cennymi zdobyczami  różnego koloru, w ubiegłym sezonie przestał jeździć, odciął się od klubu a czekanie na wyrok spaliło jego system nerwowy. Sezon 2020 nijaki, końcówka zmarnowana poza torem i kolejny sezon “w plecy”. Kto odpowiada za taki stan? Mówi się głośno o dalszym ciągu tej afery; o lekarzu klubowym Bartoszu Badeńskim. Medyk miałby paść jedyną ofiarą? Dziwne. Maksym nie wiedział, klubowi bossowi też niczego nie wiedzieli, nie słyszeli? W bajki już dawno przestałem wierzyć. Serial drabikowy cdn?

Problem jest poważny, bo 23 – letni zawodnik, przyzwyczajony od dziecka do ścigania, od dziecka przyprowadzany na stadion Włókniarza przez rodziców speedway ma we krwi. On tym sportem żyje, on go karmi, i ładuje emocjonalnie. Psychika w oczekiwaniu na wyrok organu powołanego do tropienia niewłaściwych postępowań w sporcie wysiadła. Za długo to trwało, klub mocno liczył, że obroni powstałą sytuację. Nic błędnego a życie jest umiejętnością przewidywania. Gdyby uderzono się w piersi od razu, byłoby mądrze, zdrowiej psychicznie dla młodego zawodnika. Ile kosztuje ta sprawa klub? Ile? Faktury adwokackie wymierne, zaś straty moralne trudno wycenić. Były dziwne echa wrocławskie, że WADA, POLADA, gonią za sensacjami i ścigają sportowców jak… CBA. Tak. Do tego są powołane i mają odwagę/ WADA/ w skali światowej wyrzucić za olimpijską burtę potęgi np. lekkoatletyczną ekipę Rosjan. Lekceważnie olimpijskich zasad uczciwości, branie dopingu jest piętnowane i tak być powinno, inaczej sport stanie się domeną zakompleksionych szulerów, co w różnych dyscyplinach było faktem a dziecinne tłumaczenia, że pasztecik zjedzony zawierał “zło” ośmieszało kiedyś polskie środowisko olimpijskie. Ciągle mamy próby oszukiwania normalnej rywalizacji w sporcie, w różnych obszarach.

Kursują wersje, że kiedy jest popyt to i podaż funkcjonuje świetnie, jak powiedziała onegdaj jedna z “błękitnych panienek”, która pieści życie towarzyskie. Dygresja. A mnie  intryguje moralny aspekt incydentu Drabika jr., jako byłego działacza motorowego, dziennikarza, który zajmuje się nie tylko sportem od lat kilkudziesięciu. I jako ojca dorosłych synów. Granica odpowiedzialności za czyny młodych leży w nas, dorosłych, te słowa dedykuję Sparcie Wrocław, z brandem w tytule Betard. To dobra firma, Sparta zaś zasłużona, z historią, dorobkiem, jednak przekraczanie granic za wszelką cenę w celu zdobycia punktu nie warte funta kłaków. Można kupić 100 silników, zaś organizm sportowca bardzo szybko wykruszyć. Fizyczne uszczerbki dają się naprawić, psychiczne potrafią zalegać i czasem zostają w okruchach na zawsze. O tym warto pamiętać od Wrocławia, przez Gdańsk, Bydgoszcz, Rzeszów, Rybnik po Częstochowę.  W ostatnich latach casus Patryka Dudka, Grigorija Łaguty świadczy, że bezczelne bimbanie z zasad przyjętych w sportowym kodeksie ma bolesne finały. I nie ma ucieczki od surowej kary. 

Kiedy zapadł wyrok w bulwersującej sprawie Maksyma Drabika komentarze obracały się  z treściami “jak to dobrze, że tylko rok, bo mogło być cztery”. Nie aż tyle, gdyż obostrzenia od nowego roku zostały nieco złagodzone, a poza tym czujna POLADA tropi dalej, wie, że zawodnik sam nie dokonał tego niedozwolonego czynu. Nie warto. Prezesi roztaczający parasol nie mają wyobraźni, kompleksy ich gniotą, powinni wreszcie grać czystymi kartami. Marnowanie młodych zawodników jest celem jednych, kiedy drudzy ciężko pracują nad kształtowaniem talentów. Łatwiznę buduje kasa, zysk jest fałszywką.

Dwa sezony zmarnowane dla częstochowskiego vel wrocławskiego fightera, który zebrał przykre doświadczenie. Czy MDjr. zostanie w klubie, w którym rozwinął skrzydła, pokazał talent? Zdobył medale, wjechał ostro w karierę i się poślizgnął? Duży koszt.

“Rozcieńczona” kariera przed nim, trzeba się Maksymie wziąć w garść mocno i udowodnić, że moc charakteru jest siłą gladiatorów. Wreszcie zawodnik wie, kiedy może zacząć trenować, kiedy zaliczyć come back na torze oficjalnie. Gdzie? Takie pytanie nurtuje kibiców, którzy trzymają kciuki za niego. Kuszenie klubowe z różnych stron podobno już się zaczęło, nie ważne zdrowie, ważny “towar”. Dewiza mało etyczna.

Rozprawy z sumieniem

NIE ma łatwych rozstań, spraw, byle jakich finałów, zwykle ciężko coś przychodzi, łzy są słone, dróg jest tyle niezliczonych, życie szkoli nas non – stop, szczęście jednak czasem słodzi. Tekst piosenki? Może… nie zdradzam wszystkiego co mi w duszy gra. Mamy łatwe tematy ale i trudne piekielnie. Dla otoczenia, dla swojej tożsamości, ciągle  życie jednak nas koryguje, tego nie można, tamten bzdet, zranienie słowem bywa okrutne, choć rzeczywistość budzi ze snu.

Miałem rozmowę dosyć długą z działaczem, co lata strawił w żużlu nienagannie. Doświadczony piekielnie, skrupulatny jak anioł/?/ w niebie. Historia polskich działaczy krajowych i międzynarodowej klasy zasługuje na wyróżnienie, podkreślę w czasie przeszłym, bo dziś już takich sprzed lat już nie ma niestety, są “monetarni”, każdy dostaje wynagrodzenie, nikt nie pracuje za znaczek do klapy czy proporczyk. I ja to rozumiem. Co było, to było… Czasy zmieniają się i ludzie mentalnie grupują w zespoły, które wyciagają ze sportu spore pieniądze. Trwa lobbowanie biznesowe. Brakuje jeszcze w tych “interesach życia” jakiegoś zakonnika… Kluby to jedna wielka rodzina? Nad nimi władza, która jak Neptun ma trójzęba. Odpowiedzialność rozłożona i za firankami.

Swoje w żużlowej zagrodzie przerobiłem i coś przypomnę…

Otóż bywały ogólnopolskie narady z początkiem stycznia w siedzibie Polskiego Związku Motorowego na Powiślu w Warszawie/ ile razy tam przejeżdżam, wzdycham sentymentalnie/ miała elementy dyskusji nie zawsze klakierskie dla ówczesnych prominentów speedway’a. Na tej naradzie przygotowane były aktualne regulaminy, kalendarz i pączki od Bliklego.W przeddzień spotkania w stolicy, kto wybrał hotelowe spanie, mógł przetrawić dogłębnie w towarzystwie problemy minionego roku. Do otwartej dyskusji potrzeba odwagi dwóch stron, kto się boi argumentów zwleka, kluczy, najwygodniej nie spotykać się, żeby nie usłyszeć prawdy. Bywa bolesna ale uczy. Kasa się zgadza? Robimy biznes tercetami, kwartetami… Szofer pokieruje.

Speedway polski ma się dobrze, Polski Związek Motorowy dorobił się kiedyś hasła: “…pożyteczny jest i zdrowy”. Organizację pozarządową czyli PZM speedway doładowuje znacznie finansowo i prestiżowo. Zapewnia bezpieczeństwo w płynności, choć bywało przecież ongiś znacznie lepiej. Hymn narodowy utrwala zatem status quo. Niech się obraca karuzela na torach dalej, acz powstają wyrwy i wróżby nie są różowe.

1. Memoriały, memoriały…

Speedway cechują tego typu imprezy, czczą pamięć zawodników, którzy odeszli z życia w różny sposób. Dotykałem ongiś tego przykrego problemu, bo uważam, że jeśli zawodnik targnął się na życie, kontrowersyjna jest decyzja o urządzaniu Memoriału. Wybrał sam taką śmierć, “okaleczył” rodzinę, bliskich i dalszych i można wspominać zasługi sportowe, lecz robienie z hukiem imprezy jest mało logicznym rozwiązaniem. W historii były pomysły urządzania memoriałowych turniejów, niektórym “ideowcom” brakło determinacji by je kontynuować, więc są zapomniane/ Memoriały np. Lecha Barana, Ryszarda Nieścieruka, Jana Ciszewskiego/, pojawiły się jednak następne w uniesieniu emocji, koniunktury, które nie bardzo mają rację przetrwania, tło jest mocno dyskusyjne z powodów, które zaznaczyłem powyżej. Nie uprawiajmy gier na pokaz.

# Prezesie PZM Michale Sikora, warto zrobić sprawiedliwy przegląd memoriałowych turniejów w żużlu i podjąć rozsądną uchwałę w tej sprawie. Dawno temu/ chyba/ już takiego zapisu dokonano/?!/ i poza głównymi memoriałowymi wydarzeniami były tylko extra wyścigi honorujące zmarłe postaci. Nikt nikomu nie zamierza odbierać dorobku, nie lansujmy na siłę martyrologii, gdyż uczciwe, szczere pamiętanie jest modlitwą na wieki, bez podtekstów niepotrzebnych, uporządkowaniem godności dla potomności.

2. Kuriozalna, przewlekła sprawa częstochowianina Maksyma Drabika, reprezentanta wrocławskiej drużyny znalazła epilog rozprawy końcowej i POLADA zaplanowała wyrok na 2 lutego… tego roku. Jakby nie patrzeć były/ 2 razy/ mistrz świata juniorów dużo czasu spędził poza torem, sezon uciekł mu spod kół, miał więc okazję na inne rzeczy. Wolny czas rcjonalnie wykorzystał?! Czas pokaże. Trudno w tym wieku ułożyć sobie zajęcia, kiedy wypada się z rytmu meczów, turniejów, z ognia walki a płomień emocji pali duszę. Obojętnie jaki wyrok zapadnie, jaką karencję wymierzy egzekutor, zawodnika czeka wewnętrzna rehabilitacja i stosunek do sportu, który od dziecka był dla niego żywiołem. Żmudna praca jest niezwykle koniecznym sposobem przygotowania mentalnie zawodnika do startów. Warto było ścigać się z losem?

3. Inny przypadek, bardzo smutny, dotyczy rybnickiego fightera, zmarnowanego talentu ROW –  Rafała Szombierskiego, któremu grozi surowy wyrok za spowodowanie wypadku samochodem po pijanemu, trwałe uszkodzenie ciała kobiety, ucieczka z miejsca zdarzenia. Tragiczny incydent w Rybniku jakich dużo na polskich drogach. To ostatni wiraż rybniczanina, teraz żałuje, zresztą każdy w takich sytuacjach mówi podobnie.  Dlaczego do tego doszło? Nosił wilk razy kilka… żużlowiec, który był talentem na miarę choćby Zenona Plecha/ tak, tak… widowiskowo i mentalnie sportowo/, miał błyskotliwe sukcesy, rozbijał się spontanicznie w bujnym życiu poza stadionem. I nikt nie był na tyle mocnym charakterem, autorytetem dla niego, by brutalnie odebrać prawo do siadania za kierownicą auta?! Przypadek przykry i pouczający dla żużlowego środowiska; ba, dla wszystkich, którzy piją alkohol a potem pędzą autami. Tym razem nie udało się i sąd wyda wyrok. Łzy wielu osób dotkniętych dramatem mają smak gorzko – słony, piekielnie bolesny do wymazania z pamięci. Szkoda tak głupio niszczyć życia.  

Gdyby jutra nie było…

No tak, bardzo smutno, zmarł współtwórca kultowej Budki Suflera, niebanalny kompozytor ROMUALD LIPKO/ ur. 1950, Lublin/. Świetny muzyk tej ikonowej kapeli, która wrosła mocno kulturowo w świat piosenki. Utwory Romualda Lipki wykonują wybitni artyści polskiej estrady, fragmenty tekstów stały się obiegowe/ bo do tanga trzeba dwojga/, solista Krzysztof Cugowski, razem z Romualdem byli fanami żużlowego Motoru. Bodaj dwa lata temu spotkałem się z Romkiem na rynku w Kazimierzu Dolnym, gdzie miał swoją przystań i rozmawialiśmy o tekstach. Zmarł, choroba była silniejsza. Kompozytor miniatur nieśmiertelnych, Jolka, Jolka pamiętasz, Bal wszystkich świętych, Takie tango, Za ostatni grosz, Malinowy król, Dmuchawce, latawce wiatr, To nie tak miało być… Bagaż utworów jakże piękny we wzruszeniach, kiedy się słucha… LIPKO. Lublin. Gdyby jutra nie było… jeden z ostatnich utworów, jeszcze nie tak sławny jak Jolka/ emigrowałem z objęć twych nad ranem, dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem/, czy Takie tango albo Nic nie może wiecznie trwać…

Ale wracam do “ bo gdyby jutra nie było”…  Znany autor tekstu Marek Dutkiewicz, no i kompozycja rockowa, jakby przesłanie, Romuald Lipko. Hymn, symbolika? Premiera rok temu… Oto treść, “słychać” w niej emocje, muzykę dusz.

 

Wyobraź sobie, że to ostatni nasz dzień,

Ślepa ulica nas tu prowadzi

Naprawdę szkoda łez

Nie ma planety B

Na święto ognia nic nie poradzisz

Ostatni pociąg w ostatni rusza lot

Słońce zachodzi, idzie noc

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez

Niech nie rdzewieje nadzieja, ocalić trzeba wspomnienia

I wierzyć trzeba, że znów obudzimy się.

Jeśli to tylko sen

Nie może spełnić się

Niechaj nie porwie nas wir cyklonu

Czy jesteś gotów by pakować brudne sny?

Nie bać się błysku ani gromu.

Niech czarna cisza nie dopadnie nas.

Serce zabrania nam się bać.

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez…

 

XXX

 

Muszę dać odpoczynek mojemu sercu, które wzruszeniem zaczęło bić nadmiernie. No chwila, już, spokojnie. CDN…

Ile razy jestem na stadionie warszawskiej Legii hymn kibiców tej drużyny “Sen o Warszawie”, kompozycji Czesława Niemena ze słowami Marka Gaszyńskiego śpiewany na stojąco przez kilkadziesiąt tysięcy kibiców wywołuje arytmię, leci tam pieśń jak burza z trybun nad Wisłę, w stronę nobliwych Łazienek. Pięknie, to element uwertury obojętnie jakiego poziomu piłkarskiego show. Ale Niemen wybrzmiewa silnie.

LIVERPOOL. Piłkarze The Reds mają swój kultowy na całym globie hymn “Nigdy nie będziesz szedł sam”… You’ll Never Walk Alone, kilkadziesiąt tysięcy fanów ze łzami w oczach śpiewa słynny na świecie utwór. Ciekawa jego historia, stworzony na nowojorskim Broadway’u w 1945 był poświecony więzom rodzinnym, po zakończeniu II Wojny Światowej o synach, którzy nie wrócili z Europy do USA. Autorami byli kompozytorzy klasycznych musicali Rogers i Hammerstein II. Piosenka zyskała błyskawicznie popularność, wykonywali ją takie oto sławy: Presley, Sinatra, Streisand, Jones, Franklin, Charles, Garland, Humperdinck. Od 1963 roku upowszechnił w Europie Gerry Mardsen nad company. Niesamowite zjawisko, ten utwór jest kultowy, uwielbiany przez świat w każdym zakątku. Legenda. Pieśń nad pieśniami, spleciona także tragiczną historią kibiców. Słynne kluby piłkarskie/ nie tylko/ mają swoje hymny, Manchester City z Blue Moon, Barcelona wyciska z oczu do sucha łzy, Włosi mają melodyjne emocje… każdy swoje marzenia zanim zacznie się sportowa walka. “Krocz, krocz dalej z nadzieją w sercu a nigdy  nie będziesz sam,, nigdy nie będziesz szedł sam”…Kultowy diabelnie klub The Reds, prowadzony przez niemieckiego, charyzmatycznego trenera Juergena Kloppa. Piłkarskie i muzyczne zaułki Liverpoolu, The Beatles story.

Speedway jest ubogi w takie wydarzenia, nie dość, że nie ma ustabilizowanej empatii w stosunku do kibiców, choćby tych najmłodszych, przedziwna sprawa, jakaś antypatia wobec serdeczności? A co buduje więzi? Już chyba mamy dość nienawiści po kątach.

TEN felieton dedykuję prezesowi Motoru Lublin – KUBIE KĘPIE oraz wiernym KIBICOM, którzy potrafią stworzyć niesamowitą atmosferę na stadionie, mają w sercach empatię, nagradzają wygranych, przegranych, w stosunku do gości zachowują się bardzo fair. Naśladujcie więc lublinian, schowajcie nienawiść. Skąd bierze się właśnie tam serdeczna bitwa, w Lublinie? Często zastanawiam i jednocześnie cieszę z takiej postawy fanów.

To ich zachęcam, by na premierę extraligowego sezonu 2020 przygotowali hymn GDYBY JUTRA NIE BYŁO, kompozycji Romualda Lipki. Uwierzcie, będzie dobrze, przejdziecie do historii, Krzysztof Cugowski pomoże, utrwali, będziecie mocno zbudowani taką uwerturą przed każdym meczem, jeszcze na starym stadionie, gdzie tyle już spłynęło łez szczęścia. Nie bójcie się nowych wyzwań, Kuba daj szansę dzieciom i niech zawodnicy wyprowadzą ich do prezentacji , wszyscy razem, będzie rodzinnie jak nigdy, bez patosu, normalnie, zwyczajnie.

Pierwotnie, zaraz po śmierci Romualda Lipki pomyślałem o piosence “Jolka, Jolka pamiętasz”, lecz nieśmiała sugestia zmieniła radykalnie front i jestem przekonany, że wersja z utworem “ Gdyby jutra nie było”, będzie bardziej zwartym w zbiorowym wykonaniu przebojem stadionowym Motoru. BUDKA SUFLERA jest wasza, lubelska, stadion zamieni się jeszcze bardziej w serdeczny dom.

Hm, życzę powodzenia; Motor wjeżdża na obroty, konkurenci także, zapowiada się ostra gra o podium DMP a LUBLIN, nie tylko żużlowo jest miejscem wyjątkowym. Tam toczy się sportowy spektakl, brawurowy show, “aktorzy” naturalni, spontaniczni. Luz.

 

XXX

 

Starania za każdą cenę mocodawców o wybielenie nieokrzesanego życiowo młodzieńca Maksyma Drabika przypominają mi sytuacje, kiedy rodzice bronią na siłę syna, choć ten rozpuszczony na maxa bryka i gra niewiniątko. Sumienie jest tylko w bankomacie? Wychowanie nie polega na darowaniu, SPORT musi uczyć pokory; jeśli jest wina powinna być i sprawiedliwa kara. Bez ulgi, bo jak uczy historia nie tędy droga do kariery. Nie chodzi o bicie a sztuka w kształtowaniu charakteru, jeśli ktoś zbłądził. Brak mi słów, sygnuję zero tolerancji, bo “promocyjne” ułaskawienia dają zaraźliwy przykład innym. Disce puer. Krętactwa zwykle mają krótkie nogi i mszczą się okrutnie, obojętnie kto i jakim sposobem “kręci” lepkie, ciepłe lody.

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Plus minus

 

1

Nic na siłę jak mówiła moja babcia. Życie pisze scenariusze bez podpowiadania i układania. Speedway jest sportem wyjątkowym w oglądalności od samego zarania i mimo szalonej konkurencji innych sportów, wzrostu medialnych przekazów, tendencja popularności utrzymuje się w granicach poważania. Tak, nie jest sportem powszechnym przez swoją trudną specyfikę uprawiania. To nie jest tak, że weźmie się trampki, piłkę i pójdzie na boisko, klepisko czy piach. Kopać każdy umie? Pewnie. Z motorami jest inaczej i kółka trzeba opanować, umieć poprowadzić maszynę i choć niektórzy mają wrodzony talent do uprawiania żużlowego “procederu”, życie mocno koryguje ich kariery. Kiedy słyszę o tym, że speedway może być u nas sportem narodowym mam duże wątpliwości. Po pierwsze o narodowości jakiegoś sportu stanowi jego tanie uprawianie, dostęp i oczywiście popularność. Niszowość i popularność mogą pędzić w parze. Od dawna słyszę o jednym i drugim bez zastanowienia się nad sensem. Pół biedy, gdy takie opinie wygłaszają incydentalnie osoby, które ulegają raz po raz urokowi imprez przy wypełnionych trybunach. Nie ma ich niestety tam, gdzie wiatr zamyka bramy stadionów a woda w kranach nie jest nawet letnia.

Nic na siłę a jednak…

Mówi kibic będący w zażyłości z żużlem od lat kilkudziesięciu i zafascynowany potęgą rodzinnej tradycji uprawiania tego sportu przez dziadka, syna, wnuka…”Imponuje mi przekazywanie motorowych “genów” młodszemu pokoleniu. Obserwuję i podziwiam nawet sytuacje, gdy ktoś w rodzinie ginie na torze. Nie odstrasza dramat, ba, nawet jakby bardziej umacniał chęć pokazania się w walce na torze. Imponujące jest zjawisko żużlowych więzi rodzinnych”.

Władysław Gollob, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych wprowadzał na tory żużlowe młodszego syna Tomasza wiedział co robi i chce uzyskać. Nie wszystkim podobała się zadziorna, fachowa determinacja wodza familii. “Tomek będzie mistrzem świata” powtarzał jak mantrę. Nie było łatwo, gollobomania podbiła jednak stadiony Europy i napędziła z biegiem czasu koniunkturę na speedway. W cieniu Tomasza był starszy z Gollobów Jacek. Ojciec wierzył jednak w niego. Sytuacje były niecodzienne. Jeden syn spał w hotelu, drugi w samochodzie. Jeździli razem busem po Europie. Mijały lata, kariery różnie się toczyły. Dziś jeden jest milionerem, drugi trenerem w Bydgoszczy, gdzie klubem zawiaduje ojciec. Tomasz ma córkę, Jacek syna Oskara. I tenże Oskar jakby wdał się stylem w wujka Tomasza. Robi postępy i chyba będzie satysfakcja nie tylko dla dziadka.

Nic na siłę? Tak. W tym przypadku fakty przemawiają za kochanym życiem na plusie.

Inna jest sytuacja w rodzinie wielkopolskich Pawlickich. Leszno jest miastem z krajobrazem ozdobionym żużlowymi motocyklami. Piotr, ojciec, uległ wypadkowi. Dwóch synów; starszy Przemysław i młodszy Piotr/określany jako “F -16”/ nawet w wodzie mają oktany i robią karierę jaka ojcu chyba czasami tylko się śniła. Życie przebiło sny. Jak rozwiną się kariery pokaże czas, ponieważ są różne zagrożenia a życie uczy pokory. Młodość jest walorem, fantazja urokiem a moc walki wymaga rozwagi. Nie zawsze logistyka biegnie zgodnie z normami. Martwimy się, by kochane życie nie spłatało figla, bo lubi takie numery robić, zwłaszcza na żużlu.

Szczęściu warto pomóc, talentowi dać szensę rozwinięcia i pamiętać, że speedway tak jak bywa bajeczny, tak okazuje się okrutnym katem.

Patryk Dudek ma ojca rozważnego. Młody zielonogórzanin został mistrzem świata juniorów, podobnie jak i wspominany powyżej Piotr Pawlicki jr. Sławomir Dudek, ojciec jest doradcą i mechanikiem. Mama spontanicznie reaguje na poczynania syna. Nie ustrzegli się razem faktu, że syn miał czas na karencję po wykryciu “konsumpcji” niedozwolonych środków. Odcierpieli a początek sezonu pokazuje, że Patryk ”Duzers” Dudek /ksywa z kanadyjsko – amerykańskiego serialu animowanego/ jest w sztosie. Wygrał w Gorzowie Wlkp. prestiżowy XIII Memoriał Edwarda Jancarza, wcześniej w turnieju par na toruńskim torze pokazał, że nie stracił czasu a karencja dopieściła… głodem i skalą formy. Mam nadzieję, że również refleksjami nad tym, co sportowcowi wolno a co jest mu zakazane na zawsze. Falubaz ma szczęście do talentów i tamtejsza atmosfera sportowa wybija speedway w górę, choć przecież nie tylko żużlem winogronowe miasto żyje. Inne wszak sporty zielonogórskie/kosz/ wpisane są w krajobraz a dawny ośrodek pięcioboju nowoczesnego w Drzonkowie był kiedyś znany w całym świecie.

Nic na siłę…

Sławomir Drabik był talentem, miał nerw żużlowca i zaliczył częstochowskie nauczanie rzemiosła “tylko w lewo”. Pamiętam na stadionie jego syna brzdąca, który z mamą i babcią był zabierany na żużel i patrzył jak tata ściga się na obiekcie owianym tradycją wielkich mistrzów. Bywa tak, że synowie przerastają ojców. Maks Drabik jako reprezentant Polski juniorów robi postępy i jest zawodnikiem na medale. Kibice zmierzą i ocenią walory ojca i syna, potrafią wydać trafne opinie.

Wracam na koniec znów do Leszna. Mamy tam choćby klan Kasprzaków z ojcem Zenonem i Krzysztofem, który zdobył solowe srebro mistrzostw świata. I klan Jankowskich, z ojcem Romanem, którego synowie próbowali jeździć. Nie udało się. Pecha miał zielonogórzanin Andrzej Huszcza, którego córki były i są fanami żużla na amen. Następca weterana Huszczy nie narodził się a kobiety w Polsce nie mają prawa żużlowania, szkoda, piszczą więc z wrażenia tylko na trybunach. A panie przecież grają w hokeja na lodzie, skaczą na nartach, boksują i ekstremalnie wyżywają gdzie tylko można. Na żużlu ścigają się jedynie od święta.

Nic na siłę? Kto ma rację?

Ach. Proza życia jest ciągle nieprzewidywalna i zaskakuje czasem na minus a czasem na plus. Czego jest więcej?