Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

Narkotyczna miłość

download

„Skąd to się bierze“, pyta mnie gość, siedzący naprzeciw mnie w Pendolino, kiedy jadę z Katowic do Warszawy. A „to“ jest zjawiskiem pn. SPEEDWAY. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, krajobraz przewijał się szybko za oknem. Zacząłem mówić o fascynacji żużlem, więc padło pytanie skąd to się bierze…

Tak jest od wielu lat. Kilka miesięcy w roku, kiedy trwa sezon i ludzie przychodzą na stadiony, kiedy już zimno i kończą się wydarzenia na torach trwa podsumowanie w koleżeńskich gronach, samotnie, nie byle jak, poważnie, kibic żużlowy jest mocno wciągnięty w tajemnice środowiska. Dużo wie, zbiera programy z imprez, gadżety, ustala gdzie i kiedy pojedzie na mecze, turnieje. Znajomość tego sportu zasługuje na respekt, tu nie ma amatorstwa. Jest ogromne przywiązanie, wierność, pochwały i wybaczanie za spaprane wyniki. Rodzinne układy niemal. Znam takiego gościa z Czech, który „karmi się“ polską ligą, przyjeżdża do Wrocławia najczęściej, bo mu najbliżej, ale wyprawia się także dalej. Zauroczenie, zbieractwo pamiątek, są tacy, którzy mają hałdy materiałów, co jest imponującym sportowym archiwum.

Speedaway jest sportem rodzinnym, od małego dzieci nasiąkają z tatą, mamą emocjami żużlowymi. Ładne obrazki, jak z albumów. Powiem Wam, że ostatnio byłem na meczu Legii w Warszawie, gdzie atmosfera piłkarska jest fantastyczna, trybuna „żyleta“ w białej  tonacji pulsuje przez ponad półtorej godziny rytmem wulkanu. Poza tym miejscem dużo rodzin z dziećmi, nawet małymi. Tam przychodzi się nie tylko na czysty sport, tam kibice zjawiają się w gromadzie, żeby spotkać się i cieszyć dopingiem. Taka żużlowa atmosfera bez dwóch zdań. Sport w wydaniu pokoleniowym. I takim jest też speedway, który ma różne odcienie. A propos futbolu, ostatnio przypomniała się apetyczna modelka Claudia Romani w skąpym czarnym odzieniu, które podkreśliło kobiece walory, nie są one obojętne dla męskiego oka, Artur Jóska z redakcji „TŻ“ poszukał zdjęcia Claudii, jakbym widział podprowadzające sylwetki na starcie żużlowych widowisk, dziewczyny na okładki pism kolorowych, niektóre z nich zrobiły przecież kariery. Uciekły spod taśmy startowej, zawodnicy wypatrujący zielonego światła na starcie widzieli w ułamkach sekund także te dziewczyny i narodziły się romanse skwitowane fakturami małżeństw.

Claudia Romani ma 37 lat, urodziła się we Włoszech, mieszka na Florydzie i jest zagorzałą fanką AC Milanu. No, no gwiazda nie od parady. Speedway ma takie fanki na pęczki, nie są lansowane na siłę, pokazywane przez stacje TV, utrwalane w czasie serialu Grand Prix. To już wyższa półka, skok w świat karier wybiegów kreatorów, reklam rozmaitej treści. Sport jest kreatywnym zjawiskiem naszego życia, on potrzebuje celebrytów, choć emocjami broni się czasem bez osłonek. Proszę pani, proszę pana, „skąd to się bierze“… Ano ze zdrowej fascynacji. Zapach żużlowych spalin podnieca od dawna nie tylko kobiety. Wiruje, mąci w głowach, przyciąga, uzależnia, narkotyczna miłość. Kobiety lgną do żużlowych trybun stadionów, podnieca ich wprost jazda i zapach spalanej mieszanki. Charakterystyczna woń uzależnienia od sportu, który w swojej ekstremie różni się od skoku wzwyż, pchnięcia kulą czy wioślarstwa. Nie chcę przypominać tekstów swoich, gdzie analizowałem fascynacje żużlowe i pytałem dziewczyny jaki jest ich soczysty odbiór widowisk, które pobudzają, wciągają emocjonalnie w walkę na torze, w przeżycia swoich ciał. Takie teksty można czytać bez dzieci, speedway jest nasiąknięty erotyką wyjątkowej dramaturgi zawodów i owiany zapachem spalin. Osobliwość, nie tylko polska, wszędzie tam, gdzie na torze mamy jazdy.

Lubelski MOTOR po wielu latach awansował do Ekstraligi, jako beniaminek zrobił furorę, nie tylko utrzymaniem się w elitarnym gronie ale atmosferą kibiców, którzy stworzyli najlepszą widownię w Polsce, bez szowinizmu, teatr tolerancji, szacunek dla rywali, przyjezdnych fanów. Będą mieli nowy stadion na 20 tysięcy ludzi, świetny projekt, obiekt na serial Grand Prix i pewnie doczekają tego wyznawcy familii Kępów, która programuje scenariusze dla lubelskich wielbicieli żużla. Lublin jest przykładem do naśladowania, że sport kulturowo łączy wszystkich, a tego nam potrzeba w dzisiejszych czasach kibicowskiego rewanżyzmu.

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, zawsze widzę na żużlowych stadionach rodziny, najbliżej z tego resetu jest siatkówka, która tworzy wspaniałe widowiska w halach, tam jest zabawa, kolorowe festyny, doping nieustający bez alkoholowych ceregieli i burd. Wspólnota sportu buduje więzi, jest przykładem dla nieletnich, wzorem do naśladowania dla sportów, gdzie ciężki sprzęt do walki wręcz jest przemycany dziwnymi sposobami, żeby wzniecać zamieszki. Nie tylko na stadionach, przed i po zawodach. Polscy kibice piłkarscy nie są lekkim chlebem, bułką z masłem dla organizatorów imprez w Europie.

Narkotyczna miłość, felieton może banalny ale speedway jest w swoim żywiole zjawiskowym przeżyciem.

Kończy się sezon, faza ostatecznych meczów, turniejów, pobudza zmysły. W Ekstralidze Unia Leszno, która broni mistrzowskiego tronu jest silna. Team na złoto. Przyjdzie czas na analizy, także w niższych wagowo ligach. Jest szczyt i doliny. Toruńska upadła twierdza chce zbudować nowe oblicze. Znowu klakierzy tego zasłużonego klubu, który wywrócił się jak szalupa na oceanie, trąbią o transferach. Dziwię się, że tak długo wierzono w gwiazdy, które począwszy od nieudacznictwa ustawiania składu wpadły w kanał spadku. W tymże Toruniu będzie finał GP, indywidualnych MŚ. Bartosz ZMARZLIK, gorzowski bojownik ma szanse być trzecim polskim mistrzem świata.Tam, gdzie pierniki Kopernika smakują najbardziej z jednej strony może być euforia i roztrząsanie upadku klubowej egzystencji. Sezon się kończy, nie ma  alternatywy indoor, czyli turniejów pod dachem, przedłużenia letnicj miesięcy w innej wersji zdarzeń na torze. Nie ma już tak atrakcyjnych wojaży na Antypody, które organizował dla europejskich graczy Ivan Mauger. The end. No tak, KONIEC, lecz nie zanik narkotycznej miłości do ścigania się z napędem 4×4. „Skąd to się bierze…“  Ano bierze i to jak!

Moje fado

1 - Singer of Fado-1W portugalskich, portowych knajpkach w XIX wieku powstał ten rodzaj muzyki, fado, sentymentalny, tęskny. Lizbona, Porto… bajkowe miasta, gdzie nie sposób posłuchać tej muzyki; wokal wykonywany przy akompaniamencie dwóch gitar, wino podsyca nastrój, muzyka i pieśni jak świąteczne ballady. Znam, uwielbiam, szwendam się tam, słucham i rozmyślam, takie mam życiowe pobocza. Lubię także dworce kolejowe świata, lokalne, które przygarniają w koniecznych chwilach nie patrząc na godziny. Miejsca na odjazdy, przyjazdy, zawsze lepiej witać się, niż żegnać.

Koniec roku, sezonu, już rachunki strat i zysków dokonane. A przed oczami wyobraźni nowe wyzwania. Ledwie się zakończyła karuzela a już chcemy wsiadać na nową. Powoli, cierpliwości panie i panowie. Tego człowiek uczy się latami, szlifuje i zawsze jeszcze wpada w jakieś dziury. Nie ukrywam, że w duszy grają mi sentymenty, które pielęgnuję, odgrzebuję, co nie oznacza, że tu i teraz oraz jutro są bardzo ważne, zwłaszcza, kiedy pesel coś człowiekowi udowadnia.

Już wjeżdża nowy rok 2018 a co było w 1978, 1988 ? 40, 30 lat temu na arenie światowej? Lata spadają jak kartki z kalendarza, zrywamy, nie robimy zaległości. Nikt nam nie jest w stanie wydrzeć wspomnień, są wkręcone w świadomość i odgrywają na nowo taśmy z tamtych lat.

  1. Epoka późnego Edwarda Gierka a w Argentynie piłkarski Mundial. Wygrali gospodarze po dogrywce z Holandią 3:1. Finał odbył się w Buenos Aires, polskiego czasu o godzinie 15.00. Polacy pod wodzą trenera Jacka Gmocha zajęli 5/6 miejsce. Oczekiwania były większe, wygraliśmy np.mecz z Meksykiem 3:1. Zbigniew Boniek był liderem drużyny a królem strzelców został Mario Kempes ulubieniec gospodarzy. Argentyną rządziła junta wojskowa, Swiat się oburzał, odmówił wyjazdu na Mundial wspominany przeze mnie w poprzednim felietonie Holender Johan Cruyff.

Kiedy rozgrywano argentyński finał, na Stadionie Śląskim mieliśmy finał mistrzostw świata par. Niefortunna zbitka, nic nowego, bo tradycyjnie Międzynarodowa Federacja Motocyklowa lekceważy największe imprezy świata, nie uwzględnia terminów i faktu, że kibice inetresują się nie tylko motorami. Igrzyska Olimpijskie, MŚ, ME mają rangę ponad wszystkoostro rywalizującą z wydarzeniami na torach. Stadion Śląski był wypełniony zaledwie w połowie, co robiło wrażenie pustego obiektu, ponadto były rozbieżności w ilości widzów a sprzedanymi biletami. Wygrali Brytyjczycy, przed nową Zelandią; Malcolm Simmons, zwany “Simmo”, ścigał się w dodatkowym wyścigu z Ivanem Maugerem. Brytyjską parę dopełniał Gordon Kennett, a nowozelandzką Larry Ross. Trzecie miejsce zajęła Dania z Ole Olsenem i Finnem Thomsenem. Nie liczono, że Czesi Jirzi Stancl i Jan Verner staną na podium! A gdzie gospodarze w zestawieniu Edward Jancarz – Bolesław Proch/obaj już nie żyją/. Polacy przegrali trzema punktami z Czechami, Eddy zdobył 13 pkt, tylko dwa Proch. Klapa. Za nami Niemcy i… Szwedzi! “Trzy Korony” na siódmym miejscu – Jan Andersson, który jeździł w Kaparnie Goeteborg i Boerje Klinberg. Andersson zajmuje się obecnie rasowaniem silników i ma zmienne powodzenie. Finał przeszedł do historii, wynik był w polskich mediach komentowany krytycznie, ponadto na Mundialu nie było podium a w Chorzowie przy dziurawych bramach medale wisiały za wysoko. Jeden zawodnik nie wygra rywalizacji par, musi być zgrany tandem. Polski duet dał “ciała”, porażka u siebie bolesna.

INDYWIDUALNE mistrzostwa świata. Finał extra, w Londynie, więc lecę na Wembley, wielka gala, zaproszeni byli mistrzowie świata. Mamy dwóch reprezentantów, Jerzy Rembas, który ma wsparcie w gorzowianinie Edwardzie Jancarzu, który jeździ na Wimbledonie. Marek Cieślak jak zwykle niespokojny, co to będzie, co to będzie. Wembley pełne, ściganie w potwornym wrzasku kibiców, emocje sięgające zenitu. Wieczór ze speedway’em na tym starym Wembley był wydarzeniem niecodziennym, trudno opisać, brakuje czasem słów na obrazy z łomotem. Dramatyczny finał dla Polaków, oto debiutant Rembas, który wskoczył do finału z listy rezerwowej, po złamaniu nogi przez Niemca Hansa Wassermanna ma szanse na MEDAL na Wembley jako pierwszy Polak. Edward Jancarz daje mu swój sprzęt, gorzowski, reprezentacyjny mechanik Edward Pilarczyk przeciera okulary, zapomina, gdzie jest, “kocioł” na trybunach, Jurek stoi przed życiową szansą, no i niestety nie udaje mu się sztuka. Rembas za bardzo “odkręca”, gubi go trema, traci szansę a jako nałogowy palacz mógł dać popalić światowej elicie. Złoty medal zdobywa Duńczyk Ole Olsen, który na żużlu nie dokonywał szaleństw, fajerwerków, speedway w jego wykonaniu był oparty na niezawodnym sprzęcie/ Jawa/ i skandynawskim chłodzie. Dopiero po zawodach można było poluzować i wyściskać żonę Ullę. Na tej imprezie była przy podium obok Olsenowej miss świata, seksowna, niebieskooka Mary Stavin.

Za Olsenem znalazł się Gordon Kennett, spokojny, konsekwentny. O trzecie miejsce barażowali Amerykanin Scott Autrey, Dave Jessup i Jerzy Rembas, taka też była kolejność na mecie. Miałem wówczas ściśnięte gardło i wysokie tętno, bo szansa medalowa była prawie w kieszeni. Jerzy Rembas piąty, zapalił z Pilarczykiem papierosa, na piwo potem przyszedł czas. Marek Cieślak, który w finale kontynentalnym w Pradze był trzeci, za zwycięzcą Wassermannem i Czechem Jirzim Stanclem/ widziałem go ostatnio na GP w Pradze/, częstochowianin był dwunasty z 5 pkt. Słynny Mauger ósmy, Stancl przedostatni a ostatni jego rodak Petr Ondrasik. Za plecami Rembasa ulokował się angielski as Simmons, zawsze z perłowym uśmiechem, za “SIMMO” szalały polskie dziewczyny. Czy dawał im szanse tego nie wiem…

DRUŻYNOWE MŚ z finałem w bawarskim Landshut. Byłem tam z redaktorem Janem Ciszewskim, który tym razem nie do TV a nadawał do Polskiego Radia. Nowy tor kilkanaście kilometrów za ślicznym, zabytkowym miastem. Po raz pierwszy zajaśniała gwiazda Duńczyków niczym Wielki Wóz na niebie. 37 punktów zdobyli złoci Hans Nielsen, Olsen, Mike Lohmann i Thomsen. 27 pkt Anglia, a na podium z 16 pkt POLSKA, Jancarz, Cieślak, Rembas, Zenon Plech i Andrzej Huszcza. W pewnym momencie zgasło na małym, zgrabnym stadionie na wsi światło, jednak niemiecka sprawność prąd uruchomiła w porę. Za Polakami ulokowali się Czesi, co niejako było rewanżem za wpadkę na Stadionie Śląskim. Landshut nad Izarą wygląda jak landszaftowe widokówki bawarskie; starówka i zamek, polonica i życie na wysokiej stopie. Tak tam było i nadal jest! Region czysty jak łza, cisza, dbają o ekologię wszędzie, dlatego stadion zlokalizowano za miastem. Przykład myślenia o ludziach i ptakach.

1978, rok dla Polaków już z obywatelskimi niepokojami, protestami, prawo łamane.

Biorę oddech. Nastawiam płytę z fado i odgrzebuję w pamięci, jak to było w żużlu 10 lat później/1988/. Ofensywa duńska od Landshut ciągle miała moc i była fascynującym objawieniem, teamem gwiazd pod wodzą Olsena, które wydawało się, że będą świecić fantastycznie długo. Jednak życie dotkliwie udowadnia, że gwiazdy nagle spadają, dlatego mamy ciągłe dramaty zapisujące kolejne kartki historii. /CDN/

Ole, jak to krótko powiedzieć?

 

ole_olsen_470

Ładne miasteczko na południu Danii. Haderslev. Cicho, spokojnie, przystań z której bezszelestnie wypływają w morze jachty. Obok hotelu “Norden”, który reklamował się pozłacaną Jawą, motocyklem żużlowym, który trzykrotny mistrz świata Ole Olsen, dostał od Czechów za zwycięstwa w kultowym turnieju w Pardubicach “Zlata Prilba”, duży staw na którym można podziwiać kąpiele kaczek. Haderslev, tu urodził się Ole Olsen, przytulny domek, w którym, zanim Ole nie przeprowadził się do Vojens, był w środku ozdobiony trofeami z triumfów Olsena, tam mieszkał i pilnował biznesu handlowego używanymi samochodami.

Ale to już było…

Ole, lat 71. Miał żyłkę do interesów, w Vojens wybudował stadion, niektórzy dziwili się, że w takim małym misteczku. Byli tacy w Polsce, którzy wyrażali opinię o stadionie na …wsi. Bzdura. A jednak tam jeździli. Olsen razem ze swoim przyjacielem do pewnego momentu prowadzenia interesów z Aage Sondergaardem, organizowali prestiżowe turnieje mistrzostw świata. Kilka imprez sędziował polski arbiter Roman Cheładze. Finały kontynentalne indywidualnych mistrzostw świata, drużynowe, zażarte ściganie się na czerwonym torze. Powiększano miejsca, kibiców przybywało, angielscy fani przylatywali na piwo Faxe i Tuborg, niemieccy entuzjaści mieli bliżej autami, a ich apetyty nie tylko na grilowane kiełbaski rozbudzał wówczas charyzmatyczny, blondwłosy Egon Mueller. Takich postaci potrzebuje każdy sport, gdyż bez idoli, rodzących się ikon sport po prostu marnieje. Vojens bogaciło się dzięki turniejom, no nie tak jak pobliski Legoland, który na kibicach żużlowych też zarabiał. Było optymistycznie i pięknie. Duński speedway na szerokie wody wyprowadził guru Olsen, armada żużlowych Hamletów z Hansem Nielsenem, Erikiem Gundersenem, Tomy Knudsenem, Janem O. Pedersenem zdobywała medale mistrzostw świata. Kiedy Ole zakończył karierę nie poprzestał na stadionowym interesie, razem z angielskimi promotorami narodził się nowy projekt pt. serial Grand Prix, który zastąpił strukturę rozgrywania MŚ. Początki były fatalne, długie turnieje, koncepcja była modyfikowana, przybywało turniejów, niektóre zaplanowane rynki nie przyjęły speedway’a. W żużlu można zawsze liczyć na polskich kibiców i sponsorów. Kompania piwowarska Lech Jana Kulczyka ratowała sytuację serialu na początku, bo groził krach. Anglicy mieli apetyty finansowe, drenaż organizatorów poszczególnych turniejów nie zawsze zapewniał stabilizację. Polacy psuli rynek, mieli z czego dawać, z frekwencji, ze sponsorów. Wszystko ma jednak swoje końce, nie tylko początki. Nie jestem zwolennikiem takiego nadętego rozgrywania mistrzostw świata. Ale ten projekt jest powielany, bo nie ma na razie alternatywy, nie ma takich co zaproponują modyfikację starego systemu z jednodniowym wielkim finałem wieńczącym sezon. Takie jednodniowe igrzyska, taki trzydniowy jazd wszystkich sympatyków żużla, którzy kochają ten sport. Olsen został dyrektorem serialu Grand Prix. Miał różne przygody, nie zawsze udawało się zrobić sztuczny tor, choćby wspomnieć Goeteborg czy Warszawę. Doświadczenia z ”materacami” psuły wizerunek turniejów rangi mistrzostw świata. Olsen ma dwóch synów, starszego Jacoba kreował na swojego następcę na torach, nic z tego nie wyszło, bo nie zawsze dzieci mają taki talent jak rodzice. Młodszy Torben, innego charakteru, jest teraz jednym z dyrektorów firmy BSI, która dzierżawi serial GP od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Tata już nie pełni funkcji dyrektora serialu, ma następcę, który nie jeździł na żużlu, ale senior Ole nie może żyć bez żużla, który jest jego treścią życia, był i będzie. Przyjął na “klatę” trzy lata temu wpadkę na Stadionie Narodowym z torem, który rozpadał się jak stara wykładzina, a maszyna startowa była nieposłuszna wyjątkowo i szwankowała raz po raz. Człowiek uczy się całe życie. Prawda bywa bolesna ale zawsze dla ambitnych lekcją do odrobienia. Pieniądz nakręca koniunkturę. Olsen nie robi niczego za darmo, podpisuje kontrakty, buduje tory. Czy na Stadionie Narodowym Polak nie potrafiłby? O…, odpowiedź na takie pytanie zostawiam sobie na inną okazję.

Dlaczego wracam felietonowo do rodziny Olsenów, bo senior “napisał” duży rozdział tego sportu. Być trzy razy mistrzem świata jest wielkim sukcesem, zostać animatorem po zakończeniu kariery, serialu i oblatywać stadiony, pilnować, pracować kilkanaście lat, jest także wyjątkowym rozdziałem. Nie każdy wielki sportowiec zachowuje taką kondycję, ma talent do robienia pieniędzy na tym, co było podstawą w sportowej karierze. Znam Olsena od 1975 roku, od pamiętnego zwycięstwa na Wembley. W 1978 roku znów tam wygrał. Był może nie tak efektownym zawodnikiem ale efektywnym! Podobnym jemu był Hans Nielsen, obaj spokojni, wyważeni, bez nałogów, sportowcy dla których kariera była fundamentem budowy dalszego ”domu”. W Vojens byłem wiele razy i w Haderslev, również w rodzinnym domu, gdzie pamiątki żużlowej kariery przyciągały wzrok. Było tego “towaru” sporo, a ile jeszcze bez prezentacji, bo dla wielkich mistrzów brakuje miejsca na trofea. Olsen ma jeszcze jedną pasję obok żużla, myślistwo. Polska nie była jednak dla niego łowieckim rajem, raczej Słowacja, Czechy. Ole Olsen był rodzinny, żona Ulla, dzieci, dom. Ma w Vojens pomnikowy stadion. Wykreował Torbena na dyrektora, nazwisko Olsen jest w obiegu międzynarodowym, senior działa w FIM. Nigdy tego nie wspominałem, ale był taki finał indywidualny na Stadionie Śląskim i po treningu razem jeszcze z Aage Sondergaardem zaprosiłem ich do siebie, do mieszkania w katowickiej Superjednostce. Była wtedy największym budynkiem w Polsce. Niestety, nie wszystkie windy w tym momencie były czynne, ale daliśmy radę a duńskim gościom bardzo smakował krupniok i tyskie piwo. Mieszkanie było małe, ale nie służbowe, jak… sądzili moi przyjaciele.

Takie to były fajne czasy, a ja bardzo lubię duńskie klimaty.

  1. Udał się tor przygotowany na Stadionie Narodowym w Warszawie na GP. Prawie idealny a jak na tor pod dachem, nawierzchnia układana, to świetny, do walki wszędzie, brawo!

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.

 

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

MAUGER

 

IVAN MAUGER

Średniego wzrostu, czarne, lekko falujące włosy, przyjemny uśmiech, skoncentrowany w rozmowie ale nie mający za dużo czasu. Nowozelandzkim lisem określany, chytry na startach, szybki, “przylepiony” do toru, nienaganna technika. IVAN MAUGER, drugie imię Gerald, urodził się w Nowej Zelandii 10 pażdziernika 1939 roku. Kariera bogata w medale, każdego koloru, najwięcej zagarnął złotych krążków, startował w każdej kategorii żużlowej, wszędzie gdzie się pojawiał był faworytem, jednak nie zawsze wygrywał. Miał często szczęście zawodowca ale sport czasem płatał mu figla.

1979 rok, Stadion Śląski w Chorzowie. Zenon Plech nigdy nie był tak przygotowany, spięty, chciał być mistrzem świata i zasługiwał na taki laur. Startował w Anglii, którą uwielbiał, bo też atmosfera na wyspiarskich torach była cudowna, niepowtarzalna. Silniki Zenka lśniące i przygotowane gadżety okolicznościowe.” Plek”, jak mawiali Anglicy, był w gronie faworytów, lecz jak pokonać faworyta nr 1 Ivana Maugera?

Dziennikarze angielscy upodobali sobie od 1973 roku sosnowiecki Novotel, organizatorzy rezerwowali ekipom hotel “Katowice”. Taksówkarze robili dobre interesy z wyspiarzami, kursy były dewizowe a funt stał wysoko. Wiedziały o tym “panienki”, które okupowały bary w hotelach. Mauger przyjeżdżał do Polski z żoną Raye, uśmiechniętą, rozmowną, można było od niej wytargować jakąś książkę męża, którego nadwornym kronikarzem był angielski reporter Peter Oakes.

Turniej’79. Plech przegrał wyścig z Maugerem, na starcie jakby na ułamek sekundy zagapił się i zobaczył uciekającego rywala. 40 – letni Nowozelandczyk zdobył szósty tytuł mistrza świata w zgrabnym finale. Radość była większa od… Nowej Zelandii, którą Ivan z powodzeniem sławił nie tylko na żużlowych torach.

Poznaliśmy się dość dobrze, schlebiała mi ta znajomość z mistrzem, zawodnikiem nieprzeciętnym, człowiekiem konkretnych interesów. Mauger poznał Polskę, bo przyjeżdżał wiele razy i mentalność moich rodaków nie była mu obca. “Ajwen” wiedział jak momentami rozmawiać w parkingu, kiedy ważyły się losy turnieju.

1977 rok. Przylatuję na kamaeralne lotnisko w Goeteborgu razem z Janem Ciszewskim, legendarnym komentatorem radia i TV. Na lotnisku czeka na “Cisa”wrocławski żużlowiec Jerzy Trzeszkowski, który wyjechał “nielegalnie” do Szwecji. Pogoda w kratkę, leje niczym z cebra. Tor na Ullevi ciężki jak namoczony materac. Przed rokiem w Chorzowie mistrzem świata został rewelacyjny Anglik Peter Collins, teraz ma nogę w gipsowym bucie. Kontuzja ogranicza jego szansę na powtórkę sukcesu, walczy, ale Mauger wie czego chce a londyński fotoreporter Mike Patrick marzy o historycznym zdjęciu Maugera ze słynnym Szwedem Ove Fundinem, który ma w dorobku pięć złotych medali IMŚ. Maugerowi udaje się sztuka i Fundin gratuluje w kuluarach złota Ivanowi. Zdjęcie “ artystów torów” obiega świat a Nowozelandczyk… zapowiada walkę o szósty tytuł. Niemożliwe zadanie? Jego marzenie spełnia się dwa lata później.

1971, finał mistrzostw świata par w Rybniku, faworytami nr 1 są Nowozelandczycy Mauger i Barry Briggs. Polskę reprezentują: Andrzej Wyglenda, górnicza iskra z rybnickiej dzielnicy Paruszowiec. A szef żużla płk. Rościsław Słowiecki stawia na opolską strzałę Jerzego Szczakiela i po wojskowemu rozwiewa wątpliwości, “nu”, jak mawiał, “pojedzie Jurek i koniec dyskusji”. Polska para zdobywa komplet punktów, za nimi “ogłuszona” para z Nowej Zelandii. Triumf w Rybniku zwiastował potencjał miejscowego żużla i błyskawicy z podopolskich Grudzic.

Mauger ? Hm, wielka postać światowego speedway’a, multimedalista, był 14 razy w indywidualnych finałach MŚ, 8 razy w finałach drużynowych MŚ/ 7 razy startował w ekipie Wielkiej Brytanii i zgarnął 4 złote medale, raz złoto w barwach Nowej Zelandii/. W mistrzostwach świata par był 14 razy w finałach a dorobek: 2 razy złoto, 4 razy srebro, 2 razy brąz. Wystarczy, uff ? Mr. Mauger… nie znał umiaru w zdobywania medali, kochał złote, jeszcze trzy razy wygrał finał MŚ na długim torze.

Przyjechał do Anglii w 1957 roku, zaczął smakować speedway w rodzinnym kraju dwa lata wcześniej. Długo jeździł w walijskim Exeterze, był też na londyńskim Wimbledonie, gdzie potem startował Edward Jancarz. Pierwszy złoty medal w IMŚ zdobył w Goteborgu w 1968 roku, rok później w Londynie na Wembley a w 1970 roku we Wrocławiu, gdzie drugi był skromny świętochłowiczanin Paweł Waloszek.

Wskakuję w rok 1973 i otwarcie Stadionu Śląskiego, ponad 100 tysięcy widzów, dziś babcie i dziadkowie opowiadają wnukom jaka to była super impreza. Atmosfera wydarzenia, które często jest wspominane. Jerzy Szczakiel nie był faworytem, z Polaków upatrywano na podium Edwarda Jancarza i młodziutkiego wówczas Zenona Plecha. A tu nagle mamy “bombę”, w dodatkowym wyścigu decydującym o mistrzostwie świata na starcie stanęli w czerwonym kasku Mauger, w białym Szczakiel, którego nazwisko było piekielnie trudne do wymówienia dla Brytyjczyków czy Skandynawów. Musieli jednak łamać sobie języki. Start, Polak ucieka Ivanowi, ten szaleńczo goni, tłumy wiwatują, dopingują z całych sił, łomot trybun olbrzymi, po szaleńczym pościgu Mauger wreszcie dopada od środka na drugim okrążeniu Jurka, zczepiają się na sekundy, opolanin utrzymuje równowagę, rywal upada a Jerzy spokojnie dojeżdza do mety. Mauger leży na torze, jeden z działaczy mówi do niego “wstawaj, już po wszystkim”. Faworyt nie wierzy, że przegrał. Z kim? Ano z tym, który dwa lata wcześniej pokazał w Rybniku, kto może być szybszy od niego i wygrać! SZCZAKIEL. Finał przechodzi do historii, brązowy medal dla Plecha. Komentatorzy, reporterzy wysyłyłają depesze, że sensacja, bo Mauger przegrał ze Szczakielem. Zaskoczenie udziela się niemal wszystkim, mało mówi się o zwycięzcy, więcej o przegranych. Głupie sytuacje, rutyniarzy nie stać na pogodzenie się z faktem, że wygrał ten, który nie był kreowany na podium.

MAUGER zakończył karierę w 1985 roku, po 30 latach startów; dwa pożegnalne turnieje odbyły się m. inn. w Gnieźnie i Lesznie; Ivan poturbował się w jednym z nich, goście mieszkali w pałacu w Rydzynie, atmosfera nie była taka o jakiej marzyli organizatorzy, bohatera oblepiono plastrami w szpitalu. W pałacu nawet ciepła wódka nie była w stanie ocieplić wszystkich, zagorzałych fanów, którzy przylecieli z różnych stron świata.

Z Ivanem widziałem się przed laty w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”. Przyleciał do Europy, która wysypała mu szczęśliwie stos medali. Państwo Maugerowie mający liczną rodzinę osiedli na australijskim, atrakcyjnym wybrzeżu Gold Coast. Jest tam ładnie. Na Antypodach Ivan organizował wcześniej przez wiele lat tradycyjne tournee dla europejskich zawodników/takie przyjemne z pożytecznym przedłużenie sezonu/ i serią turniejów. Ścigali się tam również i Polacy, wszyscy korzystali z dobrodziejstw oceanu i słońca.

XXX

IVAN MAUGER, legenda żużla, ikona to skromne określenie, zawodnik, który jako pierwszy podpisał kontrakt reklamowy/ Ricard/ przebywa obecnie w specjalnym ośrodku, niestety miał udar, uczy się mówić, bo dopadła go afazja. Jest wybitnym sportowcem, kultową postacią, która bardzo często wygrywała a dziś niestety przegrywa z ciężką chorobą. Przykre. Rodzina na szczęście jest blisko.

Losy arcymistrzów w sporcie często bywają poszarpane, jednak dorobek i kariery utrwalają pamięć o tym, co było zwycięskie, piękne w dramaturgii i dostarczało wzruszeń. Wydarzenia opisano, kamery zarejestrowały, można więc czasem delektować się archiwalnymi nagraniami, które potwierdzają, że były to chwile niezapomniane. Tylko dwóch żużlowców w historii zdobyło po sześć tytułów solowych MŚ, Szwed Tony Rickardsson i Mauger. Jakże odmiennych stylów! Dwa inne pokolenia! Nowozelandczyk był prekursorem pewnej kultury żużlowej, którą unowocześnił Szwed i obaj pokazali, że speedway może być sportem w swojej istocie eleganckim.