3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

Karkosik, Wybrzeże i Jasna Góra

Aug 28 - MMM ad 4

Amerykański pisarz Mark TWAIN oświadczył kiedyś: “ Życie byłoby nieskończenie szczęśliwsze, gdybyśmy mogli rozpocząć je w wieku lat osiemdziesięciu i stopniowo zbliżać się do osiemnastu”. Polecam przemyślenie tych słów a pod koniec felietonu będą inne.

W gdańskie Wybrzeże wmieszał się onegdaj diler aut Renault i jak to się skończyło, widzi cała, nie tylko żużlowa, Polska. Dla bogatego Trójmiasta postawa tego klubu jest wstydem dla środowiska, bo dopuściło do tak przykrej sytuacji. Nie schodzi się z tradycyjnego poziomu i nie można dopuszczać do zarządzania w sporcie ludzi przypadkowych, którzy węszą interes i sławę. “Renówki” są lepsze od żużlowej drużyny. Skończyły się pieniądze i trener Stanisław Chomski pojechał do Torunia, gdzie lepszą kasę trzyma Roman Karkosik. Ile konkretnych zer na koncie dzieli promotora Wybrzeża od właściciela Unibaxu wiedzą w bankach. Trochę tego jest…

W sporcie nie tylko wysokość konta jest istotna w budowaniu budżetu, lecz także filozofia działania, umiejętność przewidywania oraz realizm w podejmowaniu decyzji. W polskim żużlu od czasów transformacji było kilka cudów, choćby w Rybniku czy Zielonej Górze. Węgiel, gdy był w cenie a runo leśne także, pieniądze nie grały roli i do promotorów przylepiali się ludzie z zachwytem uwielbiania śmiesznych pomysłów. Brak krytycyzmu gubi niestety moich rodaków bardzo często. Władza żużlowa wymyśliła taki wybieg, żeby zafundować niepewnym klubom tzw. licencje nadzorowane. Nie chcę już powtarzać tego idiotyzmu, który nijak ma się do realizmu. To tak, jakby szefom żużlowych spółek i Giekażetu dać kredyt zaufania dozgonnie. Czas ostatnich lat w sporcie zmienił jego oblicze. Pieniądze wywierają wpływ na mentalność i rzeczywiście może tak być, że będziemy mieli żużlowców w podobnym wieku, jak w motocyklowych wyścigach na lodzie. Czy do 60 – tki można się ścigać? Da Bozia zdrowie a bankomat wypłaci, to dlaczego nie! Już słyszę o takich deklaracjach. “Chytry traci dwa razy” mówi dobre przysłowie, czy rekordy wiekowo – startowe Ivana Maugera, Pawła Waloszka i Andrzeja Huszczy padną? Był jeszcze leciwy oryginał z Austrii Manfred Trisko.

A co w Częstochowie? Kochają tam speedway tak, jak pielgrzymi klasztor na Jasnej Górze. W mieście i okolicy nie brakuje rozmaitych firm paliwowych, są czasem jednak kłopoty prokuratorskie z bossami dystrybutorów. I bywa, że czasem kogoś o szóstej rano mundurowi wyciągają z łóżka na “dołek”. Wstyd potaniał w Polsce okrutnie i można nim handlować bez rumieńców. Zawodnicy muszą się ścigać a na wypłaty pusta kasa. Zadłużenia rosną i nijak to się ma do licencji nadzorowanych. Takie Wybrzeże po wysokiej przegranej stwarza kłopot wygranemu klubowi, bo zwycięzca musi zapłacić zawodnikom krocie. Nikt nie zastanawia się nad kibicami, którzy zamiast sztuki Mrożka dostali w “prezencie” występ kabaretu “Ale Jaja”. Polska władza żużlowa jest niezatapialna. Kokietuje zabawom, gdyż kibice ciągle ufają, prominenci są także ślepi na taktyczne zagrania w meczach ligowych o stawkę, bo spuchnięty regulamin zezwala na kombinacje zgodne z zapisami. Kiedyś była cienka tzw. niebieska ksiażeczka zaopatrzona w niezbędne regulaminy i to wystarczało. No tak, czasy się zmieniły i Wałęsa przeskoczył płot a inni pozostali za płotem, choć ciągle udają, że mogą przeskoczyć.

Zawodnicy uwielbiający wysokie kontrakty już niuchają, gdzie ulokuje swoje pieniądze w żużlu Roman Karkosik, kiedy odskoczy z Unibaxu. Wraz z wiatrem historii oraz szelestem banknotów gwiazdorzy szybko przenoszą swoje miłości do prezesów. Coś na ten temat wie, nie tylko były minister stanu Mieczysław Wachowski. Obiecuję w tej sprawie felieton zimowy. A może serial niekiepski.

Tam, gdzie budżet jest mały wielcy dają po prostu dyla i szukają za wszelką cenę szmalu. Wiewiórki mówią, że Wrocław będzie mocniejszy, lecz na ile? Czy w ogóle?! Ubiegłoroczna historia blamażu toruńskiej drużyny w Zielonej Górze położyła się cieniem sportowego upadku i finansowych kłopotów. Nie każdy wytrzyma bessę.

Przypadki Unibaxu, zdunkowego Renault w parkingu Wybrzeża i częstochowskie cuda w oparach paliwa powinny być przestrogą dla kontynuacji żużla na polskim gruncie. Nie wiem skąd opinia, że mamy najlepszą ligę świata czy Europy. W wypłatach celebryckich na pewno tak… Nie wyobrażam sobie adeptów żużlowych wyrastających w atmosferze zadłużeń, oczekiwania na uczciwie zarobione pieniądze, w aurze szemrania o podwójnej moralności niektórych “działaczy”. Brak honoru stał się aktem fałszywej… odwagi odpierania zarzutów. Kiedy słyszę, że człowiek podejrzany o niecne czyny moralne nadal jest w gremium żużlowej komisji struktur PZM, podejrzewam obecnych w tym towarzystwie o solidarność z facetem, który nie ma odwagi złożyć dymisji i paść na kolana pod Jasną Górą. Jak to się mówi, dopóki…dopóty… Kolesiostwo jest silniejsze od normalności, zaś życie jakoś słabo koryguje postawy złe. Nie tylko w sporcie zresztą, bo ciągle obok nas są winni a kar nie ma, pijani kierowcy wciąż grasują na polskich drogach, kwitnie korupcja i nonsensy sądowe. A żużel nie jest wyspą w tym kraju.

Bob MARLEY powiedział ongiś: “ Rzeczy piękne nauczyły mnie kochać życie. Rzeczy złe nauczyły mnie jak żyć”. Ach, jakże to cholernie skomplikowane.

Kochamy mimo wszystko speedway, nadal ufamy, ciągle jednak nie potrafimy radykalnie odcedzić złych rzeczy od pozytywnych. Pieniądze są potrzebne w każdym klubie; zawodnikom za jazdy, na organizację imprez by kibicom było fajnie i żeby całość spinała się klamrami w wydarzenia niezapomniane.

Twain, Marley, ich słowa, zwykłe życie nie może być kabaretem, choć lubimy i ten rodzaj sztuki. Czy sport jest sztuką? Jest. A żużel? Oczywiście! Jednak w ramach czystej gry, scenariuszach twardo zapisanych w prostych regulaminach. I nie ważne, że ktoś NIGDY nie upada, ważne, że ktoś potrafi się CZASEM z upadku podnieść.