Tata nauczył mnie żyć

 

Słodycze odstawił, choć je lubi. Teraz nie tylko żużlowy świat lukruje nowego mistrza globu. BARTOSZ ZMARZLIK. Lat 24 i perspektywy na kolejne tytuły. Ma w sobie coś, co predestynuje go do kolejnych laurów najwyższej wartości w sporcie. Skromny ? Tak. Utytułowany bardzo, bo przecież wcześniej już zgarnął brązowy medal i srebrny MŚ. Gorzowianin, który postawił dom na placu, gdzie ojciec Paweł wybudował maluchowi tor. Tam Bartosz postawił dom. Uczył go jazdy na żużlu Bogusław Nowak, zawodnik Stali Gorzów, który wskutek wypadku na rybnickim torze korzysta z wózka inwalidzkiego. Od początku wierzył w karierę wychowanka, bardzo zdyscyplinowanego, sumiennego. “Na niego nie trzeba krzyczeć, on wie co robić i podporządkowuje się sytuacjom ekstremalnym” – mówi Bogusław Nowak. A nowy mistrz świata podkreśla rolę ojca Pawła w teamie i akcentuje tata “nauczył mnie, jak żyć”. Rola mamy Doroty jest bezcenna, trzyma rękę na pulsie żużlowej rodziny. “Zawsze rodzina była dla niego najważniejsza oraz speedway” mówi Stanisław Maciejewicz były mechanik Stali Gorzów, reprezentacyjny “majster” przez długie lata. Doświadczony jak mało kto.

Wyjątkowy zawodnik. Gorzów na żużlowej mapie Polski i świata znaczy ogromnie dużo, tam rodzą się talenty a sława Edwarda Jancarza czy Zenona Plecha podbija cenę tego miasta i regionu. Tm chodzi się na żużel, tam kocha się ten sport i tych, którzy ścigają się po medale. Speedway jak stal, jak Gorzów…Talenty z mini toru we Wawrowie.

Bartosz Zmarzlik zdobył tytuł najlepszego żużlowca świata roku 2019 w ostatnim turnieju serialu Grand Prix na toruńskiej Motoarenie. Był liderem przed zawodami, a najwięksi konkurenci byli bardzo blisko; drugi na liście Rosjanin Emil Sajfutdinow miał 7 pkt straty a trzeci, Duńczyk Leon Madsen 9 pkt. Mało, trzeba dużo odporności, żeby wytrzymać presję, odeprzeć ataki przeciwników, którzy moc potrafią, mają sprzęt nienaganny. Bartek trzymał w napięciu komplet widzów na stadionie toruńskim, przed telewizorami oraz swój team. Nie od razu było wiadomo, kto rządzi na Motoarenie, wybijał się z ”tłumu” Madsen, zwinny jak kot, szybki na starcie, uciekający przed siebie jak zranione zwierzę, tracący pozycję i odzyskujący grunt po kołami. Leon zawodowiec. Emil Sajfudinow na pewno liczył na lepszy medal, jaki ostetcznie przypadł mu w udziale, bo brązowy to on już ma w domu. Duńczyk był świetnie dysponowany i nie musiał niczego… tylko mógł. Posrebrzył siebie ładnie.

A Polak jechał z presją na plecach ale i poparciem gorących serc sympatyków. Udało się? Nie udało, tylko wywalczyło po mistrzowsku. Zmarzlik pokazał styl złotego medalisty i mimo, że Madsen zbliżał się do niego jak torpeda, dwoma punktami sięgnął po trofeum, które będzie teraz symbolem jego już bogatej kariery. Duńczyk wygrał wszystko, był w furii, ścigał się jak na skrzydłach. Polak w finale po zapewnieniu sobie tytułu pojechał wyluzowany i patrzył jak rywale stoją na podium ostatniej rundy, on był myślami gdzie indziej, przy podium ostatecznym, najważniejszym, najcenniejszym dla niego. Jakie to wspaniałe uczucie być mistrzem świata – podkreślają zawsze zawodnicy ze złotymi medalami. Tak, bo to oznacza ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem wielu lat a czasem tylko łutu szczęścia. Bartosz Zmarzlik zasłużył na sukces bez żadnych komentarzy zbytecznych. Rok temu szarżą wygrał przed nim Anglik Tai Woffinden w Toruniu, teraz tam właśnie Polak nie dał szans rywalom i awansował do finału po wspaniałym wyścigu. Mistrz pojechał jak mistrz! Uśmiechnięty, szczęśliwy, rodzinny do bólu, talent udoskonalany przez lata. W wyścigach ligowych, w gonitwach turniejowych tu i tam, wzór sportowca, który ma charakter bycia sobą wszędzie. Imponuje.

Trzeci Polak w historii tego sportu został mistrzem świata; po Jerzym Szczakielu/ 1973/ i Tomaszu Gollobie/ 2010/. Ten pierwszy triumfator długo był samotnym mistrzem, ten drugi szybciej doczekał się kolejnego polskiego zawodnika w koronie światowego czempiona. Mistrz z Gorzowa bez nałogów, błyskotliwy naturszczyk, który kocha speedway a ten sport pieści jego bez granic. Miłość obopólna, na dobre i złe.

Wypisywanie laurów na temat Bartosza Zmarzlika w zasadzie mija się z celem, bo cechy dodatnie ma we krwi, jakby tak musiało być, czy mu strzeli woda sodowa do głowy mocno wątpię, więc odnotowuję nie pierwszy raz jego silny charakter bycia najlepszym. Wygrywa jak szaleniec czasami ale myślę, że teraz uporządkuje jazdy, tytuł dał mu wiarę, że nie wypada na tym poprzestać. A jest wierzącym człowiekiem, co pomaga mu w wielu przypadkach nie tylko na torze. Mój Boże tylko 24 lata, ile przed nim startów? Kondycyjnie mocny, charakterny podkreślam i zmobilizowany na trudy walki w różnych warunkach. Jeśli podsumować lata startów i pomyśleć o przyszłości, jasno klaruje się sytuacja z dalszymi sukcesami. Nie może być inaczej, szczęście sprzyja lepszym, gorzowski matador wie, że nic nie spada z nieba, on uwielbia ściganie żużlowe, zna smak zwycięstw i dyskusji przy motocyklach, silnikach sposobionych przez Ryszarda Kowalskiego. Brat Paweł wierzy w brata, sam startował kiedyś ale rodzinna scheda przypadła Bartkowi i familijne wspomaganie uskrzydla mistrza anno 2019.

Na wiosnę kolejne rundy mistrzostw świata i Polak będzie bronił złota. Organizatorzy mają w planie pewne zmiany, zobaczymy co to za nowości… Dominacja Polaków jest wyraźna, do serialu awansowali Maciej Janowski i Patryk Dudek. Mistrzem świata juniorów na pardubickim torze został Maks Drabik. Juniorzy są mistrzami świata i Europy. Jak powstrzymać polski huragan? Radzę federacjom szkolić talenty, polskim władzom wypieszczać takich jak Zmarzlik. Boję się, że światowi włodarze żużla nie bardzo wiedzą jak odbudowywać stracony grunt tam, gdzie speedway był ceniony. Odrzucenie drużynowych MŚ jest sabotażem. Armando Castagna /FIM/, Paul Bellamy/BSI/ nie uniosą ciężaru renowacji tego sportu, toteż polska strona powinna narzucić swoje warunki, gdyż dominacja w życiu nie sprzyja rozwojowi. Tak nie może być, żeby nami rządzili inni, a Polacy jako mistrzowie byli dla nich utrzymaniem. Gdzie sprawiedliwość dziejowa? Gdzie? Takie dziwactwo do odrzucenia. O tym kiedy indziej.

BARTOSZU, gratuluję złota, byłeś kiedyś mały, dziś jesteś wielki. Tata nauczył ciebie, jak żyć… piękna fraza i niech tak zostanie do końca.

Biało – czerwona krew!

76

W naszych żyłach płynie krew z piłeczkami, oświadczają piłkarscy kibice. Co wobec tego płynie u kibiców żużlowych? Metanol? Sportową Polskę opętało coś niesamowitego po wygranej z Niemcami, mistrzami świata, na stołecznym Stadionie Narodowym. Trzeba mieć „pecha“ aby w takim dniu wygrać ostatni turniej z cyklu Grand Prix i zostać wicemistrzem świata, prawda? A mam na myśli oczywiście Krzysztofa KASPRZAKA, który od początku serialu był kandydatem na ostateczne podium, choć w trakcie zaliczył kontuzję, która pozbawiła go uczestnictwa w kilku turniejach. Podobny „przypadek“ absencji spotkał mistrza świata z USA Grega Hancocka, który w wieku 44 lat wywinął ostatecznie rzadkiej urody numer i został po raz trzeci najlepszym żużlowcem świata. Przykład dla innych pod każdym względem, niemal podręcznikowy w aspekcie rodzinnym, zawodowym, sportowym, towarzyskim, medialnym. Greg Amerykanin z urodzenia, z wyboru zamieszkania Szwed, w sumie tak po 50 procent Jankes i Skandynaw, ale charakter raczej ma słonecznego Kalifornijczyka, który wie, jak Pacyfik i zachodnie wybrzeże USA kształtują człowieka.

1370248954_Rycerze_Grand_Prix_Krzysztof_Kasprzak_top

Uciekłem dygresją o mistrzu świata GH od Krzysztofa Kasprzaka, który z solidnej wielkopolskiej rodziny ułożył sobie pod okiem ojca, byłego mistrza Polski, reprezentanta w kolorze biało – czerwonym, karierę z wjazdem na podium mistrzostw świata. Przerósł ojca i jeszcze ma przed sobą kilkanaście lat startów.

Kiedy w Warszawie piłkarska reprezentacja Polski wkopała dwa gole Niemcom, Kasprzak radował się podwójnie w Toruniu, gdzie rozegrano arcyciekawy turniej, mijankowy, pełny napięcia. Tor dawał szansę bitwy, bo nie sztuka urządzić zawody, gdzie fani oglądają i ziewają oglądając jazdy sznurkiem. Jak w miejskim korku, bez walki, drugi raz nikt nie nabierze się na pseudo żużel. W Toruniu była pasjonująca walka, zaś stawka dla kilku zawodników była wyzwaniem do jazd na full. Jarosław Hampel akuratnie wjechał w ósemkę GP, bez niczyjej łaski. Jeszcze będzie w GP anno 2015 Maciej Janowski i takich trzech Polaków w serialu, gwarantuje emocje nie tylko dla moich rodaków. Dla ogółu zakochanych w żużlu przecież.

phpThumb_generated_thumbnail

Jak wspomniałem trzeba mieć trochę pecha, żeby w euforii futbolowego święta i szału /prezes PZPN Zbigniew Boniek był oblatywaczem telewizyjnych programów/, odnieść sukces, godny zapamiętania. Krzysztof Kasprzak ma też jeszcze jednego… pecha/?!/, że największy sukces w karierze notuje w roku polskich mistrzów, bo w 2014 olimpijskie złota zgarnęli skoczek Kamil Stoch, wybiegana Justyna Kowalczyk, szybki jak piorun łyżwiarz Zbigniew Bródka, kolarskim mistrzem świata został skromny Michał Kwiatkowski, arcymistrzynią globu w pchaniu kulą Anita Włodarczyk, mamy cudownych mistrzów świata pod siatką, którzy grali jak z nut. Robert Lewandowski mistrz boiska, goli i asyst. Być na afiszu pretendentów do najlepszej dziesiątki sportowej Polski wielki zaszczyt a zmieścić się w elicie jeszcze większy spelndor. Kłopoty bogactwa; diamenty z brylantami i potrzebny sztukmistrz by ustawić dziesiątkę sprawiedliwie wobec bohaterów i kibiców. Zapowiada się zatem medialna bitwa o lokaty w elicie najlepszych z najlepszych. KK ma szanse, to jego super sezon.

A teraz coś zupełnie innego. Otóż na polskim rynku żużlowym wreszcie odpadły od koryta kluby, które nie były przygotowane do gry i Częstochowa oraz Gdańsk zostały napiętnowane. Nie może być litości dla miraży, dla takich, którzy markują, że mają na koncie, nie płacą uczciwie i kluczą bez końca. Dopadła ich wreszcie Giekażet i nie można udawać, że nic się nie stało. Oto stał się nie tylko wstyd dla zasłużonych klubów, lecz ukarani zostali przede wszystkim niewinni w tej grze pozorów kibice! Mamy przykrą przestrogę dla innych. W kontekście decyzji Giekażetu oczekuję jeszcze na rozwiązanie problemu komisarzy, płatnej fikcji osób, które niczego nie wnoszą do poprawy nawierzchni torów. Nie ma w tym logiki żadnej, ekonomii w ogóle, no i traci prestiż, wizerunek działaczy. Wywołuję do tablicy szefa Giekażetu Piotra Szymańskiego, który ostatnio wskoczył na ważny stołek europejskiego żużla. Rzecz w tym, aby rozsądnie ustawić co jest ważne na świecie i Europie. Nie może być tak, że władza światowa amputuje zawodnikom z klucza europejskiego starty w rozgrywkach GP. Opcje FIM/ BSI oraz SEC rywalizują ostro zamiast łączyć się w… interesie sportu ponad wszystko! Autorytet sternika światowego żużla Włocha Armando Castagny nie funkcjonuje. Personalne pudło, brak decyzji, rodzą się mieszane uczucia. Europa wykorzystuje słabości i dlatego mamy chory dualizm.

Przyszłoroczny serial Grand Prix prawdopodobnie rozpocznie się od premiery kwietniowej na warszawskim Stadionie Narodowym. Finał serialu GP późno i daleko, w Melbourne jesienią. Nie wiem czy 12 turniejów i skok na Antypody będzie dobrym zakończeniem sezonu. Serial GP wykańcza zaplecze i czas pokaże, czy to jest dobry kierunek sportowy, czy spektakularny grymas.

Stadion w naszej stolicy zasługuje na pewno na pokazanie światu, jest super fajna atmosfera, skacze adrenalina, płyną łzy szczęścia, czasem i rozpaczy, wypływa niesamowita energia. Tego nam potrzeba; taki szpan i trend, luksus pod dachem. Miejsce już powoli magiczne akceptowane przez „normalnych“ ludzi/ bez obrazy/ i celebrytów, polityków, jest towarzyską giełdą, gdzie warto zaznaczyć obecność. Żużlowemu światu brakuje takiego Hollywood bez hamulców a tego nie zafunduje Sztokholm, Cardiff, ani inna stolica, bo speedway na polskim gruncie w wydaniu extra wywołuje takie same emocje jak futbol, kiedy gra się o honor, prestiż, o pokazanie, że mamy w krwi piłeczki i płynie w żyłach wartko metanol. Szefowa telewizyjnej „Kropki nad i“ Monika Olejnik „kupiła“ już piłkarzy i czekam, kiedy pojawi się w gronie żużlowej śmietanki i postawi także w tym sporcie fantastyczną kropkę nad „i“.

Szef Crump mówi good bye GP

Nie tak daleko spada jabłko od jabłoni. Tak to jest moi drodzy, a więc po kolei. Ojciec Jasona Crumpa, trzykrotnego mistrza świata, Philip/ Phil/ urodził się w australijskiej Mildurze, gdzie był tor żużlowy/ stamtąd pochodzi inny słynny żużlowiec Leigh Adams/. Crump senior skończył 60 lat i jest dumny, że jego syn godnie zastąpił go na żużlu. Phil miał niespełna 20 lat, gdy zaczął startować w Anglii na torach. Mocny jak drwal, mało rozmowny ale solidny jako sportowiec. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie w 1976 roku zdobył brązowy medal indywidualnych mistrzostw świata, wygrał wtedy fenomenalnie jeżdżący Anglik Peter Collins. 80 tysięcy widzów oglądało te zawody, to był drugi finał IMŚ na „śląskim stutysięczniku“ po pamiętnym turnieju w 1973 roku, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel. Phil Crump był czołowym zawodnikiem reprezentacji Australii i startował w wielu finałach mistrzostw świata różnej kategorii. We wspomnianym roku 1976 w Londynie na White City Australijczycy zdobyli złoty medal a w ekipie jeździł Phil Crump. Srebrny medal w mistrzostwach świata par w Manchesterze wywalczył z Johnem Boulgerem w roku 1974 a wygrali Szwedzi. Crump senior jest czterokrotnym mistrzem swojego kraju. Wystarczy? Nie każdemu.

Zaraz, zaraz… nie daleko pada jabłko od jabłoni. Kiedy w 1976 roku Phil zaliczył udany rok na torach żużlowych, malutki syn Jason miał rok. Urodził się w Bristolu, jego dziadkiem był Neil Street, zawodnik, mechanik, świetny menedżer, który uwielbiał wnuka i bardzo chciał aby został żużlowcem. Marzenia nie zawsze się spełniają, lecz czasami mają realny kształt. Tak było z małym Jasonem. Dziadek uwielbiał wnuka a wnuk dziadka, pomiędzy nimi był ojciec, który oczywiście chciał mieć następcę. Czego nie dokonał tata, zrobił trzy razy syn. Został mistrzem świata. To piękne jak australijskie obrazy.

I ojciec i syn prezentowali, prezetują styl niezbyt finezyjny ale skuteczny, agresywny styl jazdy. Zodiakalny lew Jason zrobił swoje a mając bardzo udaną rodzinę postanowił ograniczyć bujną karierę. I ten sezon będzie ostatnim w serialu GP i nie tylko mnie jest szkoda, bo w żużlowym pejzażu brakować będzie solidnego Crumpa jr. na którego jego wierny mechanik Darek Sajdak mówi zawsze „mój szef “. A zatem bye szefie… Tylko w GP, bo po urlopie na Antypodach okaże się, gdzie jeszcze wystartuje Mr. JC.

Nie mogłem wspomnieć na wstępie tego felietonu jak spadają jabłka od jabłoni. Dziadek, ojciec, wnuk. Jason ma żonę Melody i córkę Mia – Lilly i syna Setha. Urodziwi, jeżdżący razem, rodzinnie, wspomagający głowę rodziny. Jest kogo pilnować i pilnowany ceni swoje “zaplecze“.

Dziadek zaszczepił u niego dbałość o sprzęt, gdyż był niezłym tunnerem. Neil był bardzo lubianym człowiekiem, zmarł nie tak dawno i pozostawił po sobie wspomnienie fachowca, uczynnego i zatroskanego o speedway nie tylko australijski. Jason uwielbia swoją rodzinę, lubi wypoczywać na Mauritiusie, w Australii, ojczyźnie ojca. Jeździ na GM a na czterech kołach Audi. Zaprezentował się bogato w serialu Grand Prix/ ponad 2000 punktów jak nikt/, triumfował, dawał szczerą satysfakcję widzom. Hymn australijski grano ponad 20 razy dzięki niemu właśnie. W jego boksie często można było spotkać znakomitego kierowcę Formuły – 1  Marka Webbera. Przyjaźnią się i wspomagają dwa różne moto światy.

Crump postanowił w pełnej chwale zakończyć jazdy na szczycie. W reprezentacji Australii pojawili się jego następcy, pierwszoplanową postacią jest rodem z Sydney 25 – letni Chris Holder, młody „kangur“, który śmiało kroczy mistrzowskim torem jak niegdyś król Crump.

Czy Jason mógł jeszcze jeździć w GP i satysfakcjonować kibiców? O tak, 37 lat to jeszcze nie tak dużo patrząc na Tomasza Golloba czy Amerykanina Grega Hancocka, którzy po czterdziestce śmigają w serialu GP jak gazele. Decyzja Crumpa jest jednak suwerenna i na pewno rodzinnie przemyślana, i jak znam żużlowe bractwo Jason nie odjedzie daleko, jeszcze mamy ligowe zmagania. Jaka będzie wiosna europejska?

Zawsze kiedy gwiazda sportu zjeżdża ze szczytu robi się żal. Czegoś będzie brakowało, bo nazwisko zrosło się z elitą bardzo mocno. Postać, charyzma, bez sportowej złości, choć na początku Jason wcale nie pobłażał. Zna swoje rzemiosło i warsztat, na ten temat Darek Sajdak może powiedzieć soczyście, rozumie się z szefem doskonale.

Familia Crumpów poznała Polskę dobrze, ostatnio Jason dojeżdżał na moje ulubione Podkarpacie do Rzeszowa. Koleżeński? O tak. Każdy zawodnik jest nieco inny na początku kariery a inny kiedy ma za sobą doświadczenie. Wsiąka się powoli, smakuje, walczy, speedway nie jest dla mięczaków i takim Jason nie był. Choćby z postury. Ma charakter mieszańca australijsko – angielskiego „kangura“. Gdzie jego serce? Przy żużlu? Rodzinie? Przypomina mi świetnego aktora amerykańskiego Johna Wayne‘a z westernów; mówi co trzeba i jeździ szybko, bo… „kto pierwszy strzela żyje dłużej“.

Ostatni turniej GP dla Jasona w Toruniu na okazałej Motoarenie. No cóż, dobry aktor nie schodzi ze sceny tak szybko, bo publiczność go kocha, bisuje, nie brakuje kwiatów i szprycy szampanów, fajerwerki na niebie jak kolorowe gwiazdy, piękne załączniki, których nigdy się nie zapomina. Puchary na podium są jak kontuzje, towarzyszą wszystkim, w różnych okolicznościach. Jason miał tego wszystkiego po trochu; nie brakowało mu złota, srebra i brązu, bo szczęście drepcze uparcie z bólem pod rękę, taki  jest ten speedway, któremu czasem trzeba powiedzieć good bye! I zjeść spokojnie  jabłko.