Patagońskie flaki

Lekarz chwali lekarza, adwokat popiera adwokata, dziennikarz dziennikarza, celebryta uznaje za genialnego innego celebrytę. Świat się kręci, koniunktura narcyzów zżółconych bezkrytycznie, wazelina nie spływa i plami jak atrament. A lekarza oceniają pacjenci, adwokata klienci, dziennikarza czytający, celebrytów zwyczajność charakterów. Świat się nie kręci, świat plącze mentalnie między rozsądkiem a głupotą i zachwytami nad sobą ludzi  bezczelnych i sprytnych, którzy uważają się za inteligentnych. Sami o sobie. Sami swoi. Czy chleb jest dobry ocenia ten, który przyjdzie po zjedzeniu bochenka po następne… Nie prawię morałów ale uwielbienia panoszą się wokół niczym wirusy. A speedway jest? Amokiem? Pigułką, która uzależnia od pierwszego wejrzenia obojętnie jaka sytuacja? Adrenalina. Gold wirus.

Speedway ma swoje uroki i cienie, jest niszowym sportem, lecz fantastycznie popularnym w Polsce. Taki polski smakołyk sportowy, podniecający, wciągający jak gąbka wodę. Niszowy, mocno podkreślam! Raz po raz ktoś próbuje epatować innym nazewnictwem,  gdyż przy dużej oglądalności żużel made in Poland zajmuje swoje miejsce w szeregu wysokie ale nie jest takim sportem powszechnym, znów podkreślam.  Rozległym w obszarze społecznym. O tym decyduje wiele szczegółów, choćby i fakt, że  np. pokopać piłkę można na plaży, podwórku, leśnej polanie. Pojeździć na rowerze, zagrać w kosza, siatkę. Eko i nie tak drogo. Czy młodzi chłopcy garną się do żużla? Mimo talentów rangi zdrowego Australijczyka Darcy Warda, który uległ tragicznemu wypadkowi, nie ma takiego pędu jak dawniej, nawet w Polsce. W państwach dawnej struktury politycznej i gospodarczej /środkowej, wschodniej Europy/, uprawianie jakiegokolwiek sportu było także awansem życiowym, ustawiało finansowo przy sukcesach sportowca, dawało splendor, popularność i możliwość zwiedzania świata. Czasy tamte zostały skasowane, trzeba być wybitnym by zaimponować, nawet średniak w żużlu mimo kochania tej dyscypliny ciężko haruje i ma alternatywę, innego wygodniejszego życia. Przyjemności bez ryzyka utraty zdrowia a nawet życia. Wypadek Darcy Warda, zawodnika o kapitalnej charyźmie podciął skrzydła żużlowi, bo można być mistrzem, aktorem ale nie przyciągać do siebie, wskutek nie akceptowanych ułomności charakteru. Zawodnik porywający tłumy otwiera szansę dla dyscypliny, podnosi ją wyżej i wyżej, tak jest w każdym sporcie. Dotyczy ta kwestia zarówno okresu uprawiania sportu i po zakończeniu kariery. Bezcenne wartości. Trzeba ciężko zapracować na miłość kibiców. Oni są wiernymi i surowymi recenzentami. Speedway ma takich fanów, których wiedza o dyscyplinie o zawodnikach siedzi głęboko w głowach, oni imponują mi od młodości, korygowali w mojej skromnej działalności obiektywnie. Cenię uwagi, bo czym człowiek starszy tym mniej wie… Robiłem błedy i nadal popełniam. Mówię o sobie, no tak… uczyłem się kiedyś od starszych teraz od młodszych i szanuję mądrzejszych, dają moc kreatywności. Przepraszam za wątek osobisty, w sezonie nie ma czasu na wynurzenia, każdy je ma, robi rachunki sumienia bezwiednie,; w czasie długiej jazdy autem, w zamyśleniu nad losem, byle gdzie. Myślenie prowokuje, inspiruje. Przypomina.

Speedway światowy, polski jest barwną kroniką. Historia fascynacji, wzruszeń, szalonych jazd.

Zasłyszałem nie tak dawno o jakimś pomyśle turnieju Grand Prix w Argentynie, podobno czeka Patagonia. Czy taki pomysł Armando Castagny, średniej klasy przywódcy światowego żużla podnieci ludzi zakochanych w tangu? Wątpię, to będzie trudny, międzykontentalny incydent dla miejscowych, którzy uwielbiają futbol jak religię a mają obecnego papieża Franciszka w Watykanie. Tango, czerwone wino i steki, taniec  erotycznie przytulających się ciał, wyprawa żużlowa w rejon świata, gdzie Buenos Aires jest perłą a junta dawno przestała gnębić ludzi. Buenos… Nice. Będziemy może mieli Patagonię na żużlowej mapie, a … nie mamy odnowy bałkańskich turniejów. Oceany ale nie bliskość Morza Czarnego, bułgarskiej przygody, rumuńskiego ścigania. Nie szukajmy aż tak daleko, bo Półwysep Iberyjski jest także blisko i panuje cisza. Mamy oto wspaniałe otwarcia sezonu międzynarodowego w Warszawie, gdzie Stadion Narodowy zgarnia ponad 50 tysięcy ludzi! A powrót do żużla zwykłego w stolicy, który był na Skrze, Gwardii przypomina walenie młotem w skały. Mamy swoją, inną “Patagonię” przecie… Flaki po warszawsku. I seta. Wiem, gdzie tak podają… w naszej stolicy. Luksus dla niezmanierowanych. Zresetowanie żużla w stolicy trwa bezradnie bez wsparcia.

Polska Ekstraliga, jeszcze pierwsza Nice wywołują emocje szalone, silne przeżycia, dramatyczne mecze w końcówkach, tylko u nas, przy okazji uczy się międzynarodowa młodzież, chce jeździć za małe pieniądze, bo tam, skąd pochodzą nie ma takiej możliwości rywalizowania. Ekstraliga wysublimowała się na poziom elity, lansu szpanowania. Chciałbym, ba marzę, aby speedway wrócił do atmosfery brytyjskiej ligi sprzed lat… Charm. Przyjeżdżali wszyscy, którzy chcieli ścigać się w spektaklach żużlowego Brodwayu.  Teatr. Magia. Nisza, ale wyłączność na doznania. Bez miłosnych gier, na żywca do upadłego. Nie było szalonych funtów, tam była sportowa “orgia”, która wciągała jak obrazki szkockich jezior. I ja tam wtedy byłem, widziałem, opisywałem, lecz nie miałem dystansu, myślalem, że to normalność, która nigdy nie zniknie; jak piłkarskie, angielskie, klubowe, słynne marki; uwierzcie ani mi do głowy nie przyszło, żeby myśleć o regresie. Naiwność upojna widowiskami wzruszeń niesamowitych.

Przeminęło z wiatrem… Snuje się mgła. Atmosfera pozostaje przeszłością.

Jest nowa wizja. Argentyna niemal na końcu świata. O, przypominam sobie, mam kasetę z Los Angeles, z finału światowego indywidualnego, gdzie Bruce Penhall/ USA/ wygrał kontrowersyjny wyścig z Anglikiem Kenny Carterem/ wyspiarz potem zastrzelił siebie i żonę/, scenariusz – hollywoodzki. Horror. Organizatorzy urządzili turniej w 1982 roku bardzo obrazowo, w westernowym stylu, bo to Kalifornia i olimpijski stadion Coliseum, dwa razy letnie igrzyska z polskim złotem. Było w roku 1982 filmowo, brakowało tylko Johna Wayne’a, jeździły dyliżanse, sexi girls, sceny naturalne, typowe dla Kalifornii. Zamknąć oczy i otworzyć? Teraz, obojętnie, gdzie jest lokowany turniej Grand Prix mamy prawie to samo menu a wciąż marzę o wyjątkowości, oryginalności. Bez niszy, przenika  swoiste, uparte “disco polo”, lecz kibice są już zahartowani, ich wciąga ściganie. Zabawa gwiazd. A niech tam Castagna chwali Castagnę, Iks Igreka i omijam chwilowo polski grunt. Wiecie… grunt to zdrowie.

Nie ma życia bez…

 

kuba1

Bez czego? Bez wielu rzeczy, sytuacji ale dla kibiców żużlowych nie ma życia bez speedway’a. Tak to jest i basta. Globalne ocieplenie ma różne odcienie i czasem sypnie śniegiem, coś tam zamarznie, no bo jak jest zima, jest zimno, prawda? Kiedyś już jesienią przygotowywano sie na nadejście zimy, które były srogie w mrozach, wiosna przeciągała premierę a ponieważ utarło się w polskiej tradycji tego sportu, że klasyczne otwarcie ligowego sezonu następuje w drugi dzień Wielkanocy, w Śmigus Dyngus, start zależał w dużej mierze od tego, kiedy ten dyngusowy dzień wypadnie; czy w marcu czy w kwietniu. Treningi na torze były utrapieniem, nie było problemów z jazdami na nartach, ćwiczeniami w hali, ale wyjazdy na tor zawsze są zagadką dla metereologów. Wyjazdy poza granice Polski, na południe Europy graniczyły z cudem, nie było wtedy takich mocnych. Aż tu nagle w małym włoskim LONIGO grupa zapaleńców zrobiła czerwony tor a wiosny pod niebem Italii są przyjemnością dla serca i oka. W pobliżu tego kameralnego miasta, na wsi w manufakturze zaczął się proces robienia silników przez Giuseppe Marzoto, ekscentrycznego zawodnika, kochającego motolotnie, startującego w lidze angielskiej jako Charlie Brown. No, bo jak na Wyspach wypowiadać nazwisko Marzotto? Brown OK. Włoch skończył karierę, był przeciętnym zawodnikiem, bo też speedway w jego kraju jest traktowany jak u nas plus minus szachy. Może trochę przesadziłem, więc proszę o pokutę. Pokutą za grzechy było w Polsce planowanie premiery ligowej, no bo jak Wielkanoc wypadała w połowie marca, to zimna sprawa. A święto ruchome, nie zawsze jest w połowie kwietnia… Lonigo stworzyło zatem szansę na treningi w normalnych warunkach. Polacy mieli tam preferencje z tytułu sympatii. Tego tam wiele razy doświadczyłem. Chętnie przyjeżdżali np. Niemcy albo Duńczycy, bo w Skandynawii mroźno i mało sympatycznie wczesną wiosną. U Marzotto w Monticello di Fara kupował silniki GM dla Wojciecha Żabiałowicza sponsor, nieżyjący już, Edward Walczak. U niego w Toruniu były zimą pomidory pod folią a w Lonigo silniki robiące furorę i jazdy treningowe. Reprezentanci Polski mieli więc dobre przygotowanie we włoskich warunkach. Próbowali też jazd w Chorwacji. Sielanka treningowa trwała dość długo i jak w życiu bywa, wszystko zależy od ludzi. Dziś LONIGO już nie przyciąga żużlowcówa a były tam kiedyś super zawody, turnieje rangi mistrzostw świata. Mały stadion, trochę ludzi, raczej więcej przyjezdnych spoza Włoch, podobna sytuacja zresztą, jak w Pradze na stadionie Marketa. Lonigo zrzekło się praw organizacji Grand Prix na rzecz Terenzano, na przedmieściach Udine. Ale i tam kontakt się wypalił, po prostu Włochy kochają motocykle tylko na dużych szybkościach, rodzą się talenty i na torach Imola, czy Monza śmigają jak gazele. A jaka widownia, no proszę, o ile radowano się, gdy przyszło 10 tysięcy widzów, zaś na wyścigach dziesięć razy więcej! Takie jazdy! W Lonigo skończyły się kariery Armando Castagny, Armando dal Chiele i Valentino Furlanetto, który ma na sumieniu fatalne poturbowanie Edwarda Jancarza. Włosi mieli sprzęt marki GM, szybkie motory, ale trzeba mieć otrzaskanie by je opanować na łukach. A liga włoska, podobna była czeskiej, niemieckiej. Mizeria nie popieprzona. Z Lonigo pochodzi Renzo Giannini, który był szefem światowego żużla przez kilkanaście lat a schedę po nim przejął rodak Castagna. Włosi uwielbiają takie przekazywanie władzy. Lonigo padło, podobnie inne w odbiorze i sympatyczności Terenzano/ Tomasz Gollob został tam mistrzem świata w 2010/.

Czasy się zmieniają wraz z działaczami, rosną bankowe konta albo plajtują. Dawniej, kiedy sport był dotowany przez zakłady pracy, organizowano zgrupowania zimowe w domach wczasowych i to kosztowało tyle, co nic. Komercja jednak zatrzasnęła drzwi przed darmochą. Ale nie jest tak źle, reprezentacja Polski ma zgrupowania w górach, najczęściej w Szklarskiej Porębie, gdzie już dawniej bywali żużlowcy innych klubów. Tym razem była niezła zima, treningi są potrzebne i bez przygotowania kondycyjnego nie ma co wyjeżdżać na surowy tor i łamać kości. No więc bogatszych stać na narty w warunkach*****, biedniejszych w gorszych a zupełnie gołych na treningi w hali, basenie. Zawsze jeszcze można jeździć na rowerze a taki przykład daje non – stop trener kadry seniorów Marek Cieślak. Ten ma zdrowie nie tylko do psów. A młodszy trener, od młodzieżowki Rafał Dobrucki też potrafi wycisnąć pot z delikwentów. Inni klubowi szkoleniowcy bywają nie gorsi.

Żyjemy sezonem, toteż romans z żużlem na progu, już ruszyła machina i kibice poczuli   adrenalinę. Powoli, będzie czas na atrakcyjne wyprawy i doznania. Hitem Ekstraligi będzie na początek mecz w Toruniu ze Stalą Gorzów. Będzie bitwa. Dawniej transfery grzały głowy zimą, teraz wszystko jest posprzątane do końca roku, jeszcze sezon stary się nie skończy a już mamy finalizowanie kontraktów. Brakuje zatem dreszczy w dyskusjach zimową porą, usychają emocje. STOP. Najgorsze mamy za sobą, dyrygenci przygotowują klubowe orkiestry, bo premiera żużlowa w Polsce była zawsze mega wydarzeniem i pamiętam czasy frekwencji w meczach/ łącznie/ najlepszych drużyn na poziomie blisko 100 tysięcy widzów. Gdzie te czasy, “gdzie te prywatki”? Ano odleciały w siną dal. Speedway tradycyjnie przebijał bez trudu futbolistów, a proszę ostatnio dwa mecze ekstraklasy piłkarskiej obejrzało 80 tysięcy kibiców! Mamy wygodne stadiony, mamy konkurencję i świat sportu zwyżkuje, kiedy jaśnieją gwiazdy, idole wygrywają, to oni windują wyczyn, budują atmosferę widowisk niezapomnianych. Dzisiejszy speedway nie jest tak mocny frekwencyjnie, jak dawniej. Bajka się skończyła. Mimo wszystko nie wszyscy ale pędzimy na stadiony, bo przed ekranem TV ten sport nie pachnie, nie pasi. Mamy przedbiegi a wszystko co najlepsze przed nami: LIGA, potem grand mistrzostwa świata i tak będzie do jesieni. Cudownie.

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Jak długo bez imprezy nr 1?

Jakiej? Zaraz, nie tak szybko, dojedziemy do tego dylematu. Zakończyły się zimowe igrzyska w rosyjskim Soczi. Krytykowane za budżet blisko 50 miliardów dolarów i  chwalone za organizację, za obiekty, serdeczność gospodarzy. Wyśmiewane przed igrzyskami „bliźniacze toalety“ poszły już w niepamięć. Impreza pokazała światu wielkość Rosji, jej dorobek, kulturową wartość jaką historycznie wniosła do rozwoju ludzkości. Ceremonie otwarcia i zamknięcia były imponujące i niech malkontenci kiwają po swojemu głowami, ale mocny sygnał poszedł w świat. Postrzegamy Rosję politycznie, mało doceniamy jej ogólną mocarstwowość i czasem „kopiemy się z koniem“. Redaktor Włodzimierz Szaranowicz, dyrektor sportowej redakcji TVP, charyzmatyczny komentator, bywalec wielu igrzysk zarówno letnich, jak i zimowych powiedział w końcowej sekwencji telewizyjnej transmisji, że „lepiej zorganizować najdroższe igrzyska, niż najtańsze wojny“.

Soczi pokazało piękno gór i Morza Czarnego, było upalnie, słonecznie i była zimowa zadyma, mgła i ciężki śnieg. Dramaty i radości. A co najważniejsze sześć medali wywalczyła polska reprezentacja. Aż cztery złote!!! Świetny występ polskich łyżew! Tego jeszcze w historii nie było. Polskie panczenistki i panczeniści udowodnili, że nie mając w kraju przykrytego toru mogą sięgać po najlepsze medale, toteż Holendrzy dziwili się jak oni to zrobili. No cóż, Polak potrafi „skoczyć“ z Łowicza do Berlina.

W kontekście olbrzymiego budżetu na igrzyska w Soczi polskie starania o podobną imprezę w Krakowie i Zakopanem wyglądają moim zdaniem marnie. Następne igrzyska odbędą się w Południowej Korei, gdzie duża część infrastruktury już jest a co mamy dziś pod Wawelem i Giewontem?? Lobbujemy o imprezę w 2022 roku, kłopotów w kraju w różnych segmentach naszego życia mamy bardzo sporo. Bądźmy realistami! Żywię sympatię do posłanki, olimpijki Jagny Marczułajtis – Walczak, byłej znakomitej snowbordzistki, która walczy o XXIV Igrzyska Zimowe na polskiej ziemi. Może za wcześnie, jeszcze nie teraz… już przełknęliśmy spalone próby Zakopanego, które chciało mieć igrzyska razem ze Słowakami. Polska fantazja musi mieć realne zapędy. Mimo wszystko lobbystom życzę powodzenia! Patrząc jednak na Soczi zabrakło mi patriotyzmu znając infrastrukturę Zakopanego i Krakowa. Żeby mieć, trzeba jeszcze wybudować, wydać wielkie pieniądze. Zimowe Igrzyska Olimpijskie, to nie piłkarskie EURO. Słyszę, że polska edycja ZIO może kosztować tylko 6,5 miliarda dolarów, a Koreańczycy dołożą do tego, co już mają, około ośmiu. Jaką potęgą gospodarczą jest Korea Płd. a my?! Biedna Polska bogatych ludzi?

Nie wiem, skąd bierze się optymizm u poważnych ludzi. Co jest tanie, może okazać się drogie. Sympatycznymi wolontariuszami mogą być przecież także nasze emerytki i emeryci… Daswidania jak mówią Rosjanie… Bolszoje spasiba.

Obserwowałem wydarzenia w Soczi i dumałem o żużlowej rzeczywistości, polskiej, europejskiej i światowej. O rozdarciu na światowy i europejski speedway. O tym co wydarzyło się pod koniec sezonu w Polsce, o aferach, jakich nigdy przedtem nie było. I o tej mocy polskiego młodego żużla oraz reprezentacji seniorów ozłoconej na mistrzostwach świata pod batutą Marka Cieślaka.

Międzynarodowe rozgrywki zostały skutecznie rozdrobnione i tym samym nie mamy jednego wydarzenia, które kumuluje moc sportowych emocji, obfituje w ładunek niespodzianki jaka jest istotą i szansą zjazdu kibiców różnych nacji w jednym miejscu. „Event“, takie jedno wybitne wydarzenie jest okazją do zaprezentowania dorobku kraju, federacji, pokazania wartości kulturowych. W Anglii, Polsce, w krajach skandynawskich,  Niemczech, Czechach, ba, w całym świecie. Imprezy sportowe w różnych zakątkach globu są okazją poznawczą dla zawodników i kibiców. WYDARZENIEM na które czeka się co roku i które jest swoistym festiwalem towarzyskim. Niestety speedway został w 1995 roku wykastrowany i oklepane, oszczędnościowe imprezy serialu Grand Prix nie dają pełnej satysfakcji. Wcale nie marudzę w stylu retro, proszę pani, proszę pana…, wystarczy popytać kibiców i poznać ich odczucia, emocje, które biednieją z roku na rok.

Kiedy wydawało się, że Polacy /Konikiewicz – Lejman/ twórcy One Sport z Torunia ożywią  speedway, dostali kopa z Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która zakazuje zawodnikom startu w imprezach SEC czyli o europejskie medale. Konflikt jest bardzo poważny, będą procesy w obszarze reklamowych kosztów. Rozdarcie może kosztować krocie. Czy nie można było się dogadać i kompromisowo zagospodarować przestrzeń wydarzeń na najbliższe lata? Tydzień temu pisałem o targowisku pod szyldem FIM. Kto obudzi się najszybciej w tej sprawie przejdzie do historii. Armando Castagna, włoski przywódca światowego żużla jest w organizacyjnej śpiączce. Amen.

Sezon 2014 jest już stracony a następny? Polska strona ma ogromną szansę przejść do historii by połączyć zwaśnione strony, powstrzymać wreszcie eskalację serialu Grand Prix i zamienić ilość w jakość. Może nareszcie urodzi się wspólny projekt SGP i SEC, wydarzenia urządzanego co roku gdzie indziej na świecie, w postaci ŻUŻLOWYCH IGRZYSK, JEDNEGO WIELKIEGO INDYWIDUALNEGO FINAŁU MŚ. Jakże dużo zależy od mądrych działaczy z autorytetem, od potężnego medialnego wstrząsu, odwagi powiedzenia i napisania. I doprowadzenia do imprezy wieńczącej sezon, która przyciągnie tysiące fanów i będzie niepowtarzalną okazją do obejrzenia fantastycznych wyścigów w scenerii niezapomnianej.

Oj, ale mnie poniosło! A niesie nie od dziś, przecież wiecie. Kto szybszy ten najlepszy… nawet o jedną/ 0,003 sek./ „Bródkę“.

Kto zatem zrobi plan żużlowej matrycy, która będzie pokoleniowym wydarzeniem na lata? No kto? ONE, two, three…

Castagna na wirażu

ObrazekSpeedway światowy czy europejski? Z tym dylematem będą musieli zmierzyć się  wreszcie prominenci żużlowej elity. Szefem światowego żużla jest Włoch Armando Castagna, który dostał schedę po swoim rodaku Renzo Gianninim. W tym przypadku nie mówmy o włoskiej mafii. Absolutnie. Renzo objął funkcję szefa Komisji Wyścigów Torowych po Niemcu Guenterze Sorberze, który pełnił zaszczytną funkcję z wielką przyjemnością, bo to był jego szczyt możliwości. Do jego misji przyczynili się polscy działacze Międzynarodowej Federacji Motocyklowej a czy byli ostatecznie zadowoleni z tego, że rządził nimi Niemiec, można tylko dywagować przy „ Żytniówce“. Sorbera widuję tu i tam na zawodach rangi najwyższej, choć zdrowia mu jak widać już nie bardzo nie starcza. Jakoś daje jednak radę.

Po Sorberze działał witalny, sympatyczny Renzo z Lonigo, które bardzo mocno wpisało się w historię żużla. Organizowano tam udane imprezy najwyższej rangi, Lonigo było przez długi czas synonimem włoskiej Mekki dla żużlowego świata. Często tam występowali Polacy, przygotowywali się do sezonów, kiedy w Italii było wiosną ciepło a między Wisłą i Odrą zima odstraszała od torów. Z Lonigo korzystały różne grupy żużlowe, było tam zawsze przyjaźnie dla tych, co kochają speedway bez granic.

Spod Lonigo pochodzi Armando Castagna, były żużlowiec, dawniej „fabryczny“ zawodnik firmy GM, należącej do Giusseppe Marzotto, też byłego zawodnika/ ksywa Charlie Brown,/ twórcy silników GM. Armando był silny jak tur, uwielbiał żużel i jako pierwszy dosiadał „szaf“ Marzotto. Do Monticello di Fara, za Lonigo i Sarego, gdzie na farmie preparował silniki GM ich stwórca przyjeżdżali i Polacy, choćby wspomnieć torunianina Wojciecha Żabiałowicza. To były lata osiemdziesiąte, dobre czy złe ale bardzo optymistyczne. Armando Castagna miał w Lonigo na torze rywala nauczyciela z zawodu Armando Dal Chiele. Ścigali się pomięd sobą jak wściekli. Speedway w Italii jest sportem stłamszonym skutecznie przez futbol oraz wyścigi samochodowe i motocyklowe. Włosi uwielbiają tor Monza blisko Como, tłumnie odwiedzają imprezy motocyklowe, gdzie prędkość maszyn doprowadza ich do szału. A speedway? A Lonigo? Owszem, si… bene. I ciao! Nie uwodzą ich artyści estrady oraz kina.

Armando Castagna jest szefem żużla nazwijmy go światowego, ale swojej armii za plecami nie ma. Polacy mieli kiedyś na tej pozycji Władysława Pietrzaka, poliglotę, inżyniera z zacięciem humanistycznym, który tajemnice motocyklowego świata miał w małym palcu. To był erudyta motocykli i znany na świecie gość.

Kogo teraz mamy?

Armando… Pietrzak zawodnikiem nie był, lecz działaczem z krwi i kości, organizatorem, no i duszą każdego towarzystwa. Takich działaczy jak się rozglądam raz po raz na różnych wyjazdach już nie ma, niestety. Władek miał w sobie motocyklowy gen a żużel uwielbiał ponad wszystko.

Castagna jest a jakoby go nie było… Kocha żużel, to wiem. Za szybko „wjechał“ na elitarny szczyt i nie wiem jak sobie poradzi w tym świecie, który jest targany koteriami. Anglicy mają w sobie dumę żużlowych protoplastów, z byle kim nie będą rozmawiali, zawsze tak było. Mają w rękach wytarganą na długie lata licencję na serial Grand Prix. Skandynawowie dużo wiedzą o żużlu, są z natury bardzo wstrzemiężliwi; Duńczyk Ole Olsen długo rządził cyklem GP i teraz Tony Olsson szwedzki menago dzierży jego sukcesję. Bez charyzmy Szwed. Po prostu jest i tyle.

Polacy mają ligę w której jeżdżą wszyscy, którzy chcą w tym sporcie coś znaczyć. O strategii żużla nie decydujemy, bo mamy wielkie armaty, lecz nie mamy takich, którzy by je naładowali i wystrzelili. Surrealizm organizacyjny. Talenty, sukcesy a o finałach nie decydujemy. Coś jednak się ostatnio ruszyło…

Otóż w Polsce narodził się europejski ruch rywalizacji z ogranym serialem GP i solowe mistrzostwa Europy gonią serial. Jest moda na seriale i na długie odcinki. Choroba, którą muszą znosić pacjenci, odbiorcy, kibice… Najgorsze w życiu są dualizmy i rozterki duszy. Armando Castagna ma więc co myśleć i nie wiem, czy jak lubił Polskę, będzie ją nadal kochał, bo musi wybrać jakim torem w istocie żużel powinien pojechać.

W przeszłości starty dwóch Armando w parze: Castagny i dal Chiele w mistrzostwach świata były ozdobą. Drużyny dobrej Włosi nie mieli, bo brakowało im „materiału“. Dziś włoski speedway już nie jest kojarzony z Lonigo tylko z Terenzano, czyli przedmieściem rozwlekłego, podalpejskiego Udine. Terenzano nie umywa się w „żużlowej liryce“ do uroczego, miasteczka jakim jest Lonigo. Nie ma charakteru mieściny, która kojarzy się z dobrym winem i serenadą.

Włoski żużel jest na papierze i w kalendarzu GP, no i ma prezydenta Castagnę. Fajny facet z niego i życzę mu jak najlepiej, bo objął funkcję po nijakim, acz często uśmiechniętym, Norwegu Roy’u Otto, który gwoli ścisłości był na tym piedestale po Renzo Gianninim, a tenże przygotował miejsce konsekwentnie dla Castagny. Już wszystko jasne?! Bene. A więc mamy teraz polski pasztet w postaci oferty mistrzostw Europy i mamy tasiemiecowy serial GP. I „żużlowego papieża“. Z ziemi włoskiej do Polski?

Moja opcja sprowadza się do dawnych indywidualnych MŚ, jednodniowego finału, w sumie dużego wydarzenia na cały świat. Obok tego na mini serial w postaci mistrzostw Europy. Wniosek nasuwa się więc  jeden: trzeba jakoś dyplomatycznie i umiejętnie wydrzeć z FIM dzierżawę Anglikom i Amerykanom, którzy trzymają w rękach GP i pokłonić się polskiej stronie, która wreszcie po latach milczenia coś znacząco akcentuje na arenie Eurosportu, czyli na globie. O.K.?

Trudne zatem tematy dotykają, jeszcze niedoświadczonego działacza na takim forum, Castagnę/ niech bierze przykład z papieża Franciszka/, który chyba nie spodziewał się, że po tym bezruchu w wykonaniu Norwega Otto i jego kompanów, trzeba będzie wreszcie coś ruszyć/ jak Kopernik?/ na tym bożym świecie aby mądrze było na torach i poza nimi. A więc już na wyrost może tak: tante grazie!

Tylko my i tylko my…

FIM

“Generał” bez armii odszedł i tłumaczenie się w takich sprawach jest zawsze podobne, albo sytuacja zdrowotna a jeśli nie ona, to obowiązki zawodowe nie pozwalają na kontynuację dalszej działalności. Norweg Roy Otto szef Komisji Wyścigów Torowych/CCP/ FIM otrzymał schedę po Włochu Renzo Gianninim. Sympatyczny Renzo doczekał się kiedyś zaszczytnej funkcji po Niemcu Guenterze Sorberze. Poprzednicy byli bez charyzmy, za wyjątkiem Władysława Pietrzaka, który w kilku językach perorował na spotkaniach w sprawach technicznych, na konferencjach z mediami, potrafił być dyplomatą na kongresach i brylować towarzysko. Takie osobowości przez jednych są uwielbiane, przez drugich z zawiści krytykowane, najczęściej za luzacki sposób bycia.

Norweski Otto reprezentuje speedway, który można zamknąć jednym nazwiskiem Rune Holta, ozdobionym polskim paszportem. Przez długi czas od lat 70 – tych, specem od finałów światowych był Norweg Tore Kittilsen, bardzo dobry sędzia, któremu powierzano turnieje z najwyższej półki, gdyż był nie tylko sprawnym arbitrem ale i miał opinię neutralności, ponieważ Norwegowie nie mieli zawodników w prestiżowych finałach światowych. Otwarcie się polskiej ligi na zagranicznych zawodników  “urodziło” kariery właśnie wspomnianego Rune Holty i Larsa Gunnestada.

Roy Otto o czym  kilkakrotnie pisałem wypalił się jako szef CCP FIM i szkoda, że wcześniej nie abdykował, bo niczego już od dawna nie wnosił, poza pucharami na imprezach oraz ich wręczaniem. Niestety. Jednym nurtem bezkrytycznie leci serial Grand Prix, który jest wygodnym wytrychem dla pozostałych działaczy, którzy sedno spraw technicznych widzą tylko w tłumikach. Bezpieczeństwo? Zginął niedawno w Argentynie słoweński młody żużlowiec. Speedway jest niebezpieczny ale chronić życie musi.

Niebawem rozstrzygnie się spadek po norweskim działaczu, któremu w życiu trafiła się  niezła przygoda na motorowym forum. Spekulacje trwają kto będzie następcą Roy’a Otto. Popatrzmy…

W gronie działaczy CCP FIM funkcjonuje od wielu lat Andrzej Grodzki, który jest fachowcem, lecz lata lecą i trudno prognozować by postawiono na niego, zresztą trzeba być sprawnym mówcą na tym forum. Jak oświadczył Grodzki niedawno na tych łamach  “FIM stawia na młodych”.

Sedno jednak nie w młodych, tylko chyba w fachowości, charyźmie, przede wszystkim w takich ludziach, którzy bezstronnie patrzą na ten sport, nie z pozycji swojego podwórka i mają wizję rozwoju żużla w skali światowej. Takiej wizji niestety Roy Otto i jego kompanii nie mieli. Świat uciekł im turniejami GP i nie mają alternatywy.

Polska w żużlu odgrywa znaczącą rolę, by nie powiedzieć wiodącą. Organizujemy trzy turnieje GP, zdobywamy medale, mamy utalentowaną młodzież i jak twierdzą klakierzy najlepszą ligę na świecie. Grodzki tkwi w CCP sam, lata uciekły, nie potrafił wprowadzić nikogo by przygotować swego następcę. Nie biorę pod uwagę nepotyzmu, jeśli Grodzki senior myśli o swoim synu Wojciechu, który jest sędzią międzynarodowym i chciałby ojciec przekazać synowi prestiżową funkcję, przecież to nie opolskie podwórko, tylko międzynarodowe forum. Sprawami polskimi w tej przestrzeni dyryguje od lat wielu prezes Pezetmotu i ani mysz się nie prześlizgnie bez jego wiedzy. Prezes jest sprawnym socjotechnikiem i zarządcą. Nie wiem jaki wariant uknuł prezes,  może wie o tym Grodzki senior, lecz lojalnie nie powie, gdyż jest doprawdy od zawsze wiernym sługą swego pryncypała na żużlowym forum.

Kiedy z funkcji prezydenta światowego żużla odszedł Władysław Pietrzak były szanse aby mieć przewagę w komisji, wywalczyć decydujący głos, bo organizacyjnie i sportowo rządzimy w speedway’u. Proszę sobie wyobrazić, że robimy tylko jeden turniej GP, nie karmimy zagranicznych zawodników w polskich ligach… Przecież polskie ligi są cudownym pracodawcą, hojnym dla elity i jej następców. Czy można sobie wyobrazić taką sytuację? W tym kontekście na forum zarządzającym mamy tylko sędziwego seniora Andrzeja Grodzkiego.

Kto więc obejmie stanowisko po Otto? Szanse ma nie tak młody Wolfgang Glass z bawarskiego Abensbergu. A czy Roy Otto zatrzyma swoje członkostwo w CCP i będzie jeszcze prominentem na wielkich imprezach? Przyjaźni się z Glasem. W CCP jest  m.inn były zawodnik Armando Castagna z Włoch namaszczony przez swego rodaka Gianniniego. Castagna nabrał już rutyny, widać to na imprezach. Nie jest tak skrupulatny jak Grodzki, który uważany jest za bardzo drobiazgowego działacza i “biurokrację” ma w małym palcu. I takim był jeszcze jako szef polskiego żużla.

Lansowanie tylko siebie zawsze kończy się marnie. Sukcesja jest dyplomacją i wychowanie następców dla dobra sprawy obligatoryjne niemal. Pewne funkcje nie są przecież przypisane do danej osoby aż do śmierci. Kunszt polega na tym by zadbać bez nepotyzmu, kolesiostwa i myślenia “po nas choćby potop” o godnych działaczy na międzynarodowym forum.

Słabość polskiego środowiska żużlowego polega na tym samym, jaka charakteryzuje  polski sejm – na braku zgody, nie szanowania autorytetów i zaniku przejrzystej wizji. Urządza się więc konferencje dla ratowania polskiego speedway’a z udziałem, nie wiem po co, byłego tenisisty. Takim lansem niczego nie zrobimy, to kolejne bicie piany przez celebrytów. Ważne problemy zalegają grubo pod dywanem i tylko niektórym wydaje się, że je stamtąd wyszarpią. Naiwni. Karawana idzie dalej…

Żużlowy “świat” nie wyobraża sobie życia bez Polski ale my nadal nie dbamy, aby w sytuacji, kiedy mamy atuty w rękach rządzić, wykorzystać koniunkturę i wywalczyć, co jest do zdobycia. Polskie piekiełko z symbolem zawiści króluje, dlatego ciągle pieścimy w gabinetach prezesowskich dewizę: TYLKO MY i TYLKO MY. Ponad wszystko MY!