Być jak “Lewy”

10167358-robert-lewandowski-900-600

Będzie chyba trochę chaotycznie, choć treściwie; taki był ten drugi weekend października na sportowych placach Warszawy i Torunia. Same szczyty. Komplety publiczności, dwie imprezy na stadionach, jedna w hali. Tam zimno, tu ciepło, lecz atmosfera wszędzie podgrzana maksymalnie. Celebryci i nie tylko, doping, nerwy i radość. Łez nie było, wzruszenia tak. Zawsze serce chce mi wyskoczyć, kiedy grają hymn narodowy, nikt nie żałuje strun a wtedy jakaś łezka wzruszenia kapnie. Nie pierwszy i ostatni raz.

TORUŃ. Miasto Mikołaja Kopernika było na tapecie we wspomniany weekend dwa razy: w sobotę i w niedzielę, w zupełnie innym kontekście. Przedostatni turniej Grand Prix, Motoarena. Wygrywa zawody rozpędzony debiutant tego serialu Patryk Dudek z Zielonej Góry, potrafi walczyć do końca, śmiga na motorze jak jaskółka nad dachami. Wygrał, zbliżył się do lidera GP Australijczyka Jasona Doyle’a, ostatni turniej jest 26 października w Melbourne, żużlowcy już pakują sprzęt i odlecą na wielki finał tego sezonu i może już tam na rok nie wrócą. Wszystko zależy od frekwencji, po odliczeniu kibiców z Europy, na stadionie pięknym jak bombonierka. Doyle robi wszystko, żeby nie przegapić szansy na złoto przed swoją rodziną i kibicami jego talentu. Rok temu wytargał mu tytuł mistrza świata Amerykanin Greg Hancock. Kontuzja Jasona pechowo wyeliminowała go ze startu w finale, w Melbourne. Teraz oszczędzał się w polskiej lidze, marzy o tytule i wszystko wskazuje, że założy koronę mistrzowską. To będzie jego szczyt, prima parada na oczach rodaków. No a Dudek? Nie popuści. W Toruniu trzecie miejsce zajął Bartosz Zmarzlik, poza podium Maciej Janowski. Liczę, że dwóch Polaków może stanąć na podium tegorocznych MŚ, lecz wszystko zależy jak daleka podróż wyjdzie im na zdrowie. Sobota była huczna na toruńskim torze, podobnie jak i następnego dnia w zupełnie innym wydaniu, innym klimacie, bo na torze gdańskiego Wybrzeża. Ekstraligowy toruński klub walczył o pozostanie w elicie. Wtedy już na Stadionie Narodowym polska reprezentacja była gotowa na mecz z Czarnogórą o definitywny awans do przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji, czyli putinowskiego Mundialu. Nie było łatwo jak większość myślała. A myślenie ma ciągle ogromną wartość! Dzwoni do mnie kolega, że w Gdańsku torunianie prowadzą 10 punktami i mówi: “Nie ma co oglądać dalej, posprzątane”. No dobrze, łatwo poszło a kalkulowali niektórzy, że byłby cud, gdyby torunianie nie awansowali. Raz gorąco, raz zimno. Zgodnie z oczekiwaniami Ekstraliga dla toruńskiego klubu, którzy jak się okazało niemal natychmiast, mieli być wspomagani przez “ anioła”, którego zwinęła policja za próbę korupcji. Sprawa prokuratorska i rozwojowa. Speedway nie urwał się ze sznurka, z “życiem” raz po raz jest za pan brat. Jakiś gość, fan zdeterminowany oferował 100 tysięcy złotych! Można za taką łapówkę trochę posiedzieć w kryminale na koszt podatników; od dobroczyńcy klub się odcina. Jest temat? Ano jest i to nie na jeden wieczór i poranek znaczony marką CBA. Zawodnik Wybrzeża zakapował “darczyńcę”! Do żużla w elitarnym wydaniu powrócę na koniec felietonu w edycji smokingowej.

No to skok na warszawskie Powiśle. Zlot kibiców. Biało – czerwony sprzęt i huk.

Polska reprezentacja na Stadionie Narodowym po męczącej walce wygrała 4:2 z Czarnogórą i mogła ubrać po meczu białe koszulki z napisem POLSKA DAWAJ 2018. Dawaj, dawaj… Denerwujący to był mecz/ 58.538 widzów/, goście piekielnie szybcy kręcili naszymi obrońcami, nie mieli szczęścia w strzałach a biało – czerwoni prowadzili 2:0, potem goście wyrównali, stracili samobojczą bramkę a jedną kto jeszcze mógł strzelić?! Tylko Robert Lewandowski! Taki “Lewy”, to majątek, dojrzały zawodnik, widzący wszystko, wyczucie gry, inteligencja boiskowa i trafnie oceniający zachowania kolegów na murawie. Rwała się ona raz po raz, kawałki odlatywały od podłoża. Kiedy po meczu polscy piłkarze żegnali się z kibicami i stali przed główną trybuną, nagle wyskoczył na boisko kibic, gonili go nieskutecznie dwaj ochroniarze a on przed Lewandowskim szybko ukląkł i ucałował mu czubek buta! Jak ktoś kiedyś Messiemu. Z uśmiechem i przy gromkich brawach został wyprowadzony. Przyglądał mu się inny kibic ubrany w kurtkę z napisem na plecach: PŁYWAK Z NARODOWEGO, ADAM. Pamiętacie mecz z Anglikami, kiedy nie zamknięto dachu a ulewa zamieniła boisko w staw, wtedy ten gość wbiegł i rzucił się w wodę… Fantazja ułańska w narodzie nie ginie.

Super fajnie! Reprezentacja jedzie na Mundial, czeka ją mimo wysokiej pozycji w rankingu FIFA praca, której trener Adam Nawałka się nie obawia. A zatem Polska dawaj 2018! Robert Lewandowski został królem strzelców eliminacji MŚ. Cudnie to robi.

Speedway, futbol, speedway. Po niedzielnych wydarzeniach Gala Ekstraligi i nominacje, oraz trofea, czyli “Szczakiele” NC+ w oprawie prowadzących paradę Darii Kabały – Malarz i Marcina Majewskiego. Gala na całego, główne trofeum dla Jarosława Hampela za szczęśliwy come back po ciężkiej kontuzji na tor, a teraz jeszcze powrót z Zielonej Góry do Leszna. I dobrze. Trener mistrza Polski, inteligentny PIOTR BARON nie został szkoleniowcem sezonu, bo został nim Rafał Dobrucki, prowadzący wicemistrzowski zespół z Wrocławia. Fakt ten wywołał bardzo kontrowersyjne dyskusje. Ekstraligowe środowisko zebrało się do kupy i tak powinno być towarzysko dwa razy do roku; przed sezonem i po. Dodano jeszcze gremialnie brawami otuchy Tomaszowi Gollobowi. Zagraniczni zawodnicy zaproszeni na galę nieźle się bawili, m.inn. Australijczycy z Doyle’em na czele. Co oni zrobiliby bez “bankomatowych” polskich lig? Polscy żużlowcy szpanowali fryzurami, usilnie naśladują futbolistów z różnych półek, choć nie każdemu do twarzy taki design, na szczęście na stadionach nakładają kaski. Kuluary kipiały rozmowami na luzie; kto kogo, za ile, gdzie, etc., nagle wszyscy spotkali się na jednym placu: władze środowiskowe, klubowe, działacze, zawodnicy i fanatycy tego sportu. Olimpijczyk Robert Korzeniowski jako sportowy oblatywacz w tradycyjnej formie, pogodny zawsze senator Robert Dowhan, zaś ekipa NC+ tradycyjnie zwarta i silna, gotowa na wyzwania. Nominowany w gronie najlepszych trenerów Lech Kędziora, który w Częstochowie wykonał szmat roboty jest ostoją Włókniarza. Z miasta pielgrzymek pochodzi Maksym Drabik, został mistrzem świata juniorów, jest na dobrej drodze, żeby ojca Sławomira/ był też/ przebić karierą. Częstochowa jest magicznym klubem, bo z dna potrafi wyjść niebiańsko. Takie cuda tam się zdarzają. Nie tylko tam! Podobno nominacje na przyszłoroczny serial Grand Prix dostaną m.inn. czterokrotny mistrz świata Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk /był na Gali/ trzykrotny mistrz świata Nicki Pedersen; w sumie 7 złotych tytułów i blisko 90 lat na koncie! Nominacje raczej za całokształt a młodzież musi jeszcze poczekać i kibice także. Szkoda czasu.

Już kończę, nie jestem ani Darią Kabałą – Malarz, ani Marcinem Majewskim; oni wiedzą jak efektownie sprzedać towar marki NC+, tak jak “Lewy” strzelać precyzyjnie gole.

Ferajna ze szklanego ekranu

W czasach rozbuchanych medialnie i skomercjalizowanych totalnie, zdominowanych przez zagraniczny kapitał na polskim rynku, warto czasem zastanowić się jak to było dawniej a jak jest dziś. Nie ukrywam, że jako młody reporter katowickiego “ Sportu”, potem już dojrzewający redactor, byłem pod wpływem oblatanych działaczy, którzy reprezentowali polski speedway na forum Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Bogdan Matuszak, Władysław Pietrzak, Zbigniew Flasiński, Lech Baran byli znaczącymi postaciami z symbolem Polskiego Związku Motorowego kierowanym przez nieodżałowanego prezesa Romana Pijanowskiego. Inżynierowie, znający języki, niemal dyplomaci mieli wielki autorytet na arenie międzynarodowej. Elita działaczy wiodła za sobą garstkę dziennikarzy, redaktorów na imprezy światowe. Wyjazdy miały swoje limity, imprezy żużlowe nie były hołubione, toteż wspomagał reporterskie eskapady PZM. Tygodnik “Motor”, dzienniki sportowe “Przegląd Sportowy” i “ Sport” z doskakującym raz po raz  “Sztandarem Młodych”  wiodły prym na rynku medialnym w prasowym przekazie krajowym i międzynarodowym w obszarze żużla. Grupa była nie duża, wspomagana przez Polską Telewizję, która” kupowała” informacje, komentarze. Sprawozdawcą sztandarowym był Jan Ciszewski, pod którego byłem, nie ukrywam tego wcale, urokiem. Imponował mi barwą głosu i zaangażowaniem a także tym, co mówił z wielką swadą a zbierał te wartości jako spiker na rybnickim  stadionie. Podczas kilku pobytów na finałach światowych, choćby na Wembley liczyłem mu punkty na stanowisku sprawozdawczym i miałem okazję być w “kotle” wydarzeń. Potęga TV zawsze była i monopolistycznie elektryzowała.

A jak jest dziś? Potęga mediów elektronicznych jest olbrzymia, prasowa nieco opadła w tej przestrzeni.

Prowadziłem 10 biur prasowych na finałach światowych na żużlu, wtedy proporcje zagranicznych wysłanników do krajowych miały się tak, jak jak 4:6. Dziś zalew polskich reporterów, głównie fotografujących jest olbrzymi. Przyjeżdżają, oglądają, tylko posiew tego potem jest nikły. Mamy teraz jeszcze aktywne internetowe portale. I tak się kręci karuzela żużlowych imprez z tłumem polskich reporterów, których często w biurach medialnych kłopotliwie redukują.

Od jakiegoś czasu nowością jest cykliczna obsługa transmisji telewizyjnych z ligowych meczów, co dawniej było niemożliwe a dziś jest normą. Kiedyś jeśli do czegoś takiego dochodziło emitowano w TV relację z poślizgiem żeby więcej ludzi było na stadionie.  Ligowe mecze transmitowano jak na lekarstwo, najczęściej w regionalnych stacjach TV. Nie można pominąć radiowych rozgłośni, regionalnych na Pomorzu czy Śląsku, które pilnowały wydarzeń żużlowych jak oka w głowie. Do dziś radio rozpala serca.

Czasy jednak się zmieniły i dziś mamy internetowy boom. Wielkie bum! Kibice wybierają domowe fotele, “ browary” na deser i siedzą w domach. Paliwo drożeje, stadiony pustoszeją, interesy drepczą w miejscu. Prezesi mają parcie na szkło, bo reklamy wypełniają pustkę. Co się bardziej opłaca: ryk tłumów czy marna kasa?

Od czego mam zacząć, bo środowisko jest uczulone, zazdrosne i bardzo … śledcze. W prasie prym wiedzie bez konkurencji “ Tygodnik Żużlowy” i nie ma dyskusji.

No to teraz skok do TV, do serialu Grand Prix, gdzie monopol należy do stacji Canal+. Rozkręcał machinę Robert Rymarowicz, niestety ciężka choroba kilka lat temu nie dała mu szans przeżycia. Robert był fanem klanu Gollobów, sprawozdawcą niezwykle umiarkowanym, z fachowymi komentarzami. Zwolennikiem Rymarowicza był Edward Durda, charakterystyczny głos, który nie tylko żużlem jest wspomagany. Nie mogę nie wspomnieć Łukasza Płóciennika, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Pojawienie się Piotra Olkowicza zwiastowało dynamicznie wiele dobrego i Piotrek jako wiodący sprawozdawca, dobierający sobie do pomocy różne osoby, czasem ciekawe, czasem mniej czaruje z mikrofonem, zna od podszewki serial GP i swobodnie porusza się w tej przestrzeni. Potrafi wydobyć dramaturgię widowiska i pociągnąć za sobą towarzystwo oglądające turnieje w różnych miejscach. Wspomagająca grupa ekspertów ze studia dobierana jest przez opanowanego zawsze Grzegorza Milko, który miał przerwę, bo jego miejsce zajęła ówczesna reporterka szalejąca w parkingu Daria Kabała – Malarz /obecnie przepytuje Michał Łopaciński/ i Grzesiu miał więcej czasu na włoską piłkę, gdyż włada językiem rzymskiego cesarstwa. Daria K – M urodziła bliźniaki i na pewno wróci do gry. Studia mają swoją oprawę, bywają w centrum Canal + oraz na stadionach. Miałem przyjemność uczestniczyć w wielu takich forum, gdzie sprzedawałem swoją wiedzę kibicom.

Przez studio Canal + w serialu GP przewinęło się multum ludzi różnych profesji, którzy mają zakodowany speedway na zawsze jako typowy job, nie obrażając nikogo. Transmisje kreują ludzi ale i obnażają wady, więc karuzela gości/ estrada, scena, mistrzowie innych sportów/ kręci się jak ruletka. Niektórzy przebierają nogami, żeby tam być. A limity i koneksje decydują o losie.

Ligowe transmisje w TVP 1 z meczów hitowych obejmują Ekstraligę i tam guru jest Rafał Darżynkiewicz, zielonogórzanin, z charakterystycznym głosem, znający się na żużlu, wydawca pod egidą Włodzimierza Szaranowicza. Jego wspomagajacym ekspertem jest Krzysztof “ Metanol” Cegielski, którego życiowa kariera żużlowa została dramatycznie kiedyś przerwana tragicznym wypadkiem w Szwecji. Krzysztof postawił na mikrofon, toteż jest rozrywany pomiędzy Canal + a TVP 1.

Druga ligowa ekipa sprawozdawcza publicznej telewizji składa się z południa Polski; Robert Noga i Robert Wardzała mają rodowody tarnowskie. Noga dziennikarz, Wardzała syn trenera żużlowego Mariana i były zawodnik a teraz parlamentarzysta. I tak oto mamy transmisje z Ekstraligowych meczów, wywiady reporterów z parkingowych zaułków. Jest więc co oglądać i wybierać, chwalić i ganić. Stadiony pustoszeją, domowe kanapy trzeszczą.

Osobny rozdział przekazów z ligi angielskiej ma Polsat z Marcinem Feddkiem i Tomaszem Lorkiem, ten drugi zakochany po uszy w żużlu od dziecka.

Liga z Wysp uczy, niektórzy nasi  błyszczą wiedzą, znają język i swobodnie poruszają się jako Europejczycy. Można ciekawie posłuchać np. Dawida Stachyrę, Piotr Baron komentuje super. Jarek Hampel z angielszczyzną jest jak ambasador i kiedyś może być świetnym działaczem. Ale gdzie tam jeszcze do tego… przed nim miejsca na podium.

Obok lecą radiowe transmisje od Leszna po Pomorze, Lubuskie, Śląsk, Podkarpacie, lubelskie Roztocze. Szum faluje. Elektryzuje, podkręca spiralę speedway made in Poland.

Speedway jest jak magia, wciąga, elektryzuje. Tłum reporterów z Polski był “postrachem” organizatorów imprez zagranicą, kiedy Tomasz Gollob zwiastował cudne wyścigi i zwycięstwa. Dziś gazety mają speedway na należnym miejscu, choć nie wszystkie go preferują z tych głównych. Przekaz telewizyjny dociera na kanapy i fotele w domach, no i tłumi inne wydarzenia. Sfera medialna jest jakże inna od tej, kiedy do Londynu na Wembley leciałem spłoszony jak wróbel i wbijałem się w rodzimy rynek z relacją na siłę tu i tam, by zadowolić czytelników, słuchaczy i mieć satysfakcję, że przekaz odbierany jest jak skrawek czegoś niebotycznego. Dziś wystarczy spojrzeć na “plazmę” i kliknąć w compa. Wszystko jest. A jednak… chyba nie wszystko… Nie ma już niestety żużlowego, starego i mitycznego Wembley a ja sentymentalnie z jego królewskimi tajemnicami mam go w sercu i pamięci.