Człowiek nie jest kurzem (cz. 3)

Moda. Kupuję Vogue, kultowe pismo amerykańskie, obecne na całym świecie, w Polsce też. Tak, lubię. Nie tylko to, bo ciągle uwodzi mnie Diana Keaton i razem z Jackiem Nicholsonem w “Lepiej późno, niż później” fundują optymizm, którego tak mało na tym świecie. Teraz. Święta, sentymentalne Boże Narodzenie, choinki mają zapach lasu, u mnie w domu rodzinym zawsze mówiło się “drzewko”. W ogóle święta mają tradycję spotkań, jedzenia dobrych rzeczy, kolędowania, obojętnie jaka dopada nas aura otoczenia. Kultowe święta, rodzinne, polskie. Chcę jeszcze trochę o tym kulcie, snuję mini serial felietonowy, od dnia Mikołaja, który już na saniach nie jeździ. Lubimy jednak takie postaci, kultowe przez całe życie, bo człowiek jest ciągle jakby dzieckiem w odbiciach zdjęć sprzed lat. Wyprułem ze swojej głowy fragmenty wiedzy o żużlu, stos i etos, porządkuję magazyn przeżyć “bez pruderii” dla czytających.” Sprzedaję” siebie.

Come back wątek KULTU, który ma różne miary. Stadiony, ludzie, miasta, wydarzenia, które wpadają do historii. Pamiętamy, przypominamy sobie te najważniejsze a każdy ma inną “urodę”; na tym polega wolność myślenia, wyrażania szczerych opinii bez strachu.

“CZŁOWIEK nie jest kurzem”, powiedział rumuński pisarz, filozof, mizantrop Emil Cioran i dodał: życie trwa tak długo, jak długo trwają nasze wzruszenia. One mają różne gwiazdki znaczenia, przykre, przyjemne, doznania do zapomnienia i wspominania. Przyznaję, że wzruszenia mnie polubiły. Czy można być obojętnym wobec emocji?

Zapamiętałem pierwszy wyjazd na Wembley, angielska atmosfera na meczach nie tylko żużlowych jest wyjątkowa. To trzeba przeżyć. Przypominam sobie pierwsze widzenie z młodym niemieckim zawodnikiem na praskim stadionie Marketa. Duży szum, dobrze zaopatrzony w sprzęt, ubrany tip – top. Towarzystwo liczne i śliczne. Nazwywał się Egon Mueller, nie przypuszczałem, że zostanie mistrzem świata. Został w 1983 roku na swojej ziemi koloru Fryzji w Norden. Początki miał trudne, uczył się jeździć, sprzęt przygotowany przez najlepszych mechaników, Otto Lantenhamer bawarski spec od silników był skromnym w obejściu fachowcem od silników. Egon pojętny “gracz” szybko zyskiwał zwolenników, robił postępy na torze, miał przychylne towarzystwo. Można go śmiało nazwać kultowym sportowcem, dbał o PR, chętnie wypowiadał się na konferencjach medialnych, nie unikał wypowiedzi, wiedział, że trzeba współpracować, obecnbie aktywnie „sprzedaje się” na FB. W swojej bogatej karierze nagrał nawet dyskotekową płytę, nie najlepiej śpiewał, ale spróbował, nie był leniwy, ciągle był poszukiwaczem novum. Kiedy samochodem jechał do dawnego Związku Radzieckiego rozebrano mu na granicy doszczętnie auto i motocykle. Poskładał bez awantury razem z synem Dirkiem. Byliśmy razem w Togliatti, rosyjska kolacja, finał kontynentalny IMŚ. Egon lubił towarzystwo, piwo mu wystarczało, dbał o image w szczegółach, był niemieckim żużlowcem, który został też kilka razy mistrzem świata na długim torze, śmiem twierdzić, że Niemcy bardziej kochali długie tory od klasycznych i ciekawy jestem, co na to kultowy Christian Kalabis /częsty gość na FB/, który wydawał atrakcyjny miesięcznik żużlowy “Bahnsport Aktuell”. Egon Mueller, niemiecki as bywał często w Polsce, odcisnął w historii żużla światowego kultowy ślad. Taki zawodnik za wcześnie się urodził, bo pewnie startowałby w polskiej lidze jako gwiazda. Ilu jeszcze takich z dawnych lat? To byłaby ligowa Estrada Lux z takimi aktorami; wyobrażacie sobie np. braci Moranów, kalifornijskich kowbojów czy Duńczyka Erika Gundersena?

Leszno, miasto żużlowo kultowe, nie tylko, że tam od 30 lat ukazuje się jedyny na polskim rynku “Tygodnik Żużlowy” ale emanuje sławą klub z 80 – letnią tradycją UNIA, czterokrotny teraz z rzędu mistrz Polski, w sumie ośmiokrotny. Brand wielkopolski. Gospodarka udana, talenty szlifowane, zagraniczni zawodnicy doceniają tam startować. Stadion dawnej daty, wymaga renowacji, imienia Alfreda Smoczyka pierwszego mistrza Polski, który tragicznie zginął na drodze. W tych okolicach mówi się o żużlu prawie wszędzie, nie wypada więc być ignorantem w tej materii. Tabu objawowe. Leszno organizowało imprezy światowe, bazą była pałacową Rydzyna, ciekawe miasteczko ok. 10 km od Leszna. Klimatyczna strefa z dużym bagażem obyczajowych eventowych scen. Z plusami, minusami, kompromisami przy bufecie pałacowym, gdzie niczego nie brakowało. Kultowe miejsce z duszą hotelową, gościnne dla wszystkich.

Rok 2020, już jakiś czas temu POLSKA wyforowała się, wobec kryzysu angielskiego speedway’a na czoło. Mocno lansowany serial Grand Prix, który zastąpił inny schemat rozgrywania MŚ doszedł jednak do niemalowanej ściany i wymaga resetu. Wyrzucono drużynowe mistrzostwa świata, władza żużlowa pod włoskim beretem FIM nie ma koncepcji na ratowanie resztek, sanację, brakuje pomysłu na rozwój, propagowanie wyścigów w nowych destynacjach świata. Pieniądze na naszym rynku zasłaniają czasem świat i rozmieniają rozsądek na drobne. Polska strona ratuje poziom, zatrudnia nie tylko elitę, także młode talenty zagraniczne, chętnie tu przyjeżdżają, zarabiają dobrze. Zamykanie się jednak w swoim domu wcale nie jest korzystne wizjonersko, gdyż wbijanie w pychę zwykle źle się kończy. Nic tak nie uzdrawia, jak konkurencja, niestety Polacy jej prawie nie mają. Gorzej… tracą wzrok i słuch na otoczenie bliższe i dalsze. Co dalej? POLSKA i empty… Konkurencją dla polskiej armii są zaledwie soliści, duety, w tym nadzieje ambitne, lecz speedway światowy a prawdziwie europejski ostał się właściwie polski. Jednorodny gatunek bywa, że znika, kwestia czasu. Fakt mało pocieszający, brakuje wyobraźni “bohaterom” samouwielbienia swojej pseudo doskonałości. Egotyzm nie jest cechą pocieszającą. Ryzykiem upadku.

W skali światowego żużla od 2022 zacznie się nowy ruch, ponieważ dzierżawę FIM – owską obejmie ktoś inny po BSI. Ciekawe co przyniesie novum wokół Eurosportu…

Wracam jednak do kultowych zjawisk, bo one wirują mi ciągle w głowie. Niewątpliwie sensacją było konkurowanie Duńczyków o tron mistrzostw świata, czyli Hansa Nielsena i Erika Gundersena. Ich patron Ole Olsen nieoczekiwanie trzymał stronę małego Erika. Nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja obu, gdyby nie dramatyczny wypadek w angielskim Bradford Gundersena, który walczył o życie a zdarzyło się w finale drużynowych MŚ. Gunder ocalał, lecz na tor nie wrócił, mieszka w rodzinnym Esbjergu. Strata dla wizerunku speedway’a na świecie dotkliwa. Takich przypadków mamy sporo, speedway jest ekstremalnym sportem, choć wypadki, kontuzje nie tylko sygnujemy na torach. Tragiczne i mniej groźne, różne, tak jest usłane życie w żużlowych zakamarkach naszej rzeczywistości. W Polsce przykre zakończenie kariery miał Tomasz Gollob, który był kultowym zawodnikiem, rozbuchał emocje fanów, narodziła się gollobomania, rodacy jeździli tam, gdzie startował, w liczbie, która dawała pokaźną kasę wszystkim organizatorom. Wypadek na trasie motocrossu w 2017 spowodował u mistrza walkę w innym wymiarze; bitwę o życie i jego funkcje. Los tak chciał? Kultowy zawodnik, który zgromadził wspaniały stos wyścigów, zwycięstw, worki medali – na torach nie tylko w Polsce przecież. Speedway jest uwielbiany za dramaturgię pojedynków na ostrej krawędzi, człowiek dosiada motocykla, nie jest sam decydującym o tym, co może się wydarzyć. Bywa pięknie i bywa przerażająco. Przeżywamy, trwamy, tęsknimy za wyścigami, polski fenomen żużla jest niezrozumiały z powodu tej miłości, niemal ekstazy i nie ma w tym przypadku rozwodów. Pretensjonalne zjawisko? Nie, mamy swoje “komiksy” bez podróbek, świat żużla nie wyobraża sobie dziś życia bez nas, bez polskiego euro.

Ten sport pisze scenariusze, które nie zawsze reżyser – los kontroluje i prowadzi do szczęśliwej mety. Kochamy jednak z dobrodziejstwem zła i dobra, świąteczne dni przypominają nam bumerangowo wydarzenia i nie ma od nich w wolnych chwilach ucieczki. Jest zjawisko kultowe ocieplające serca, bo kiedy się kocha, myśli wirują niemal obsesyjnie i to są nasze fascynujące “gwiezdne wojny”.

BSI/IMG sprząta speedway cz. 1

Processed with VSCO with l2 preset
Processed with VSCO with l2 preset

Coś niesamowitego, warto w życiu czekać na takie wydarzenia. Marzenia. Speedway wjeżdża na światowe areny z hukiem, promocją, imprezami, które wstrząsną wyścigami kibiców nie tylko przywiązanych łańcuchami do tego sportu. Oto sztuczny tor położony na legendarnym londyńskim Wembley. Pamiętam jak dziś, co tam się działo jeszcze na starym stadionie, finały światowe miał niemal siedzibę, organizowane były z szykiem angielskiego fasonu oraz improwizacji. Wygrać tam mistrzostwo świata było nie tyle cudem, co rangą i prestiżem. Jakby olimpijskie złoto. No, no…

Co tam Londyn, magnetyczne przeżycia w królewskiej stolicy, lecimy przecież dalej. “Odgrzebujemy” USA, zachodnie wybrzeże olimpijskie z Los Angeles, stadion legenda – Coliseum, gdzie podobnie jak na Wembley cieszył się złotem Bruce Penhall. Będzie wręczał medale jako mężczyzna 60 plus! Dalej przystojny, ciacho a w Londynie obecni byli m.inn. mistrzowie świata z Peterem Collinsem i Ole Olsenem. Kalifornia słoneczna, rodząca żużlowców, którzy jak sprężyny pracowali na europejskich torach. Lot z Europy do Ameryki dla turystów atrakcja jak Niagara, dla bogatszych skok do Nowego Jorku, Brooklyn ze słynnym mostem, Bronx i Little Italy. Koncert seksownej Caroline Campbell, która na skrzypcach gra dziko i bosko. Show bez frytek. Cygara i kapelusze.

Argentyna. Jeszcze tam nie było światowego żużla, wielkie steki i czerwone, mocne wino, wołowina z tangiem na ulicach. Niebo z gwiazdami i ocean, Bueneos Aires a speedway nasączony luzackim klimatem niezapomniany, trzeba znów wrócić, do raju tańca ciało w ciało, tam partnerki nie wypuszcza się z rąk. One chcą tańczyć do rana.

Europa. No tak, Petersburg, Wenecja Północy, carskie mroczne historie, Lenin i Pałac Zimowy. Rewolucja czerwona w tle. Kiedyś w dawnym Leningradzie żużel często gościł; finały kontynentalne, mniejsze wydarzenia. Nazwy Leningradu już nie ma, jest  malowniczo rozłożone nad wodą miasto, gdzie historia II Wojny Światowej miała wymiar bezgranicznego heroizmu rosyjskiego losu i głodu. Niemcy odeszli won. Spasiba. Reanimujemy motogonki. No i Moskwa, atrakcje złotych cerkwi, Kreml “wiecznie żywy”. Stolica otwiera się wreszcie na speedway, przypomina dawne sukcesy Igora Plechanowa, który szalał pioniersko  na Wembley. O turnieju gwiazd w Moskwie  marzy Emil Sajfutdinow i kokietuje Putina. Noworuscy mają dolary, chcą show USA.

Niemcy. Monachium, olimpijski stadion i sztuczny tor. Bawarczycy uwielbiają wyścigi motorowe, krótkie, długie, latem oraz zimą. Inzell. Lód. W śniegu wyrzucone miniaturki po różnych procentowych napojach przypominają, że mróz można ocieplić w sercach. Wygrał kiedyś złoto w stolicy piwa Hans Nielsen, duński arcymistrz żużlowego szachowania, piekielnie wyrachowany od kredy do kredy na wszystkich stadionach świata. Bawaria kocha futbol i Bayern z Robertem Lewandowskim. Pobyt w Monachium ma przeżycie kaca. Ogórki, śledzie i auf wiedersehen!

Amsterdam. Morning fresh. Miasto z urokiem o każdej porze roku. Muzea i erotyka, muzyka na ulicy i stadion olimpijski, raz zorganizowano finał historyczny na żużlu, aż dwudniowy. W jednej z dzielnic miasta mówią kobiety “wystarczy raz a dobrze”.

POLSKA, kluby biją się o organizację żużlowych wydarzeń na poziomie światowym. Warszawa, Wrocław, Chorzów, Leszno albo Toruń. Wystarczy. Legendy stadionowe. Kibiców nie trzeba, aż tak bardzo naciągać, choć teraz inny czas i kibice wymagają dopieszczania. No więc do dzieła agencje PR i reklamowe. Show goni show. Zabawa musi trwać, przyciąganie widowiskami, promowanie żużla jest konieczne non – stop.

6 imprez w randze mistrzostw świata indywidualnych turniejów wystarczy, by uczestnicy zachowali radość z wyścigów. Jeszcze mamy drużynowe MŚ, czeka na to Szwecja, Dania. Goeteborg i Kopenhaga. Tam może być zresztą wszystko, co jeździ po torach. Piknik i metanol. A gonitwy ciasno parami? Oczywiście, Australia na początek sezonu, słońce oceaniczne a w Europie śnieg i srogi mróz. Kibice lubią miejsca żużlowe, które mają charyzmę lokacji, tak jak Praga, która kusi zawsze urokami dniem i nocą. Taka mała, taka duża i nie można tam spać. Ahoj! Piwo i głos Vondraczkowej. To je dobre.

Pomarzyłem jak we śnie. Jeden sen, drugi, trzeci, potem była kawa. Rozlały się marzenia. Upatruję serial Grand Prix jako promocję na słynnych stadionach, natomiast mistrzostwa świata powinny wrócić do starego schematu. Jeden finał IMŚ jak olimpiada. Super event!

Czas na włoską robotę. Bez rzymskich wakacji i sycylijskiej mafii. Bene.

Egregio Signore Armando CASTAGNA! Szefie światowego żużla. Czas szybko leci, speedway zestarzał się i posiwiała broda. Co w ramach serialu Grand Prix zrobiono generalnie nowego? Od 1995 roku? Niestety, Armando bój się papieża Franciszka, speedway schodzi na psy. Po dyrektorze GP Duńczyku Ole Olsenie schedę objął nie tak dawno młodszy jego syn Torben. Mądry facet, lecz nie bardzo go ten biznes kręci. Kilkanaście imprez GP, bez sensu a niemiecki Teterow jest symbolem słabości tego sportu. Pisałem o tym wiele razy i rozmawiałem o braku koncepcji na speedway nie tylko z Armando. Opór, wygoda, pozorowanie działań. Zero projektów. Organizacyjna elita Międzynarodowej Federacji Motocyklowej pod kierunkiem włoskim znalazła się w mrocznym zaułku, brakuje tylko fans Napoli kontra Lazio, by wzniecić ogień.

IMG/ BSI, amerykańsko – włoska firma / słona, długoletnia dzierzawa od FIM/ organizująca MŚ szuka byle gdzie i byle jak, nowego szefa, bo Torben Olsen, młody człowiek z aspiracjami, nie wierzę aby nie radził się ojca, niestety odchodzi! Z żużla ale nie z “kółek”. Speedway szczytowy jest więc do wzięcia, chcą kogoś, może być spoza żużla, super menedżera, który uzdrowi towarzystwo i da nadzieję na załatwianie płatności wobec FIM. Polski speedway ma sie dobrze, lecz nie jest wolny od światowego. Kryzys poza Polską kłuje w oczy. Anglia, matecznik żużla oddycha sztucznie, nie podniecajmy się przeszłością i polską frekwencją ciągle zadziwiającą. Drepcze pycha z narcyzmem. “Najlepsza liga świata”, slogan wyświechtany odbiega daleko od wyobraźni. Dżentelmenom z FIM oraz korporacji IMG/BSI jej brakuje, jest deficytem, bez niej nie można ułożyć normalnego życia. Brniemy w zapaść, niskie ciśnienie niemożności.

Speedway w Polsce postrzegamy nadal przez pryzmat ligowego zainteresowania, ekscytujących meczów w strefie play – off. Rzeczywiście włosy niektórym wypadają, jak emocje przetaczają się przez stadiony, bo jest co oglądać. Jednak trzeba koniecznie spojrzeć co dzieje się w miejscach, gdzie nie ma Ekstraligi i jakie są koszty utrzymania.  Ten rok – oceniają analitycy żużlowi, fachowcy z branży, może być przełomowy. Z jednej strony mamy problem braku koncepcji na rozwój żużla na świecie, z drugiej polski “romantyzm” tradycyjnie zauroczony kibicami. Wyścigi szczytowe, stadiony wypełnione. Quasi “bezrobocie” w stylu Grega Hancocka jest pewnym sygnałem, że zrobiło się inaczej, niż dawniej. Centrala nie ma łączności twórczej z agendami.

Sezon 2019 przed nami, spirala już się nakręca, kibice gonią za karnetami, prezesi rachują, iluzja telewizyjnej magii meczów ekstraligowych utrwala przeświadczenie, że nic nam nie grozi. Będzie jak zawsze, na zawsze? No cóż, tradycyjnie, jesienne liście zlecą z drzew i nie przykryją tego, co nas tak boli./cdn/

Cyrk w małym namiocie

 

„Ten kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”. Koniec, kropka i wywrotka. Życie raz po raz przypomina o tym i nadal mamy do czynienia z różnego rodzaju próbami dawania i odbierania. Czy w tym kontekście mam na myśli próby żużlowych bossów, którzy zapowiadają renegocjacje umów podpisanych w opcji euro niemal na wyścigi kiedy tylko skończył się sezon. Nie pamiętam takich szumnych i szybkich uroczystości, niektórzy nawet afiszują umowy z instruktorami jakby to była ratyfikacja arcyważnej decyzji .Guzik prawda. Cyrk w małym namiocie. A w dużym? Może ciut większym.

Właśnie. Środowisko czarnego sportu, choć jaki on tam czarny, żyje premierą sezonu i niepewnością jutra. Jednych straszą odejmowaniem kasy, drudzy martwią się czy w ogóle  coś i kiedy dostaną. A elita pokazuje słynny gest Kozakiewicza. A kuku…

Mnie frapują w czasie kryzysu finansowego, w którym prezesi słynnych banków światowych, którzy mają horrendalne długi, wysokości astronomicznych premii. Jak to jest do diabła, że tylko maluczkich trzeba walić po krzyżach? Gdzie sprawiedliwość, gdzie…

W tym całym cyrku na żużlowej scenie mamy dzierżawcę imprez mistrzostw świata pod nazwą Grand Prix. Amerykanie i Anglicy mają swoje IMG/ BSI. Taki speedwayland, który epatuje i wyciska pot z polskich i czeskich działaczy, bo Anglicy w Cardiff mają swoje prawa i przywileje, Szwedzi się nie dają, Duńczycy tolerują, dla Łotyszów to ciągle kolorowe przybliżenie Zachodu a Włosi maja ofertę turystyczną i dla urozmaicenia serialu robią takie speedway – spaghetti. Najbardziej prężą się i wyczyniają podchody polskie grupy utrzymujące poziom kasy BSI/IMG no i czeska „ skupina”. Ale na razie zostawmy serial GP. Trochę innego towaru.

W sytuacji kryzysu, widma lokautu ligowego na polskim gruncie wieszczonego przez udziałowców rozgrywek pytam publicznie dlaczego nie postanowiono obligatoryjnie aby obciąć solidarnie wszystkim, którzy mają kontrakty powyżej pół miliona złotych mały procent na ligę juniorów? Nie pomyślano? Strata małych, duży jedzie dalej. Ponieważ nie ma w polskim sporcie żużlowym wyraźnie ukształtowanego w majestacie władzy pionu szkolenia więc w tych kwestiach wypowiadają się klubowi dygnitarze, szkoleniowców nikt nie pytał o zdanie, zresztą  jadą na pasku prezesów, więc nie podskoczą powyżej swojej brody. No i doszło do bezmyślnej aborcji ligi juniorów.

Czy dzierżawca turniejów Grand Prix IMG/ BSI jest nietykalny w kwestiach finansowych skoro kryzys hula po świecie od  Nowego Jorku po Tokio?

Wcale nie namawiam do rewolucji lecz wydaje mi się logiczne, że warto zweryfikować wcześniejsze umowy polskich klubów podpisane z BSI/ IMG. Ta grupa zresztą umiejętnie już swoje zaoszczędziła, bo wycofała swoje środki z Super Grand Prix, czyli dolarowego przydziału dla zawodników w finale sezonu. Tracą na tym nie tylko żużlowcy, również kibice, dla których dodatkową atrakcją było podrasowanie widowiska. Klapa.

Czy Praga, Leszno, Daugavpils, Malilla, Bydgoszcz są w stanie ograniczyć zyski spółki Grand Powtórek? Hm, nie wiem. Włoskie Terenzano jest wyluzowane. Muszę przyznać, iż wtrącenie się w polskie organizacje mistrzostw świata przez Polski Związek Motorowy jest trafione, gdyż mam taką nadzieję PZM będzie dywersyfikował ten partyzancki rynek. Właściwie wraca Pezetmot do dawnych korzeni, kiedy jedynym rozdającym imprezy rangi mistrzostw świata była Międzynarodowa Federacja Motocyklowa a PZM biorąc prowizję od przyznania organizacji polskiemu klubowi nie był zdziercą. Negocjowano warunki twardo i jak to w interesie obie strony miały na tzw. „górkę”. Dobrze, że ktoś przypatruje się i ingeruje w rozbujane zapędy klubowiczów marzących o nieustającym festiwalu GP co rok. Konkurencja powinna uzdrowić imprezy i uatrakcyjnić dla kibiców. W sytuacji kryzysowej trzeba wreszcie kokietować widzów rozsądnymi cenami biletów, warunkami na stadionie i poza, atrakcjami przed i po imprezie. Nie ma nic gorszego od rutyny i „ ścierniska”.

Nie wiem czy jest ktoś o takim autorytecie w skali makro aby zebrać wszystkich organizatorów turniejów GP, drużynowych potyczek i przy kwadratowym/ wcale nie musi być okrągły/ stole zjechać z wyżyn do normalności. Potrzeba doprawdy wyobraźni, bo nikt nie wie w tej chwili jak potoczy się ten kryzys w połowie sezonu i jak wyglądać będzie kasa.

A co do juniorów, sygnalizowane są próby ratunkowe i jazdy w skali mikro. Proponuję by w ramach turniejów GP pokazać jeden wyścig utalentowanych zawodników taki „support”, zawsze to ożywi atmosferę, lepszy taki wyścig niż łomot jakiejś kliki muzycznej skrzykniętej  nie wiadomo po co. Poczujmy się lepiej…

Czas kryzysu nie może być ratunkiem dla niefrasobliwych prezesów, którzy na łapu – capu podpisali jak zwykle kontrakty byle mieć asa już na święta. Pośpiech jest zgubny a dobry podczas… łapania korupcji.

Wcześniej czy później kryzys minie i skorygowane decyzje mogą być utwierdzeniem przekonania, że tak trzeba robić. Powrót Pezetmotu i nadzór nad partyzantką klubowych gorących głów będzie zapewne dobrym stymulatorem. A życie pokaże faktycznie jak funkcjonuje „ oko” ze stołecznej Kazimierzowskiej.

Co do skorygowania umów z zawodnikami strefy euro mam wątpliwości dużego formatu. Z jednymi asami można rozmawiać, z drugimi wypada, z trzecimi koniecznie trzeba. Jeszcze inni w oparach metanolu nie puszczą ani grosza. Rozpieszczone towarzystwo przez lata nie da sobie wydrzeć apanaży. Jak to mówią „ mamy spółki, działalność gospodarczą i musimy być na plusie”. Wszystko jasne? Spodziewam się mimo wszystko po 2 – 3 miesiącach pewnych zawirowań, gdyż nie wszyscy mają tak skalkulowane budżety by przetrwać spokojnie do końca. Jeśli prezes klubu prowadzi firmę o niezłym obrocie i przewidział u siebie kryzys, a nie dostrzegł go na sportowym folwarku, mam wątpliwości  co do jedynej jego duszy. Powątpiewam i w tym nastroju nie zostaję sam, choć to słaba przyznacie pociecha. Ten kryzys stopuje zapędy niektórych polskich klubów żużlowych, które przed laty uwierzyły, że nie będzie żadnego finansowego zaparcia i cudowne rozmnożenie dóbr będzie trwało i trwało. A tu brzdęk. I lament.

W takim cyrku… dobrym clownem być.