Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Samoodejście, dlaczego? Największym dobrem jest życie

Wypadek, choroba, nagła, trudna sytuacja… Samobójcy zostawiają po sobie gwałtowny ból. Rodzą się pytania dlaczego i najczęściej nie ma odpowiedzi a przypuszczenia bywają tajemnicze i nieodgadnione. Speedway jest sportem ekstremalnym, niebezpiecznym nie tylko z powodu na kraksy, które okaleczają ciało ale bywa, że zostawiają trwałe kalectwo do końca życia. Zawodnik jeżdżący na żużlu ma stres, on nie boi się ale nie jest wolny od myśli o niebezpieczeństwie. W trakcie walki na torze zapomina się o tym, tam buzuje adrenalina i każdy sportowiec chce swoją ambicją pokonać wszystko. Albo udaje się, albo zwycięstwo zostaje odłożone na później, trudno zresetować niebezpieczeństwo.

Profesor dr. hab. Agnieszka Gmitrowicz, psychiatra z AM w Łodzi mówi tak: “ Ja nigdy bym się nie podjęła wytłumaczenia, dlaczego ktoś popełnił samobójstwo, jeśli tej osoby nie poznałam i nie mogłam jej wcześniej zdiagnozować”.

“Wskakuję” w historię żużlowych przejść, nie mam zamiaru robić statystyk, dotknę tych faktów, no i osób, które znałem. Dawno temu Australijczyk William Robert “Billy” Sanders popełnił samobójstwo, wsiadł do auta, włączył silnik i zatruł się w garażu spalinami. Był nazywany “australijską strzałą”, uczestnik wielu finałów światowych, znakomity, sympatyczny, przystojny. Wicemistrz świata, medalista, postać znacząca w żużlu. Billy miał problem z żoną, którą zainteresował się jego kolega z reprezentacji “Kangurów”. Szok a psychika Sandersa była za słaba, więc sam zadał sobie cios. Koniec.

Wielki talent angielskiego żużla Kenny Carter, zwinny na torze, marzący o tytule mistrza świata, nie doczekał takiej satysfakcji, w Los Angeles na Coliseum w kontrowersyjnej sytuacji lepszy od Cartera okazał się Bruce Penhall, kalifornijskie bożyszcze żużlowych serc, także mojego. Na swojej farmie Kenny po rodzinnej sprzeczce bierze dubeltówkę i strzela do żony, potem do siebie. Dwie ofiary, dramat oblatuje sportowy świat. Kariera Cartera stała otworem, furiat popełnia morderstwo, dzieci zostają sierotami. Tragiczny western.

DLACZEGO on to zrobił?

A dlaczego Edward Jancarz zostaje zasztyletowany przez drugą żonę pewnej styczniowej nocy w Gorzowie? Ikona polskiego i światowego żużla ginie a sensacja jest wstrząsem, nie tylko w środowisku żużlowym. Noż jest ostry tak, jak i wiadomość, że Eddy umiera.

Polska scena żużlowych wydarzeń. Robert Dados, lubelski matador, talent wyjątkowy do ścigania się na torach. Mistrz świata juniorów. Luzacki idol, popularny, efektowny jazdami i efektywny punktowymi zdobyczami. Odlatuje z Lublina, jest we Wrocławiu, w Grudziądzu. Przeżywa ciężki wypadek drogowy w Grudziądzu, “zalicza” próbę samobójstwa, już nie wiem, co było pierwsze. Podczas Grand Prix w Kopenhadze na Parken nagle jedzie pod prąd. Ma zaburzenia psychiczne, błądzi, zły duch czeka na okazję. Robert Dados wybiera śmierć, skraca życie, zadaje potężny ból rodzinie. Dotychczasowe jego życie już było karierą a mogło być jeszcze większą. Już nie będzie.

DLACZEGO on to zrobił?

“Problem samobójstw jest bardzo złożony, a każda osoba ma inną historię życia”, mówi prof. A. Gmitrowicz. – “Zidentyfikowane zostały oczywiście różne czynniki ryzyka. Samobójstwo nie jest przeważnie czymś, co się zdarza bez uprzedzenia. To bardzo często jest proces” oświadcza profesor w rozmowie z Urszulą Rybicką… “Można go przedstawić w postaci wykresu. Na jednej osi można zaznaczyć czynniki ryzyka genetyczne i uwarunkowania osobowościowe, a na drugiej osi można odłożyć stresory, czyli kolejne sytuacje w życiu powodujące stres.”

Młody zawodnik Falubazu Zielona Góra Rafał Kurmański targnął się przed laty na życie. Niesamowita historia, jak inne przypadki, niestety. Młody talent, obiecujacy, życie i medale przed nim a jednak śmiertelna decyzja jest silniejsza od rozumu. Straszne.

Rybniczanin Łukasz Romanek, mistrz Europy, sentymentalny, ambitny. Miał presję na wynik, lecz poza żużlem są też sprawy ważne. O tym warto pamiętać! Trzeba o tym mówić. Był taki skoczek narciarski z USA, który cieszył się z tego, że poleciał, nie wywrócił, wylądował. Oczywiście ambicje są nie do zważenia, inne u każdego, nic jednak na siłę. Łukasz podobnie, jak Rafał i Robert wybrali samoodejście, brutalnie przerwali młode życia, które rokowało sukcesy. Wcześnie złamali swoje charaktery.

Słoweniec Matej Ferjan, żużlowiec lubiany, zżyty z Polską decyduje się na koniec. Wstrząsające. Nitka życia przecięta wbrew naturze. Płaczemy i brniemy w nicość.

DLACZEGO oni to zrobili?

Na oko gladiatorzy, w środku wątli. Szacuje się, że ok. 40 proc. młodych ludzi w Polsce ma myśli samobójcze. Liczba ta rośnie w cywilizacyjnym zawrotnym kieracie.

Bohaterów nie satysfakcjonują słowa: musisz wziąć się w garść. Wszystko albo nic?

TOMASZ JĘDRZEJAK ostatni smutny, tragiczny przypadek samobójstwa…

Znów przywołuję opinię prof. A. Gmitrowicz: – Jeżeli dojdzie do pewnej kumulacji, czyli u osoby, która ma predyspozycje/ tzw. podatność/ nagromadzą negatywne doświadczenia i kryzysy, to ryzyko zamachu samobójczego znacznie wzrasta…

Tomasz Jędrzejak, b. mistrz Polski, zawodnik urodzony w Ostrowie Wlkp. tam mieszkający z rodziną/ dwie nastoletnie córki/ kilka dni temu okrył żałobą bliskich. I nie tylko, cały sportowy świat nie może zrozumieć dlaczego to zrobił, półtora dnia po udanym meczu. Dyskusje trwają, człowiek czasem nie może sobie poradzić sam. Ale dlaczego inni nie widzą załamań, no właśnie jest taki kamuflaż psychiczny. Niby nic a jednak zło dopada. Niszczy psyche, obezwładnia, brakuje wyobraźni, jest destrukcja.

Samobójstwa są nagłymi zdarzeniami, które jak atak serca szokują otoczenie. Jeśli nie ma widocznych symptomów, zrozumienie ostatecznej sytuacji jest niemożliwe. Absolutnie.

SPEEDWAY jest znaczony śmiertelnymi wypadkami na torze, trwałym kalectwem na całe życie. A jednak startują młodzi, chcą być mistrzami, ginie na torze zawodnik a jego brat zaczyna ściganie. Nieprawdopodobne, prawdziwe. Cóż za moc w ludziach, strach wypędzony, ambicja wyżyłowana, wygrywa etos ścigania za wszelką cenę. A cena ostatniej chwili życia jest wciąż bardzo wysoka! Paradoksy gniotą sumienia.

Każdy człowiek ma swój Stalingrad życiowy, mniejszy, większy, górki i dołki, trzeba pokonać zło, żyć dobrymi wspomnieniami a te malowane na czarno odrzucić.

Porady psychologów w życiu pomagają, psychoanalitycy, psychiatrzy pozwalają wrócić do normalności. Każdy chce może czasem wynurzyć się z otchłani dręczących myśli i lekarz jest konieczny. A jeśli furtka ratunkowa zamknięta? Co się robi, by pomóc zawodnikom? Szkoleniowcom, nawet prezesom… Nie ma co się wstydzić. Stać chyba polską władzę żużlową na taką osobę, która bezpłatnie pomoże każdemu w potrzebie. Pogoń za wynikami, pęd dygnitarzy za apanażami – zaciemniają skomplikowane problemy ludzi. Jeśli władze żyją z “żużlowych galerników”, powinny obowiązkowo zadbać o ich życie, kondycję, pomyślność. Pamiętacie jak bohater amerykańskiego serialu Soprano korzystał z psychoanalityczki? Kosztowne, konieczne wizyty; mam informacje, że obecnie w Polsce sporo osób korzysta z porad psychologów, psychiatrów, gdyż życie jest bezwzględne w swojej istocie. “Wyścig szczurów” zabija humanizm i drenuje bezwzględnie. Jak to możliwe, żeby zawodnicy po turnieju Grand Prix w Szwecji/ Malilla/ pędzili 1600 km na mecz Ekstraligi do Częstochowy; byłem tam i widziałem zmęczenie, zawody GP skończyły się późno w sobotę z powodu złej pogody a mecz w Polsce zaczynał w niedzielę o godz. 17.00. no a we wtorek ligowe ściganie w Szwecji. Człowiek musi zregenerować siły, być w pełni wypoczętym, zdrowym, gotowym do jazdy. Działacze z innych sportów nie pojmują tak obciążonego kalendarza. Czy piłkarz Ronaldo gra mecz dzień po dniu? On biega, żużlowiec jeździ. Proponuję, by po turnieju GP daleko poza granicami Polski, dygnitarze żużlowych salonów szybko wrócili/ śpiąc czy nie/ a potem przebiegli na stadionie choćby jedno okrążenie na torze… Za darmo.

DAXuCtBXcAAnaxV

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

Różna waga medali

SPORT jest loterią, jego urok polega właśnie na tym, że jest nieprzewidywalny i do końca nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście można czasem przewidzieć wynik, zdarzają się jednak i nieziemskie cuda. Narciarski skoczek leci i leci, dostał wiatr pod narty i szybuje jak ptak. Nagle defektuje faworytowi motocykl albo co gorsze pakuje się w bandę i nie zdobywa pewnych punktów. Coś się nie klei drużynie piłkarskiej, natrafia na mur, na lepszych przeciwników i przegrywa. Zdarza się zawodnikowi strzał w bramkę, którą eksponują telewizyjne agencje bez opamiętania, bo to gol cudo. Bywa i tak, że pewniak pudłuje i nie wykorzystuje karnego. Bokserskie wpadki, układy i wypaczone werdykty. Dramaty. Kontuzje, bóle, szał radości i ekstaza, grymasy porażki, łzy szczęścia ronione na podium. Sport ma wymiar nie do ogarnięcia w uczuciach, doznaniach. Przeżywamy i mamy satysfakcję z oglądanych widowisk. Glamour do powielania. Serce rozrywane na kawałki. Magia. Czar. Kochamy spięcia, wielbimy ryzyko i niespodzianki. Gryziemy wargi. Szaleństwo. Jest cudownie.

Cena zwycięstw jest okupiona różnie. Porażki bywają bolesne. Olimpijskie przygotowania trwają kilka lat, decyduje czasem sekunda o triumfe i ułamki tej sekundy o goryczy przepracowanych lat.

MEDALE. Mają różną wagę; zdobyte w rozmaitych warunkach, przy sprzyjającym szczęściu i czyhającym pechu. Jaka jest ich wartość? Medal zdobyty szczęśliwie wywołuje duże kontrowersje, jest krytykowany, trwają długo dyskusje. Wreszcie wrzawa milknie, sytuacja przechodzi do historii. Po latach mało kto pamięta jakie były okoliczności zdobycia “złota”. Liczy się efekt, statystyka pokazuje dobitnie kto wygrał i liczy się ten właśnie akcent. Już nie pamięta się loterii, fartu, pecha, historia uwieczniona w kronikach nabiera cech trwałego przetrwania i udokumentowania tego, co jest zapisane.

Mówi się o loterii. Wciąż za mało wybija się na czoło rolę sędziów, którzy jakże często pomagają losowi. Mówi się, szczęściu trzeba pomóc a jaką rolę odgrywa pech!

Onegdaj wspominałem złoty medal zdobyty w 1983 roku na torze Norden przez Niemca Egona Muellera. Fuks ewidentny, bo gospodarze przygotowali przyczepny tor, rzadko spotykany na tej rangi zawodach. Na takim kopnym torze Egon zwijał się jak kret i zdobył upragnione złoto. Jest uwieczniony w annałach.

1973 rok, Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim sięga niespodziewanie po złoty medal i wywołuje szok. Sędzia zawodów przez Międzynarodową Federację Motocyklową/ FIM/ został zawieszony i już nigdy nie stanął za pulpitem maszyny startowej w finale światowym. Zarzutem pod adresem niemieckiego arbitra na Stadionie Śląskim było puszczanie Polaka z lotnych startów. Georg Transpurger z Pocking mocno przeżył porażkę, chciał zrehabilitować się, jednak nie dostał szansy sędziowania turnieju najwyższej rangi. A szkoda, ambicjonalnie bardzo chciał rewanżu.

TORY przygotowane jak skała pod konkretnych zawodników gdzie liczy się szybki start i dojazd do mety. W 1984 roku na Ullevi w Goeteborgu Duńczyk Erik Gundersen nie dał szans rywalom na betonie. Beznadziejny to był w emocjach turniej, rywalizacja dwóch duńskich potentatów Gundersena i Hansa Nielsena została rozstrzygnięta wyborem nawierzchni pod egidą mentora Ole Olsena.

Co liczy się bardziej jednodniowy turniej o indywidualne mistrzostwo świata czy kilkanaście imprez w ramach serialu Grand Prix? Jaka jest waga tych zdobyczy na podium? Co jest sprawiedliwsze? Czy to jedno wielkie wydarzenie owiane tajemnicą czy harowanie w serialu przez cały sezon. Jaka jest wartość złota Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba?! Czy nie zastanawiamy się nad ceną takich sukcesów, które podziwiane, dyskutowane  w chwilach ich osiągania szybko przechodzą do historii, gdy zanikają emocje a czas pokrywa wszystko patyną. Odkurzamy, już nic nie zmienimy.

CZY najlepszy w historii żużla arbiter norweski Tore Kittilsen nie popełnił błędu podczas finału w 1982 roku w Los Angeles, kiedy w Kalifornii nikt nie dopuszczał myśli, że przegrać może gwiazdor Bruce Penhall, wykluczając w przedostatnim starcie angielską perłę Kenny Cartera? Zrobiło się spore zamieszanie, oczywiście wygrał Penhall, późniejszy aktor hollywoodzkich sitcomów, przegrał z sędzią i presją Carter. Anglik nie dojechał na podium, był szósty. Potem zastrzelił się w swoim domu, wcześniej pakując kulę w serce swojej żony. Dramaty, których się nie zapomina. Kittilsen przeszedł na zasłużoną sędziowską emeryturę, został prominentnym działaczem FIM, był niewątpliwie w dotychczasowej historii najlepszym arbitrem, któremu jednak można zarzucić kontrowersyjną decyzję w Los Angeles na Coliseum. Był pod wyraźną presją organizatorów, zrobili pierwszy finał światowy na żużlu, mieli na starcie mistrza świata z 1981 roku z londyńskiego Wembley i nie wyobrażali sobie, by charyzmatycznemu Penhallowi nie zagrano amerykańskiego hymnu. Zagrano efektownie z fajerwerkami w scenerii westernowej i w otoczeniu roznegliżowanych girls. Było więc “Hollywood” na zaliczkę dla aktorskiego Bruce’a. Stewardem FIM /wtedy ta funkcja tak się nazywała/ był szef światowego żużla Polak Władysław Pietrzak. Startował  w LA Edward Jancarz, mieliśmy widoczne polonica. Turniej był wyjątkowy, zwycięzca zaprogramowany.

Ile takich mieliśmy w historii, jaka jest waga medali, jaka jest cena złotego medalu zdobytego jednego dnia, a jaka w ciągu kilkumiesięcznej walki w różnych warunkach?! CO jest bardziej sprawiedliwe i co ma większy prestiż, jednorazówka czy serial? Tor betonowy czy przyczepny i jaka jest rola pogody jako reżysera, czy wręcz arbitralna władza sędziów, którzy mają panowanie nad startującymi i często doprowadzają do białej gorączki zawodników i kibiców. Wypaczają sens sportu. Rozterek nie brakuje a życie ich nie eliminuje do końca.

Szczęściu trzeba pomóc, pecha przegonić, tylko jak to zrobić? Ba! Recepty jeszcze nikt nie znalazł, dlatego sport jest wielce uzależniającą loterią bez granic.

Jazdy nabierają prawdy

W kinach leci Vicky Cristina Barcelona i ludzie nie narzekają na emocje. Na stadionach żużlowych nabiera rozpędu sezon, dostał wiosennego popędu i bzykanie motorów trwa i trwać będzie jak tylko można. Barcelona piłkarska zdruzgotała madrycki Real i mamy bramek grad. A na żużlu trwa mocowanie się mocnych ze słabymi, mocnych z mocnymi i słabych ze słabymi. Jest śmiganie i jest zabawa, wszystko dopiero przed nami ale i jest czas do pierwszych refleksji, szarych i słonecznych, w każdym razie na pewno ozdobionych emocjami wyzwalającymi adrenalinę, która powoduje migotania wokół serc.

1. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? No, gdzie ci Jankesi z kalifornijskich podwórek? Ostał się tylko Greg Hancock, który jedzie swoje i po swoje. Taki samotny biały żagiel z Pacyfiku czy może raczej jeździec z kalifornijskich żużlowych placów, gdzie zanim się rozpędzisz musisz hamować i jak sprężyna miotać się na motocyklu. Greg powołany został do reprezentacji USA na eliminację drużynowych mistrzostw świata na Łotwie i sam zdobył aż 14 punktów, podczas gdy jego partnerzy amatorzy 12. A było ich aż czterech! USA zajęły ostatnie miejsce i nie liczą się na salonie żużlowym. Co będzie kiedy Greg odjedzie na emeryturę, wszak wiecznie nie będzie tyrał a jest zawodnikiem ze stażem przedemerytalnym. USA słabe jak nigdy, po Nowej Zelandii mamy wspomnienia, Norwegia to tylko przeloty Rune Holty a Anglia jest na kolanach. Jakie paskudne czasy, tak, paskudne, gdyż tylko ostra rywalizacja i gwiazdy charyzmatycznego formatu napędzają koniunkturę. Amerykanie byli mistrzami świata, prowadzeni przez Johna Scotta z asem Brucem Penhallem jechali kosmicznie pięknie i wygrywali jak chcieli, a dziewczyny piszczały i marzyły by nie zasnąć w ramionach takich boys.

2. A propos Anglii. Słyszę, iż Marek Cieślak bije się w swoje, na szczęście, piersi a dudnienie dochodzi aż do Rzeszowa, że zakontraktowany został w Atlasie Scott Nicholls, przypominający raczej posturą / pamiętacie?/ Joe Screena, w gruncie rzeczy sympatycznego zawodnika, który chyba futrowany puddingiem utył nad miarę. Nicholls nie był pewnym zawodnikiem, to nie jest pracownik na którym można polegać o czym nie raz zapewniał sprzętowo i kondycyjnie swoich prezesów. Dlaczego Cieślak  zaufał Scottowi? Dobroduszny acz jeśli ma się miękkie serce, to co trzeba mieć twardego? Już wiecie i pewnie Marek też. Nicholls  nie zapomniał czego nauczył się w swoim kraju, lecz jest niefrasobliwym facetem, któremu trzeba dać odpoczynek od polskiego krajobrazu z pożytkiem dla naszych rodzimych zawodników. Utarło się dziwnie, że lepszy taki Scott niż Antek albo Jasiu…Weryfikacja musi jednak być i nie każdy funt tynfa wart. Marek Cieślak zaufał, Anglik S. N. jest chimeryczny no i teraz jest kłopotek. Rutyna jest zgubna, Atlas musi odkleić pewne schematy, gdyż nic tak nie ożywia jak nowe. Co do Anglii, mają kryzys kadrowy. Nicholls kiepski, a Chris Harris nie może odnaleźć się drugi sezon, jedzie jakby do tyłu, rozczarowuje nie tylko fanów Albionu ale i Ostrów Wlkp. Anglicy dołują wyraźnie, fatalnie i szkoda chyba na nich funtów, euro i każdej złotówki.

3. No właśnie. A co teraz jest na ustach w Toruniu? Kopernik? Radio Maryja? Moto Arena? Zgadnijcie?  Nowy stadion im. Mariana Rose,  nowe cacko Moto Arena na światową skalę z urodą miss world. Szkoda tylko, że na piętnaście tysięcy widzów. W Toruniu ten stadion zbudowali szast – prast i chyba nikt nie wierzył, iż w błyskawicach medialnych piłkarskich ME 2012 zbudowana zostanie taka bombonierka. W premierze pałacu torunianie „stuknęli” Unię Leszno. Było kompletnie na widowni; wspaniała tablica świetlna, dach pozwalający dojrzeć gwiazdy z księżycem i zbiorowe przekonanie, że to stadion mistrzów Polski. Znów mistrzów? Nie tak hop. Wiecie co, bardzo mnie zaskoczyła opinia Roberta Sawiny, który tam startował, a teraz dorabia jako instruktor w gdańskim Lotosie, kiedy Falubaz złoił skórę żużlowcom z wybrzeża, że „przegrali chyba z mistrzami Polski”. Do tego jeszcze daleko, a ponadto gdzie wiara Sawiny w zespół pompowany szkoleniowo przez niego. Nie mieszczą mi się w głowie na początku sezonu takie opinie. Czasem wiara czyni cuda zwłaszcza nad morzem. Trochę odjechałem z Torunia, nie szkodzi, bo wrócić tam zawsze można jeśli mają takie żużlowe cudo i wielka szkoda, iż tego nie dożył sędzia Roman Cheładze. Zastanawiam się jak wyremontowano rybnicki stadion czy częstochowski moloch bez dachu nad głową. W Rybniku trybuna niby kryta jest dziełem jakiejś damy, tak jak i cały stadion. Daszek pozwala dobrze zmoknąć kiedy zacina deszcz, a stary dach był tak dobry jak czarny parasol. Potrafimy spartolić, nie mówiąc już o tablicy jakby sklepowej na rybnickim stadionie. Do Rybnika jeszcze wskoczę na chwilę, a Toruń zaskoczył, jak kiedyś Kielce piłkarskim obiektem z kasy Kolportera. Mamy jeszcze niedokończony gorzowski stadion, mamy wrocławski antyk tak legendarny i lubiany przez kibiców. Do reszty stadionów  jeszcze wrócę przy okazji. Torunianom przybijam piątkę, czekam na ich  naśladowców.

4. Mamy za sobą premierę w Grand Powtórkach, jakieś tam ściganie się na rubieżach w ramach Europy no i mamy ligowe poty. Na pewno Polonia Bydgoszcz liczyła na więcej, nie mówiąc o Lotosie, który ma skład słabszy od tarnowskiej Unii. Rzeszowianie spodziewali się ananasów, lecz nic nie spada z nieba. A więc? Konia z rzędem temu, kto stawiał na Rybnik, a tu Pawliczkowa grupa jedzie i ciuła punkty, niepozornie wygrywa i do domu ucieka. Kibice w Rybniku uwierzyli w drużynę, choć mało kto miał taką wiarę, poza nowym zarządem. Sam byłem sceptykiem, ciekawy jestem jak będzie dalej. W każdym razie rybniczanie bez fanfar fedrują wózek za wózkiem. Martwią się za to we wspomnianym Ostrowie, ale skoro tak sobie ułożyli wszystko kadrowo, to niech Jan Grabowski teraz główkuje. Robił takie rzeczy już w Rybniku. Do szkoleniowców przypięte jest nieszczęście albo szczęście poza oczywiście zmaterializowanymi cechami codziennej pracy. I jedno, i drugie jest na kredyt ale egzekucje bywają brutalne. – Takie życie jest na kółkach i nic nie zrobisz na siłę, powiedziała znajoma, która jeździ na rowerze i mijają ją mercedesy. Każda jazda ma swój charakter, bo rower rowerowi nie jest równy a co dopiero motocykl czy auto. I zawodnicy, i szkoleniowcy też mają różne oblicza oraz wyniki, które albo znaczone są porażkami albo szczęściem nie mającym granic. Jak w tej Barcelonie.

Miś do poduszki

„Pragnę być twoim misiem do poduszki” – tak pisały, na początku lat 80. do Bruce Penhalla angielskie fanki speedway’a. Dwukrotny indywidualny mistrz świata był jednym z najprzystojniejszych zawodników w historii tego sportu. Na co dzień mieszkający w Kalifornii uruchamiał wyobraźnię naturalną, złotą opalenizną, a jego blond, długie włosy były magnesem dla oczu wszystkich dziewczyn. Na torze brylował. Swoim widowiskowym stylem jazdy, niejednokrotnie niemal zwisając z motocykla, onieśmielał rywali. „Trudno sobie było wyobrazić, że kiedyś ktoś będzie tak jeździł,” wspomina Piotr Pyszny, reprezentant Polski, który startował w angielskiej lidze. „Miło było patrzeć z jaką fantazją Bruce poruszał się na torze”. Elegancki Bruce, był zaprzeczeniem znoju i kurzu, jaki towarzyszył zawodom żużlowym. Zawsze czysty kombinezon, błyszczące szprychy w kołach motocykla – wszystko było jak z bajki. I taki też był Bruce. Przyjechał do Londynu z myślą nauki jazdy na żużlu, szybkiej kariery i co zaskakujące jeszcze szybszego „zjazdu” ze szczytu sportowej piramidy… ale wprost do Hollywood. Świat filmu i rozrywki był jego celem. Chciał być gwiazdą i został nią. Wygrał i zdobył tytuł mistrza świata na żużlu, już w 1981 roku – w uznanym za najlepszy finał w historii. W „świątyni sportu”, jak nazywano londyńskie Wembley, nie miał sobie równych! Przyszedł czas na światła jupiterów, okrzyki dziewczyn… tego ten sport wcześniej nie widział. Na Wyspach startował w zespole Cradley Heath – klubie, który porównać można do obecnego Realu Madryt. Jedni ich kochali, drudzy nienawidzili – ale nie można było niedoceniać ich siły i widowiskowej jazdy zawodników, w przeważającej części Amerykanów.

Poznałem Penhalla w londyńskiej restauracji „Taj Mahal”, gdzie spotkaliśmy się w gronie starych żużlowych znajomych. Przyszedł z Indianką, o tak niewyobrażalnej urodzie, że długo zastanawialiśmy się nad tym co zamówić… nie mogąc oderwać od niej wzroku. Bruce pomimo, że kochały go tysiące, wierny był swojej Indiance. Może bał się duchów… Polskę odwiedził w 1981 roku, tuż przed zdobyciem tytułu mistrzowskiego. W Katowicach, w hotelu o tej samej nazwie, zdziwił się jednak mocno, kiedy na bankiecie zabrakło dziewczyn. „Jak można tak świętować i cieszyć się życiem? Następnym razem przywiozę do Polski prawdziwe fanki speedway’a,” żartował. Uwielbiały go kilkunastoletnie dziewczęta i 60-letnie fanki. Pamiętam, jak w Katowicach pocałował w dłoń recepcjonistkę w hotelu – od tego czasu wszystkie jego życzenia były dla obsługi rozkazem. Rozdawał uśmiechy, autografy, ustawiał się do zdjęć, zwyczajnie, bez manier – jak Brad Pitt. Speedway miał swojego króla, który tak jak szybko się narodził, tak szybko „odszedł”, zdobywając kilka trofeów mistrzostw świata. Marzył o filmie i wrócił do Kalifornii. Grał w sit-com’ach – The Chips, miał kilka ról w filmach, uczestniczył w pokazach jako kaskader. Pożegnał żużel bez kontuzji, dorobiwszy się majątku i ruszył na plan filmowy – plan niemal idealny i udany. Wszyscy go pamiętają, wspominają. Kiedy odwiedza stare żużlowe kąty w Europie, nie tylko jemu łza w oku się kręci, a że z wiekiem, przystojnieje jak Robert Redford fanki ma wciąż te same…