Polski plac żużlowy cz. 1

Nie tak prędko, spokojnie przejedziemy całą Polskę, odwiedzimy kluby, których zmartwieniem jest budowa formacji na nowy sezon. No i zasłużone wakacje, zachód Polski, Ziemia Lubuska – tamtejsze derby wycisnęły adrenalinę na maxa do beczek.

GORZÓW Wlkp. Stal jest jak stal. Kraina talentami płynąca, Edward Jancarz zasłużył na fakt nazwania jego imieniem stadionu. To on razem z Zenonem Plechem stawali na podium mistrzostw świata w różnych kategoriach. Sukcesorem tych zwycięstw jest Bartosz Zmarzlik; wyrósł fizycznie, psychicznie zmienił się, sportowo udoskonalił. Ma brązowy medal i srebrny indywidualnych mistrzostw świata, brawurowo pokonuje tory, ściga fantazyjnie, może jeszcze brakuje wyrachowania, typowego cwaniactwa. Będzie wcześniej czy póżniej mistrzem świata. Stal w historii jest wielokrotnym drużynowym mistrzem Polski, rywalizowała na tym tronie z rybnicką stajnią. Trener Stanisław Chomski doprowadził team do wicemistrzostwa Polski, bo Unia Leszno była równiejsza, kompletniejsza. Gorzowianie od dawna mieli profesjonalny klub w oparciu o firmę przemysłu maszynowego. Nie można martwić się o następców Zmarzlika, taki fighter działa na wyobraźnię chłopców. Derby Ziemi Lubuskiej zawsze były klasykiem, oto Stal walczyła z Falubazem Zielona Góra na krawędzi ryzyka. Czasy zmieniły się ostatnio, bo Falubaz cierpi, posypało się tam trochę spraw ale chyba odsypie.

ZIELONA GÓRA. Fani tego klubu wszędzie widoczni. “Myszki Miki” z Patrykiem Dudkiem na czele, którego kontuzja wyeliminowała z pewnego podium tegorocznych MŚ. Ma już srebro, medale Polacy zgarniają jak kasztany. Atmosfera na stadionie zielonogórskim jest gorąca, hasła malownicze, doping zagłusza tych, co chcą mówić głupoty. Ostro, bardzo ostro. I jest tam mag, weteran z tamtych stron o przeszłości bujnej jak jego broda, Piotr Protasiewicz. Nie jeździ z zamkniętymi oczami, ma za dużo do stracenia, jako kapitan znaczy wiele, jak na statku. Falubaz w swojej historii klubowej ma “na sumieniu” znaczących wychowanków, którzy jako młodzi robili rewolucję w polskim żużlu. Wymienić? Brakuje miejsca. Na drogowskazie mam inny plac.

WROCŁAW. Miasto bogate i atrakcyjne turystycznie. Od lat 60 – tych byli tam działacze, którzy zawzięli się, by w trudnych momentach naszej rzeczywistości urządzać dla świata mistrzostwa. Udawało się znakomicie, sympatyczni przesiedleńcy ze wschodnich dawnych terenów Polski. Lwowiacy. Kiedy pytano kogoś, gdzie mieszka a ten mówił, że we Wrocławiu, to słyszał a… czyli we Lwowie. Sparta ma markę niekwestionowaną w polskim żużlu, sportową, organizacyjną. Stadion jeszcze z czasów przedwojennych uszykowany na letnie igrzyska w Berlinie został niedawno przebudowany. Presja na ligowy wynik w Sparcie jest bezwzględna, nie zawsze jednak sport jest w stanie pokonać bariery. Wrocław był i będzie areną imprez z pięcioma gwiazdkami. Miasto sprzyja dużym wydarzeniom. Klub owiany jest legendą.

OPOLE. Kolejarz. Stadion ciasny z mikro atmosferą wyłącznie dla żużlowych wyścigów. Obok duże zakłady naprawcze taboru kolejowego. Stamtąd pochodzi kilka cennych nazwisk, Andrzej Grodzki działacz marki międzynarodowej, syn sędzia, Marian Spychała był szkoleniowcem reprezentacyjnym. Jak na tak mały stadion dużo się działo. Reanimacja klubowa trwa. Wytrwałość grupy podtrzymującej “tlen”… może okazać się skuteczna, by”pacjent” dawał nadzieję na przetrwanie. Trzeba jednak więcej.

RYBNIK. Skarbnica polskiego żużla, ba! Europejskiego, światowego nie może ominąć tego miasta. Kuźnia ścigantów, historia jest nauczycielką życia. Podobno. Ile z tego wzięli obecni sygnatariusze klubowi? Pukają do elity, chcą, kibice są wierni a talenty “szprycują” od lat inne kluby. O Rybniku mówi się i będzie mówić. Tam organizowano turnieje rangi mistrzostw świata. Robiono z górniczą atencją, dziś mamy inne patronaty, które powinny widzieć w żużlu szansę na sportową sławę. Futbol gdzie? Koszykówka, lekka atletyka? Był tenis stołowy, dżudo… Klub dawniej wielosekcyjny. Na wypalonej ziemi speedway jest okazją dla podniesienia sportowej rangi tego miasta, które zasługuje na mecze elitarne, turnieje honorowane globalnie. Litania nazwisk rybnickich sław żużlowych zobowiązuje; Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda, bracia Tkoczowie… Czy wnuk Antka Woryny, Kacper byłby lepszy, gdyby dziadek żył? Na pewno potrzebuje mentora, bo maturę zdał, czas na uniwersytet i dyplom na torach. Wnuk jest kokietowany przez inne kluby, wierność ma swoją cenę.

CZĘSTOCHOWA. Pielgrzymki żużlowe jeszcze do Włókniarza nie chodzą. Ale mogą. To jest klub, który spadł z wysokiego drzewa i podniósł się bez większych okaleczeń. Owszem były bóle, niewłaściwe płynne dowodzenia. Dziś jest logistyka i plan aby wjechać na podium ligowego szczytu. Teraz nie udało się, częstochowianie kochają speedway jak Jasną Górę. Marek Cieślak wrócił po peregrynacjach klubowych do swojego matecznika i mimo upływających lat z takim doświadczeniem powinien zaakcentować swoją obecność kolejnym medalem do worka. Ten worek jest już ciężki a złoto prześwituje wyraźnie. Włókniarz, ze lwami w herbie montuje ekipę na play – offy, prezes Michał Świącik nie daruje niczego. I nikomu. Każdy talent wart jest medalika.

KRAKÓW. Dawna Nowa Huta ze stadionem Wanda. Robią co mogą aby nie wypaść z nurtu. Miasto ma ogrom sportów, dominuje oczywiście futbol i trudno przebić się z niszowym żużlem pod Wawelem. Może znajdzie się wreszcie sponsorski król. Jak długo na Wawelu brzmi Zygmuntowski Dzwon… Historyczna Wanda nie chciała kiedyś Niemca i wpadła do Wisły, mam nadzieję, że wegetujący klub uratuje swój byt.

TARNÓW. Legenda. Unia w dzielnicy Mościce i koncern Azoty a stadion miejski marny. Byli mistrzowie Polski obsunęli się w dół, elita nie dla nich. Szkoda. Duch Szczepana Bukowskiego błąka się po zakamarkach tego klubu, bardzo zasłużonego dla polskiego sportu. Tarnów i okolice nie mogą istnieć bez ścigania na torze. Dewizą zwykle byli eksportowi gracze spod taśmy. Janusz Kołodziej “popłynął” do Leszna, choć nad Dunajcem lepsze powietrze. Kto wskrzesi speedway na poziomie zbliżonym do czasów, kiedy startował Tomasz Gollob a bracia Rempałowie fruwali między bandami. Wydaje się, że problem nie tkwi w kasie tylko w kierowaniu przedsiębiorstwem, bo takim jest dziś każdy klub. Unia to marka, firma w herbie z Jaskółką, gdzie uciekła moc skrzydełek?

XXX

“Za rzekami i górami” dawno temu w pobliskiej Machowej, wsi podtarnowskiej – Piotr Rolnicki zbudował stadion ze świetnym torem. Taka perełka nie tylko szkoleniowa. Niestety nie dał rady finansowo, “zjadła” go jeszcze dodatkowo liga. Brakuje takich miejsc! Z tego wszystkiego jest jednak “ślad”; Patryk Rolnicki, syn, który zaczyna karierę w Tarnowie. Po torze w Machowej zostało pole i hula tam wiatr.

ŁÓDŹ. Żużel nie jest w centrum zainteresowania. Jak to zrobiła familia Skrzydlewskich, że miasto ma nowy stadion żużlowy? Fenomen na miarę popularnej Prezydentki! Piłka nożna jest na ustach, choć firmy ŁKS i Widzew nie grają, jak za czasów Zbigniewa Bońka. Speedway w cieniu, Witold Skrzydlewski, który ma potężną władzę nad duszami, człowiek wyluzowany nie szasta swoimi walorami pieniężnymi. Ostrożnie działa, w odróżnieniu od tego co robił Karkosik w Toruniu. Łodzianie jak przystało na tradycje przemysłowe tego miasta tkają nie w szklanych domach. Skrzydlewscy wiedzą co czynią, bez szumu robią swoje. Mają swoje zdanie w polskiem żużlu i tego się trzymają.

KROSNO. Nowa – stara twarz. Zniknął czarny pył kominowy z toru. Jest czysto a jak będzie z wynikami pokażą działania nowych władz odmienionego w strukturze klubu. Nadziejami nikt nie utrzyma się przy życiu, potrzeba nie tyle rozgłosu, co drużyny. Krosno ma swoją przeszłość, dawne czasy braci Owoców i potem zawodników komponowanych na miarę skromnego budżetu. Miasto na Podkarpaciu ma kilka znaczących firm, które powinny wspomóc inicjatywę odbudowy. Kameralny stadion w mieście potrzebuje widowisk o których będzie się mówiło w okolicy.

RZESZÓW. Nowa władza, Ireneusz Nawrocki wije się z kasą, speedway wyżyma co się tylko położy na stole, nie ma zmiłuj się! Rzeszowianie podskoczyli wyżej w lidze, kiedyś byli na topie, lecz tamte dzieje zawinęły się w folie. Amerykański weteran wojen żużlowych Greg Hancock jest twarzą Stali, mistrzem długowieczności jazdy na torze. Czym skuszono Grega do Rzeszowa pozostaje tajemnicą prezesa. Nawrocki ma asa i wydatki, i będzie miał coraz większe, jeśli chce sprostać ambicjom. Prezydent miasta Tadeusz Ferenc jest ikoną na tym fotelu. Miasto wspiera żużel, kibice wierzą, że będzie lepiej, nie zawsze wiara czyni cuda, Harry Potter potrzebny do szaleństw. Ostrożnie jednak, Hancock to nie drużyna.

LUBLIN. Bo do tanga trzeba dwojga. Do tańców wielu. Lublin awansował do ścisłej elity a tam nie ma żartów. W elicie rządzą mocni gracze, składy zmontowane na filarach finansowych nie od parady. Cieszy awans lubelskich animatorów, ale też mobilizuje całe środowisko do zebrania się w siłę, która pokaże w Polsce, że awans jest dopiero początkiem kłopotów w ustawieniu strategii. Oczekiwania nad Bystrzycą są ogromne, ostatni mecz barażowy z rybnickim zespołem pokazał charakter zwycięstwa. Udało się a co dalej wydarzy zobaczymy. W Lublinie jak w motorze wrze, ambicji nie można schować do pudełka, buzują, więc liczy się wszystko i każdy, który dołoży do budżetu. Zbudowanie składu zespołu jest sztuką na miarę pozostania na dłużej, niż jeden sezon w gronie najlepszych. Sukces nie jest tani, kosztuje, czasem tanie bywa w końcu drogie.

XXX

W Świętochłowicach ma powstać nowy stadion na Skałce, w ślad za tym idą tendencje narodzin nowej drużyny. Trudna sztuka, nowe ściany i ludzie. Od nich zależeć będzie powodzenie projektu. Tradycje świętochłowickie nie zaczynają i kończą się na rodzinie Waloszków, z Pawłem, niedawno zmarłym, jako mistrzem nad mistrzami. Zgoda działaczy, całego środowiska pokaże czy można zbudować coś atrakcyjnego.

XXX

Mamy też światowe wizytówki stadionowe, bez udziału ligowej rywalizacji. Warszawski Stadion Narodowy gości turnieje Grand Prix. Przyjemności stolica dostarcza nie tylko przy okazji żużla. Komplety widzów świadczą, że centralne, wygodne położenie wygodnego stadionu, sztucznego toru, ściąga kibiców z całej Polski.

Odżył w podobnej konstelacji chorzowski Stadion Śląski. Też ze sztucznym torem. Dwa giganty stadionowe.

“Śląski” ma historię sportową bogatą i barwną, w tym żużlową zapisaną sukcesami organizacyjnymi z frekwencją rekordową w ramach starego stadionu, bo aż 100 tysięczną publicznością. Spektakularne wydarzenia ze Śląska obleciały cały świat.

“Narodowy” w stolicy tworzy księgę, którą akceptują kibice gremialnie, oto na przyszłoroczny turniej Grand Prix w maju sprzedano już ok. 30 tysięcy biletów. Będzie w znów spektakl, który nie pozostaje bez echa w atmosferze żużla, któremu nie grozi starość. Kibice w Polsce znający się na żużlu lubią takie spektakularne wydarzenia.

NIE odbierając niczego Toruniowi, ale właśnie WARSZAWA powinna wieńczyć koniec każdego sezonu finałem Grand Prix; taki “bal” żużlowy należy się światu i Polsce tylko na “Narodowym”. Warunki wyśmienite a stolica dodaje splendoru różnej barwy i treści.

Cdn.

Boniek i Emma

Taka zbitka tytułowa i gdzie futbol a gdzie speedway i gdzie Rzym a gdzie Krym…

Zbigniew Boniek pochodzi z żużlowego miasta Bydgoszczy, gdzie speedway wysysany jest niemal z mlekiem matki. Powiedzmy, że tak. Nad Brdę wraca serial Grand Prix i znowu kibice tamtejsi będą mieli radość jakiej doznawali  już kilkanaście razy. Boniek piłkarz niegdyś znakomity i charakterny został nowym prezesem skompromitowanego związku piłkarskiego. Rudowłosy talent z Bydgoszczy wsławił się ongiś transferem z charakternego łódzkiego Widzewa do Juventusu Turyn i szybko został ulubieńcem tej drużyny. Strzelał tam bramki i i zdobywał je również dla polskiej reprezentacji. Ma zawsze swoje zdanie, rodzinę w Rzymie, robi interesy i znany jest właśnie z tego, że nie daje sobie dmuchać w kaszę. Charakter /widzewiaka/ ma od zawsze i pamiętam jeszcze z czasów redakcji „ Sportu“, jak reprezentacja Polski wyprawiająca się do Holandii w autokarze w proteście przeciw dziennikarzom „zaszczekała“ a sprawa dotyczyła obrony bramkarza Józefa Młynarczyka, który zabalował w stolicy. Mówiono, że „Zibi“ był czołową postacią w tym proteście szczekania. Taki epizod z dawnych lat. Po zakończeniu chlubnej kariery Boniek został szanowaną postacią, przeżył swoje pięć minut jako trener reprezentacji umiejętnie wtedy wmanewrowany przez prezesa PZPN Michała Listkiewicza i niestety nie dał rady. Dziwiłem się bardzo, że podjął się tej roboty. Nie podołał i jakby zesmaczył się tym incydentem, jako człowiek ambitny i zadziorny. Tak bywa też z góralami. Podejmował też próby zostania prezesem piłkarakiej centrali ale został wybrany Grzegorz Lato kolega z boiska, który miał duże poparcie zdetronizowanego prezesa czyli Michała Listkiewicza. Kiedy Lato okazał się kiepski jako prezes i mówca, dyplomata działacz Zbigniew Boniek znów zaczął grać, no i wygrał w cuglach. Kiedyś powiedział Lacie, że: “chciałeś Grzesiu rower, to teraz pedałuj“. Historia się zmienia, rowery zostają i pedałowanie też.

Bońka poznałem kiedyś w Pile na dobrych zawodach, gdzie kibicował Tomaszowi Gollobowi. Bywał często na turniejch i meczach, gdzie bydgoszczanin spotykał się ze swoim rodakiem. Kiedy w 1999 roku Tomasz Gollob miał makabryczny wypadek  we Wrocławiu i wyleciał za tor; w klinice ratowano mu życie a złoty medal mistrzostw świata uciekał z rąk, Zbigniew Boniek natychmiast przyleciał do swojego pupila. Z czasem jakoś przeszło mu bywanie na żużlu i nie wiem dlaczego a nie miałem okazji zapytać, co było powodem oziębłości do sportu, który w jego rodzinnym mieście jest kultowym.

Boniek został prezesem PZPN, mocno wzruszył się i ten wybór okrzyczano jako przełomowy, bo pękł mur „betonowych działaczy“. Pojawili się nowi ludzie w zarządzie i nastąpił odwrót “leśnych dziadków“. Wreszcie!.

Minister sportu odetchnęła i otworzył się chyba dach nad jej głową. Lato bramkostrzelny piłkarz przeżył w swoim życiu epizod w roli prezesa PZPN mało chlubny, aczkolwiek bardzo intratny. Zaliczył także największą, historyczną imprezę jaką było w Polsce EURO, udane organizacyjnie, mało udane sportowo. Zostały nam po EURO  „pomniki“ stadionowe w kilku polskich miastach.

Jakim będzie prezesem Boniek pokaże czas. Mieszka w Rzymie, pracować będzie musiał w Polsce. Jak mówi… nic nowego.

Wybór Bońka na prezesa w tak trudnym związku jakim jest centrala piłkarska oznacza, że przychodzi czas na nowe zarządy i prezesów w innych związkach, gdzie “leśne dziadki“ okopali się aż po zgon. Uważam, że ten wybór powinien być hasłem do kolejnych zmian w polskim sporcie. Polski Związek Motorowy ma statut i wybory zabezpieczające kadencje na lata. Dlaczego kadencyjność obejmuje funkcje państwowe, samorządowe a związki sportowe mają zapewnioną dla prezesów rutynę nie ograniczoną niczym i tak kwitnie klakierstwo bez końca. Nijak to się ma do demokracji i haseł dawania szansy młodym ludziom, którzy mają dużo do powiedzenia i chcą działać z pomysłami. Nie dziwię się zatem gwizdom kibiców, którzy sprawiedliwie oceniają prace prezesów związków sportowych.

A skąd w tytule tego felietonu Emma? Takie imię ma żona tragicznie zmarłego w tym roku na torze Anglika Lee Richardsona. Polacy mocno przeżyli ten wypadek 13 maja we Wrocławiu, lubianego żużlowca, który startował w polskiej lidze. W Rzeszowie, gdzie jeździł uczczono jego śmierć turniejem charytatywnym, także w Częstochowie, gdzie ongiś jeździł,  specjalnym wyścigiem na jego cześć. Do Rzeszowa przyjechała Emma i koszt jej pobytu był nadto wysoki. Jej rodacy potrafią liczyć funty i na pewno nie byliby tacy szczodrzy. Pani Emma upomniała się o pieniądze za ten turniej, naskarżyła do Pezemotu i w ogóle nad Wisłokiem przekroczyła nie ładnie budżet. Prezes Marmy Marta Półtorak poirytowała się tym faktem. I nie tylko ona. Prezes Włókniarza Częstochowa Paweł Mizgalski też dostał niesłusznego prztyczka w nos. Narozrabiała pani Emma i jak się okazuje mąż Lee był bardziej skromny.

Moim rodaczkom i rodakom radzę więc z całego serca aby dbali przede wszystkim o swoje rodaczki i rodaków, którym trzeba pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Jesteśmy narodem bardzo honorowym, lecz nie pozwólmy sobie skakać po głowach i szanujmy się, bo raz po raz zagraniczni goście dają odczuć nam swoją wyższość i zarazem poniżanie. Bardzo mnie bolą takie fakty i nie ważne dla mnie okoliczności, liczy się klasa ludzi, charakter oraz ich morale. Niskie pobudki i monety w oczach powinny być ocenione trafnie już na progu. Po prostu szanujmy się a najlepsze trunki wypijmy skromnie sami, bez towarzystwa ludzi zblazowanych i mało charakternych. Prawda prezesie Boniek?

Vojens Ole!

Szkoda tego miejsca i żal, że speedway światowy traci Vojens dla dużych wydarzeń. Vojens znaczy… Ole Olsen. Kto przed 35 laty słyszał o takiej miejscowości?! Kiedy w 1975 roku guru duńskiego żużla zdobył drugi tytuł mistrza świata na klasyku postanowił zainwestować w stadion. Urodził się w Haderslev, kilkanaście kilometrów od Vojens, w rodzinnym domu sprzedawał z drugiej ręki samochody Honda i BMW. Mały domek, także niemal muzeum wyposażone w trofea Ole. Bywałem tam zanim przeniósł się do okazałego domu niedaleko Haderslev i Vojens. Olsen miał przyjaciela Aage Sondergaarda i razem obmyślili stadion stricte żużlowy w małej miejscowości, liczącej kilka tysięcy mieszkańców/ dziś jest kilkanaście tysięcy/. Pierwsze zawody na nowym stadionie odbyły się w 1977 roku i były to mistrzostwa Europy juniorów w których zwycieżył Duńczyk Alf Busk. Nie było jeszcze głównej trybuny, projekt realizowano w etapach. Lubiałem jeździć do Vojens, długa droga przez dawne NRD, potem skok przez Hamburg, Flensburg i zaraz za niemiecką granicą było duńskie żużlowe królestwo, które przez niektórych polskich malkontentów nazywane było… wsią. Jakby nie byli często ze wsi, polskiej.

W Haderselv w hotelu “Norden”, małym i przytulnym nad stawem z dzikimi kaczkami, w hallu obok recepcji stał pozłacany motocykl Jawa, który dostał duński internacjonał Ole w Czechach.  Wygrywał tam “ Zlate Prilby” w Pardubicach, przyjeżdżał na polowania do Czech. Vojens szybko robiło karierę, było nowością zarządzaną przez mistrza, w 1978 roku Olsen zdobył trzecie mistrzostwo świata na Wembley w Londynie i był to cudowny finał, gdzie mistrzowi na podium towarzyszyła nie tylko żona Ulla ale i miss świata Mary Stavin. Zostawmy urodę turnieju oraz pań. Polećmy do Vojens. W 1979 roku w finale mistrzostw świata par polski duet Edward Jancarz i Zenon Plech zdobywają brązowy medal a wygrywają Duńczycy Olsen z Hansem Nielsenem, srebro dla Anglików, piąte miejsce z 14 punktami zdobyła wschodząca gwiazda żużla Amerykanin Bruce Penhall, który w solowej jeździe ogrywał rywali jak chciał i rozdawał punkty. Kelly Moran doznał kontuzji na treningu. Bobby Schwartz nie doleciał, zawody zostały przesunięte o dzień , bo lało jak z cebra. W ogóle pogoda lubi tam kaprysić. Byłem na tym turnieju, badano motocykl Plecha. Polacy pojechali medalowo. Dotarłem na zawody czerwonym “ Maluchem” i była to wyprawa, której nie zapomnę ze względu na blisko 3000 kilometrów i nie tylko z tego powodu. Wróciłem. Było głośno na trasie a kręgosłup trzeba było masować fachowo.

Vojens “zaskoczyło” w kalendarzu FIM, organizowano na przemian finały interkontynentalne drużynowe oraz indywidualne MŚ. Sędziował tam często torunianin Roman Cheładze. Turnieje były zazwyczaj przedwczesnymi finałami światowymi, ich dramaturgia była wyczerpującym widowiskiem dla fanów, którzy stawiali się w liczbie kilkunastu tysięcy. Dziś  może ten stadion pomieścić ponad 20 tysięcy. Polakom wiodło się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, narzekano zwykle na tor a moim skromnym zdaniem w erze polskich torów “lotnisk” były kłopoty z geometrią. Stadion Olsena i Sondergaarda mocno zaktywizował senne Vojens, ożywił gospodarczo to miasteczko. Nie przypuszczałem, że dojdzie kiedyś do konfliktu z gminą i Vojens w 2012 pożegna się z żużlem, choć nie wierzę w taki obrót sprawy i może po krótkiej przerwie znów będzie tam gorąco podczas prestiżowej imprezy. Na razie wieści z południa Danii nie są najlepsze i miejscem pewnym dla Grand Prix będzie stadion Parken w Kopenhadze ze sztucznym torem.

Uczestnicy wielkich turniejów w Vojens mieszkali w okolicznych miejscowościach, żelaznym punktem pobytu były wyprawy do Billund, gdzie usytuowany jest Legoland. Tamtejsze klocki symbolizują Danię, podobnie jak zamek Hamleta czy buty firmy Ecco. A duńscy żużlowcy nie potrzebują reklamy i Hans Nielsen/ Brovst/, Erik Gundersen  /Esbjerg/ czy Jan O.Pedersen albo Nicki Pedersen są symbolami jazd w lewo w mistrzowskim wykonaniu. Artyści na motocyklach i guru Olsen, były dyrektor cyklu Grand Prix od początku, jeden z inicjatorów, a teraz dyrektor sportowy na etacie Międzynarodwej Federacji Motocyklowej. Jest ikoną światowego żużla, charyzmatyczny, który swój pierwszy sukces na żużlu odniósł w wieku 17 – lat zostając mistrzem Danii. Jakże zmienił się styl jazdy chłopców z tamtych lat w porównaniu do dzisiejszych  czasów. Czarne kombinezony ze skóry bez reklam były diaboliczne, bo dziś na żużlu jest kolorowo w kevlarowo – reklamowym zestawie. Inne motory, inne ubiory. I styl jazdy.

W 1988 roku odbył się w Vojens finał indywidulany mistrzostw świata, który wygrał Erik Gundersen, przed swoimi rodakami Hansem Nielsenem i Janem O. Pedersenem i duńska armada święciła triumf bezapelacyjny. Wtedy też po tych zawodach doszło do rozłamu pomiędzy Olsenem a Aage Sondergaardem, który potem prowadził etnograficzne  muzeum pomiędzy Vojens a Haderslev. Poszło nie o kobiety a pieniądze.

Duńskie stadiony żużlowe charakteryzuje kameralność, o choćby takie Holsted położone w bezmiarze pól i łąk farmy. Hoteliki ze skandynawską dbałością o szczegóły i słynne piwa, których smak jest niepowtarzalny ze słynnym Tuborgiem na szczycie. W Vojens  Center króluje Faxe, sponsor wielu imprez i gaszenie pragnienia piwoszy, którzy jeśli przekroczą litraż kufli widzą zawody we mgle. Najgorzej nie jest, atmosfera cool.

VOJENS jest kultowe, wyrobiło sobie markę przez ponad 35 lat z Ole Olsenem w tle. I nie mówmy o wsi, co jest zwykłym obciachem i doprawdy mało takich miejsc, gdzie w historii tyle działo się na małej przestrzeni w światowej elicie na poziomie o jakim mogą inni pomarzyć, mimo atutu stadionowych kolosów. Małe bywa czasami piękne i to nie jest wcale frazes. Ole!