Vojens? Ole!

 

420618.501

Nie ma żartów, już teraz mamy sprawdziany na miarę medali. Sezon wjeżdża bez pardonu w strefę radości, żalu, spełnionych marzeń, niedosytu. Dla każdego coś tam! Proszę bardzo po kolei. Przelecieliśmy przez walijskie Cardiff, gdzie gorzowski mikrus Bartosz Zmarzlik wystrzelił jak rakieta obok Australijczyka Jasona Doyla, który wcześniej wygrał rewelacyjnie praską Grand Prix. Zmarzlik wykonał manewr, który można wybaczyć młokosowi, on ma szybki motocykl, lecz miał szczęście, bo nie raz takie numery kończą się karambolem. Nie wpadam w euforię przy takich mijankach, bo speedway to szczęście i nieszczęście w jednej kopercie. Darujmy sobie przykłady. Gorzowianin jest mały i lekki a motocykl pędzi z nim jak Pendolino. Warto aby młodzieniec z talentem jeszcze nauczył się angielskiego, lepiej poczuje się w gronie zwycięzców. W Cardiff unosiła się jeszcze atmosfera piłkarskich mistrzostw Europy, gdyż futbol brytyjski ratowała właśnie Walia z Garethem Bale’m na czele, zawodnikiem madryckiego Realu. Ale teraz mieliśmy skok w bok, czyli w Millennium Stadium 5. rundę serialu GP. Wygrał dredowy Antonio Lindbeack, który jest czasami szybki jak brazylijska piłka kopana przez legendarnego Pele. Z początkiem sierpnia mamy igrzyskowy szał letniej olimpiady w Brazylii, no i liczymy na medale głównie lekkoatletów, którzy niedawno w Amsterdamie wygrali klasyfikację medalową ME, a tego jeszcze nie było w historii. Za Lindbaeckiem ze Szwecji, stanął na podium amerykański weteran żużlowych wojen Greg Hancock, który też mieszka w Szwecji. Czy ten kraj lubi emigrantów z różnych stron świata? Trzeci na podium był wspomniany Zmarzlik i szkoda, że w finale zabrakło jeszcze bardzo dobrze jeżdżącego w Cardiff Piotra Pawlickiego. Rozkręca się pociecha familii Pawlickich, jeszcze robi błędy. Nie wjechał też do finału Maciej Janowski, który jeździ mało stabilnie. No zaraz, nie za duże apetyty żeby trzech Polaków znalazło się w finale? A tak się zanosiło, bo wygrywaliśmy na układanym torze rewelacyjnie, jednak przyszła zadyszka. Usłyszałem w TV, że Cardiff to Mekka brytyjskiego żużla… Nie przesadzajmy, historyczną Mekką speedway’a pozostanie na zawsze londyńskie Wembley, a walijska stolica po prostu urządza turnieje GP. Nie kryję zdziwienia, dlaczego dla wzmocnienia prestiżu żużla, właśnie tam nie lokuje się finału sezonu; miejsce jest wymarzone na takie wydarzenie pod dachem. A tu bęc trzeba w październiku po toruńskiej GP lecieć z bagażami do Melbourne. Antypody lepsze byłyby na otwarcie sezonu! Czy władza FIM ma coś do powiedzenia, czy tylko przyklaskuje, podobnie jak polska elita żużlowa, która modli się aby w takim towarzystwie być i bez wychylania przez okno, żeby nie wypaść. Mało odważnych w gierkach pod wodzą Włocha Armando Castagny, niemal sycylijska atmosfera pachnie niczym pizza prosto z pieca.

Jedźmy jednak do Vojens, gdzie na torze Ole Olsena w półfinale drużynowych mistrzostw świata startuje polska reprezentacja obok Duńczyków, Rosjan i Czechów. Ci ostatni będą pewnie ostatnimi. A reszta? W 2010 roku, kiedy solowym mistrzem świata został Tomasz Gollob, w duńskim Vojens Polacy zdobyli złoty medal, przed Duńczykami i Szwedami. Tego polskiego złota w DMŚ trochę było i może przyda się jeszcze na… 500 plus. Baraże i finał anno 2016 są lokowane na nowym stadionie w Manchestrze, gdzie sędziował nie tak dawno Marek Wojaczek młodzieżowe zawody. Stadion robi wrażenie. Manchester futbolowy to drużyny ze światowej elity United i City a żużlowy, to Belle Vue z legendą Petera Colinsa, mistrza świata a wcześniej rudego Petera Cravena, który tak jak Zmarzlik śmigał po torze niczym Szkot z dowcipu po darmową szklaneczkę whisky. Coach Duńczyków, multimedalista Hans Nielsen słusznie pominął w kadrze “rozklekotanych” – Nickiego Pedersena i Petera Kildemanda. Gospodarze będą jednak na pewno groźni i bez odstawionej pary. Rosjanie pojadą “wpieriod” z Emilem Sajfutdinowem i braćmi Łagutami; oni mają ambicje być w finale i nie można ich lekceważyć.

Zwycięzcy półfinałów automatycznie wjeżdżają do angielskiego finału, drudzy i trzeci trafią do barażu. Nie ma co kombinować, warto więc wygrać i mieć czas a odnowę. Finał imprezy 30 lipca, wcześniej baraż a jeszcze przed tym półfinały: wpierw w Vojens / 23 lipca/ a trzy dni później w szwedzkim Vastervik.

Rok temu na torze w Vojens Polacy wywalczyli brązowy medal a wygrali dobrze zgrani Szwedzi przed Duńczykami. Zabrakło Anglików, którzy teraz mają udział zapewniony jako gospodarze i pod wodzą Tai’a Woffindena będą groźni jak… piłkarze Manchesteru United albo City. Manchester jest miastem, gdzie od futbolu i speedway’a trudno uciec.

Drużynowe MŚ sygnowane jako Puchar Ove Fundina mają swoją historię bardzo polską i znaczoną medalami, co jednak w sporcie niczego nie gwarantuje. Ceni się wczoraj ale liczy dziś! Mamy nową ekipę już bez Tomasza Golloba i Jarosława Hampela, jednak zmiennicy mogą wszystko, co pokazali w ostatniej GP w Cardiff, choć zabrakło hymnu narodowego, co jest zawsze patriotycznym momentem wzruszenia. Sport bywa piękny w uczuciach, lecz nieprzewidywalny w skutkach. Speedway szczególnie, bo znaczony wypadkami, które kaleczą wizerunek a smak łez bywa jakże różny.

Ledwie zakończy się drużnowa przygoda MŚ, już 13 sierpnia w szwedzkiej Malilli mamy kolejne zawody Grand Prix. Nie ma więc oddechu, trzeba “orać” tory ku zadowoleniu dyrygentów serialu, który stanowczo jest za długi i wyciska z wszystkich nie tylko pot ale czasem coś gorszego, gdyż zmęczenie jest przykrym towarzyszem kontuzji i wypadków.

A zatem nie ma żartów a to dopiero środek sezonu i wszystko przed nami, jak na plażach Bałtyku; ścisk, drogo, pogoda różna a do domu daleko. Ole!

Zaglądanie do cudzej kieszeni nic nie kosztuje

 

Co najwyżej można nabawić się kompleksów. Ludzka rzecz, choć najgorszą jest bezinteresowna zawiść. A podobno brzydką sprawą jest chytrość i zakłamanie. Nie wnikam dalej w słowa i słówka. Żużlowcy jak każda grupa sportowa i społeczna ma różne żołądki i apetyty. I talenty owinięte w kariery; w szczęście oraz los. Nie każdemu dane być bogatym a biednym może być każdy. Jak mówią lekarze nie wszyscy muszą być ginekologami. Medale wiszą wysoko i trudno je zerwać.

Speedway od początku na gruncie polskim był uważany za dyscyplinę zawodową, gdyż płacono oficjalnie za zdobyte punkty. Było to kilkadziesiąt złotych zaledwie, w najwyższej lidze ciut więcej. Mit o żużlu zawodowym kursował w opiniach i nie ważne było, że pozostałe sporty miały inne bonusowe rozwiązania, wygodne w wojskowych klubach czy policyjnych /dawnej milicji/. Jeśli pojawił się talent mundurowe kluby mogły zawsze takiego gościa pojmać w kamasze. W żużlu zmiany klubowe były znikome do czasu, zanim ten” kod” został złamany przez nuworyszowskie rozwiązania rozbiórki zawodników. Szum był na cały kraj, kiedy Zenon Plech emigrował ze Stali Gorzów do gdańskiego Wybrzeża będącego w opiece policyjnych władz. Gorzowianie stawiali opór na wszystkie sposoby, lecz nic nie wskórali wobec mundurowych i Plech wystartował nad Bałtykiem. Transfer Marka Kępy z lubelskiego Motoru do Startu Gniezno opiewał na okrągły milion złotych, co było wtedy pestką wobec przejścia futbolisty Dariusza Dziekanowskiego za 12 “baniek”. Ale i tak skok Kępy, który w Starcie nie za wiele się nabrudził był odczytany przez środowisko za mega wyczyn.

Do interesów trzeba mieć głowę i odwagę. Speedway made in Poland w kaperownictwie trzymał się mocno i opierał jak panienka na pierwszej randce. Trener Ryszard Nieścieruk, gorzowianin i dr z AWF – u, gdy przeniósł się do Wrocławia, gdzie miał mocnych opiekunów w klubie, zaszalał jako pierwszy w Polsce. Nie fałszujmy pomnikami historii, tak było! Wychować a kupić zawodnika to dwie różne okoliczności bynajmniej nie łagodzące obyczajów. Ryszard mówił mi kogo chce mieć w klubie. Budował dream team i nastał czas kupowania zawodników. A kiedy otworzyła się furtka wjazdowa dla zagranicznych żużlowców towarzystwo nad Wisłą i Odrą oszalało. Polski żużel zaczął dobrze karmić przybyszów różnych nacji. Zrobił się boom bum! Stawki z dawnych lat: 60 i 40 złotych za punkt były humorystycznym wspomnieniem. Duńczyk Hans Nielsen otworzył depozyty a wyobraźnia zaczęła głupieć. Prezesi prześcigali się w kontraktach, oto w Zielonej Górze, w Rybniku 2 tysiące marek niemieckich/ takie były czasy monetarne/ za punkt było obłędem. Spirala nakręcała się niebezpiecznie. Skąd polski speedway miał pięniądze na dopieszczanie zawodników? Ano miał. Krążyły legendy o umowach podpisywanych w cztery oczy na stole i pod. Firmy wydawały krocie, prywatni biznesmeni w dobie gollobomanii nie liczyli się z niczym a żużlowcy nadal narzekali, że mają za mało. Ten swąd hipokryzji pokutuje do dziś a zdobycze finansowe i majątkowe świadczą wyraźnie, że były to mega tłuste lata. Wokół żużla zarabiało się i nadal zarabia, choć bardzo stopniały zasoby klubowych kas. Ojcowie zawodników tradycyjnie biadolili, że synowie narażają życie, które w każdej chwili mogą stracić, albo zostać kalekami. Nie każdemu jednak cegła spada na głowę. Czasem bywa tak, że w życiu sczęściem jest… nie mieć pecha. A wypadki kiedy zdarzają się w rozmaitych miejscach, mają różne odcienie wysokości ubezpieczeń do końca życia. I jeden może żyć za tysiąc złotych renty a drugi za tysiąc euro albo i więcej. Nie zaglądajmy do kieszeń, bo one mają dziwne rozmiary, podobnie jak domy czy auta bogatych, biednych, poszkodowanych i zdrowych, mądrych, głupich i nijakich.

Polski speedway nadal żywi światową elitę, wyszkolił za psie pieniądze sporo młodych, zagranicznych zawodników. Teraz prezesi liczą pieniądze inaczej, niż dawniej. Sakiewka jest mniejsza: “ bo już nie dają”. Głupota odleciała, acz… Funkcjonuje niezmiennie zasada, mimo nalotów władzy motorowej, odwlekania wypłat, polska choroba dłużników i wielu musi upominać się o zaległości. Paskudna rzecz. Biedny pozostanie biednym a bogaty bogatym? Takie pojęcia mają czasem swoje idiotyczne, podwójne dno.

Prezesi z różną wyobraźnią odeszli, choć nie chcieli. Musieli? Krążą takie wersje zdarzeń, że ile by w speedway nie wpompować pieniędzy i tak zabraknie. Nikt nie odłoży na czarną godzinę w klubie, na przyszły sezon czy lepszy transfer. Mentalność fatalna, zgubna, obrosła w pychę i brak wyobraźni. Kiedy na pożegnalny turniej Szweda Tony Rickardssona w Tarnowie zjechali się niektórzy zawodnicy/ byli tacy co się wykręcili/, byłem świadkiem jak polski zawodnik vel celebryta żebrał u nieżyjącego prezesa Szczepana Bukowskiego pieniądze: “daj za przejazd chociaż”, choć tego nie miał w umowie. “Żebractwo” bez honoru funkcjonuje w głowach chyba od czasów, gdy w klubach udzielano tzw. bezzwrotnych pożyczek. Byli “bieda – rekordziści” zwłaszcza w obliczu ważnych meczów i prestiżowych turniejów. Straszyli prezesów a oni bali się władzy kacyków, zaś zawodnicy nie bali nikogo. Na zimno w11667494_10204516185604706_8526129785432921958_nykorzystywali koniunkturę,“kredyty” szybko umarzano. Luksusowe życie, prawda? No a kto inwestował mądrze nie liczy dziś na ZUS.

Świat żużla jest kolorowy i taki jak kilka cyrków razem wziętych. Narzekających nie brakuje i nie brakowało a życie weryfikuje postawy wobec kibiców. Chytry traci dwa razy zrzędzą bywalcy kasyn. Pieniądze raczej nie wyleczą kompleksów, mentalność ludzka bywa zagadką. Jak klimat…

Jest kapryśna wiosna i wielkanocne święta. Nigdy jajko nie będzie mądrzejsze od kury i nie wszystko jest do chrzanu. Moc przyjemności i słońca życzę wszystkim sympatykom, którzy często wiedzą więcej o zawodnikach ode mnie. Nie zazdroszczę nikomu, bo mam to, co mam. Wielkanocną babę.