Australijskie zastrzyki

Si, si…Mamy serial Grand Prix i Włoch Armando Castagna, który przewodzi światowemu żużlowi, bo nie ma innego wyjścia /?!/ ugasił tegoroczny pożar i Polacy uratują indywidualne mistrzostwa globu. Nie pierwszy raz, bo kiedy na początku zawieruchy i szumnych zapowiedziach nowych rozgrywek GP/start 1995/ nie bardzo interes angielskim pryncypałom spod znaku BSI się wiódł, poznańska Kompania Piwowarska Lech, Jana Kulczyka wzięła na plecy ciężar utrzymania grand tańca. Z koł dobrze poinformowanych dawno już doleciały do mnie wieści, że tak bardzo Castagna nie kocha Polaków, lecz w sytuacji podbramkowej biało – czerwona strefa urządzi igrzyska. A gdyby Niemcy byli silni, Skandynawowie, Anglicy powiedzieli “si”, to moim rodakom spod kół by się żużel sypał na głowy. Zaczyna igraszki GP we Wrocławiu, tak jak w 1995 roku w premierze tego cyklu, który miał być fantastyczną przygodą. “Dziką kartę” teraz dostał ambitny Gleb Czugunow a niektórzy błądzili myślowo, że będzie miał ją w kieszeni… Maksym Drabik. Sądziłem, że pojedzie Bartosz Smektała albo Dominik Kubera. No cóż każdy ma własną ocenę sytuacji. Wyjaśniam koledze, który mnie pytał jakiej narodowości jest debiutant w GP, otóż mieszane barwy: rosyjsko – polskie, Gleb ma nasz paszport. Eto wsio? Zawodnik jest przedstawicielem miejscowego klubu, więc pojedzie jak w domu. Jest odważnym, skromnym reprezentantem Wschodu, reszta należy do niego w debiucie GP. Ot, mołodiec!

Tytułu mistrza świata broni Bartosz Zmarzlik, gorzowskie barwy. Zdobył złoty medal w ubiegłym sezonie na Motoarenie w Toruniu. Było tam ciężko, bo mimo przewagi, ona topniała wobec ataku Duńczyka Leona Madsena, który/ zaznaczam raz jeszcze/ ma żonę Polkę. Towarzystwo jak widać spolszcza się nie tyko na torach, wszak są wygodniejsze też podłoża. Madsen zna kilka naszych klubów i mentalność polskiego suwerena. Gonił Zmarzlika w Toruniu, lecz opatrzność była po stronie gorzowianina. Do brązu, srebra dorzucił Bartosz złoto. Kolekcjoner, który na tym dorobku na pewno nie poprzestanie. Ma w duszy pęd do ścigania, mijania, brawury na krawędzi cienkiej jak nitka, opanowany od dziecka motocykl prowadzi go do efektownych zwycięstw. Madsen nie jest jedynym konkurentem, oto głodny “kalca” jest Emil Sajfutdinow, zgrabny wojownik rosyjski, bojar żużlowych torów, chciałby być carem. W ubiegłym sezonie nie miał szczęścia Anglik Tai Woffinden, trzykrotny mistrz świata, któremu pech kasował punkty i niestety zabrakło bodaj jednego turnieju; wtedy nie wiadomo jakby potoczył się los złotego medalu 2019. Skuteczne akcje prezentuje ostatnio stylowy Słoweniec Matej Zagar, jest jeszcze Słowak Martin Vaculik, a co na to Maciej Janowski? A Patryk Dudek? Były mistrz świata Australijczyk Jason Doyle, Rosjanin Artem Łaguta, Szwed Fredrik Lindgren. Paka konkurentów do tytułu mistrza świata zgrana, znają swoje cele, nawzajem błędy i zalety. Po dwa turnieje w każdym mieście wymyślili bossowie speedpanowania na świecie; Wrocław, Gorzów, PRAGA i finał w Toruniu, jednak nie w Warszawie, gdzie byłby może ósmy cud świata. Jednak Polski Związek Motorowy nie wyczuł bluesa. No tak, rozumiem szeroki zarząd, gdyż  Toruń jest w kilku aspektach życia nad Wisłą ważnym ośrodkiem decyzyjnym.

Tam urządzono IMME i ZMARZLIK dał SHOW, pozostali także śmigali jak w ukropie.

Międzynarodowe mistrzostwa Ekstraligi były szybką imprezą, na wzorowym torze, gdzie mijanki były powszechne. Ściganie zatem efektowne i efektywne. Można też bez cyrkowych popisów funkcjonariuszy pod taśmą? Taaak! BARTOSZ  ZMARZLIK wykonał na Motoarenie extra sesję! Swobodny niczym orzeł szybował “nad” torem, potrafi zmieniać ścieżkę jazdy na pełnej szybkości, ma wyczucie mocy silnika, opanowany motocykl jak zegarmistrz zegarki. Przyjemnie patrzeć na koncert prawie już kompletnego mistrza sypkich torów. U siebie w Gorzowie również prezentuje klasę lux.

Przy okazji: czy sędziowie mają imiona i nazwiska na polskich stadionach, bo rzadkością jest ich wymienianie. Sami jakoś nie buntują się wcale, wolą być bezimienni? Dlaczego? Przecież nie wymienianie ich jest swoistym lekceważeniem. TV nie podaje na “paskach”.

Osiem turniejów GP, będzie więc ostra jazda! “Dwudniówki” pokażą w pigułce możliwości zawodników, ich kondycję, zmotywowanie, stan techniczny napędowych koni. Koniec sierpnia premiera a finał początek października. Dla kogo gloria? Turniej poprowadzi doświadczony Szwed Krister Garder, zna się na rzeczy.

Woffinden pojedzie na swoim klubowym torze we Wrocławiu, Zmarzlik potem uderzy w tony u siebie w Gorzowie. Atuty własnych torów nie grają obecnie, przy tak wyśrubowanych jednostkach napędowych, takiej roli jak dawniej. Zaufanie chowa się czasem w małej budce, jednak swoje ściany ciut pomagają, choć adrenalinowych kibiców w komplecie zabraknie niestety. Praga będzie jakby neutralna i na małym stadionie Marketa ściganie zapowiada się maksymalnie sprężone. Dociekam, jak decydenci GP namówili familię Ondrasików do urządzenia plochej drahy? Mistrzostwa świata tam właśnie mają swój kult a miasto stwarza malownicze tło. Ahoj!

Wydaje mi się z pozycji przedstartowej, z fotela, że wszystko rozstrzygnie się w GP, jak rok temu na Motoarenie.

Elita jest zapracowana, polskie ligi wyciskają max poty, nadto play- offy Ekstraliga szczytuje z wyścigami ostrymi jak żyletki. Tu liga, tu mistrzstwa świata, tu jeszcze inne turnieje. Zwariować można, karuzela napięć 300 wolt. Serca muszą być sprawne, tętnice przedmuchane. Speedway zacisnął pętlę kibicom, zabrał czas, nie ma nawet chwili na dyskusje. Herbata stygnie. Żali się do mnie żona jednego z kibiców, że mąż zaniedbuje obowiązki domowe, bo codziennie tylko żużel od południa do północy. Więc uspokajam: są szybkie przerwy, można wiele, tylko trzeba chcieć panowie. Ludzie z żużlowym krwioobiegiem nie mają łatwego życia, pandemia z wirusem w koronie wytworzyła tempo i atmosferę expressu Paryż  – Marsylia. Pilnujmy jednak rozsądku.

W tytule felietonu jest Australia… Tak. Mówi i pisze się o żużlowym świecie a gdzie ten świat? Speedway jest obecnie głównie europejski, gdyby nie australijscy zawodnicy, byłby tylko w skansenie Starego Kontynentu i z kalifornijskimi migdałami. Młodzi chłopcy z talentem do ścigania w extremie i duszami kangurów przylatują do Europy z drobnymi oszczędnościami i pilnie żyłują swoje ambicje, głównie na polskich klubowych uniwersytetach. Bez nas nie ma dyplomów. Nabierają więc szybko wiedzy o życiu i żużlu. Taki np. Jaimon Lidsey/ ur. 1999/, który zapoznał się z Rawiczem, przedmurzem Leszna a w Unii, u mistrzów Polski ten sympatyczny chłopak o twarzy niewiniątka, daje upust swojej radosnej ambicji bycia coraz doskonalszym, podobnie inni np. Rohan Tungate, Jack Holder. Australijczycy mimo nieszczęść/ porażenia: Leigh Adams, Darcy Ward/ pragną być wirtuozami na torach. Obdarzeni magicznym talentem, lecą do Europy na korepetycje, naukę i nie zapominajmy, że przecież u Aborygenów narodził się  dawno temu speedway. Europa kupiła go na pniu za sprawą Johnnie Hoskinsa. Polska jest dla “Kangurów” konkretną szansą sportową i życiową. I odwrotnie, dla naszych klubów rodzi się okazja do atrakcyjnych sesji wyścigowych. Australijskie “zasilanie” stwarza widowiska na miarę światowych, dawnych, legendarnych mistrzów z Antypodów. Ponadto dla europejskiego żużla australijski zastrzyk talentów buduje optymizm, że “kangurowy kontynent” podtrzymuje markę pn. ŚWIAT.

Od bólu do bólu

 

phpThumb_generated_thumbnail

  1. Zanim o żużlu, trochę o barbarzyństwie jakiego doznał Paryż z rąk dżihadystów. Masowy mord wstrząsnął światem i trudno pogodzić się z tą tragedią. Zamachowcom islamskim nie udało się na szczęście wejść na piłkarski mecz Francja – Niemcy i dramat rozegrał się w pobliżu stadionu Stade de France. Zginęło i strasznie zranionych zostało kilkaset osób. Terroryzm dał o sobie znać w sposób przerażający i zmuszający do głębokich refleksji. Francję czekają w połowie przyszłego roku finały piłkarskich mistrzostw Europy. Do tego turnieju jest czas na specjalne przygotowanie się do tej poważnej batalii, która została drastycznie zaogniona po paryskim wstrząsie. Tragiczne wydarzenia nie pozostają obojętne dla sportu, wielkich stadionów i trzeba liczyć się z zagrożeniem. Obawa już pozostanie a rzecz w tym, żeby ją zminimalizować.

Światowy speedway rozgrywa się na stadionach o dużej frekwencji, które muszą być przygotowane przez odpowiednie służby bez zastrzeżeń. Po paryskich zamachach dwa mecze piłkarskie o dużym ryzyku w Niemczech i Belgii zostały odwołane wskutek alarmów. Na szczęście fałszywych. Zagrożenie ciągle biegnie obok nas i nigdy nie wiadomo, kiedy zaskoczy, dlatego trzeba być przygotowanym na najgorsze zawsze i wszędzie. Dramat w Paryżu jest sygnałem, którego nie można lekceważyć nigdzie, obojętnie jaka to dyscyplina sportu. Zamachowcy vel kamikadze chcą być tam, gdzie najwięcej ludzi i spektakularny rozgłos. Wizja straszna, wizja z którą trzeba jednak konsekwentnie walczyć bez strachu, z determinacją obrony europejskich wartości.

  1. Idą święta, najbardziej rodzinne o bogatych tradycjach i duchowo wiażące ludzkie serca. Zostawiam na boku wydarzenia w stolicy Francji. Wracam do Australijczyka Darcy Warda, który trzy miesiące temu miał tragiczny wypadek w Zielonej Górze i został złamany przez los jak zapałka. Po operacji w Polsce poleciał do Anglii, gdzie czekali na niego rodzice i od tego czasu poddawany jest rehabilitacji niezwykle kosztownej codziennie. Sportowy świat solidaryzuje się z dramatem Warda, żużlowcy od razu pomogli i wspomagają, lecz jak to bywa w życiu płomienie nie zawsze palą się do końca. 23 – letni Darcy Ward nr 43 na torze, doznał przykrej kontuzji złamania kręgosłupa na progu kariery, która jawiła się w jak najlepszych kolorach medali mistrzostw świata. Chłopak ma talent do intuicyjnej jazdy, swobodnie czuł się na motocyklu, może aż za bardzo, potrafił ścigać fantazyjnie, skutecznie i szarmancko wobec rywali. Jak paskudny okazał się los, który diabelnie pokiereszował mu w tak młodym wieku życie, nie mogę zrozumieć do dziś i miewam/ tak, tak…/ nieprzespane noce z tego powodu. Speedway grzeszy wypadkami różnej skali i zostawia ból do końca życia. Bywają wypadki ostateczne, które zapisuje się w kronikach mocno na czarno. Mamy w historii i takie zdarzenia, którym szczęście po morderczej walce w klinikach daje wiarę zawodnikom na pokonanie zdradliwego losu. Bywają zdarzenia niestety i takie, które unieszkodliwiają do końca zawodnika i lokują na wózku. Wichry nieszczęścia krążą raz po raz i nigdy nie wiadomo kogo poturbują. Jedni walczą, drudzy pozostają z dramatem sam na sam. Poszukują desperacko alternatywy na dalsze życie i znajdują szczęśliwie w innych sportach, odnosząc medalowe sukcesy na wielkich imprezach.

Człowiek w jednej sekundzie może być okaleczony na zawsze, zostać odarty ze złudzeń ale jakaś iskierka wiary krąży w nas. Człowieczy los nie zawsze ma kolor tylko czarny.

DARCY WARD, talent jak perła, chłopak przed którym stała otworem kariera, nagle został brutalnie zmieciony z toru. Musi walczyć z samym sobą, bo zdał sobie sprawę, jakich doznał obrażeń i czym one skutkują. Po karencji niespokojnego młodzieńca, zawodnik Falubazu Zielona Góra i angielskiego Poole wreszcie dorwał się oficjalnie do motocykla i zanim zdążył nacieszyć się ściganiem spadła lawina nieszczęścia. Byłem jego adoratorem, nie ukrywam, wiecie dobrze co pisałem. Trochę żużla w życiu widzialem i Darcy przekonał mnie, że jest zawodnikiem nietuzinkowym. Był niespokojnym, acz twórczym duchem tego sportu. 23 lata! Co za wiek! Skończyło się a jeszcze nie zaczęło na dobre.

Dowiaduję się, że wkrótce Darcy poleci do rodzinnej Australii, gdzie ciepło i pogoda znacznie lepsza do kurowania, niż w Europie, zaś w Anglii zimą szczególnie bywa kapryśna. Inne powietrze, klimat ojczyzny, fanów DW tam nie brakuje, którzy go “dopadną” i obdarzą serdecznością. Menedżer Poole Neil Middleditch i jego żona Suzi kochają jak syna i życzą pomyślnych wyników rehabilitacji na Antypodach. Myślę, że nie mylą się a Darcy dziękuje wszystkim za wsparcie, zdaje sobie sprawę z sytuacji zdrowotnej i pisze: “Być może już nigdy nie stanę na nogach”. Przerażająca prawda. Kiedy dociera do zawodnika powoduje paraliż duszy, który jakże często zamienia się w potok łez. Medycyna pokonuje trudne bariery i mam wiarę, że los okaże choć trochę łaskawy. Na razie heroicznie trzeba walczyć podczas rehabilitacji i zmagać się z samym sobą, zanim zmęczenie pozwoli zasnąć. Piekielne chwile zwątpienia i nadziei.

  1. W życiu mamy sporo różnych zmartwień. Mamy nagle drastyczne wydarzenia jakie rozegrały się w Paryżu, gdzie niewinne osoby zostały zastrzelone a inne zginęły od wybuchów. Ludzie ludziom okrutnie zabierają życie. Barbarzyńsko za nic. I mamy sportowe wypadki, które ranią ludzi także niewinnych i pozbawiają wszelkich złudzeń na dalsze normalne życie. Ktoś pisze i mówi, gdzie w takich przypadkach jest Pan Bóg?

Blisko do świąt, radosny ma być czas, choć nie dla wszystkich i nie wszędzie. Ziemia kręci się coraz bardziej niebezpiecznie a słońce raz świeci a innym razem gaśnie jak świeca na wietrze. Dobrze, że nie zawsze.

Odjazd Jasona

JASON CRUMP

Zawsze trzeba wiedzieć kiedy odejść ze sportu. Bywają zawodnicy długowieczni w uprawianiu wyczynowej sztuki. Mówią koledzy życie krótkie, sztuka wieczna… Artyści. Czy do nich na torze należał australijski as, urodzony w angielskim Bristolu Jason Crump? Decyzję o zakończeniu kariery podjął na dwie raty; wpierw jesienią zakomunikował, że nie będzie startował w serialu Grand Prix, co też jest pewnym sygnałem, nie pierwszym, że turnieje GP są wyczerpujące i jest ich za dużo. Hm, o cztery mniej uczestnicy mieliby pewien luz, komfort przygotowania się, odświeżenia, nabrali dystansu do galerów co dwa tygodnie. Zamiast tego jest kalendarz przepełniony, zawodnicy zmęczeni już w w drugiej połowie startów. Bardzo widoczne objawy, nie wszyscy wytrzymują trudy. Nie chcę powtarzać moich uwag, opieram się także na opiniach innych ludzi, którzy pilnie śledzą zmagania najlepszych żużlowców świata. Przyglądając się jazdom, można wysnuć tezę, że w drugiej połowie serialu, już nie ma elity, ona bardzo się zawęża a reszta asystuje i czeka na zakończenie jazd.

JASON CRUMP po kilkunastu tygodniach o powzięciu decyzji o absencji w GP znów zaskoczył. Poleciał z rodziną do Australii a tam zaufany lekarz poradził mu, że musi poddać się operacji, która usprawni jego organizm na następne lata. Crump jr. nie zawahał się, wybrał zdrowie, rodzinę i przyszłośc, by nie zostać kaleką. Los nie oszczędzał go w ostatnich latach; oparzenie, obojczyk łamany, dłoń, ręka… Zawsze coś tam go bolało i dokuczało, nie pozwałało ścigać się w jego stylu.

„Nie płacz kiedy odjadę“ śpiewał włoski bard. I my nie płaczemy, bo zdrowie jest najważniejsze a los australijskiego kolegi z reprezentachji Leigha Adamsa, którego dotknął dramatyczny pech, nie wątpię miał na pewno pewien wpływ na ostateczną decyzję  trzykrotnego mistrza świata na klasycznym torze. Jego ojciec Phil nie był mistrzem, był medalistą mistrzostw świata. Jason urodził się w żużlowej rodzinie, znany był wszędzie jego dziadek Neil Street, który nie tylko był świetnym mechanikiem ale i mentorem wnuka. A wnuk nie wypadł sroce spod ogona i jako nastoletni chłopak śmigał jak strzała na astralijskich torach, potem poleciał do Anglii do Poole i tam w Piratach narodziła się jego legenda. Legenda Crumpa mistrza świata.

Jakim był zawodnikiem? Na pewno niepokornym, walecznym, zadziornym i przy tym walorach nie stylistą. Mocny i agresywny na torze, siłowy, jego sylwetka nie przypominała celebrytów żużlowych torów, którzy postaciami wabili oczy i wywoływali szczery podziw. Skuteczny i mocny, mający w sobie nie tyle siłę kangura, co niedźwiedzia. Rudowłosy o twarzy gladiatora zdecydowanego na walkę.

Jason Crump uczestniczył w 145 turniejach GP, wygrał 23 turnieje, zaliczył 822 wyścigi, wygrał 299, 77 razy był w finałach i zdobył rekordową ilość punktów aż 2006, jako pierwszy przekraczając magiczną barierę dwóch tysięcy punktów!

Jego pierwsza decyzja o zaniechaniu startów w GP była już zaskoczeniem, druga  przed końcem roku 2012 na pewno kolejną niespodzianką, bo w polskiej czy szwedzkiej lidze liczono na jego udział i zdobycze punktowe. Jason zna polskie kluby, mentalność ludzi z którymi współpracował a byli tacy rodem z Polski, którzy mu zapewniali komfort sprzętowy. W polskich klubach Crump jr. zarabiał niezłe pieniądze jako mistrz.

Nie był lalusiem, potrafił „przyłożyć“ na torze, wypiąć się na kibiców i pokazać gdzie ich ma głęboko. Rodzinę ma poukładaną i wierną, żona, córka, syn. Jeździli z nim prawie wszędzie, zahipnotyzowani jego startami, często martwili się, gdy ojcu rodziny coś się przykrego wydarzyło. Mieć taką familię warto troszczyć się, by kiedyś nie być ciężarem a cieszyć życiem po zakończeniu bogatej kariery.

Speedway jak prawie każdy sport jest kontuzjogenny, lecz w swoim uroku bardzo dotkliwy i nieobliczalny w życiowych konsekwencjach. Ułamki sekund przekreśliły wiele karier i zawodnicy lądowali na zawsze w wózkach inwalidzkich. Czy można cokolwiek przewidzieć? Absolutnie nie. Doświadczenie jednak sportowe, upływający wiek i dorobek mogą wpływać na decyzję, jeśli ma się  ambicje, konto i scenariusz na dalsze pozasportowe życie. Crump na pewno wie co potem robić, na razie wypoczywa i czekają go na wiosnę kliniczne operacje, zabiegi. Musi być zdrowy, bo chce być użyteczny w życiu zawodowym i prywatnym.

Zawsze kiedy gwiazda odjeżdża z toru robi się smutno i już pisałem kiedyś po pierwszej decyzji Jasona, że będzie go brakowało na torach w roli walczącego „kangura“. W typowaniu na zwycięzcę, gdyż zawsze był brany pod uwagę jako faworyt.

Crump jr. daje chyba jako pierwszy sygnał, że dobrze skończyć coś w pełni chwały z sukcesją rodzimego matadora, jakim jest nowy mistrza świata Chris Holder. Światową elitę czeka zmiana warty, mają swoje lata i Amerykanin Greg Hancock, i Tomasz Gollob, choć jako czterdziestolatkowie nadal są w gronie faworytów w starciu z młodzieżą. Sportowy tryb życia zapewnia im długowieczność w uprawianiu dyscypliny, speedway jest jednak ekstremalnym sportem i zawsze istnieje obawa przed ciężkim urazem, nawet czymś najgorszym. Kiedy osiąga się wiele, a Jason Crump wpisał się w kronikę światowego żużla ogromnymi zasługami, workiem medali, przychodzi też refleksja, kiedy wreszcie odcinać kupony od urodzajnych żniw?!

JASON CRUMP udany syn Phila, żużlowca, utalentowany wnuk dziadka Neila Streeta podjął wyborów życiowych i chwała mu za wszystko, czego dokonał na sportowych arenach świata. Był niepokornym mistrzem, który wiedział, kiedy zjechać z toru.

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 1: Pamiętacie blondwłosego Todda?

Nie da się zapomnieć jego błyskawicznego wjazdu na podium mistrzostw świata!

W zachodniej cześci Sydney w dzielnicy Bunkstown urodził się w 1968 roku Todd Wiltshire. Australijczyk o jasnych długich włosach miał talent do żużlowych jazd. Po dwóch latach tradycyjnym zwyczajem australijskich żużlowców przyleciał do Londynu i zaczął jeździć w drużynie Wimbledonu Dons. Zrobił wrażenie; był tam dwa lata, potem przeniósł się do Reading. W 1990 roku na Odsal w Bradford mamy indywidualny finał mistrzostw świata. Tod Wiltshire ma 22 lata, jedzie jak rutyniarz, efektownie, zwinnie, skutecznie. Znawcy dostrzegają jego talent i wróżą przyszłość. Wygrywa niespodziewanie „chłodnym“ stylem mistrzostwo świata Szwed Per Jonsson, za nim jest gibki Amerykanin Shawn Moran a brązowy medal zdobywa rewelacyjny Australijczyk Todd Wiltshire. Zostaje błyskawicznie gwiazdą. Uformował ją srebrnym medalem razem z Leighiem Adamsem na torze Ellermuehle w pięknym Landshut w Niemczech w finale mistrzostw świata par, gdzie Australijczycy przegrali z Duńczykami.

Todd przyjeżdża do Polski w sezonie 1991 i startuje we Włókniarzu Częstochowa, prezentuje swobodny styl, jego płowe włosy dodają mu młodzieńczego uroku, jest skutecznym ligowcem. Kończy się sezon i Todd leci do gorącej europejską zimą Australii. Jest u siebie w domu. Raj.

Na początku stycznia 1992 roku wbija się ostro w serca środowiska fakt zabójstwa Edwarda Jancarza. Jest o czym mówić i myśleć. Żużlowcy na Antypodach startują, korzystają z doskonałych warunków do jazd, mają przedłużenie sezonu, bo na Starym Kontynencie panuje zima.

W Adelajde podczas turnieju Todd ulega nieszczęśliwemu wypadkowi, doznaje urazu kręgosłupa, najgorszej kontuzji jakiej zawsze obawiają się żużlowcy. Środowisko jeszcze nie ochłonęło po tragicznym zdarzeniu w Gorzowie Wielkopolskim, kiedy wstrząsa wszystkimi informacja z Adelajde o fatalnym przypadku Todda.

Zachwycił fachowców i fanów początkiem swojej kariery, nagle teraz wszystko się urywa i kto mógł wtedy przypuszczać, że to nie był ostatni przypadek tak dramatyczny na żużlowych torach w roku 1992. Fatalny rok dla asów.

Wiltshire jednk nie poddaje się, walczy z uporem, rehabilituje. Czas biegnie. Startują kolejne sezony, on chce powrócić w żużlowy świat. Zostaje mechanikiem Marvyna Coxa, który jako Anglik jeździ z niemiecką licencją. Nie satysfakcjonuje go jednak drugorzędna rola, już zachłysnął się wiwatującymi na jego cześć tłumami na stadionach. Wraca wreszcie na tor jako zawodnik, jest rok 1997. Po pięciu latach uporczywej walki z sobą. Zdobywa mistrzostwo Niemiec, powtarza za rok ten sukces, ma niemiecką licencję. Kroniki notują come back Australijczyka. Jest dobrze.

W 1997 startuje w barwach Wybrzeża Gdańsk, za rok przenosi się do Rybnika.

W 1999 roku zostaje mistrzem Australii. Po kontuzji i powrocie  na tor już nie jest taki żywiołowy, natura poskromiła fantazję, nie ograniczyła jednak zdolności i talentu.

W 1999 rku bardzo udanym dla niego razem z reprezentacją Australii zdobywa złoty medal na torze w Pardubicach, w drużynowych mistrzostwach świata. Znów jest na topie, wcześniej wygrywa morderczy turniej interkontynentalny indywidualnych mistrzostw świata.

W 2000 roku w serialu Grand Prix jest ósmy, nie opuszcza turniejów GP, choć nie notuje większych sukcesów, jest jakby po tej kontuzji nieco spętany, nie tak szaleńczy do końca. Los zrobił swoje. To zrozumiała reakcja organizmu po przejściach, które w psychice zostawiły trwały ślad.

Startuje udanie w polskiej lidze, wabi go Polonia Bydgoszcz i jeździ tam od 2000 roku do 2004. Młodzi podpatrują jego jazdy, luzackie, balansuje nie wymuszana harmonia ciała z motocyklem. Notuje na koncie mistrzostwa Polski z Polonią. Dobrze czuje się w Bydgoszczy mieście Tomasza Golloba a kibice doceniają umiejętności Australijczyka, tamtejsi fani znają się na tym sporcie od zawsze.

 

Jakiż hart ducha i niesamowita wola zadecydowała o powrocie po tak ciężkiej kontuzji na tor, bez oporów, bez zahamowania, że może wydarzyć się najgorsze, które po 1992 roku zostało przegonione jak się okazało już na zawsze.

 

Rok 1992 zaznaczył się w historii żużla przykrymi faktami, zdarzeniami, do jakich doszło w styczniu przed sezonem. Mocno ostudziły nastroje kibiców jak zwykle spragnionych emocji od marca do jesieni.

Miałem okazję oglądać Todda Wiltshire na torze wielokrotnie, byłem jego zagorzałym fanem od początku, demonstrował agresywny, efektowny, taki amerykański w wykonaniu styl. Podobał się i był co ważne skuteczny. Bez pardonu w Bradford na trudnym torze wjechał na podium mistrzostw świata, zdobywając przecież medal i zostawiając za sobą słynnego duńskiego internacjonała Hansa Nielsena.

SPEEDWAY i jego historia integralnie związane są z nagłymi wypadkami, przerwanymi karierami i bólem. Todd Wiltshire wykazał determinację i pomogło mu szczęśliwie zdrowie by wrócić jeszcze na tor i i pokazać piękny styl jazd. Ba, zdobywać medale! Niesłychana kariera z antraktem. Nie każdemu tak się udało. Nie odeszła mu nigdy ochota do sportu. Sylwetka znakomita i postawa godna uwiecznienia. Todd Wiltshire! Australijczyk, który nie poddał się i dokończył dzieła, które los próbował mu zepsuć do końca życia. On dał radę, ale inni niestety nie dali, bo w ich przypadku los był bardziej okrutny.

cdn