SANTO CIELO…

Rany boskie… Santo cielo…Castagna “zarzyna” speedway tępym nożem. Armando co ty  robisz jako szef światowego żużla? Zamiast rozwijać żużel, zwijasz go do pudełka, polskiego kartonu. Czy wszędzie ma być tak, jak w rodzinnej Italii? Było ongiś płomykiem nadziei Lonigo; tam startował Armando, był jego imiennik Dal Chiele, Valentino Furlanetto/ to on spowodował groźny wypadek Edwarda Jancarza na zielonogórskim torze/, próbowali inni, do Lonigo, sympatycznym miasteczku byli zwolennicy speedway’a, /z Renzo Gianninim, Giani Tombą, no i szefem klubu Gian Luigi “Gigi” Biasinem, twórcą wszystkich poczynań, w tym dziś już 74 – letnim klubie. Wiosną, dawniej, tory były zamarznięte w Skandynawii, Niemczech, Polsce –  przyjeżdżali do Włoch żużlowcy na treningi. Miejscowi otrzymywali zlecenia na organizację turniejów rangi MŚ. Prezydentem FIM był rzymski prawnik Francesco Zerbi. W pobliżu Lonigo manufakturę silników miał Giuseppe Marzotto/ ur. 1944/. GM – robiły szybko karierę i są wiodące do dziś. Co się stało z Lonigo? Już nie ma tam żużla, włoski speedway jest tylko na krańcach starego miasta Udine, w Terenzano. Tylko tyle… A było tak bogato. Włoski guru signore AC zaniedbał speedway u siebie, zatem jak ma wyglądać jego wizja w skali globalnej?  Więc snuje się od dawna mgła niepewności, zaś polska rzeczywistość nie jest wyznacznikiem, że wszystko gra, gdyż niestety nie jest.

Był Armando zawodnikiem, został sternikiem, moim zdaniem, przypadkowo. Mam nadzieję, że to ostatni jego sezon i ma co myśleć portugalski prezydent Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/. Sądzę, że podejmie słuszną decyzję w tej sprawie, już nie trzeba kongresowych, gremialnych przepychanek, senhor Jorge Viegas może to zrobić choćby ad hoc, jednak kadencja włoskiego guru upływa w roku następnym! Nie trudno przewidzieć koniec serialu włoskiego z tytułem “Arrivederci”.

Następna sprawa, kuriozalna w skali światowej, zresztą poruszana już przeze mnie, podkreślam notorycznie, aż mi wstyd za rodaków, którzy karmią się polską edycją żużla. W kraju nad Wisłą startuje elita żużlowego świata; młodzi Australijczycy lądują i dziękują za wikt i opierunek, za bonusy na pobyty wakacyjne. Czy elita wyobraża sobie sportowy żywot bez polskiej ligi? Bez polskich “saksów”? Raczej nie. Nie uczą się obcokrajowcy polskiego, bo nikt tego nie wymaga, pobłażliwość jest wstydliwa wobec ignorantów. Czy tak być musi?

Krzysztof Cugowski, kultowy, sławny artysta estrady, wykonawca hitów “Budki Suflera” w szczerej rozmowie ze mną, bo trochę lat się znamy i cenię solistę, fana nie tylko speedway’a lubelskiego, /Krzysztof na żużlu się zna!/ powiedział tak: Ano, nie pojmuje absolutnie, że Polacy “hodują” speedway jak tylko mogą na bardzo dobrych warunkach dla przyjezdnych ale nie rozdają strategicznych kart, więc sytuacja jest absurdalna. I tak sobie ponarzekaliśmy. Na trudne obostrzenia estradowe, także i na wirusowe czasy.

Dlaczego Castagna “zarzyna” speedway? Obciął drużynowe mistrzostwa świata, funkcjonuje bez prestiżu Puchar Narodów, decyzje zapadają arbitralnie niemal, bez większych dyskusji, po prostu nie ma klasycznych DMŚ, które były wiodącą marką w ostatnich latach w Polsce. Kolekcjoner medali  tych rozgrywek, szkoleniowiec Marek Cieślak and company są historią. Puchar Narodów nie jest drużynowy, tylko… duetowy. MŚ par, które wymyślili Szwedzi w 1970 roku,/pierwsze zawody w Malmoe/, dawno rrozmyły się we mgle zaniechania. Wystarczy? Nie… Otóż likwiduje się drużynowe MŚ juniorów, ogranicza starty zawodników do par… Czyli? Pseudo drużynówka? Najlepiej, gdy federacje nie będą szkolić, tylko mieć np. zaledwie kilku żużlowców; system argentyński, francuski, holenderski, włoski? Ba! Pod niebem wodza światowego żużla jest paru zawodników, w tym syn Castagny.Wspomnienie złotych lat Lonigo błąka się kanałami pobliskiej Wenecji. O sole mio!

Od lat wielu szukam jasnej koncepcji rozwoju globalnego żużla. Wyobraźnia wyostrza przyszłość nie tylko w sporcie i chyba jest duża różnica między operą a kabaretem. Italia, bywałem w ładnym, pachnącym cyprysami Lonigo, kultowe niosło z sobą nadzieję, bo nie jest łatwo w kraju fascynacji aut pięknych i szybkich lansować zamknięte wyścigi; tam kochają widowiska w stylu torów Monza, Imola. Auta kochają niczym kobiety,  uwielbiają motocykowe wyścigi. Tysiące kibiców, pikniki, w parku Monza w pierwszą niedzielę września jest historyczny, już prawie, wyścig F -1. Byłem tam nie zgadniecie kiedy, proszę sprawdzcie – wygrał wtedy Włoch Mario Andretti. W jednym z boksów gościem był wielokrotny, super motocyklowy mistrz świata Giacomo Agostini. Szał. Lonigo, zaznaczam mocno, było oazą dla żużla nie tylko włoskiego, dla innych grup europejskich, gdyż nie każdy ma słońce Kalifornii i wody Pacyfiku. Armando Castagna pochodzi z północnych Włoch, magiczne Lonigo upadło, nie było pieszczone dostatecznie. Terenzano jest miejscem, które nigdy nie będzie tak przyciągać; poznałem atmosferę, kiedy w 2010 roku Tomasz Gollob wygrał złoto IMŚ. Dziwne miejsce…

Ostatni pomysł z “kastracją” DMŚ juniorów i ograniczeniem liczby startujących wychodzi naprzeciw tym, którzy nie szkolą? Bzdura. Będzie polski protest? Czy możemy w takim razie wystawić trzy reprezentacje narodowe w DMŚ juniorów signore Castagna? Może tak być dla pochwały szkolenia, dopingu dla innych federacji? Bez lancetu!

Armando, to nie jest w porządku, nie unikaj mnie przy najbliższej okazji, bo żużel podziwiałem, kiedy jeszcze nie jadłeś makaronu. Zamiast wzbogacać speedway, on jednak ubożeje /powtarzam: nie patrzmy na polski fragment/ – zatem cudacznym likwidatorom tego co dobre i atrakcyjne w tym sporcie powiadam: arrivederci.

F. Marco Biondi / Unsplash

Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.

Bitwy sezonu

Photo: BarretBonden
Photo: BarretBonden

“Talent to tylko wielka cierpliwość” napisał Anatol France. Czego trzeba mieć więcej? Armando Castagna, były zawodnik a teraz szef światowego żużla oświadcza bez ceregieli, że zawodnicy jeżdżący w SEC, czyli w europejskich rozgrywkach toruńskiej firmy ONE SPORT, powinni ścigać się o mistrzostwo świata. Święta racja. Z puli ścigantów walczy tu i tam niezmordowany Duńczyk Nicki Pedersen, który wygrał solowy, pierwszy turniej w Toruniu. Castagna był na tamtejszej arenie, dużo podróżuje, więcej niż jako zawodnik, często kariery obracają się, jak ziemia wokół słońca, myślami Mikołaja Kopernika. Gra pomiędzy SEC a FIM toczy się w białych rękawiczkach; One Sport będzie miała przestrzeń do zagospodarowania na torach Starego Kontynentu na następne pięć lat. Czy speedway może pozwolić sobie, przy niszowym zainteresowaniu, na taki podział ról? Jestem sceptykiem. Wyrywanie sobie zawodników, którzy mają do wyboru opcje: albo prestiżu MŚ z wydatkami lub małego prestiżu mistrzostw Europy i znacznie większej kasy, przy mniejszych kosztach. Takie wątpliwości dla niektórych zawodników są retoryczne. Wybierają co “łatwe i przyjemne”, nadto telewizyjnie atrakcyjne dzięki przekazowi Eurosportu na cały świat. Może ten ostatni atut nie jest tak brany pod uwagę, co raczej finanse.

PRESTIŻ w dzisiejszych czasach potaniał, podobnie jak poziom edukacji i nie ważne, co w głowie tylko: “fura i komóra”. Brutalizacja obyczajowa w systemie globalizacji jest modna jak internet. Uważam, że torunianie z One Sportu umiejętnie promują europejskie rozgrywki i czas melonikowego BSI kończy się powoli, brakuje gościom od parady koncepcji. Skostnieli. Skandal w Warszawie w premierze GP dziwnie nie odbija się na kondycji angielskich dzierżawców, brną ślepo od 1995 roku i dobrze, że ktoś pokazuje im, że speedway może mieć inne oblicze. Castagna tańczy jakby na dwóch salonach jednocześnie, raz tango a raz kujawiaka. Starczy mu kondycji?

W obszarze serialu Grand Prix nic się nie zmienia, “kotlet raz” bez deseru… Na polu SEC dostrzegam jednak pewne trudności w pozyskiwaniu nowych rynków do objechania. Pukają do drzwi, nie zawsze im otwierają. Misja tego projektu powinna zawierać promocję nowych miejsc i pozyskiwać absolutnie świeżych zwolenników. Czego nie robi w ogóle Castagna, robią ludzie z One Sport, czyli duet Kończykowski/ Lejman, choć nie zawsze trafiają, co pokazuje, że speedway nie jest towarem poza Polską do kupienia od razu.

Wspomniany Nicki Pedersen jest w tym sezonie rozrzutny i jeździ jak zakręcony, choć finał drużynowy MŚ w Vojens przed własną publicznością musi zaliczyć do wpadki. Nicki wyczuwa pieniądz, wie gdzie go szukać. Przy jego charakterze wojownika często z zamkniętymi oczami na torze wjeżdża w konflikty z rywalami, vide Jankes Greg Hancock. Na razie robi swoje w stylu bez pardonu. Dopisuje fart.

Po dłuższej przerwie mamy powrót do GP na torze pod dachem w Cardiff i ściganie w brytyjskiej uwerturze z liderem serialu, angielskim idolem Tai’em Woffindenem. Szczęśliwie został mistrzem Wielkiej Brytanii a jak będzie na sztucznym torze? Walka! W gronie spragnionych jazd w GP są Maciej Janowski i Krzysztof Kasprzak, ten drugi, mocno sfrustrowany musi spaść wreszcie na ziemię. Nie zawsze jest słońce i trzeba umieć przegrywać, i z pokorą wyciągać wnioski.

Czas pokaże. Czas cierpliwości jednak kiedyś wygasa. “Talent to tylko wielka cierpliwość”, wracam do początku felietonu. Rehabilituje się po ciężkim wypadku Jarosław Hampel. Mam nadzieję, że wyczerpał się u niego limit pecha z bólem. Turniej w Cardiff jest sztandarowym dla Brytyjczyków, którzy zdradzili Wembley na rzecz Walijczyków, rozkręci się na nowo karuzela mistrzostw świata, które mają finał jesienią aż w Melbourne. Paranoja.

Podobną opinię odnoszę do polskich KOMISARZY torów, którzy depczą po piętach sędziom. Na siłę chcą się wykazać. Co to za komisarz, którzy pobiera ”dietę” i nie wtrąci się w nic, bo wszystko jest w porządku? Trzeba zatem szukać dziury w całym, a że nie zawsze wystarcza kompetencji, no a jest pyszna władza, zaczyna się irytujące przewracanie do góry nogami tego, co żmudnie przygotowują gospodarze. Sędzia jest tłem. Czy w sytuacji od kiedy mamy komisarzy nastąpiła zmiana jakości torów? Otóż nie, bardziej nerwowo. Nawet podczas tego sławetnej draki w Warszawie, jakoś nikt z polskich notabli nie zauważył tego, co przeciętny kibic widzi. Karawana zatem jedzie dalej, rośnie zbiór zagmatwanych przepisów. Sport musi być prosty, czytelny w odbiorze. Puchnie władza, rozmywa się odpowiedzialność. Dedukuję ten akapit nowym/starym władzom polskich władz motorowych, żużlowych. Czas pomyśleć racjonalnie o wyczyszczeniu brudów. Przyjdzie też wkrótce pora na personalia. Mydlenie oczu trwa bezkarnie pod egidą PZM.

Przelatuję na koniec do czegoś weselszego, do sesji zdjęciowej na rzecz angielskiego kalendarza, który poprzez rozebranych niemal do ”rosołu” żużlowców zarabia na charytatywne działania. Niektórzy mieli tylko tatuaże i kask na sobie. Kto taki? Zgadnijcie… Tai Woffinden na szczęście kaskiem zasłonił przyrodzenie, lecz w pełnej krasie pokazał, jak “wymalował” ciało. A co do nagości, to kilkadziesiąt lat temu czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs nago wsiadł na motocykl i fru z gołą d… na torze. Wywrotki nie było.

Mamy różne odcienia mody, zwyczaje a nagość, seks nierozłącznie wirują w naszej świadomości, czego dowodził ongiś znakomity psychoanalityk, filozof Sigmund Freud. Dla jednych świat zaczyna i kończy się na żużlu, dla innych natomiast na tym, co pokazał brawurowo “Woffi”. Do wszystkiego trzeba mieć cierpliwość. No i talent.

„Życie jest małą ściemniarą“

phpThumb_generated_thumbnail

Słońce coraz wyżej, sezon coraz bliżej… I rozstrzygnięcie afery Darcy Warda, Australijczyka niesfornego, niezwykle utalentowanego, który swoimi jazdami robi furorę a poza torem lubi się zabawić. Nie zawsze popija kefir. I dlatego, kiedy stwierdzono u niego przed jednym z turniejów GP, że krew nie woda a zawiera trochę alkoholu zawieszono młodzieńca. Historia żużla zna przypadki niezbyt higienicznego prowadzenia się przez zawodników. Kto ma pecha wpadnie. Kto nie pije alkoholu, nie interesuje go marihuana albo inne środki odurzające może spać spokojnie. Na polskim rynku mamy rodzimego Patryka Dudka, który łykał zakazane środki wzmacniające i wisi na czarnej liście, lecz odwołuje się po odcierpieniu kary w połowie. Jedni potępiali, drudzy bronili, jak zwykle bywa los błąka się w szczegółach i nie ma dymu bez ognia. Zielonogórzanin, mistrz świata juniorów Dudek pogubił się trochę w karierze dobrze rokującej; ważne jakie wyciągnął wnioski. W przypadku młodych zawodników, progresywnych, szkoda każdego dnia bez jazdy podziwianej przez kibiców.

Australijczyk Ward przegrywał starty, lecz potrafił potem szaleńczo walczyć na każdym metrze toru, co podoba się każdej publiczności, bo na żużel przychodzi się by oglądać wyścigi z mijankami, a nie nudne jazdy gęsiego. Nowy projekt NSF Jawy dwuzaworowej zmierza w koncepcji do zaciętej walki obok siebie. Speedway globalny zmierza w technicznej rewolucji do jak naszybszych jazd, co jest bzdurą, gdyż od dawna oświadczam, że żużel jest umiejętnością pokonywania wiraży. Nie sztuką jest rozpędzić maszynę na prostej by potem ratować się w łuku i tratować rywali. Zostawmy wyścigi nazywane potocznie przez ogół… biegami. Przy okazji pytam: kto biega na tych motocyklach ?! Profesor Jan Miodek nie potępia potocznych zwrotów, które mówiąc “kolokwialnie“/ kolejne nadużywanie tego słowa wszem i wobec/ zachwaszczają polski język. Jestem „zakręcony“… Wracam więc do Warda, bo lubię oglądać jak walczy, przegrywa, wygrywa, widać w tym fantazję… „słowiańskiego kangura“. Darcy lubi się napić piwa i jakoś jego młodzieńczy wiek nie potrafi zrozumieć, że o ile motocykl żużlowy nie ma hamulców, to w życiu hamulce są niezbędne. Zarówno w komentowaniu zdarzeń, jak i na torze, gdy zawodnikom puszczają nerwy i pęka głowa, pędzą czasami na… oślep. No tak, robi się zakręcone piekło. Ward nie jeździ brutalnie, nie przewraca przeciwników, nie jest taranem, jest talentem, który w radosnym uciekaniu od startu do mety chce być pierwszym. Ale nie wścieka się i nie kopie w ściany, nie przewraca szafek, nie rzuca kaskiem, gdy mu nie wyjdzie wyścig i zamelduje ostatni. Jest wysoki, nogi nie ułatwiają w takiej sytuacji walki, trzeba je zwinąć umiejętnie. Małemu zawsze lepiej, np. takiemu Anglikowi Andy Smithowi było łatwiej albo innym mikrusom. Nie mam zamiaru tłumaczyć Australijczyka z błędów, sport funkcjonuje w określonych ramach moralnych i trzeba niestety tego się trzymać! Wiedzieć, gdzie poszaleć na parkiecie a kiedy na torze. Darcy lubi również ostro pojechać autem na drodze. No cóż, ja też nie jestem święty. A są tacy? Może udają i mają szczęście nie mieć pecha. Bywają tacy, których raz po raz kopie pech i świat jest dla nich wyjątkowo szorstki.

Sprawa Warda zawieszonego przez FIM ciągnie się długo i pojawiają się nowe terminy finalne. No a sezon na progu. Mr. DW traci, już nie płaci frycowego, bo jest recydywistą. Duży ból. Są w sporcie żelazne reguły: piłeś, kosztujesz narkotyków, szprycujesz się dopingiem jesteś out! Nie zagrażaj innym, nie jesteś sam, odpocznij więc na dłużej. Międzynarodowa Federacja Motocyklowa a konkretnie CCP i guru żużlowego, światowego towarzystwa Włoch Armando Castagna nie zamiata pod dywan afery. Zawodnik został przesłuchany. Trwa myślenie jaki zaproponować wyrok. Serca wiążą surowe przepisy i nie ma rady na banały.

Niszowy speedway ma pecha, bo ogołocony przez brak widowiskowego zawodnika traci ogromnie. Australijczyk dałby każde pieniądze by jeździć, bo on kocha ścigać się, być na torach, to jego żywioł. Co robić? Castagna and company mają problem. Kiedy piszę, że speedway jest niszowy i słyszę, że tak nie jest, co głoszą medialni Mesjasze, robią mi się ze śmiechu zajady. Legendarne londyńskie Wembley było świątynią nie tylko futbolu ale i żużla. Przed każdym finałem światowym w angielskiej prasie były na dzień przed turniejem krótkie notki, kilkanaście wierszy. Po zawodach zdjęcie i wyniki pierwszych ośmiu żużlowców. Koniec, kropka. A obok w słynnych angielskich gazetach po kilka kolumn futbolu, golfa, krykieta, wyścigów konnych, nawet gonitwy psów miały swoje bogate „newsy“. „Mondo cane“, pieskie życie.

FIM… nie wie jak ukarać Warda, dlatego przeciąga sprawę. Obojętnie co się stanie i jaki zapadnie wyrok ubolewam, że głupota Australijczyka eliminuje go w świetnym okresie kariery ze startów. On się pali do jazd, pragnie ścigać na żużlu, w motocrosie, byle do przodu, poczuć amok adrenaliny wyzwalającej fantazję wybierania ścieżek po zwycięstwa. Na razie “wisi“ jak Dudek.

Podobno ostateczna decyzja zapadnie w marcu. „Życie jest małą ściemniarą“ śpiewa Igor Herbut vel LemOn. Niektórzy dodają… wielką fujarą. Nie znam przecieków z FIM, z Włoch, gdzie Armando Castagna jako szef światowego żużla steruje tym sportem. Z jednej strony jest dowód winy, z drugiej miłość do sportu, który bardzo cierpi, kiedy z głupoty wylatują poza nawias idole, ulubieńcy tłumów, zawodnicy z charyzmą karmiący sympatyków urodą waleczności. Niestety, takie jest życie, przewrotne: jednym daje a drugim odbiera. Darcy Ward czeka i jego fani a czas każdemu prędko ucieka.

Ruch w królestwie

W żużlowym królestwie zaczął się duży ruch. Po kolei.

Z jednej strony mamy kocioł serialu Grand Prix i “odcinki” turniejowe pędzą zgodnie z kalendarzem, obojętnie co się dzieje w sporcie a mamy przecież futbolowy, brazylijski Mundial. Kibic żużlowy w większości przypadków jest uzależniony od jazd tylko w lewo i inne sporty są na indeksie. Ale nie wszyscy patrzą tylko przez jedno okno. Są tacy co niby patrzą a podglądają innych. Grand Prix… ledwie była Praga, potem Malilla a już kierunek na Kopenhagę. Oki. Mamy dwóch orłów Krzysztofa Kasprzaka i Jarosława Hampela. Tylu i aż tylu.

Z drugiej strony europejskie ściganie SEC i większa pula pieniędzy do zgarnięcia, niż na światowym forum. W środku ligowe rozjazdy od Anglii przez Szwecję po… Lublin. Nie ma wytchnienia, logistyka mechaników musi być trzymana w dyscyplinie godzinowej. Zawodnicy dadzą sobie radę. Spanie bywa krótkie a podróże długie. I tak jest od lat, z tym podkreśleniem, że nie było takiej nęcącej ekspansji europejskiej oferty. Trzeba mieć kondycję żelazną oraz trzy zdrowia.

KRÓLESTWO ŻUŻLOWE trzyma się jakoś i zlepia kalendarz. Włoch Armando Castagna, szef światowych rozgrywek z nadania FIM nie bardzo jest zadowolony z  “rozłamu” na Świat i Europę, lecz nie ma większego wpływu na bieg wydarzeń. No cóż, kto pierwszy strzela, żyje dłużej. W Szwecji poważnie klubowe towarzystwo Elitserien chce się odłączyć od SVEMO/ taki szwedzki PZM i Giekażet/ i utworzyć własny związek. Pewnie tak będzie a chodzi o kasę i większe udziały dla klubów. W Szwecji kiedy zjawi się na meczu około 2 tysiące kibiców w małym mieście , to już jest duże zadowolenie. Nie wyobrażam sobie u nas takiej sytuacji w Ekstralidze, gdzie rynek fanów rozpuszcza w dalszym ciągu kasjerów polskich klubów. Jak nie ma kilka tysięcy kibiców jest rozpacz. Szwed ma inny żołądek a Polak inny. W Anglii podobnie, garstka fanów, która przyjdzie żeby zobaczyć zawody i napić się piwa uzupełnia budżet sponsorów. Polska rzeczywistość jest kompletnie inna i “przecieki” pieniędzy osłabiają konta klubowe. Czy mamy w klubach drugie dno?

Biegnie trzeci miesiąc jazd a ruchy personalne na polskim rynku są duże. Na stołkach szkoleniowych zapanował ruch; z Gdańska do Torunia, w Lesznie poszukali swojego, ledwie w Częstochowie zakontraktowali, już zwolnili. Burza na “trenerskich ławkach” przypomina futbolowe roszady, gdzie jeśli ktoś przegra 3 – 4 mecze jest wymieniany jak spalona żarówka. Bywają jednak ostoje szkoleniowe podbudowane autorytetem i sukcesami, dlatego utrzymują swoje posady. Żywot szkoleniowy nie jest łatwy, mocno stresujący, trzeba mieć odporność słonia. No i choć trochę charyzmy. Trudno jednak taki atut kupić, wykształcić i najlepiej z nim się urodzić. Takie przypadki są znane. W karierze szkoleniowca istotny jest dar intuicji oraz umiejętność przekazania wiedzy najmłodszym. Mało jest takich gości, którzy łączą w sobie oba przypadki. Jak potrafi szkolić, to nie umie ustawić składu i robić dobrych zmian. “Czytanie gry” jest wartością bezcenną. Wybitni sportowcy próbowali szkoleniowego chleba i nie udawało się  im absolutnie. Nie dla każdego Bozia jest łaskawa, jednym daje, drugim odbiera a jeszcze innym daje dodatkowe bonusy, np. w postaci fatownych psów.

Wracam po tej dygresji do wątku Grand Prix, gdzie elita ma spłaszczone zdobycze i chyba dopiero po Cardiff  rozjaśni się w klasyfikacji. W tym sezonie długa droga do finału w Toruniu wiedzie jeszcze przez debiut Rygi, co może być wydarzeniem; albo na plus albo na minus. 13 września wróci do łask Vojens Ole Olsena w nordyckiej rywalizacji i to może być turniej, gdzie mistrz świata zostanie wykreowany. Potem jeszcze mamy ekskluzywny Sztokholm i toruńską finałową scenę. A latem trzeba “orać” w pocie czoła. Współczuję. Podziwiam Słoweńca Mateja Zagara, który obsługuje kilka lig, doszedł pracą do sukcesów, jest upartym, twardym południowcem. Żałuję, że zadziorny Słowak Martin Vaculik jest poza światową grą, podobnie jak i romantycznie skuteczny Rosjanin Emil Sajfutdinow. Taka “trójca” powinna walczyć razem o mistrzostwo świata, ku wielkiej uciesze publiczności. Prezentują oni widowiskową  agresję i fantazję, której brakuje niektórym zawodnikom z północy Europy.

Inny jeszcze problem. Zagraniczni zawodnicy dają polskim ligom kopa, choć uważam, że nie można przesadzać z pochopnym zatrudnianiem niby znanych “aktorów”. Mamy utalentowaną młodzież i warto dać im szansę jazd. Nie wszyscy z elity dają satysfakcję, gdyż wpadli w rutynę polskiego rynku i traktują go bez większych ambicji. Polskie kluby zawsze czynne bankomaty. Nie wpadajmy w kompleksy i ratujmy polską godność. Takie trudne? A bywa często tańsze w rozliczeniach.

Wspomniałem o Słoweńcu i Słowaku, którzy jak samotni żeglarze sławią swoje ojczyzny. A gdzie się podziali ich sąsiedzi z Węgier? Gdzie następcy Zoltana Adorjana, wielokrotnego uczestnika światowych finałów…  Był taki okres w latach  siedemdziesiątych, kiedy Polacy uczyli/ Marian Spychała/ Madziarów żużla/ salakmotor/ i pomagali budować tory. Węgrzy w Debreczynie, Miszkolcu, Nyiregyhaza, Szegedzie, Gyuli m.inn Tihanyi, Hajdu, Petrikovics, Nagy, Kocso, Bodi, Stefani, Tabaka, Szatmari słynęli z brawurowych, ostrych jazd, takich jak smakuje ich czerwona, paląca paprika. I choć brakowało im czasami techniki, to ambicje i odwagę mieli podobną do historycznych węgierskich bohaterów. Dusze i serca podobne naszym. Startowali licznie w polskich ligach, niestety od bodaj pięciu lat ich nie ma; brakuje mi zatem Madziarów w towarzystwie światowym i takiego uniwersalnego zawodnika jakim był charakterny Adorjan. Chyba warto wjechać  wreszcie na ambicje bratankom i namówić ich nie tylko na organizację imprez/ robią to w Debreczynie, mieście Adorjana/, lecz przede wszystkim do powrotu na listy startowe prestiżowych imprez. Kończę zatem popularnym zwrotem egesszegedre, czyli po węgiersku na zdrowie. I nie raz, i nie dwa… Z szabelką i szklanką.

 

 

 

 

 

 

 

Jak długo bez imprezy nr 1?

Jakiej? Zaraz, nie tak szybko, dojedziemy do tego dylematu. Zakończyły się zimowe igrzyska w rosyjskim Soczi. Krytykowane za budżet blisko 50 miliardów dolarów i  chwalone za organizację, za obiekty, serdeczność gospodarzy. Wyśmiewane przed igrzyskami „bliźniacze toalety“ poszły już w niepamięć. Impreza pokazała światu wielkość Rosji, jej dorobek, kulturową wartość jaką historycznie wniosła do rozwoju ludzkości. Ceremonie otwarcia i zamknięcia były imponujące i niech malkontenci kiwają po swojemu głowami, ale mocny sygnał poszedł w świat. Postrzegamy Rosję politycznie, mało doceniamy jej ogólną mocarstwowość i czasem „kopiemy się z koniem“. Redaktor Włodzimierz Szaranowicz, dyrektor sportowej redakcji TVP, charyzmatyczny komentator, bywalec wielu igrzysk zarówno letnich, jak i zimowych powiedział w końcowej sekwencji telewizyjnej transmisji, że „lepiej zorganizować najdroższe igrzyska, niż najtańsze wojny“.

Soczi pokazało piękno gór i Morza Czarnego, było upalnie, słonecznie i była zimowa zadyma, mgła i ciężki śnieg. Dramaty i radości. A co najważniejsze sześć medali wywalczyła polska reprezentacja. Aż cztery złote!!! Świetny występ polskich łyżew! Tego jeszcze w historii nie było. Polskie panczenistki i panczeniści udowodnili, że nie mając w kraju przykrytego toru mogą sięgać po najlepsze medale, toteż Holendrzy dziwili się jak oni to zrobili. No cóż, Polak potrafi „skoczyć“ z Łowicza do Berlina.

W kontekście olbrzymiego budżetu na igrzyska w Soczi polskie starania o podobną imprezę w Krakowie i Zakopanem wyglądają moim zdaniem marnie. Następne igrzyska odbędą się w Południowej Korei, gdzie duża część infrastruktury już jest a co mamy dziś pod Wawelem i Giewontem?? Lobbujemy o imprezę w 2022 roku, kłopotów w kraju w różnych segmentach naszego życia mamy bardzo sporo. Bądźmy realistami! Żywię sympatię do posłanki, olimpijki Jagny Marczułajtis – Walczak, byłej znakomitej snowbordzistki, która walczy o XXIV Igrzyska Zimowe na polskiej ziemi. Może za wcześnie, jeszcze nie teraz… już przełknęliśmy spalone próby Zakopanego, które chciało mieć igrzyska razem ze Słowakami. Polska fantazja musi mieć realne zapędy. Mimo wszystko lobbystom życzę powodzenia! Patrząc jednak na Soczi zabrakło mi patriotyzmu znając infrastrukturę Zakopanego i Krakowa. Żeby mieć, trzeba jeszcze wybudować, wydać wielkie pieniądze. Zimowe Igrzyska Olimpijskie, to nie piłkarskie EURO. Słyszę, że polska edycja ZIO może kosztować tylko 6,5 miliarda dolarów, a Koreańczycy dołożą do tego, co już mają, około ośmiu. Jaką potęgą gospodarczą jest Korea Płd. a my?! Biedna Polska bogatych ludzi?

Nie wiem, skąd bierze się optymizm u poważnych ludzi. Co jest tanie, może okazać się drogie. Sympatycznymi wolontariuszami mogą być przecież także nasze emerytki i emeryci… Daswidania jak mówią Rosjanie… Bolszoje spasiba.

Obserwowałem wydarzenia w Soczi i dumałem o żużlowej rzeczywistości, polskiej, europejskiej i światowej. O rozdarciu na światowy i europejski speedway. O tym co wydarzyło się pod koniec sezonu w Polsce, o aferach, jakich nigdy przedtem nie było. I o tej mocy polskiego młodego żużla oraz reprezentacji seniorów ozłoconej na mistrzostwach świata pod batutą Marka Cieślaka.

Międzynarodowe rozgrywki zostały skutecznie rozdrobnione i tym samym nie mamy jednego wydarzenia, które kumuluje moc sportowych emocji, obfituje w ładunek niespodzianki jaka jest istotą i szansą zjazdu kibiców różnych nacji w jednym miejscu. „Event“, takie jedno wybitne wydarzenie jest okazją do zaprezentowania dorobku kraju, federacji, pokazania wartości kulturowych. W Anglii, Polsce, w krajach skandynawskich,  Niemczech, Czechach, ba, w całym świecie. Imprezy sportowe w różnych zakątkach globu są okazją poznawczą dla zawodników i kibiców. WYDARZENIEM na które czeka się co roku i które jest swoistym festiwalem towarzyskim. Niestety speedway został w 1995 roku wykastrowany i oklepane, oszczędnościowe imprezy serialu Grand Prix nie dają pełnej satysfakcji. Wcale nie marudzę w stylu retro, proszę pani, proszę pana…, wystarczy popytać kibiców i poznać ich odczucia, emocje, które biednieją z roku na rok.

Kiedy wydawało się, że Polacy /Konikiewicz – Lejman/ twórcy One Sport z Torunia ożywią  speedway, dostali kopa z Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która zakazuje zawodnikom startu w imprezach SEC czyli o europejskie medale. Konflikt jest bardzo poważny, będą procesy w obszarze reklamowych kosztów. Rozdarcie może kosztować krocie. Czy nie można było się dogadać i kompromisowo zagospodarować przestrzeń wydarzeń na najbliższe lata? Tydzień temu pisałem o targowisku pod szyldem FIM. Kto obudzi się najszybciej w tej sprawie przejdzie do historii. Armando Castagna, włoski przywódca światowego żużla jest w organizacyjnej śpiączce. Amen.

Sezon 2014 jest już stracony a następny? Polska strona ma ogromną szansę przejść do historii by połączyć zwaśnione strony, powstrzymać wreszcie eskalację serialu Grand Prix i zamienić ilość w jakość. Może nareszcie urodzi się wspólny projekt SGP i SEC, wydarzenia urządzanego co roku gdzie indziej na świecie, w postaci ŻUŻLOWYCH IGRZYSK, JEDNEGO WIELKIEGO INDYWIDUALNEGO FINAŁU MŚ. Jakże dużo zależy od mądrych działaczy z autorytetem, od potężnego medialnego wstrząsu, odwagi powiedzenia i napisania. I doprowadzenia do imprezy wieńczącej sezon, która przyciągnie tysiące fanów i będzie niepowtarzalną okazją do obejrzenia fantastycznych wyścigów w scenerii niezapomnianej.

Oj, ale mnie poniosło! A niesie nie od dziś, przecież wiecie. Kto szybszy ten najlepszy… nawet o jedną/ 0,003 sek./ „Bródkę“.

Kto zatem zrobi plan żużlowej matrycy, która będzie pokoleniowym wydarzeniem na lata? No kto? ONE, two, three…

Lonigo – włoska kolebka speedway’a!

Tak, w Lonigo jest towarzysko fajnie i tak jakoś rodzinnie. Turnieje zawsze mają swój klimat nie tylko z powodu bliskości Wenecji i Werony, Padwie nie wspominając. Kawa tam jest pyszna i pizza z pieca wspaniała.

lonigo-101

Włoskie Lonigo rozkoszuje się żużlem, choć w zainteresowaniach Włoszek i Włochów speedway lokuje się daleko po futbolu czy wyścigach samochodowych i motocyklowych gonitwach. Małe miasto w północnej Italii jest związane z żużlem z byłym prominentnym działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej Renzo Gianninim, który przez kilkanaście lat był panem światowego speedway’a. We władzach  Komisji Wyścigów Torowych, gdzie urzędował Renzo jest teraz Armando Castagna, nadal czynny zawodnik, w tak doskonałej dyspozycji mimo wieku, że wygrywa turnieje za turniejami nie tylko w Lonigo.

mappa3

Speedway w Italii to wyłącznie północna część i jakby nie patrzeć wspomniany Giannini, jeszcze animator medialnych rozwiązań tamże Gianni Tomba, człowiek dusza dla każdego i ciągle młody Armando/ rocznik 1963/ pierwszy zawodnik testujący ongiś silniki GM, czyli Giuseppe Marzotto, który manufakturę tych motocykli ma kilkanaście kilometrów od Lonigo, za Sarego w Monticello di Fara. Marzotto jeździł kiedyś w lidze angielskiej pod pseudonimem Charlie Brown. Z Castagną się zna, bo urodził się w tym samej miejscowości, w Arzignano. Castagna nie był w drużynie Lonigo, mieli mu to za złe, Terenzano rywalizowało na tym rynku i przyciągało do siebie talenty. No i jak tu nie mówić o monopolu żużla w tym zakątku, niszowym sporcie w Italii, jednak ciągle pielęgnowanym przez garstkę miłośników wyścigów na torach policzonych na palcach jednej ręki.

Tam na czerwonym torze, gdzie chętnie przyjeżdżają żużlowcy aby potrenować przed sezonem wczesną wiosną rozegrany zostanie przedostatni akt tegorocznych mistrzostw świata ubranych w serialowy spektakl pt. Grand Prix.

Początek przyszłego sezonu tam ma się rozpocząć w kwietniu, gdzie już zazwyczaj pachnie wiosną a gdzieś indziej przyroda dopiero się budzi do życia. Czyli teraz co jest niemal finałem będzie początkiem.

Co my już wiemy o mistrzostwach świata, które wielki finał z początkiem października będą miały na Schalke auf Arena w Gelsenkirchen. Stadion jak marzenie, obiekt wielki dla niemieckiego żużla ale nie aż tak znowu dla europejskich fanów, choć w debiucie było ich za mało. Zobaczymy po roku jak to się nakręca. Przyznam, że jestem pod wrażeniem robienia reklamy przez angielskich organizatorów, którzy ledwo skończy się czerwcu turniej GP już namawiają do następnego co tydzień w Speedway Star, a codziennie w internecie. Dobra robota angielskich speców, mają wyniki, warto więc ich naśladować. Wspomniane stadiony w Cardiff czy w Gelsenkirchen mają się tak do kameralnego Lonigo, jak róża do pietruszki.

W Italii jest sielsko, pachnie pizzą, dobrą kawą i ubiegłorocznym winem.