Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

Polska “ćwiartka” GP na Narodowym

imagesource

Jak historia potrafi zatoczyć koło! Kiedyś ścigano się na warszawskiej Skrze, potem była długa przerwa, po której grono żużlowych, stołecznych fanatyków uruchomiło speedway na stadionie Gwardii. Niestety do stabilności trzeba cierpliwości i także pieniędzy. Było zainteresowanie i nadal jest, lecz na ligę stolicy nie było stać. Grupa inicjująca i podtrzymująca nadzieję na żużel w Warszawie nadal działa i “klamkuje,” gdzie tylko można ale zadanie jest piekielnie trudne. Speedway nie wywołuje ekscytacji w mieście, gdzie “Hitler nie dał rady a Stalin zrobił swoje” i mam obawy co będzie dalej. Nadzieje ożywi jednak na pewno premiera serialu Grand Prix na Stadionie Narodowym. Bilety poszły jak woda, może były za tanie, gdyż organizatorzy potraktowali rynek z obawą a ten zaskoczył i na stadionie będzie komplet widzów, czyli ponad 50 tysięcy! Wielka premierowa gala tegorocznych mistrzostw świata solistów zapowiada się celebrycko, spodziewany jest nadto zjazd wielu byłych gwiazd żużlowych, którzy wzbogacą imprezę. Do Warszawy łatwo dojechać, no i nie ma żadnych problemów hotelowo – gastronomicznych. Miasto fajne nie tylko na weekend. Krajowi fani cieszą się z przyjazdu do stolicy a zagraniczni zobaczą inny wymiar świata. Warszawa da się lubić dniem i nocą.

Starania o organizację turnieju zakończyły się sukcesem, mocodawcy serialu Grand Prix chętnie biorą lokalizacje, gdzie atrakcyjniej urządzić zawody, łatwiej niż na prowincji. Dla fanów każda stolica stwarza klimaty, oferty przyciągają i wciągają w przeżycia. Stadionu Narodowego nie trzeba reklamować, padnie rekord frekwencji, choć biorąc pod lupę historię finałów indywidualnych MŚ, ilości widzów z londyńskiego Wembley czy Stadionu Śląskiego nikt już chyba nie pobije. Inne czasy, inne stadiony, inna mentalność. Wembley zrobiło na mnie po raz pierwszy w 1975 roku ogromne wrażenie, byłem na tym kultowym stadionie przed jego przebudową trzy razy. Zawsze panowała atmosfera brazylijskiej piłkarskiej samby. Kiedy w 1973 roku po raz pierwszy na Stadionie Śląskim pojawili się żużlowcy, goście zagraniczni byli zszokowani ponad 100 tysięczną widownią, bo takiej jeszcze do tej pory nie zanotowano. Wembley gromadziło około 90 tysięcy, Ullevi w Goeteborgu ok. 40 tysięcy, niemieckie Monachium czy Norden znacznie mniej, to były efemerydy, podobnie jak i olimpijski stadion w Amsterdamie/ dwudniowy turniej/, który tylko raz gościł żużlowy świat. Wtedy oczywiście nie było seriali GP, mieliśmy wydarzeniowe, jednodniowe finały, które były wyjątkowym świętem dla całej międzynarodowej społeczności. Od 1995 roku, od zaistnienia serialu GP “tort” został podzielony na kilknaście kawałków i każdy wybiera co lubi. Wydarzeń mamy zatem więcej, lecz ich ranga potaniała bardzo.

Nie ulega wątpliwości, że termin premiery sezonu w Warszawie jest celnym strzałem, a jeśli dodamy ceny biletów, to pierwszy sukces już jest! A teraz czekamy na sportowy; startuje w elicie aż czterech Polaków: Jarosław Hampel, Krzysztof Kasprzak, debiutant Maciej Janowski oraz z “dziką kartą” ikona Tomasz Gollob. Jedna czwarta listy startowej i biało – czerwoni kibice oczekują na “Narodowym” triumfu na miarę zwycięskiego meczu polskiej reprezentacji piłkarskiej nad Niemcami. Czy to możliwe? Tak. Mamy przewagę “militarną”, atut własnego toru i publiczności, która na pewno zabłyśnie kolorami i dopingowym hukiem.

A walor własnego toru? Nie do końca, to będzie “materac” przywieziony dawno temu z King’s Lynn, układany przez grupę pod okiem Ole Olsena. Bywało różnie pod wodzą tego majstra duńskiego, trzykrotnego mistrza świata. W Goeteborgu tor rwał się jak szmata, zaś w niemieckim Gelsenkirchen nie dali rady i przenieśli zawody do Bydgoszczy. “Będą wyskakiwać z portek”- mówi osoba z kręgów technicznego zaplecza warszawskiej imprezy. Oby udała się próba a portki ocalały. Materiał został przywieziony z Anglii statkiem, a potem ciężarówkami do stolicy i składowany na Żeraniu. Polską głupotą jest ten fakt, skoro grys na tory mamy w Polsce i nikt mnie nie przekona, że decyzja była słuszna. Bzdura! Kabaretowa wręcz sytuacja.

Bilety. Trudno przewidzieć cenę w premierze zarówno stadionu, jak i sezonu. Dobrze się stało, że organizatorzy nie poszaleli i zaproponowali umiarkowaną cenę dla ”ludu”. Jak będzie za rok pytają przezorni? Warszawa ma kontrakt na GP, trzyletni i uważam, że cena nie powinna się zmienić, może tylko zasady dystrybucji by wyeliminować kombinacje tych: “co nie sieją, nie orzą a zbierają plony”… Wirują bowiem teraz na boku ceny biletów z księżyca. Polak potrafi, tak było niedawno w Dublinie z piłkarskim działaczem.

Szanse na podium? Kto? Każdy może wjechać na pudło. O sile polskiej ekipy wspomniałem, zawodnicy jadą na swoje konto a ostatni, pożegnalny występ z serialem Grand Prix Tomasza Golloba wymusza na nim oczywistą presję.

Premiera i rodzima, przyjazna publiczność wyzwala dodatkowe moce, lecz pamiętajmy, że reszta uczestników to światowa elita, dla której warszawski start ma również prestiżowe znaczenie. W minionych latach Polakom udawało się na obcej ziemi wygrywać premiery Grand Prix, być na podium i nie wątpię, że i tak będzie 18 kwietnia na Stadionie Narodowym. Nie szastam szansami na lewo i prawo, gdyż tradycyjnie premiera nosi w sobie element ryzyka; jest początek sezonu i zawodnicy jeszcze nie wjeżdżeni w klasyczną walkę. Będzie na pewno emocjonalnie ostro. Polska “ćwiartka” jest obciążona presją, silniki też a nadzieje są duże. Oczekuję na polskie podium, dobrze przygotowany tor, zaś o siłę wrzawy kibiców jestem spokojny. Historycznie rzecz ujmując Polacy nie lubią przegrywać w Warszawie. A historia bywa nie tylko snem. Speedway w stolicy nad Wisłą powinien być urodziwym wydarzeniem, takim, jak piosenki o tym mieście w wykonaniu m.inn. Muńka i Niemena. No to jazda panie i panowie!

Tylko my i tylko my…

FIM

“Generał” bez armii odszedł i tłumaczenie się w takich sprawach jest zawsze podobne, albo sytuacja zdrowotna a jeśli nie ona, to obowiązki zawodowe nie pozwalają na kontynuację dalszej działalności. Norweg Roy Otto szef Komisji Wyścigów Torowych/CCP/ FIM otrzymał schedę po Włochu Renzo Gianninim. Sympatyczny Renzo doczekał się kiedyś zaszczytnej funkcji po Niemcu Guenterze Sorberze. Poprzednicy byli bez charyzmy, za wyjątkiem Władysława Pietrzaka, który w kilku językach perorował na spotkaniach w sprawach technicznych, na konferencjach z mediami, potrafił być dyplomatą na kongresach i brylować towarzysko. Takie osobowości przez jednych są uwielbiane, przez drugich z zawiści krytykowane, najczęściej za luzacki sposób bycia.

Norweski Otto reprezentuje speedway, który można zamknąć jednym nazwiskiem Rune Holta, ozdobionym polskim paszportem. Przez długi czas od lat 70 – tych, specem od finałów światowych był Norweg Tore Kittilsen, bardzo dobry sędzia, któremu powierzano turnieje z najwyższej półki, gdyż był nie tylko sprawnym arbitrem ale i miał opinię neutralności, ponieważ Norwegowie nie mieli zawodników w prestiżowych finałach światowych. Otwarcie się polskiej ligi na zagranicznych zawodników  “urodziło” kariery właśnie wspomnianego Rune Holty i Larsa Gunnestada.

Roy Otto o czym  kilkakrotnie pisałem wypalił się jako szef CCP FIM i szkoda, że wcześniej nie abdykował, bo niczego już od dawna nie wnosił, poza pucharami na imprezach oraz ich wręczaniem. Niestety. Jednym nurtem bezkrytycznie leci serial Grand Prix, który jest wygodnym wytrychem dla pozostałych działaczy, którzy sedno spraw technicznych widzą tylko w tłumikach. Bezpieczeństwo? Zginął niedawno w Argentynie słoweński młody żużlowiec. Speedway jest niebezpieczny ale chronić życie musi.

Niebawem rozstrzygnie się spadek po norweskim działaczu, któremu w życiu trafiła się  niezła przygoda na motorowym forum. Spekulacje trwają kto będzie następcą Roy’a Otto. Popatrzmy…

W gronie działaczy CCP FIM funkcjonuje od wielu lat Andrzej Grodzki, który jest fachowcem, lecz lata lecą i trudno prognozować by postawiono na niego, zresztą trzeba być sprawnym mówcą na tym forum. Jak oświadczył Grodzki niedawno na tych łamach  “FIM stawia na młodych”.

Sedno jednak nie w młodych, tylko chyba w fachowości, charyźmie, przede wszystkim w takich ludziach, którzy bezstronnie patrzą na ten sport, nie z pozycji swojego podwórka i mają wizję rozwoju żużla w skali światowej. Takiej wizji niestety Roy Otto i jego kompanii nie mieli. Świat uciekł im turniejami GP i nie mają alternatywy.

Polska w żużlu odgrywa znaczącą rolę, by nie powiedzieć wiodącą. Organizujemy trzy turnieje GP, zdobywamy medale, mamy utalentowaną młodzież i jak twierdzą klakierzy najlepszą ligę na świecie. Grodzki tkwi w CCP sam, lata uciekły, nie potrafił wprowadzić nikogo by przygotować swego następcę. Nie biorę pod uwagę nepotyzmu, jeśli Grodzki senior myśli o swoim synu Wojciechu, który jest sędzią międzynarodowym i chciałby ojciec przekazać synowi prestiżową funkcję, przecież to nie opolskie podwórko, tylko międzynarodowe forum. Sprawami polskimi w tej przestrzeni dyryguje od lat wielu prezes Pezetmotu i ani mysz się nie prześlizgnie bez jego wiedzy. Prezes jest sprawnym socjotechnikiem i zarządcą. Nie wiem jaki wariant uknuł prezes,  może wie o tym Grodzki senior, lecz lojalnie nie powie, gdyż jest doprawdy od zawsze wiernym sługą swego pryncypała na żużlowym forum.

Kiedy z funkcji prezydenta światowego żużla odszedł Władysław Pietrzak były szanse aby mieć przewagę w komisji, wywalczyć decydujący głos, bo organizacyjnie i sportowo rządzimy w speedway’u. Proszę sobie wyobrazić, że robimy tylko jeden turniej GP, nie karmimy zagranicznych zawodników w polskich ligach… Przecież polskie ligi są cudownym pracodawcą, hojnym dla elity i jej następców. Czy można sobie wyobrazić taką sytuację? W tym kontekście na forum zarządzającym mamy tylko sędziwego seniora Andrzeja Grodzkiego.

Kto więc obejmie stanowisko po Otto? Szanse ma nie tak młody Wolfgang Glass z bawarskiego Abensbergu. A czy Roy Otto zatrzyma swoje członkostwo w CCP i będzie jeszcze prominentem na wielkich imprezach? Przyjaźni się z Glasem. W CCP jest  m.inn były zawodnik Armando Castagna z Włoch namaszczony przez swego rodaka Gianniniego. Castagna nabrał już rutyny, widać to na imprezach. Nie jest tak skrupulatny jak Grodzki, który uważany jest za bardzo drobiazgowego działacza i “biurokrację” ma w małym palcu. I takim był jeszcze jako szef polskiego żużla.

Lansowanie tylko siebie zawsze kończy się marnie. Sukcesja jest dyplomacją i wychowanie następców dla dobra sprawy obligatoryjne niemal. Pewne funkcje nie są przecież przypisane do danej osoby aż do śmierci. Kunszt polega na tym by zadbać bez nepotyzmu, kolesiostwa i myślenia “po nas choćby potop” o godnych działaczy na międzynarodowym forum.

Słabość polskiego środowiska żużlowego polega na tym samym, jaka charakteryzuje  polski sejm – na braku zgody, nie szanowania autorytetów i zaniku przejrzystej wizji. Urządza się więc konferencje dla ratowania polskiego speedway’a z udziałem, nie wiem po co, byłego tenisisty. Takim lansem niczego nie zrobimy, to kolejne bicie piany przez celebrytów. Ważne problemy zalegają grubo pod dywanem i tylko niektórym wydaje się, że je stamtąd wyszarpią. Naiwni. Karawana idzie dalej…

Żużlowy “świat” nie wyobraża sobie życia bez Polski ale my nadal nie dbamy, aby w sytuacji, kiedy mamy atuty w rękach rządzić, wykorzystać koniunkturę i wywalczyć, co jest do zdobycia. Polskie piekiełko z symbolem zawiści króluje, dlatego ciągle pieścimy w gabinetach prezesowskich dewizę: TYLKO MY i TYLKO MY. Ponad wszystko MY!

Znajomość fizyki…

To list, który dostałem od przyjaciela Zdzicha Jałowieckiego, byłego świetnego zawodnika, trenera i prezesa częstochowskiego Włokniarza. Niebawem zobaczymy go w pojedynku z Gregiem Hancockiem. Twardy facet 🙂

 

zdzichu

 

„Czołem Adam! Gratuluje Ci za ocenę wykluczenia Pedersena w Grand Prix w Goeteborgu. Syn Andrzeja powinien więcej zdobyć wiedzy o technice prowadzenia motocykla na łuku toru żużlowego. Każdy sędzia powinen być zobowiązany do przeszkolenia. Wiedzieć coś o nauce jaką jest fizyka. Już każdy sympatyk tego sportu wie żeby pokonać łuk toru trzeba motocykl wprowadzić w tzw. ślizg kontrolowany umożliwiający obrone przed siłą odśrodkową i jazde po łuku z maksymalną szbkością. Głupotą i niewiedzą było „przyklejanie” przedniego koła motocykla Sajtfudinowa do tylnego koła Pedersena po zewnętrznej stronie. Tego pan sędzia Grodzki nie wie. Miałem wspólny język na te tematy z Z. Flaśińskim. Dlatego byłem wykładowcą i egzaminatorem kursów trenerów i napisałem trochę na te tematy. Niestety jest mnóstwo ludzi niedouczonych w różnych dziedzinach wiedzy, tacy niekiedy są autorytetami – takie jest życie.”

Niepokorni

Jeden lubi piwo, drugi coca – colę, trzeci dziewczyny i samochody, czwarty  filmy i TV. Jak dogodzić kiedy będą razem? Odwieczny problem młodzieńczych dusz. W raportach figurują pod szyldem: sprawy wychowawcze. 

luszczek2

Trudne problemy z którymi boryka się świat. Alkohol, zabawy, jazdy dyskotekowe i balangi gdzie się tylko da. Są grzeczni sportowcy i tacy, co dają popalić trenerom. Józef Łuszczek, narciarski biegacz z Zakopanego przed którym trzech królów zdjęło czapki kiedy zdobył zloty medal na koronnym skandynawskim dystansie sprawiał wiele kłopotów. Nie usiedział na miejscu w hotelu, gnała go góralska dusza gdzieś do Jędrusia, Watry byle towarzystwo grało. A potem wygrywał, ale czym więcej balował, to tracił siły aż wytracił choć mógł być królem nad królami. Góralska krew nie woda, harnasiowa, bo pamiętacie co było z Wojciechem Fortuną, który zdobył olimpijskie złoto na skoczni w Sapporo. Nie tylko z tym skoczkiem bywało różnie i teraz nie jest najlepiej tu i tam, bo i nasza polska a góralska zwyczajność przy stole, w towarzystwie honoruje mocne napoje. Artur Boruc, bramkarz charyzmatyczny zawojował  Celticem Glasgow, zarobki przewróciły mu w głowie, porzucił młodą rodzinę, znalazł wybrankę, zaczął puszczać „ szmaty”, trener Strachan był wyrozumiały do maksimum ale miarka się przebrała i „ Klops” musi pracować nad swoją marką. Lubi piwo, lubi towarzystwo i wszyscy czekają aż z tego… wyrośnie. Albo tak się stanie albo nie. Nie pierwszy ten Boruc, nie ostatni…

 
Każda dyscyplina sportu zna takie przykłady niepokornych, zdolnych ale zmanierowanych przez sukcesy, towarzystwo, charakter, który wygina się i nagina tam gdzie nie potrzeba. Wielcy i mali, dobrze zapowiadający się i tacy, którzy mają złote medale najwyższych rangą imprez. Dobry trener powinien wiedzieć jak okiełzać takiego delikwenta, jak poskromić jego słabe punkty. Dla byka obojętne w rodeo, kto go dosiada… Sprawy wychowawcze były, są i będą. Szkoda tylko karier, które mogły zawojować świat. Trzymanie pod kołdrą niepokornych nic nie da, jak więc im wytłumaczyć co w życiu jest ważne dziś, a co jutro będzie ważniejsze? Jeden z trenerów siatkarskiej kadry kobiet był tatą i twórcą medali dziewczyn. Nie dał rady z sobą i nimi. Ale to twardziel i nie zginął w tłumie. Andrzej Niemczyk wie jak się gra w siatkówkę i życiowe dramaty. Pokonuje chorobę, pokonuje stres. Każdy zawód ma inklinacje do wynaturzeń, rzecz w tym aby nie przekraczać barier.

Paweł Hlib jest talentem z gorzowskiego miotu, który jeździ w lewo a czasem w prawo. Mocny chłopak z zadatkami na jazdy w stylu Jasona Crumpa. Ale musi odrzucić wszystkie pokusy tego świata, nocnego życia  i wziąć się do roboty. Będzie teraz w Poznaniu pod czujnym okiem chlebodawców, choć zarzekał się onegdaj, że może zakończy karierę. Małyszem nie jest żeby straszyć o końcu tego świata. W Gorzowie były i są tradycje żużlowe a Edward Jancarz jest tam pomnikiem nie bez skazy. Gdyby nie wyemigrował stamtąd Zenon Plech byłoby dwóch takich, co sławią miasto nad Wartą, dwóch o charakterach niepokornych ale jakże owocnych w sukcesy. Rybniczanie wspominają talent Rafała Szombierskiego. Wspominanie nie nawróci jednak nikogo. Junior był z medalem, z szansami na jazdy  w elicie światowej. Szwed z brazylijskim rodowodem, talent na wielką miarę Antonio Lindbaeck tak się pogubił na wstępie swojej kariery, że pomyliły mu się dyskoteki z zawodami. Jak szybko się wzniósł na piedestał, tak szybko z niego zleciał. Teraz wpadł jednak w objęcia sześciokrotnego mistrza świata Tony Rickardssona, który nie będzie się cackał z czekoladowym Antonio.

Kelly Moran: moran_kelly

Amerykanie Moranowie Kelly i Shawn byli wesołkami do jazd i zabawy. Wtedy nie było takich szczegółowych badań „dopingowych”, to w zasadzie między innymi i ich postawa przyśpieszyła zmiany regulaminowe, jakby powiedział Andrzej Grodzki „ w tym zakresie”. Moranowie byli nietuzinkowi, uwielbiani. Nie stronili od nocnych zabaw przed turniejami. Nie każdy tak potrafi, męczy go stres i idzie do łóżka, tam nie może zmrużyć oka, wstaje rano i dętka, a ten na kacu wygrywa luzacko ze zmordowanym kolegą. Na Boga nie podaję przykładu do naśladowania, odczytuję tylko samo życie. Jeździłem z zawodnikami, ekipami wystarczająco długo aby przekonać się jacy są, jakie mają charaktery i nie bywałem tylko w branży żużlowej. Z zapaśnikami też miałem epizod zakopiański. Mike Lee, wysoki Anglik, teraz doradca, mechanik/ Taia Woffindena/ i robi to, co jego tata ongiś. Długonogi mistrz świata, lecz kiedy pojechał na żużlu w odwrotną stronę, powiedziano mu sorry Mike, out. Trawka była wciągająca i niszcząca. Nie tędy droga. Tylko w lewo jest O.K. Niepokorni w sporcie, w życiu. Nie miał spokojnego charakteru Henryk Gluecklich z Bydgoszczy, towarzyski zawodnik. Dał jednak radę.

Shawn Moran: 300px-bruceflandersandshawnmoran

Byli różni szefowie związku, płk Rościsław Słowiecki miał posłuch wojskowego i sprawiedliwego, trzymał w ryzach towarzystwo nawet jak piło nie tylko wodę. Zagubiony był inż. Zbigniew Flasiński, gdyż forma brała górę nad realiami. Andrzej Grodzki terminował  długo i był akuratnym szefem polskiego speedway’a, przez regulaminy nie prześlizgnęła się żadna myszka, lecz kiedy przeniósł się do Warszawy Giekażet zmienił oblicze na grupę trzymającą władzę a nie twórczą brygadę ludzi rozwojowych. Dziś mamy pokłosie. 

Piszę o tym, gdyż każda władza jest też odbiciem stanu posiadania. Niepokorni nigdy nie mogą liczyć na pobłażanie ani na ulgi, ale kompromis i wyrozumiałość jest rzadką sztuką rozstrzygania sporów, na podobną Julii Tymoszenko postać nie możemy liczyć.

Wieloskładnikowa w charakterach każda dyscyplina sportu ma indywidualności, które pracowitością osiągają wiele, ma także takich, którzy gdyby byli tacy pracowici i nieskazitelni, to osiągnęli by szczyty. Marek Cieślak opiekun reprezentacji potrafi dotrzeć do sumienia. Nie był chojrakiem, ścinał go stres z nóg, ma za sobą doświadczenie i widzenie potrzeb. Teraz inna jest młodzież, bardziej rozbiegana, świat się zmienił. Następców Moranów nie unikniemy, oby w tym dobrym wydaniu. Angielska  „Speedway Star” pokazuje, co kiedyś już publikowałem, jacy byli w przeszłości herosi żużla. Większość z charyzmą i duszami rogatymi. Trzeba mieć w głowie wiedzę i mieć charakter, i ambicje sięgające podium.

Amerykański show z Finału Zamorskiego z 1982 roku: 

Przeciętność się utrzyma, niezwykłość dotrze do celu. Jedno piwo nie wywróci marzeń, ale jego beczka i głupota zniszczą bezpowrotnie talent i dojazd do medali.