Nie ma takich drugich, jak pierwszych

Ten był taki, a tamten taki; ten będzie następcą pierwszego, a tamten następcą drugiego. Nie ma takich drugich, jak ci pierwsi. I po tym niejako filozoficznym wątku może powiem o co chodzi. Otóż dyskutowałem niedawno w małym gronie o sportowych gwiazdach z przeszłości i padło stwierdzenie bardzo powszechne, że Iks jest następcą Igreka. Wyświechtane stwierdzenia, które często są upowszechniane i łapią się na nie doświadczeni.

Popatrzmy wstecz, zacznę od Ivana Maugera, nowozelandzkiego mistrza, sześciokrotnego mistrza świata, wyjątkowo dobrze przygotowanego do każdego turnieju obojętnie jakiej marki. Ivan był moim skromnym zdaniem pierwszym zawodowcem na rynku żużlowym , kiedy jeszcze ten rynek nie był tak profesjonalnie zamocowany. Dbał o swój wizerunek, startował zabiegał o reklamy na swojej „ skórze”, dobrych firm, był wydawcą publikacji, w czym pomagał mu angielski dziennikarz Peter Oakes. Miał obok siebie czarującą Ray, która wizerunek męża utrwalała w dobrych ramach. Mauger był mistrzem w swoim boksie, warsztacie, sprzęt musiał być przygotowany na sto dwa! I mistrz startu. Wtedy nie było wykluczeń za zerwane taśmy, Ivan czarował pod taśmą, kombinował to fakt, nie raz był posądzany o układy z sędziami, zawsze jednak był tak perfekcyjny, że nikt nie był w stanie mu przedstawić słusznej racji. Mauger magik startu, mistrz swojego parku maszyn i jako pierwszy w tym środowisku promował się według zasad dzisiejszego PR. Kto jest jego następcą, kto został takim jak Ivan Mauger, nowozelandzki mistrz urodzony w Christchurch, mieszkający dziś z rodziną na skrawku urodziwej plaży australijskiej. Nie ma takiego. Nie żałował nigdy czasu dla dziennikarzy, poza oficjalnymi konferencjami, można go było „dopaść” w windzie, w restauracji, byle gdzie, a gdy nie był osiągalny dopowiadała reszty żona. Mauger wygrywał jak robot, wpierw zrównał się z Ove Fundinem, Szwedem, który zdobył pięć tytułów mistrza świata, potem w Chorzowie na Stadionie Śląskim wywalczył szósty tytuł rekordzisty.

Kto był taki jak Ivan Mauger? Ano nikt.

Mały Duńczyk Erik Gundersen, trochę miniatura zawodnika i człowieka, nisko przyczajony na torze, jakby zespolony z motocyklem, szybki na starcie i wyginający się na motocyklu jak sprężyna. Erik zanim dopadło go nieszczęście w Bradford i uraz kręgosłupa wyeliminował z życia sportowego, był kandydatem na wielokrotnego mistrza świata, kariery starczyło jednak tylko na trzy tytuły. Był mikrusem wśród wielkich, był arcymistrzem okrażeń.

Kto został jego następcą, w stylu, w sylwetce i wygrywaniu?

Był taki jakby obok Jan O. Pedersen lecz i jego przykra kontuzja pozbawił kontynuacji kariery na pewno bogatej w zwycięstwa. A czy następcą tych „duńskich sprężynek” jest Nicki Pedersen? W pewnym sensie tak, tylko tak. A skoro jesteśmy przy duńskich żużlowcach, trzeba wspomnieć o Ole Olsenie, choć to nie było tak piękne wykonanie, tylko niezwykle skuteczne pokonywanie wiraży w stylu Rambo. W tym towarzystwie pokazał się Hans Nielsen.

No właśnie. Wielki Hans, Nielsen z Brovst. To on był taki niemal jak Olsen, oszczędny w wyrazie lecz niezwykle charakterny i mający obok siebie takich mikrusów jak Gundersen i Pedersen, czy Tommy Knudsen walczył z wieloma hybrydami. Małomówny, skromny, warsztatowo prawie perfekcyjny i niezwykle skuteczny na torze, szybki po starcie, mistrz pierwszego wirażu, jazdy po krawężniku na styku wapna i trawy. Strateg wyjątkowy, w polskim wydaniu ligowym rekordzista, na którego w ciemno można było stawiać. Jak on to robił? Ano robił. Maszynka punktowa, jak trzeba było, to pojechał ostro, fair, acz zawsze celem było pierwszemu minąć linię mety! Hans solidny jak duński farmer. Zachował po zakończeniu kariery dystans do sportu, który zapewnił mu szczyty popularności, złote medale, innego koloru też i pieniądze niebagatelne dla każdego banku.

Taki jest Nicki Pedersen? Inny, bo nie ma nikogo takiego jak Hans, Erik, Jan Osvald, Tommy czy protoplasta duńskiej ery Ole Olsen.

Z Danii blisko do Szwecji. Ove Fundin był niepowtarzalny, dowodziły jego fanki wszędzie, w Polsce uwielbiały wysokiego Szweda, który nie tylko wygrywał na torze. Boski Ove. Uosobienie szwedzkiej kultury i mistrz toru, pięciokrotny mistrz świata. Potem był taki jemu podobny Anders Michanek. „ Miszanek” był kochany przez kobiety, był oszczędny w sportowym wizerunku, elegancki jak model i nietypowy dla tego sportu. Podobno, jak twierdzi moja znajoma, kobiety zakochują się uszami, czy miał w tym udział przystojny Anders? Jesteśmy dalej w Szwecji.

Tony Rickardsson, zrównał się tytułami z Maugerem, kto w to wcześniej wierzył? Na polskim rynku ksywa Tosiek. Skopiował dla żużla warsztaty busy i live – busy z cyrku Formuły – 1. Miał solidnie przygotowany w dużych ilościach sprzęt. Fascynował wielokrotnie bardzo szybkimi motocyklami, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie wszystko w życiu mu się udawało, za często opuszczał dom. Miłością Toniego  są rajdy samochodowe, dobrze tańczy i czyta jazdy w przekazie dla innych, młodszych od siebie, ot choćby w wydaniu Rosjanina Emila Sajfutdinowa. Rickardsson pierwszy w żużlowym świcie pokazał zawodowy team skonstruowany modelowo. Ten fakt mało jest doceniany, Toniego ta inwestycja kosztowała sporo pieniędzy, lubi logistykę na poziomie i kto jest mało poukładany niech się przyjrzy dokładnie na co nie żałował kasy Szwed.

Styl jazdy przechodzi do historii, nie tylko styl. Życie poza torem, walka na torze. Zachowania w każdej sytuacji, nie tylko zwycięstw, podium ale także w alkowie porażki, goryczy. Kariera nie zawsze toczy się jak po maśle, bywają w tym sporcie eliminacje nie tylko ze sportu, trzeba z tym potem żyć, nie każdy potrafi.

Na mistrzów patrzymy jak na wzorce, jacy są przed zawodami i po, w hotelu, na bankiecie i jak budują karierę, która przetrwa nie tylko z powodu pasma zwycięstw. Liczy się także charakter i sposób bycia. Żużlowy świat nie jest wielkim światem, wszyscy o wszystkim wiedzą; zawodnicy, kibice. Kiedy fani patrzą na podium widzą w tle i zachowania. Ważne problemy. Nie jesteśmy wolni od nich jako pracujący w tym maglu, w tym cyrku i w tym środowisku, które samo czasem kreuje wizerunki na własne potrzeby. Kochają fani herosów, nie lubią przegranych, to wprawdzie nic nowego, warto jednak czasem pomyśleć jacy byli dawni mistrzowie a mówienie, że są na świecie ich następcy…  zaprzeczam. Nie ma takich drugich jakimi byli pierwsi. Niepowtarzalni. Nic nie zdarza się dwa razy. Nawet uszy.

Taki Emil to majątek!

Debiut marzenie na salonie SGP

Znakomity szwedzki żużlowiec Anders Michanek zapytany przeze mnie o szanse Zenona Plecha na światowej arenie powiedział kiedyś tak:  „ Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Nie zabił się na szczęście i został w 1979 roku wicemistrzem świata. Kiedy miał lat 20 zdobył brązowy medal MŚ wśród seniorów na Stadionie Śląskim. 22 – letni Edward Jancarz pojechał w 1968 do Goeteborga na mistrzostwa świata i wywalczył brązowy medal na Ullevi. Zawsze kiedy ktoś młody wjeżdża w grono starszych konkurentów słyszy się o nim różne „komplementy”. Po praskiej brawurowej victorii 20 – letniego Rosjanina z Saławatu Emila Sajfutdinowa, Rune Holta, który ma hipotekę startów obarczoną ryzykanckimi atakami, oświadczył, że Emil jeździ mocno za ostro… Powiedziałbym, że podobnie jak czasam norweski spolszczony Rune. Mistrz świata Nicki Pedersen, broniący tytułu, mający na swoim koncie kilkadziesiąt iście kosmicznych ataków w różnych sytuacjach jakby szukał usprawiedliwienia na swoją postawę w premierze sezonu GP w decyzjach sędziego Franka Zieglera z Niemiec. Sędzia był dobry, to obok Wojciecha Grodzkiego arbiter raczej bez bagażu pomyłek, zdecydowany w werdyktach słusznie podejmowanych. Upadający po starcie Emil w sytuacji gdy nie miał miejsca dostał szansę od sędziego prawo powtórki. Rosjanin podreptał do parkingu i potem już nie dał szansy rywalom. Pedersen idzie dalej w swoich wypowiedziach, jakby lekceważy sobie Emila i w głównym kontrkandydacie do tytułu upatruje Australijczyka Jasona Crumpa. Panie Nicki proszę nie lekceważyć młodzieży atakującej mocno utarte ścieżki weteranów, bo do takich orłów świat należy. Odważnych, bezpretensjonalnych, nie mających nic do stracenia. Na żużlu jeździ się tak, jak pokazuje ofensywna młodzież, Emil czy nieco starszy od niego Szwed Fredrik Lindgren albo Duńczyk Kenneth Bjerre. To nie wariaci, to nowa fala.

W obozie weteranów zawrzało, zaświeciło się światełko, że można ograć utytułowanych bez mydła, z szacunkiem, bez respektu. Gdyby popatrzeć na wcześniejsze starty Nickiego, to Emil, który nie wypadł sroce spod ogona, bo jest przecież dwukrotnym mistrzem świata juniorów, pojechał jakby niewinnie w stosunku do tych szarż Pedersena po których wrzało w głosach komentatorów a sędziowie nie mieli kłopotów z wykluczeniami. I oto niemal taką samą bronią, agresywnością atakuje ich ktoś niespełna dwudziestoletni, w stylu rokującym zmiany w nudnawym widowisku pt. SGP. Śmieszy mnie nie dostrzeganie zjawiska w postaci zwycięstwa Sajfutdinowa przez niektórych nestorów, aczkolwiek na pewno teraz w Lesznie podczas drugiej GP, tym razem ochrzczonej mianem turnieju GP Europy, przypilnują go już na wstępie i nawet potem na błyskotliwego Rosjanina wychowanego w klubie z tradycją i żużlową kulturą, czyli w Bydgoszczy. Tam Emil, chyba następca legendarnego Igora Plechanowa z Ufy, uczył się tego, co zrobił w finałach juniorów mistrzostw świata. Polska liga każdego edukuje jak pojechać w pierwszym łuku, być w ataku, gdy jeden na drugiego kładzie się na siebie i emocje odbierają niektórym rozum.  Odnoszę wrażenie, iż adept debiutujący w elicie seniorów dostał skrzydeł w Pradze i jeśli los mu ich nie obetnie albo konkurencja nie zniszczy będzie pojętnym zjadaczem bułek z masłem na orbicie serialu GP.

W zasadzie zwycięzca praskiej GP Czech prezentuje cechy, których zwykle oczekuje się od zawodnika startującego w mistrzostwach świata. Dobry start, umiejętność jazdy na każdej szerokości toru, brak respektu dla weteranów „ wojen” GP, szybkość i niezawodność sprzętu. I odwagę cechującą młodych. Niektórych to poirytowało, mistrzów i nie mistrzów. Emil skutecznie nimi zakręcił w Pradze. Na szczęście! Już się nudzi czasami ta sama gra aktorów, te same maniery, szara sztampa, zgrane numery. Czas na nowego Bonda. Jak będzie w drugiej odsłonie sezonu na innym torze w Lesznie? Wszyscy go znają, bo tam jest ligowa Unia. Rok temu triumfował miejscowy kangur Leigh Adams, Jarosław Hampel był w finale czwarty. I znów pojedzie Hampel, będzie tam pięciu zatem naszych. 

W Pradze było czterech , czyli jedna czwarta uczestników i nikogo nie mieliśmy w półfinałach. Słabo, oj słabo. Słyszę jakieś żale na silniki, na niedopasowanie się do toru. Był on twardy, nie bardzo można było poszaleć, nie mieliśmy wielu mijanek i sądzę, że w Lesznie powinno być inaczej. Tak mi się wydaje, że to będzie zupełnie inny turniej. Jeśli będzie przyczepnie, może być fantastyczna walka. Mistrzowie nie mają patentu, choć ci najlepsi nie spadają z koni. Taki Greg Hancock w pierwszym swoim starcie miał defekt silnika na starcie, szybko jednak się pozbierał i jechał swoje, zawsze taki jest, specjalnie nie narzeka. Bez chimer, Jankes zawodowiec. Podobnie Adams. Będzie na swoim torze, który zna tak dobrze.

Wspomniałem o innym wymiarze turnieju w Lesznie, tak. Pięć razy więcej ludzi jest niemal pewne. Praga frekwencyjnie zaskoczyła chyba wszystkich, niespełna 4 tysiące fanów, w tym ponad połowa z Polski, albo i lepiej. Pogoda jak marzenie, miasto do podziwiania i kosztowania. Polaków już nie przyciąga tak jak dawniej magnes Tomasz Gollob. No ale Leszno jest  domowe i tam będzie niemal drużynowo, acz indywidualnie. Czy formuła turniejów Grand Prix się zużywa jak gąbka przy częstym myciu? Może to zabrzmi obrazoburczo dla wielu ale nie szkodzi, powiem wprost otóż ściera się i ściera… Sternicy światowego żużla przyzwyczaili się do tej formuły jak kot do kuwety i nie dostrzegają, że trzeba w tym niszowym sporcie coś zrobić. Na razie były wieloletnie obiecanki i nadzieje, że świat otworzy się na speedway. Praga potwierdza, że niestety się zamyka. Potrzeba więc rewolucyjnych zmian, gdyż mnożenie bezsensownych turniejów nie nakręca koniunktury. Widzę konieczność ugruntowania indywidualnych MŚ w ramach eliminacji i jednego finału na dużym stadionie oraz z promocją jak przystało na turniej kończący sezon. A serial Grand Prix ograniczony do sześciu pozycji w atrakcyjnych miejscach świata, nie tylko Europy  z wielką promocją tego sportu. Czy ten problem dostrzega FIM, jej prezydent Vito Ippolito i szef światowego żużla Norweg Roy Otto? Rozczarowuje mnie ten drugi. Zaledwie dopilnowuje bieżących spraw nie mając żadnej wyobraźni jak rozwijać ten sport. Praska, słaba frekwencja w premierze sezonu powinna być sygnałem dla prominentnych działaczy. Dzierżawcy nie widzą problemu, bo mają w umowach zapewniony haracz i chyba mało ich obchodzi ilu jest  kibiców. Kasa spada. Teraz zachłysną się wielką widownią w Lesznie i znowu będzie OK. I tak w kratkę. Kratki bywają nudne jeśli mamy je przed oczami tyle lat.

Powiewem czegoś nowego był niespodziewanie spolszczony paszportem Emil Sajfutdinow, także lider GP Fredrik Lindgren, mikry Kenneth Bjerre, nieobliczalny Andreas Jonsson, 3 – 4 weteranów aren różnistych dawało radę i tyle. Zwycięzca z Pragi potrafi szybko wyciągać wnioski z jazdy u progu kariery, ma świetnych majstrów koło siebie i przede wszystkim nic do stracenia a ogromnie dużo do zyskania. No cóż, błyskotliwy mołodiec! A zatem Emilu „spasiba i wpieriod”. 

Anders Michanek: Krew w bucie

70-newcastle-anders_michanek_port

Anders Michanek, przed laty wielki szwedzki mistrz żużlowych torów, powiedział mi pewnego razu na ucho: „Jeśli Zenek nie zginie na torze to będzie mistrzem świata”. Niestety przepowiednia Wikinga nie spełniła się. Zenek Plech, jeden z najlepszych zawodników w historii polskiego żużla, był „tylko” i aż wicemistrzem świata w finale na chorzowskim torze w 1979 roku! Startował w parze z Edkiem Jancarzem, tragicznie zmarłym mistrzem polskiego żużla, tworząc srebrny duet świata! Byłem z nim w wielu miejscach, na dziesiątkach turniejów. Był wyjątkowym sportowym „twardzielem” i świetnym kompanem. Na londyńskim White City po jednym z turniejów wylał z buta sporo krwi. Startował z kontuzją, ale nikomu nie powiedział. Zaciskał zęby i wygrywał wyścig za wyścigiem.

speed_michanek

Miał słabość do Mercedesów, niejednego rozbił, kiedy wracał zmęczony z żużlowych torów. Kochał życie, podróże, sportowy rygor, żył niemal w transie, na pełnych obrotach, ze szczyptą młodzieńczej fantazji. Z natury Zenek był nieśmiały, ale rozbrajał uśmiechem, kulturą osobistą i zdobywał sympatię wszystkich. Teraz jest tak samo. Uczy młodzież „czarnego sportu”, komentuje zawody w stacjach telewizyjnych, związany ze speedway’em na dobre i na złe, do końca.