Gdzie Nasijarvi i Pyhajarvi

Ratina_stadion

Różnica poziomów pomiędzy dwoma jeziorami Nasijarvi a Pyhajarvi w fińskim Tampere wynosi 18 metrów i łączy je kaskada Tammerkoski. Ponad 200 tysięczne miasto znane jest choćby z dzielnicy Nokia, skąd nazwa słynnych telefonów komórkowych. Nazywane jest Tampere fińskim Manchesterem ze względu na przemysł. Ciekawostką  historyczną jest fakt, że w 1905 roku odbyło się tutaj tajne spotkanie Stalina z Leninem, jest tam zresztą muzem tego drugiego a ośrodek był miejscem kontaktów rewolucjonistów.

No dobrze, mamy teraz inny wymiar historii. Miasto/ współpracuje z Łodzią/ zadebiutuje w serialu Grand Prix na stadionie Ratina o pojemności 16.000 widzów z 400 metrowym torem. Ile fanów będzie na trybunach trudno przewidzieć, bo speedway w Finlandii jest w cieniu narciarstwa i hokeja  na lodzie. W 1995 roku w Tampere odbył się finał indywidualnych mistrzostw świata juniorów, który wygrał Australijczyk Jason Crump a piąte miejsce zajął Fin Kai Laukanen, znany ze startów w Polsce.  Nie tylko on. Otarł się o podium mistrzostw świata seniorów w 1985 roku w angielskim Bradford Kai Niemi pochodzący z Pori, uczestnik kilku finałów IMŚ, a czwarte miejsce/ 10 pkt./ jakie zdobył na Odsal Stadium było najlepszym w historii fińskiego żużla. Wygrał wtedy mały, zgrabny na łukach Duńczyk Erik Gundersen, przed swoim rodakiem, bezwzględnym na torze Hansem Nielsenem i amerykańskim “kowbojem” Samem Ermolenką. Za plecami Niemi znalazł się showman Shawn Moran z USA. Polacy w Bradford nie startowali a rezerwowym był Grzegorz Dzikowski, który nie wyjechał na tor. W finale mistrzostw Europy w Petersburgu, wówczas Leningradzie, w 1979 roku Ari Koponen był trzeci na podium! Jaka jest lista znanych zawodników z Finlandii? Oprócz już wymienionych z Niemi w parach MŚ startował Ilkka Teromaa, Olli Tyrvainen. Finowie brali 6 razy udział w mistrzostwach świata par, na drużynowe MŚ nie mieli porządnego kompletu. Finowie /jeździli w lidze angielskiej/ ambitnie przebijali się do elity, lecz ze wzgledu na brak ligowych spotkań pozostawali w cieniu. Startowali i dalej jadą w polskiej lidze. Teromaa jest obecnie działaczem FIM. Dziką kartę dostał Joonas Kylmakorpi, w rezerwie pozostają Kauko Nieminen i Juha Hautamaki. Zawody poprowadzi Szwed Krister Gardell. Oby aura dopisała, bo słońce w tym rejonie nie jest łaskawe dla ludzi.

Polaków oczywiście interesuje start lidera GP Krzysztofa Kasprzaka i Jarosława Hampela. Tampere jest trzecim turniejem w serialu, następnym będzie czeska przeprawa w Pradze.

Czego zatem można oczekiwać w Finlandii?

Łał! Walki! Polacy bez Tomasza Golloba nadają ton, niespodzianką na pewno jest pozycja Kasprzaka ale leszczynianin vel gorzowianin dojrzał do tego, by nie ustępować najlepszym i pokazywać im plecy. Podobno pierwszym słowem kiedy zaczął mówić nie było mama, tylko… motor! Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, zwłaszcza, że ten zachód w serialu będzie dopiero jesienią. Hampel nie traci apetytu, podobnie jak i Australijczycy Chris Holder i fantazyjny pod każdym względem Darcy Ward. Lista startowa nie jest rewelacyjnie rowan. Zwykle jednak pokażą co potrafią weterani Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk Nicki Pedersen. Brakuje w tym towarzystwie Rosjanina  Emila Sajfutdinowa i Słowaka Martina Vaculika. Pojadą pod “ płotem” i po kredzie Duńczyk Niels Kristian Iversen i Słoweniec Matej Zagar. Mam nadzieję, nie tylko ja, że obudzi się w angielskiej mgle Tai Woffinden, który broni tytułu mistrza świata. Jak na razie szuka mocy silników i jeszcze będzie na podium. Pierwszy zwycięzca tegorocznej edycji Grand Prix w Nowej Zelandii Martin Smoliński pokazał, że potrafi uciec rywalom. Zaskakuje sprzętem, jak to Niemiec.

Długa jest droga do finału SGP w Toruniu, za długa; taki “tasiemiec” potrzebuje wreszcie tasaka i ucięcia nie emocji, lecz ich zwiększenia przez radykalną kasację.

Innym problemem jest forma outsiderów pokroju Anglika Chrisa Harrisa. Jeśli po 3 – 4 turniejach zawodnik nie jest przygotowany do trudów indywidualnych mistrzostw świata, powinien być odesłany do domu. Szkoda kradzieży emocji kibicom, którzy dużo euro płacą za bilety i oczekują widowiska na światowym poziomie. Od dłuższego czasu trwa przez BSI kiwanie fanów, zaskakuje kompletny brak elastyczności ze strony organizatorów. Komercja zjada atrakcję i sedno sportu. Jak tak dalej będzie dojdzie wreszcie do zarżnięcia tępym nożem imprez MŚ. Co do gorzowskiego turnieju GP, który odbędzie się już rychło, agresywne jazdy Krzysztofa Kasprzaka gwarantują gospodarzom frekwencję na zadawalającym poziomie. Bydgoska GP przy zaciętych wyścigach okazała się fiaskiem i przykrym wizerunkiem pustych trybun. Jest ewidentnym sygnałem, że czego mamy za dużo i za drogo, trzeba jak najszybciej przecenić albo… jak to robią handlowcy zaproponować następnym razem promocję! Taniej i więcej! Znacie?

Odjechałem z południowej Finlandii, zaczepiłem o problemy, które są tu i tam a maksyma, “że chytry traci dwa razy”, czasem się sprawdza.

Tampere, Praga, Malilla dadzą odpowiedzi jak chudną portfele dzierżawcom GP.

W kulisach żużlowych imprez mówi się o tym, czy w drużynowych mistrzostwach świata w Bydgoszczy, w środku lata, wystartuje Tomasz Gollob… “ratownik”/ jeszcze?!/ od frekwencji. W tym przypadku zderzy się rzeczywistość formy i koncepcja trenera kadry narodowej. Siła argumentów i jasna wizja są przesłankami chyba jedynymi do realizacji. Czasem kłopoty bogactwa są przekleństwem i wszystko zależy od siły charakteru. Kto potrafi postawić na swoim i obronić swoje tezy stawia go na pomniku historii, jak bohaterów naszego życia nie tylko sportowego. Ale na razie mamy skok za morze do Tampere, gdzie uroda surowego, fińskiego krajobrazu będzie bonusem do walorów żużlowej walki na torze Ratiny.

Niebo i piekło sportowych dusz

STOCH

Poleciał Kamil Stoch skoczek z zakopiańskiego Zębu na Gubałówce po olimpijskie złota w Soczi. Zdeklasował na zimowych igrzyskach w Soczi rywali i nie tylko sportowa Polska została uszczęśliwiona. Pokazano przy okazji jak 12 – letni Kamil wypowiadał swoje marzenie zostania kiedyś mistrzem olimpijskim. Dziś 26 – letni Kamil mówi, że pamięta te słowa i trochę się zawstydza.

Od dziecka miał błysk w oku i jako małolat lądował blisko 130 metrów/!/ na Wielkiej Krokwi. Zuch! W sesji treningowej przed konkursem na dużej skoczni w Soczi po skoku jedna z nart ucieka, Stoch upada i kulejąc z ręką na temblaku opuszcza arenę. Stłuczony łokieć doskwiera mocno. Zawodnik jak na górala przystało nie poddaje się i walczy z zębem o kolekcję medalową. Skoczyło złoto do złota.

justyna_kowalczyk_mercedes_1_104

Niezłomna Justyna Kowalczyk ulega przed igrzyskami kontuzji stopy, pęka jedna z kości. Ciężko harowała do igrzysk, one dla każdego sportowca są najważniejszym wyzwaniem w karierze. Ciężki jest śnieg w Soczi, słońce wypala resztki, “Śniegowa gąbka” nie ułatwia biegów i jazd, mamy wywrotki jak na żużlu. Pretendenci upadają, gubią szanse w aurze sportowego nieba i piekła.

Góralka Kowalczyk jest zacięta jak Stoch. Walczy do upadłego, na ekranach TV pokazują lekarze stopę zawodniczki, gdzie widać wyraźnie, że wysiłek biegaczki musi być nadludzki. “Albo wygram albo zdechnę” powie na mecie zwycięskiego biegu na 10 km, wprost kosmicznego i złotego. Deklasuje rywalki, spadają łzy szczęścia i bólu.

Rozterki sportowców. Co robić? Wycofać się czy startować? Pani Justyna biegnie, pokonuje dystans z bólem, walczy z sobą i znów zostaje mistrzynią olimpijską. Niesamowite! Ale prawdziwe! 50 lat temu na olimpiadzie w Tokio bokser Marian Kasprzyk ze złamanym palcem zdobywa złoto. Obojczyki, palce, żebra, stopy, kolana, pogruchotane na arenach wyzwalają w prawdziwych sportowcach jeszcze większą złość, adrenalinę i moc bycia najlepszym. Zdrowie zostaje na boku, liczy się tona ambicji.

Wywrotki kolarzy, żużlowców, motocyklistów innych sportowców przynoszą skomplikowane kontuzje. Ekstremalny pech wkrada się wszędzie, pustoszy, niszczy pracę wielu lat przygotowań do finału, do prestiżowej imprezy roku w karierze. Na wynik czekają miliony fanów. W ubiegłym sezonie Duńczyk Nicki Pedersen, wielokrotny mistrz świata jeździł z kontuzją ręki, po prostu ze złamaną i moczył ją w wiadrze z zimną wodą po każdym starcie. Jeździł i walczył z sobą, z losem.

Co zatem robić? Odpuścić czy walczyć w serialu o mistrzostwo świata. Co ważniejsze zdrowie czy kariera, wynik na który czeka naród. Czasami medale wiszą bardzo wysoko a w ich cenę wmontowane jest cierpienie łagodzone ostatecznie przez medalowy wynik. Nie zawsze jednak tak jest! Kibice jakby nie doceniają gladiatorów, szantażują niemal swoich idoli.

Czy tak być musi?

Żużlowcy łamią obojczyki jak zapałki, leczą je błyskawicznie, lekarze specjaliści “spawają” i zawodnicy startują jakby nic się nie stało. Młode organizmy wytrzymują i nie  nie pękają. Dolegliwości przychodzą dopiero potem, kiedy emerytura sportowa przypomina fakty sprzed lat. Tomasz Gollob po dramatycznym wypadku na wrocławskim torze w 1999 roku pojechał wprost z kliniki, niemal na noszach, do duńskiego Vojens by bronić medalu. Przywiózł srebro z bólem, radość i niedosyt, bo mogło być złoto ale też w makabrycznym wypadku, kiedy wyleciał poza bandę finał mógł być tragiczny. Upadek zamienił się w w szczęście, które powiozło Golloba ponad 1000 kilometrów na trudny stadion, gdzie rywale nie mieli dla niego litości a matka natura okazała się jednak łaskawa.

Niebo i piekło, czyśca nie ma.

Zawodnicy startują w specjalnych butach ortopedycznych, z gipsem, opancerzeni, poskładani przez lekarzy aby nie odpuszczać najważniejszych imprez. Pół biedy jeśli to dotyczy największych wydarzeń, fatalnie jeśli szafują zdrowiem przy byle ligowej młócce. Mają jedno zdrowie i mają swoich szarlatanów, którzy nie tylko masują, nakłuwają, szprycują, faszerują ale i namawiają z hasłem na ustach ”MUSISZ”. A nikt tak doprawdy niczego nie musi.

Szanuję charaktery sportowych idoli, celebrytów, ikon, wszak to ich suwerenna wola, że stawiają na szali wynik albo zdrowie. Lat wyrzeczeń nie wróci nikt a pech zakrada się zawsze i potrafi zniszczyć ciężki trud, pokiereszować człowieka i doprowadzić do oceanu łez. Albo zwyciężyć albo… no właśnie…

Na sportowe Oscary, ba, Noble zasługują sportowcy, którzy po wywrotkach wraacają  znow na areny by walczyć. Thomas Morgenstern austriacki skoczek upadł fatalnie przed igrzyskami i nie dawano mu żadnych szans na olimpijski start. Zawziął się jak człowiek z żelaza, poleciał do Soczi i pokazał światu, że warto wygrać pojedynek z pechem. Tego czego dokonał polski kierowca, niesamowitego hartu ducha Robert Kubica podziwia cały świat. Udało się, choć nie zawsze tak jest. I banalne z pozoru wypadki “żużlowego artysty” z Australii Leigha Adamsa czy mistrza świata nie do pokonania na torach F – 1 Niemca Michaela Schumachera, kiedy wywrócili się już po zakończeniu kariery, są przykładami na wredny los i okrutnie nieszczęśliwe przypadki, kiedy niebo zamienia się  w piekło dla nich i fanów. Australijskie bezdroża i alpejskie skały okazały się w tym przypadku nie do przeskoczenia.Nie można, jak uczy historia, uniknąć pecha, który jak ten rak podstępnie wkrada się tu i tam, niweczy dorobek albo nawet życie. Jak więc ocalić zdrowie, które okaleczone podpowiada zawodnikom, że jeszcze nie wszystko stracone, że można powalczyć. I charakter sam w w sobie mówi, żeby nie stracić szansy, wystartować i zwyciężyć.  Trudne dylematy bohaterów aren oraz sztabów szkoleniowych i medycznych. Sport jest obwarowany ponadto komercyjnymi umowami reklamowymi, jest zakładnikiem sponsorskich układów z których ciężko czasami się wyplątać.

Czy warto jednak skubać swoje zdrowie w imię szlachetnej rywalizacji? Pytanie raczej retoryczne wobec takich charakterów jak Kowalczykówna, Stoch, Kubica czy plejada żużlowego towarzystwa.

Sanockie jazdy z iskrami

 ULOTKI PL GB ogolne~2

Niektóre miasta mają szczęście do ludzi, zdarzeń, wyrobów, historii. O choćby taki Toruń, który słynie nie tylko z Mikołaja Kopernika, nie mówiąc już o wybornych piernikach, czy innych osobliwościach starego miasta albo współczesnych kontrowersyjnych postaciach. No i ten wszechwładny speedway! Kumuluje Toruń ogromnie dużo zacnego. A popatrzmy na takie Leszno, gdzie tradycje żużlowe wzbogacają teraźniejszość; miasto i okolice wydają na świat sportowców znanych nie tylko z motocyklami pod pachą. Jest pomnik Alfreda Smoczyka, legendarnego żużlowca. Patronuje idei “Tygodnik Żużlowy” i publikuje wszystkie informacje wokół “czarnego sportu”. Gorzów jest miastem usportowionym i owiany żużlowym tłem z dominującą, dramatyczną historią Edwarda Jancarza. Dużo miast bogatych żużlowo i historycznie na mapie od Gdańska, przez Wrocław, Rybnik, Częstochowę, Tarnów, Rzeszów… Stamtąd tylko szybki wypad do Sanoka.

Miasto na progu Bieszczad, w którym historia z przełomu X i XI wieku jest bogata jak krajobrazy znad Sanu wijącego się malowniczo koło Sanoka. Tam splatały się węgierskie koneksje, królowa Bona, która z Włoch sprowadziła do Polski niektóre warzywa uwielbiała tamtejszy zamek. Tam król Władysław Jagiełło brał ślub w kościele franciszkańskim. Historia bogata i niepokorna tak, jak niesamowite obrazy nieżyjącego sanoczanina Zdzisława Beksińskiego. Jest jego galleria, jak  także interesujący zbiór ikon. W Sanoku uruchomiono za Gierka autobusy “San”, konkurujące z węgierskimi “Ikarusami” a “Stomil” wyrabiał z gumy rozmaite produkty. Walory Sanoka są bogate i pełne uroku, toteż szczegóły miasta warto na pewno skonfrontować.

I taka okazja zawsze się nadarza od kiedy Paweł Ruszkiewicz znalazł przyjazny klimat by organizować motocyklowe wyścigi na lodowym torze. W Polsce ten rodzaj ścigania jest mało powszechny, w odróżnieniu od Rosji, gdzie szaleją “gladiatorzy” lodowych torów i przypominam dawnego, niesamowitego Siergieja Tarabankę wielokrotnego mistrza świata. Ścigają się na lodzie Szwedzi, Finowie, Norwegowie, Niemcy, Czesi, Holendrzy, Austriacy i Szwajcarzy. Ruszkiewicz, który żadnej roboty się nie wstydzi i ma cug do wyścigów na motorach, oczywiście z królewskiem żużlem na czele, wpadł w niszę ścigania się na tafli. Znalazł odpowiedni grunt i klimat w Sanoku, było lodowisko, bo hokej tam lubią przecież i teraz szykuje się już siódma edycja wyścigów na specjalnych motorach z kolcami w oponach. Sanok czeka na imprezę, w grafiku hotelarzy widnieją klauzule, że ceny nie obowiązują w czasie długich weekendów i podczas Racing Sanok Cup. Tak się porobiło w ponad 40 – tysięcznym Sanoku i miasto żyje turniejem, czeka na gości, na widowisko, które w swojej brawurze zapiera dech w piersiach. Tam się dopiero dzieje i jest zabawa, lecą iskry jak z ogniska, zawody są modne i popularne.

W mojej motorowej publicystyce nie raz poruszałem temat płodozmianu w obszarze ścigania się na motocyklach. Czesi uprawiają klasyczny speedway, jeżdżą na długich torach, trawie i lodzie. Generalnie na “klasyku” mają o wiele gorsze wyniki od Polaków, co może być argumentem dla niektórych, po co taki lodowy lans, wszak twierdzą oni, że  tylko tradycyjny speedway jest rajem.

Zawodnik uprawia sport dla siebie i dla publiczności, czym jednak więcej różnorodności, tym bardziej sport jest barwny i atrakcyjny. Polska lansuje monokulturę żużlową; z długimi torami jest problem, podobnie z trawiastym terenem, choć w wielkopolskim Racocie były kiedyś szanse na ściganie. Mam przekonanie, że inicjacja wyścigów na lodzie powinna być przez Polski Związek Motorowy pielęgnowana, jest czymś innym i atrakcyjnym dla ludzi, co potwierdza casus Sanoka z jego burmistrzem dr Wojciechem Blecharczykiem na czele. Sanok odwiedził nb. jesienią ubiegłego roku prezydent RP Bronisław Komorowski i była to udana wizyta dla mieszkańców i gości też.

Paweł Ruszkiewicz zna sport żużlowy, można go lubić albo nie, lecz nie można lekceważyć takich projektów. Zdziwiłem się niepomiernie, kiedy prominentny działacz polskiego żużla powiedział mi, nie jedzie do Sanoka, gdyż to komercyjna impreza i ma inne plany. To nie tak panowie, otóż poparcie imprez i umacnianie ich autorytetu tkwi w obecności na takich wydarzeniach wyzwalających przecież inicjatywę lokalną i daje satysfakcję iluś tam tysiącom ludzi.

Organizatorzy tegorocznej siódmej już imprezy Sanok Cup mają tradycyjnie dobrą obsadę. Elita będzie ostro gnać na Podkarpacie z Austrii po zawodach/ MŚ/ w Sankt Johann. Kiedyś w Sanoku mieliśmy mistrzostwa świata, eliminacje, duże zawody i medialny szum a teraz już tego nie ma w takim wymiarze ale została tradycja, która tak, jak sanocka historia miasta powinna być pielęgnowana. Liderem polskiej ekipy jest Grzegorz Knapp, przyjedzie nad San ośmiokrotny mistrz świata Rosjanin Nikołaj Krasnikow, będą inni. Gospodarze przygotowują dla fanów niespodzianki, bo kiedy imprezą żyje całe miasto i czeka na nią, wtedy atmosfera puchnie w oczach i robi się na duszy przyjemnie. Hala MOSiR w Sanoku z torem “Błonie” czeka więc na ścigantów. Panuje taka opinia, że do Sanoka jest daleko i trudno tam dojechać, fakt blisko nie jest, lecz warto pokusić się o wypad pod Bieszczady. Kiedyś w Warszawie miałem okazję współorganizować na Stegnach wyścigi na lodzie rangi pokazowej a potem mistrzowskiej. Publiczność była prominentna nadzwyczaj i było gorąco na mrozie, zaś animatorem turniejów był niezmordowany i dystyngowany Ryszard Opara. Obecnie w Sanoku lejce trzyma dziarsko Paweł Ruszkiewicz a wóz ciągną miejscowi, zagorzali sympatycy motorowego cyrku na lodzie, który szaleńczo wiruje na białym i śliskim torze jak tęcza.

Bałagan nadzorowany

1. Obok potocznego określenia bałagan, jest też inne, w tym przypadku znacznie mocniejsze na b, które kończy się na… el. Pomyślcie, o co chodzi. Polskie kluby z prezesami oraz ich wspólnikami sprawiają wrażenie, że mogą robić wszystko. Znajomy  człowiek ze Skandynawii nie może się nadziwić, jak polskie “firmy” żużlowe egzystują, które z niczego tworzą budżety, obiecują, żeby potem nie płacić w terminie a długi odwlekać w nieskończoność. Gdzie się podziały biznesowe reguły, by nie wspomnieć o honorze. Generalnie przypomina to słynną aferę Amber Gold; zresztą przekrętów w Polsce nie brakuje i pokutuje taka opinia, że trzeba ukraść dużo, bo mało się nie opłaca. Jakieś przyzwolenie na takie działania jest, mamy winy a kar niestety nie ma. W każdym razie kary nie odstraszają od krętactwa, więc w różnych dziedzinach życia trwa eskalacja bałaganu. Niepłacenie albo płacenie śmieciowe jest na porządku dziennym i taka jest polska obyczajowość ekonomiczna, nazywana biznesem. Oto ktoś, kto ma długi kupuje dom, nowe auto i nie bardzo przejmuje się zobowiązaniami. Honor, jak mawiała moja babcia był przed wojną pierwszą i drugą światową ale umarł już dawno po wyzwoleniu.

2. Polskie kluby mają nadal zadęcie imperialistyczne i jeszcze wiszą na nich długi a już obiecują krocie nowym zawodnikom, których kuszą zaraz po zakończeniu sezonu lukratywnymi kontraktami. W polskim żużlu stworzono wielką bramę do bytu nieprawdziwego i dziwię się niepomiernie, że zawodnicy przystają na takie rozwiązania. Jest teraz bramka tzw. licencji nadzorowanej. Po co?! Hulaj dusza bez kontusza? Fatalne rozwiązanie, choć krąży taka opinia, że gdyby tego nie stworzono, nie miałby kto jeździć w drużynach. A może trzeba zrobić wreszcie porządek i ustalić normalne reguły gry, bez horrendalnych zaległości, sądów, straszeniem, szukaniem win, oskarżaniem się wzajemnym aby tylko obciąć wiszące jak miecz nad głową należności. Kto daje i odbiera niech się w piekle poniewiera… raz a dobrze i bez współczucia.

Mamy na wokandzie systematyczne skandale o choćby w Częstochowie z Emilem Sajfutdinowem albo w Gnieźnie z Sebastianem Ułamkiem. Zdeterminowani poszkodowani popuszczają, tracą i dalej dają się nabierać naiwnie w takie klocki. Nie masz kasy nie pchaj się na afisz, głosi stare hasło. Nie mają a pchają się bezczelnie, toteż dziwią się starzy działacze, dla których obecne praktyki klubowe szokują swoją arogancją władzy. Zaległości wobec zawodników są ogromne, lecz stworzona licencja nadzorowana pozwoli na budowanie dream teamów obok istniejących długów. Koło się zamyka i tak oto wygląda niemoralny obraz polskiego biznesu żużlowego. Śmieje się Duńczyk i Szwed, Amerykanin kiwa głową z uśmiechem, jak to w kraju nad Wisłą kwitnie bezprawie. Anglicy mają swoje biznesy i nigdy nie zrozumieją polskich praktyk wydawania więcej, niż się ma na koncie.

Wypowiedź jednego z działaczy częstochowskiegio klubu jest przykładem na arogancję i bezczelność, który uznał roszczenia zawodnika o swoje pieniądze i zwrócenie się do lokalnych władz za… psucie wizerunku klubu. Ha, ha, ha… Kabaret  na cyrkowej arenie. A gdzie wstyd? Gdzie on się podział w niby świętym mieście? Wiem, pewnie winny gender…

3. Polskie towarzystwo żużlowe nie jest liczne ale śliczne. Od lat trąbię jak hejnalista z wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie, że popuszczanie pasa w tym kręgu zemści się kiedyś okrutnie. Nie można pozwalać dzieciom bawić się zapałkami. Rynek ekonomiczny klubów żużlowych w Polsce opiera się na kibicach, którzy nadal tłumnie przychodzą na stadiony, choć spadek co roku jest widoczny. No i mamy sponsorów, bogatych wujków, którzy jednak chcą mieć mistrzów, artystów wygrywających za wszelką cenę.W speedway’u nie da się przewidzieć końca, happy endu, gdyż kontuzje kontrolowane przez los wykluczają czasami niemal pewne szczęście.

Dbałość o wizerunek drużyny, klubu, poszanowanie tradycji to jest unikanie wszelkich zatargów, piekących konfliktów, zwłaszcza tak spektakularnych jak zaleganie z płatnościami. Z obiecywanych gór złota robią się miesiącami sterty smrodu i to jest wizerunek klubu, to jest marka, która psuje się od głowy zarządów. Wydaj tyle na ile ciebie stać, nie oszukuj. Taka dewiza w polskim żużlu niestety nie obowiązuje, co jest przykrym zjawiskiem nie od dziś.

4. Zalegalizowanie kontrolowanej licencji pod nadzorem jest błędem. Moralna cena tego pomysłu jest wysoka i czas pokaże kto ma rację.

Kiedy rozmawiałem w gronie ludzi obeznanych w tym temacie zdania były podzielone, bo jedni są za sankcjonowaniem złych metod, aby nie było upadłości teamów, drudzy jednak za radykalnymi rozwiązaniami, żeby ukrócić wreszcie praktyki budowania budżetów klubowych z przysłowiowych fusów. Sponsor zawsze może wycofać się nagle, tak jak i zawodnik liderujący w zespole wylądować w klinice na długie miesiące. Speedway jest sportem dużego ryzyka i nagle wszystko może się zawalić. Od lat klubowi bossowie narzekają, co jest polskim zwyczajem a lament słychać najbardziej u bogatych, bo oni nie mają … drobnych. Mają teraz raj w postaci licencji nadzorowanych i mają wizerunki spaprane, lecz tym akurat wcale się nie przejmują, gdyż byle do przodu ze wstydem schowanym do teczki.

Moi drodzy świat wszystko jednak widzi, wykorzystuje i śmieje się z tej polskiej przypadłości: “zastaw się a postaw się”, głupiej dewizy bez żadnego honoru.  mess

Lubelskie wskrzeszenie żużla

 

Obrazek

Nie żałuję, nie żałuję… Pojechałem do Lublina i zobaczyłem miasto inspiracji, rosnące pięknie, ze starym miastem jak PERŁA i zamkiem panującym niepodzielnie nad Bystrzycą. Gospodarze meczu żużlowego POLSKA/ drużynowi mistrzowie globu/ kontra mistrzowie świata zamówili jeszcze dodatkowo dobrą pogodę i mieli kłopot ze zmieszczeniem kibiców na stadionie w Alejach Zygmuntowskich. Był nadkomplet ok.  8000 widzów, którzy zobaczyli imprezę może lepszą, niż zrutynizowane turnieje Grand Prix. Mecz opóźnił się ponad pół godziny, ze względu na kibiców, którzy zgromadzili się przed kasami, wielu nie miało szans na wejście, bo stadion nie jest przecież duży. Pomysłodawcą takiej żużlowej zabawy na serio był Jerzy KRAŚNICKI, 50 – latek, który przyleciał do Lublina z Anglii, a korzenie wywodzi z miasta, które kocha żużel nie od dziś. Lublinianin Kraśnicki ma pomysły, które potrzebują wsparcia a znalazł je takie w liderze „Budki Suflera“ Krzysztofie CUGOWSKIM/ Fundacja Best Speedway Promotion/ zakochanym nie tylko w muzycznych szlagierach ale i właśnie w żużlu. Zespół kultowej BUDKI SUFLERA był oczywiście na stadionie a synowie Krzysztofa Cugowskiego jako BRACIA wystąpilli wieczorem w finale imprezy na estradzie Etiudy. Włączył się energicznie do zacnego projektu lublinianin były utalentowany żużlowiec Marek KĘPA, dziś przedsiębiorca z prawą ręką w postaci udanego syna Kuby. Zresztą kogo tam nie było… ludzie sportu, ministrowie, posłowie, senatorowie, muzycy, kabareciarze i fanatycy żużla. Działo się w Lublinie tyle ile w opowiadaniach Singera. Do tego jeszcze wrócę. Imprezy na zakończenie sezonu mają czasami charakter podobny do polskiej złotej jesieni i tak to było na lubelskim gruncie. Było rodzinnie i wspomnieniowo, głośno i kolorowo.

A mecz wydarzeniem extra! Zespół mistrzów świata poprowadził trzykrotny mistrz świata z Danii Hans NIELSEN, który występował w Motorze Lublin a przyjechał po ośmiu latach powitany serdecznie i jak gość bardzo lubiany, chętnie widziany. W zespole Nielsena byli Greg Hancock/ USA/, Nicki Pedersen/ Dania/, Darcy Ward /Australia/, Michael Jepsen Jensen/ Dania/ i za kontuzjowanego Anglika, nowego mistrza świata Taia Woffindena Szwed Andreas Jonsson. Był także w tym teamie były mistrz świata juniorów Polak Robert Miśkowiak.

Marek Cieślak miał solowego, aktualnego wicemistrza świata Jarosława Hampela oraz Krzysztofa Kasprzaka, Janusza Kołodzieja/ mistrz Polski/, Patryka Dudka/mistrz świata juniorów/, Macieja Janowskiego i lubelskiego idola Daniela Jeleniewskiego. Było ostro i efektownie, podopieczni Marka Cieślaka wygrali 51:39. Tor nadzorował komisarz Zenon Plech wicemistrz świata z roku 1979. Sędziował zawody na 389 metrowym torze bydgoszczanin Krzysztof Meyze. Szefował zawodom doświadczony Jacek Ziółkowski a na starcie między zawodnikami i dziewczynami dwoił się i troił Marcin Wnuk. Obyło się bez upadków, każdy wyścig błogosławił ksiądz Jan Kiełbasa, kapelan sportu lubelskiego, który rozdawał dzieciom cukierki krówki i jak powiedział, żużel jest jego sportem nr. 1 od czasów jeszcze zanim został księdzem. Więcej takich właśnie kapelanów. Amen.

Gospodarze imprezy przygotowali rozmaite fajne pamiątki dla fanów. Dla wszystkich było co wypić i zjeść. Bez grand cen. W programie imprezy ścigali się oldboy‘e, bez konkurencji był Amerykanin Sam ERMOLENKO mistrz świata z roku 1993 z bawarskiego Pocking, w którego cieniu pozostawali Darek Śledź i Jarek Olszewski. Atrakcją były dziewczyny na motorach, z których żywiołowa Czeszka Michaela Krupickova poszalała jak… Ermolenko. Nie dawała żadnych szans rywalkom: Dunce Nannie Jorgensen i Szwedce Chatrinie Brantvik Friman. Niestety w ostatniej chwili kontuzji uległa Polka Klaudia Szmaj. Szkoda, ksiądz Kiełbasa był chyba za daleko.

Rozegrano jeszcze na zakończenie wyścig memoriałowy nieżyjącego Włodzimierza Szwendrowskiego, mistrza Polski z Lublina a zwyciężył Hampel, przed Janowskim, Wardem i Hancockiem. „Kangur“ Ward demonstrował cyrkową jazdę po „wapnie“ i pod „płotem“. Jak ten chłopak jedzie, to serce zamiera czasami na chwilę, na szczęście! Efektowne „ jaskółki“ w wykonaniu niektórych zawodników podobały się super.

Wszystkie wyścigi trzymały w ogromnym napięciu widownię i były świetną propagandą żużla na poziomie światowym w Lublinie, który wart jest tego sportu tak, jak jest wart obejrzenia historycznego zamku z cudownymi malowidłami w kaplicy św. Trójcy oraz  innych urokliwych zakamarków miasta, ot choćby „Dworu Anny“ Kazimierza Gajka.

Były zawodnik, reprezentant kraju i trener polskiej reprezentacji żużlowej sędziwy Marian Spychała nie krył słów pochwał pod adresem organizatorów meczu “trzeba takie widowiska urządzać, one są dla ludzi atrakcją i znakomitą reklamą żużla“. Wtórował mu dobitnie Andrzej Grodzki, też opolanin, międzynarodowy działacz, który widział w życiu sporo a teraz w Lublinie zobaczył coś nowego. I na zamku, i na stadionie. Szef polskiego żużla Piotr Szymański/ Giekażet/ był usatysfakcjonowany powodzeniem imprezy i reklamą wyścigów, które „w takiej postaci powinny wrócić do Lublina“. Oby. Życzę!

Perkusista muzycznej kapeli „TRUBADURZY“ Marian Lichtman był zachwycony tym co się działo i chwalił Hansa Nielsena po duńsku, bo jako mieszkaniec Kopenhagi nie miał z tym trudności. No i gospodarzom dostało się kilkanaście pikantnych opowiedzianych przez Mańka dowcipów i komplementów. Ha, ha, ha…

Nie ma takiej rzeczy, która by na dobre nie wyszła, przed zagraniem polskiego hymnu na stadionie diabeł zaciął urządzenie, wtedy wszyscy fani zgodnie odśpiewali głośno Mazurka Dąbrowskiego i echo popłynęło alejami w miasto. Pięknie zabrzmiało.

Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru, Mru jako lublinianin wcinał się raz po raz w imprezę, co ubarwiało całość. Hancock powiedział mi, że takie spotkania, takie mecze są efektownym zakończeniem sezonu i chętnie znów przyjedzie za rok. To samo potwierdzali inni uczestnicy historycznego meczu, atrakcyjnego „tanga“, do którego jak się okazuje może być trzech/ CUGOWSKI, KĘPA, KRAŚNICKI/ i wtedy uroda żużlowych jazd zostaje mocno w pamięci na jesienno – zimowe wieczory. Zatem nie żałuję, że pojechałem nad Bystrzycę i tak pokrótce tylko opisałem, gdyż Izaakiem Singerem nie jestem, więc może zabrakło charakterystycznego humoru, choć przyznam, że było go lubelską nocą trochę, bo przecież bez atmosfery luzu w towarzystwie nie ma żadnej zabawy. Prawda? No to amen i ani mru, mru. Wiem, że będzie bis.

Napisali. Z „Tygodnika Żużlowego”.

„Adam Jaźwiecki i jego książki

Pierwsza była już dawno, na początku lat dziewięćdziesiątych i to był zbiór dziennikarskich przygód oraz spotkań z asami sportu żużlowego. Tytuł: „Speedway bez kurtyny“. Potem była przerwa autora na kolejne, reporterskie doznania w obszarach żużlowych, redakcyjna praca i zbieranie materiałów oraz uprawianie ulubionego gatunku dziennikarskiego czyli felietonu. Kilkaset tego rodzaju prac ukazało  się z nadtytułem TYLKO W LEWO, wpierw w „ Sporcie“ a następnie co tydzień są do poczytania w TYGODNIKU ŻUŻLOWYM.

Kilka lat temu autor o zainteresowaniach nie tylko sportowych opublikował tomik wierszowanych refleksji zatytułowany OGRÓD PAMIĘCI. Pisze też teksty piosenek.

Obrazek

Ponad rok temu katowicka oficyna wydawnicza #Videograf wydała książkę Adama Jaźwieckiego pt. SZYBKOŚĆ NIE WYBACZA NIKOMU, kulisy żużlowych zakamarków, wybrane felietony traktujące speedway bez pobłażania ale z miłością.

Nie tylko sportem żużlowym autor żyje więc z czasów krakowskich, studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim wracają sentymenty i dawne znajomości, bywanie w Piwnicy pod Baranami. Spotkania przyjacielskie z charyzmatycznym piosenkarzem Mieczysławem Święcickim/ odkrywca Aleksandra Wertyńskiego/ znajdują efekt w postaci książki NIE MA ŻYCIA BEZ ROMANSU, Mieczysław Święcicki i Piwnica pod Baranami. Oto mamy galerię postaci z Ewą Demarczyk i Zygmuntem Koniecznym na piedestale, skrzętnie odkryte angedoty i ciekawostki artystyczne krakowskiej Bohemy. Tę książkę atrakcyjnie wydaną znów sygnuje Videograf, gdzie można ją zamówić: tel.32/ 348 31 33 lub 35, fax 32/348 31 25. Tamże jest nadal do nabycia SZYBKOŚĆ NIE WYBACZA NIKOMU.

Adam #Jaźwiecki nie poprzestaje na tym, przygotowuje na nowy sezon żużlowy niespodziankę dla czytelników, taki bilans swojej kariery autorskiej ale o tym na razie cichosza… A na razie zaprasza regularnie do lektury swoich felietonów „Tylko w lewo“ na łamach Tygodnika Żużlowego, bo jak zawsze oświadcza „nie ma życia bez romansu i żużla“.”

Fajnie było to przeczytać w „Tygodniku Zużlowym”. Pozdrawiam Was wszystkim – Adam. 

Jak nie pierwszy i drugi, to trzeci

wo_iya_cardiff

Ciasno w klasyfikacji Grand Prix! Młodzi odjeżdżają! Nie zwalajmy niepowodzeń niektórych zawodników na losowanie i pola startowe. Zawsze coś można znaleźć, oczywiście nie ma życia bez dyskusji zwłaszcza gdy asy zawodzą. Czwarty turniej w serialu Grand Prix na praskim torze Marketa nie był ekscytującym widowiskiem, bo decydował start a potem oglądaliśmy jazdy gęsiego. Mało było mijanek a wywrotka w półfinale Duńczyka Nickiego Pedersena przy udziale Krzysztofa Kasprzaka spektakularną sceną. Niewątpliwie turniej  był popisem świeżo upieczonego mistrza Wielkiej Brytanii Tai‘a Woffindena, którego w poprzednim felietonie jak się okazało nie chwalilem na wyrost, gdyż Anglik pokazał, że stać go nie tylko na bogate tatuaże na swoim ciele. Potrafi pojechać aż dzwoni w uszach! Spektakl ze scenami jazd gęsiego był także autorskim popisem Nickiego Pedersena, który niemal dwa tygodnie przed startem w Pradze złamał lewą rękę i robił wszystko aby wystartować na torze, gdzie już wygrywał. Zadziwił mnie determinacją, poturbowany przez wypadek prezentował obandażowaną rękę i moczył ją ostentacyjnie na konferencji prasowej w wiadrze z zimną wodą. I ziewał też aktorsko. Czy prezentowanie kontuzji przed mediami jest bohaterstwem? Co Wy na to?! Speedway zna takie przypadki i starty z kontuzjami nóg w specjalnych butach a przykładem jest Peter Collins w finale mistrzostw świata w Goeteborgu w roku 1977. Anglik bronił mistrzostwa świata z roku 1976 /Stadion Śląski/ i wywalczył z poważną kontuzją nogi srebrny medal, a złoty zdobył Nowozelandczyk Ivan Mauger. Wielki sukces kalekiego Petera, zawodnika Belle Vue Manchester, który dał przykład jakie buty trzeba robić by kończyna wytrzymała. Oczywiście były kontrowersje i dyskusje wokół tej sprawy. Ale nie tylko nogi są łamane. Spawane obojczyki przez specjalistów są dla żużlowego środowiska chlebem powszednim. Złamane palce są detalami, żebra można zgrabnie poskładać i wyć z bólu, którego w czasie akcji nie słychać na szczęście. Gorzej jednak z… głowami, które są jakby nie do opatrzenia. Zastanawiam się nie od dziś, jak w tak ekstremalnym sporcie jakim jest żużel można okrutnie lekceważyć zdrowie, swoje i cudze, bo przecież niesprawny zawodnik stwarza zagrożenie dla innych. Czy takie fakty wymagają tłumaczenia, czy są przerażające dla zdrowych ludzi, którzy nie uprawiają sportu i oglądają zawody w TV lub na żywo. Straceńcy? A co by się stało, gdyby taki zawodnik spowodował wypadek i „skasował“ mówiąc brutalnie rywala? Co na to szefowie turniejów, serialu GP, organizatorzy meczów, albo lekarze… Przebiega po plecach strach i rośnie wyobraźnia. Nie u wszystkich. Niestety.

Patrzyłem na Nickiego Pedersena, który trzymał rękę w wiadrze z wodą jak na aktora. Kiedy już zaistniały takie fakty, potrzebna raczej dyskrecja, mocno fałszywa dla zdrowia.

A w sobotę 1 czerwca kolejny turniej w hali Millennium Stadium w walijskim Cardiff  –  Grand Prix Wielkiej Brytanii a wcześniej mecze Nickiego w Ekstralidze z drużyną Marmy Rzeszów.

Sportowe życie nie lubi przerw, kocha walkę non stop. Nie lubią kariery kontuzji, uwielbiają medale. Za jaką jednak cenę? No cóż cena bywa wysoka i na ten temat mogą cierpko powiedzieć zawodnicy, którzy nie poruszają się o własnych siłach. Mam nadzieję, że decydenci jazd „żużlowych gladiatorów“ podejmą słuszne decyzje a casus N. Pedersena będzie jaskrawym dowodem co można a czego nie wolno praktykować. Kiedy przy takich incydentach nic się nie dzieje najgorszego, to przechodzimy do dalszego życia bez zmrużenia powieki, warto jednak uruchomić wyobraźnię żeby nie dopuścić do tragedii. Zawsze zdrowie zawodników powinno być mottem towarzyszącym uprawianiu sportu. W każdym sporcie! Praskie „ jizdy“ oglądał szef światowego żużla Włoch Armando Castagna, na konferencji medialnej go jednak nie było.

Wracam do młodych wilczków, którzy zarządzają serialem GP; na czele Rosjanin Emil Sajfutdinow, który chyba nie spodziewał się, że Tai Woffinden będzie taki groźny. A jednak, Anglicy mają asa! Obrońca tytułu Australijczyk Chris Holder w tym sezonie nie jest tak błyskotliwy, jego rodak rogata dusza Darcy Ward bywa kontuzjowany i niestety traci na tym urok żużlowych jazd. Emil, Tai, Darcy mają apetyty na żużlowy kawior! I są Polacy, senior Tomasz Gollob, który jest jak ikona i niczego nie musi. Jarosław Hampel nieustabilizowany, co jest szkodą dla niego i dla serialu. Czekamy na jego stabilność. Gollob i Hampel nie dali rady w Pradze, lecz wyręczył ich Krzysztof Kasprzak, który jako ten trzeci wyskoczył po drugie miejsce. Brawo. Oby tak dalej, gdyż wcześniejsze starty były nierówne. Polska ma trzech stałych „dżokejów“ w serialu GP i to jest duża wartość, toteż podium bywa przez nich zawsze „zagrożone“.

Jak będzie w Cardiff na sztucznej nawierzchni? Tego rodzaju tory już nie budzą respektu jak dawniej i można zasuwać na całego. Turniej w Millennium Stadium będzie miał dobrą frekwencję, bo Woffinden wykonał dla organizatorów super robotę. Tai ma tylko jeden punkt straty do lidera Emila. Hampel 9, Gollob 12. Dziesięć punktów traci przeambitny Nicki! Zapowiada się corrida, a po Cardiff mamy turniej w Gorzowie Wlkp.! I będzie tam gorąco.

W Pradze w drugiej połowie lipca odbędzie się decydująca faza w drużynowym finale MŚ. Komu przypadnie światowy puchar legendarnego Ove Fundina? Tor na Markete jeśli będzie taki sam jak ostatnio, może spowodować spowolnienie walki, choć finał najlepszych drużyn świata bywa zwykle widowiskiem ekscytującym.

Do tego wydarzenia mamy jeszcze trochę czasu, teraz pora na ligowe emocje i nakręcanie się serialem GP, który w tym roku wydobył z siebie nowe gwiazdy z młodymi sercami do walki, które nie odpuszczą nikomu a litości dla weteranów nie mają ani za euro.

Ward chciane dziecko żużla

darcy_ward

Nie będę powtarzał, że sport najbardziej lubi młodych. A kibice? Kibice najlepszych, dobrych, widowiskowych zawodników. Arystoteles stwierdził, że „siła jest w młodych, roztropność w starszych“. Nie trzeba być filozofem by trochę przeżyć i przekonać się o takiej maksymie. Speedway kokietuje brawurę, ceni rozwagę, docenia wszystkich, którzy dostarczają emocji i przenoszą kibiców w ocean adrenaliny.

W historii żużla mieliśmy raz po raz chwile olbrzymich emocji za sprawą asów, celebrytów, którzy szokowali postawą na torach oraz poza nimi, byli uwielbiani dzięki zwycięstwom. Walczyli, wygrywali, toczyli pojedynki zapierające dech w piersiach. Speedway zna gwiazdy z talentami wielkimi i zna przypadki, kiedy te gwiazdy szybko spadały na ziemię. Zna żużel asów, którzy zyskiwali takie miano dzięki talentowi ale jeszcze większej pracy. I zna takich, którzy triumfowali raz, z rozgłosem, by zamilknąć potem bezpowrotnie.

Kiedy pojawili się na torach bracia Moranowie z USA powiało atrakcją na stadionach i w hotelach. Kelly i Shawn byli oryginalni w sposobie bycia i jazdy. Ich rodak Bruce Penhall, dziś stateczny Jankes wyniósł na wyżyny amerykański speedway, który jest sportem w Ameryce prawie niedostrzegalnym. Bez tej ekscytacji znaczonej kwikiem radości polskich stadionów. Sześciokrotni mistrzowie świata: Nowozelandczyk Ivan Mauger i Szwed Tony Rickardsson byli wyrachowanymi zawodnikami, którzy dowieźli złote medale bez skandali, bez piekących komentarzy brukowych tabloidów. Byli dobrzy, wiedzieli czego chcą i konsekwentnie podążali ścieżką sukcesów do celu.

Tomasz Gollob wywiózł  polski speedway tam, gdzie do tej pory nie wywoził nikt, konsekwentnie był kompatabilny z poszczególnymi elementami zwycięskich meczów i turniejów. Nie jest multimedalistą indywidualnych mistrzostw świata wskutek życiowego losu, który nie każdemu daje a potrafi odebrać w najmniej oczekiwanej chwili. Polski as żużlowej przestrzeni zgromadził olbrzymie grono wielbicieli, którzy zostali zdeterminowanymi kibicami na wszystkich stadionach, gdzie startował ich idol, ikona, gwiazda za którą można było pojechać za ostatnie pieniądze nawet do piekła. Tomasz Gollob stworzył markę polskiemu żużlowi i nadal promuje speedway made in Poland.

Talenty nie rodzą się na kamieniach. W walce. W pracy. I zanim staną na podium i wzruszą się i zaczną ocierać łzy płynące razem z narodowym hymnem muszą ostro orać i bywają ściorani jak na najgorszej farmie.

Gwiazdy i talenty, asy i pracusie. Gdzieś pośród nimi krąży los mający w torbie szczęście. I niespodziewanie rozdaje albo brutalnie zabiera. Dziś temu, jutro tamtemu. Nie każdemu talentowi jest pisany historyczny życiorys. Nie ma nic na siłę.

Bywają gwiazdy sportu „sterylne“ w działaniu i niesamowicie charyzmatyczne, które uwielbiane przez tłumy lokują się znacząco w historii dyscypliny, która ich wyniosła pod niebo.

Mamy…postaci sportu owiane legendą; z jednej strony zwycięstwa, z drugiej życie pozasportowe, bogate, bujne, śledzone z uwagą przez media, które reagują i czekają na wszystkie sensacje. Kibice lubią takich i przyklejają się do nich od razu, „kupują“ takich którzy nie żałują życia na pokusy jakie przynosi rzeka kariery.

Speedway roku 2013 ma obiecującą grupę zawodników, którzy mają przed sobą przyszłość gwarantowaną w sukcesy i historię, w uwielbienie fanów pod warunkiem, jeśli nie zbrukają swojego talentu.

W solowych mistrzostwach świata liderem jest Rosjanin Emil Sajfutdinow, który z ruskim impetem wjechał w światowe towarzystwo, które szybko utemperowało „mołodca“ a ten nie stracił kontaktu z rzeczywistością, zebrał doświadczenie na torze i wtedy, gdy leczył przykre kontuzje. Dorósł do lepszych medali od tego, który zdobył w premierze swojej kariery. Emil jest na dobrej ścieżce by zyskać złoto i wywieźć rosyjski żużel tam, gdzie jeszcze nie był. Charaszo. OK.

Australijski fighter Chris Holder w  roku 2012 zdobył mistrzostwo świata, podtrzymując sławę „żużlowych kangurów“. Obok siebie ma Dracy Warda o którym za chwilę.

A przeżywająca kryzys żużlowa Anglia doczekała się niespodziewanie Taia Woffindena, który jest objawieniem i ma wszelkie dyspozycje żeby kontynuować „królewskie“ tradycje na Wyspach. Jest znakomite towarzystwo, które rozrabia na torach i oddala dawnych mistrzów od medalowego stołu. Jedźmy dalej, pełny gaz…

Wspomniałem DARCY WARDA. Tak, bo to jest chciane dziecko AUSTRALIJSKIEGO I ŚWIATOWEGO ŻUŻLA. Kiedy w dniu swoich urodzin złamał 4 maja złamał łopatkę w Szwecji na Ullevi w Goeteborgu, podczas Grand Prix los wykluczył go na dwa miesiące z walki. Rok temu zrezygnował z udziału w mistrzostwach świata. Taki młody a taki przebiegły. Wrócił i dojrzał. Leczył uparcie kontuzję po Goeteborgu, kocha speedway i w Kopenhadze wygrał Grand Prix Danii. Jeździ widowiskowo i wciska się tam, gdzie za młodu wjeżdżał Tomasz Gollob. Jestem pod jego wrażeniem od dawna, gdyż upatruję w takich mocach siłę sportu i cieszę się, kiedy tacy właśnie zawodnicy windują żużel i dostarczają tak potrzebnych emocji, że serce bije radośnie.

Ward spod Brisbane ma 21 lat i wszystko przed sobą, zawdzięcza swoje sukcesy rodzicom. Przyleciał do Europy, jeździ, poznaje Polskę i kształci się na ligowym uniwersytecie. Medale i nagrody są dla najlepszych i Ward jest nie tylko sukcesorem australijskich czempionów ale i pretendentem do tytułów, które są tradycyjnie pisane najszybszym na torach. Przyjemnie więc patrzeć na jego jazdy, lecz mniej cieszą jego  „boki“ pozasportowe, za które dostaje kary i zawieszenia. Widocznie ma takie wybryki wpięte w życiorys, lecz oby one nie zdominowały jego kariery, która jawi się na mistrzowskim luzie. Z hukiem, charyzmą i fantazją młodzieńczej zadziory. No to co? Ano… Lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim mówi przysłowie. Ward potrzebny jest żużlowi jak kangury Australii.

PS. Półfinał tenisowego Wimbledonu na trawie i dwaj Polacy 22 – letni Jerzy Janowicz /potęga serwisu/ i 31 – letni, fantazyjny Łukasz Kubot. Piękna walka w trzech zwycięskich setach dla tego pierwszego. Po meczu dwaj Polacy dziękują sobie i trwają w objęciach. Na stojąco publiczność oklaskuje moich rodaków. Janowicz nie może opanować wzruszenia i łez, nawet w wywiadzie dla TV a jego rywal cierpliwie czeka na zwycięzcę przed zejściem z kortu. Pięknie. Tenisiści wymieniają się koszulkami! Widzowie podziwiają Polaków i mocno biją brawo. Wygrany i przegrany schodzą z areny RAZEM. Męskie granie a wrażliwość ujmująca.

Dedykuję ten obrazek innym sportowcom, politykom i ludziom niedobrej woli.