1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Orzeł na motorze leci po złoto

Tekst z 29/09/2020 r.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza świata Szwed Ove Fundin/ ur. 1933 w Tranas/ trzymał w swoim sejfie długo, aż zrównał się z nim dorobkiem Nowozelandczyk Ivan Mauger/ ur. 1939/. Tak się stało na Ullevi w Goeteborgu w 1977 roku. W przedzień mocno lał deszcz, następnego dnia tor był ciężki i w takich warunkach Ivan dojechał medalowo do słynnego Ove. Szwed serdecznie/ byłem przy tym/ pogratulował złota nowozelandzkiemu asowi, który w 1979 roku na Stadionie Śląskim zdobył szósty złoty medal; fenomenalny sukces w świetnej atmosferze na polskim torze. Zenon Plech był wtedy drugi. Mauger/ uczeń legendarnego Jacka Younga/ został królem nad królami. Zdobyć tyle medali nie jest łatwo, konkurencja jest czujna, sprzęt opracowany szczegółowo, w tym sporcie decydują czasem okruchy nie tyle szczęścia, co brak pecha. Ivan Mauger/ honorowy obywatel Gniezna/ panował długo, aż pojawił się kolejny kolekcjoner medali Tony Rickardsson/ur.1970 Avesta, klub Masarna/, udane dziecko szwedzkiego żużla, z pokolenia wybrańców cocha o wybitnej osobowości Bo Wirebranda. To on po wstrząsie wywołanym tragicznym wypadkiem nadziei “Trzech Koron” Tommy Janssona zebrał grupę utalentowanych młodych żużlowców, doskonalił ich w test – meczach na brytyjskim rynku i doczekał się medalodajnego Rickardssona, który wiedział, że techniczne możliwości mogą uskrzydlić jego zdolności. Tonny był uparty w ambicjach, stworzył team mechaników, kupił “dom” na kółkach, który stał się symbolem jego sukcesów na torach europejskich. Team samowystarczalny na stadionach; imponowali, nikt nie dorównał im w wizerunku jakości stylu bycia. Model wzorowany na teamach wyścigowej F -1. Tony razy sześć, pierwsze złoto w 1994 w duńskim Vojens a ostatnie 2005 roku w Lonigo na stadionie Marina. Wiedział, kiedy zakończyć karierę /2006/, w pełni sił i perspektywy dalszego żywota. Let’s Dance na parkiecie TV.

Mauger zmarł /2018/, Tony/honorowy obywatel Tarnowa/ ma życie przed sobą, sędziwy Ove Fundin cieszy się dobrym zdrowiem, uwielbia turystyczne jazdy na motocyklu. Przypomnę, że czterokrotny mistrz świata Barry Briggs/ ur. 1934/ z Nowej Zelandii, który wymyślił deflektory nie stroni od bacznej obserwacji żużla. A trzykrotni mistrzowie świata Duńczyk Nicki Pedersen i Anglik Tai Woffinden ścigają się skutecznie, ten drugi ma apetyt w GP na kolejne złoto. Czy da radę? No właśnie. Wisła i Toruń miasto kultowych pierników, smakowitych jak i prince polo. Dojechałem do Motoareny, bo tam tradycyjnie od lat kilku, rok temu też, nastąpi ceremonia kreowania nowego mistrza świata sezonu 2020, szczególnego, pośpiesznego, popędzanego wirusem COVID – 19. Tytułu broni sprzed roku gorzowianin Bartosz ZMARZLIK, który ostatnie dwa turnieje w Pradze błykotliwie wygrał w stylu mistrza świata. Jest liderem klasyfikacji Grand Prix, serialu, który w tym wyjątkowym czasie składa się z czterech podwójnych mityngów. Ostatnie dwie rundy mamy 2/3 października w Toruniu, mieście genialnego odkrywcy Mikołaja Kopernika. Miasto sprzyja oryginałom życiowym.

Czy Bartosz Zmarzlik poruszy “ziemię” żużlowych serc?

Jazdy na praskim Marketa były popisem nad popisami, finezyjnym, brawurowym ściganiem, które miało urodę fantazji, odwagi, umiejętności technicznych i przygotowaniem sprzętu wzorowym. Bartosz wcześniej, przed Pragą wygrał raz na swoim, klubowym torze w Gorzowie GP. Fruwał w swoim stylu, jednak w Pradze dał koncert o czym przekonał się w ostatnim wyścigu na finiszu Woffinden. Tak “latać” umie tylko BZ. W sumie Bartek zwyciężył trzy razy w GP’20. Nabrał mocy…

Historia indywidulanych mistrzów świata rodem z Polski jest krótka. Pierwszy złoty medal zdobył na Stadionie Śląskim w 1973 roku Jerzy Szczakiel, niedawno zmarły. Długo czekał na rodaka na tronie ozłoconym, gdyż dopiero w 2010 roku we włoskim Terenzano Tomasz Gollob był pierwszy. W roku 2019 Bartosz Zmarzlik mający już brąz i srebro na koncie w tej konkurencji wjechał triumfalnie na szczyt speedway’a. Niebywały wyczyn, wykonany niemal w desperackim stylu, widzowie wówczas w komplecie na Motoarenie osłupieli z wrażenia. Pojechał fantastycznie! Tak jak pokonał w Pradze prowadzącego Tai’a. On tak potrafi, bezceremonialnie, pewny sprzętu i władczego opanowania motocykla. 25 lat sobie liczy, od dziecka “ćwiczony” na motorze, zgrany z maszyną jak cyborg. Jego sprinty są zmartwieniem przeciwników.

Gorzowianin ma 7 pkt przewagi nad Szwedem Fredrikiem Lindgrenem i 10 pkt nad Woffindenem. Jest faworytem, przeciwnicy lubią odcinać skrzydła liderom. Taka istota sportu, ba! Nawet sól życia naszego doczesnego. “Bić” mistrza? Spoko, gorzowski mistrz jest mocny i ma autorytet w tym towarzystwie. Ono wie, co potrafi Bartek, również obserwatorzy, fachowcy, komentatorzy, mechanicy, zawodnicy i fani. Zmarzlik wjeżdża z furią na swoje żużlowe Himalaje, nie odrywa się do ściany, wie czego chce, kocha speedway a on jego.

Przyjemnie patrzeć na sportowców, którzy kompletują laury, budują dom z medali, obraz nienaganności w tej dziedzinie i rozsławiają krainę, w której wyrośli. Ten dom jest twój i mój… Zmarzlik wyrósł konekwencją, uporem, taki musi być sportowiec, który nałogowo spieszy do ZWYCIĘSTW. Medale, miejsca na podium, wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego. Hymn narodowy jest wpisany w scenariusz widowisk, łzy szczęścia spadające w tym przypadku z niebieskich oczu mistrza. Kochamy reżyserię takich turniejów nie tylko na żużlu; na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata, Europy – w licznych konkurencjach na różnych stadionach i halach. Adrenalina i atmosfera łamią serca. Emocje wyciskają łzy bez pardonu, nikt nie wstydzi się tego.

Czy Bartosz Zmarzlik da radę na Motoarenie stanąć po raz drugi, aby odebrać złoto IMŚ? Do odjeżdżenia są dwa turnieje, dużo może się wydarzyć, bo speedway funkcjonuje jako extrema. Piątek/ sobota, ten pierwszy dzień ustawi drugi. Odpukuję w niemalowane drewno, tylko jakaś zła moc może udaremnić cel Polaka. Rywale za jego plecami znają swoją wartość, wiele potrafią i nie zapominajmy, że to jest finał Grand Prix, koniec mistrzostw świata anno 2020 i najcenniejszy prestiżowo tytuł do zdobycia. Czy polska Motoarena/ w Pradze były pustki/ może być pomocna? Nie będzie tym razem kompletu, bo wirusowa pandemia wyklucza kibiców, więc siła dopingu osłabiona, lecz gorzowianin jest silnie zmotywowany do wyczynu, jakiego nie dokonał na żużlu jeszcze nikt z jego rodaków. A więc? Toruńska brama szczęścia jest otwarta.

Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

KOGUCIKI I BALONY

Rozbujały się rozgrywki ligowe, inne turnieje, zbliża się serial Grand Prix, wersji polskiej z dodatkiem Pragi. Takie niby nic a jednak. Jak musimy, to musimy. Zawieszamy sobie makaron na uszy, jest dobrze? Worek pytań ma dziury, wylatują kwestie dręczące, jedne nowe, drugie stare, kiedy wszystko skończy się, będzie czas na oceny, na razie dystans powoduje umysłową rezerwę na wnioski. Obok nas koronawirus szaleje, ludzie lekceważą obostrzenia, we Włoszech za brak maski u klienta w sklepie zamykają na 30 dni interes. Strach musi mieć duże oczy, zwłaszcza w Polsce, gdzie “demokratyczna” bezczelność wyzwala moce piekielne. Bywam tradycyjnie w filmowym zakątku Polski nad Wisłą, gdzie dobrze rozmyśla się o sprawach rozmaitych. Miasteczko jest kolorowym, malowniczym zabytkiem, czas płynie jak Wisła wolno, acz twórczo, zwłaszcza dla artystów różnej zawodowej konfiguracji. Jestem tam co roku bez nudy żadnej, dostaję karmę do pisania nie tylko o żużlu, zresztą mam blisko do stadionu, gdzie mecze są atrakcyjne nie tylko z powodu oglądania z wysokości 20 metrów. Rozpuszczam myśli na wszystkie strony mojej głowy, speedway jest w krwiobiegu. Także piłkarska wyposzczona Liga Mistrzów w cudownej Lizbonie, bo jak grać, to na całego, codziennie, w południe, w nocy, lecz nie byle gdzie. I w dodatku Robert Lewandowski! 

WRACAM do tematów starych, nowe docierają także. Hejty lecą jak zgniłe jabłka z drzew. Liczę naiwnie, że władze Ekstraligi przepisami ochronią strefy sportowej intymności, bo każdy zawodnik musi czuć się najzwyczajniej swobodnie w stresie. Bez podsłuchu i podglądania, tylko męskie “granie”.

W jednym z poprzednich felietonów wspomniałem o bydgoskim juniorze, który poobijany okrutnie wyjechał na tor, żeby zdobyć punkt. ”Ojcowie” drużyny puścili go nie wiem po co, gdyż i tak ten punkt nie był wart funta kłaków. Zdrowie zawodnika zostało przecenione, bohater sam wycofał się z jazd, bo organizm odmówił posłuszeństwa. Żużlowcy są poobijani fest. Obojczyki “spawane” przez angielskiego speca dr Briana Simpsona w Ipswich od ponad 20 lat. Złamany obojczyk ale za tydzień jest mecz, więc koszty nie ważne, nie istotny gwałt na organiźmie, więc etyka lekarska Mr. Simpsona jest skrótowa. Kości połączone i gość gotowy do walki. Speedway nie jest brydżem, tu się ściga, pędzi, przewraca. Widowiskowe karambole ze skutkiem często tragicznym pogłębiają wcześniejsze niezaleczone kontuzje. Po co ja to piszę po raz setny… Ano mam nadzieję, że szare komórki wniosą wreszcie coś zdrowego.

OSTATNIO w żużlu mamy interesującego dawcę sensacji. Milimetr NITRO robi karierę, wzmacnia metanol i paliwo jest extra napędem. Sprawa nie jest taka nowa, obostrzenia w parkingach ułatwiły dystansem pewne zachowania w sztabach technicznych. Motocykl zasilony nitro pędzi – jak oświadczają mędrcy świata, monarchowie żużlowi – po pewne zwycięstwa. Fair play jest podobne temu, jakie doświadcza bezkarny Maks Drabik jr, któremu za stosowanie niedozwolonego środka wisi kara i spaść nie może. ”Zjawisko” jest zgubne i wyrabia opinię, że jedni mogą a drudzy cierpią. Jest wina, powinna być kara. Nie chcę być mentorem, synów swoich wychowałem, lecz przewlekanie wyroków osłabia moc winy, sprawia, że winowajcy czują się bezczelnie bezkarni. Co może w tej sprawie powiedzieć Patryk Dudek, którego dotknęło szybkie rozstrzygnięcie POLADY?!

METANOL jest towarem podatnym na wzmocnienie, jak każde paliwo… Tajemnicą poliszynela był fakt, który raz zamierał, raz odradzał, że coś nie gra z szybkościami niektórych zawodników. Były przecież kontrole, lecz pandemia i dystans do testów spowodowały rozluźnienie. Polak na to jak na lato… Potrafi? “Metanowirus” jest milimetrowy a jak skuteczny/ ile kosztuje?/ działa czasowo. A więc do dzieła komisarze techniczni, badajcie, wyciągajcie wnioski. Kary? Drabikowe casusy? Wokół speedway’a aura jest barwna, często dramatyczna, nie kończące się sekwencje, jak w filmach Scorsese, Llosy, Scotta. Brakuje tylko muzyki, jest tło i zdarzenia, złamania kończyn, kręgów. PSYCHICZNIE jako tako, lecz nie do końca, bo łez szczęścia i żalu są hektolitry. Nieżyjący mechanik, kiedyś Częstochowa, potem Zielona Góra – Tadeusz Tumiłowicz opowiadał mi różne historyjki z wypraw do dawnego Związku Radzieckiego. Oto kiedyś przyjechała polska reprezentacja do Czerwonogrodu i zwyczajowo na stadionie stała beczka metanolu. Podjeżdżają z motocyklami do tankowania a paliwo czarne niczym smoła i paskudnie śmierdzi… więc pytają, co to jest? A gospodarze z rozbrajającym uśmiechem: “ Żeby nasi nie pili”. No tak a na beczce trupia czaszka. “Na zdarowie!” Można? Życie na wschodzie ucieka a chce się pić. Speedway nie jest kaszą gryczaną, kefiru na popijanie nie potrzebuje.

Dobrze, żarty za bandę, tajemnice poliszynela wirują i mamy /podobno/ strzykawkowe przenikanie kropli NITRO, które dają szybki power, trzeba od razu zrobić wjazd pod taśmę i uciekać. Interesujące, czym się skończy ta wychodząca z mgły nitro future afera.

LIGA nabiera rozpędu. Krążą różne wersje jej zakończenia. Doleciała do mnie taka wieść, że być może koranawirus może mieć wpływ na ostateczny układ tabeli. Dywagacje trwają głównie jeśli chodzi o dolny rejon tabeli. Kibice penetrują, są świetnymi komisarzami ocen,  trafnych opinii, niektórzy biją na łeb i szyję romaitych ekspertów, którzy mijają się z prawdą. Żużlowy poker w głowach robi mętlik.

O czym się jeszcze mówi i co śmieszy? Jeden z prezesów Ekstraligi ma duże parcie na “szkło”, toteż jego przebywanie w parkingu i latanie wokół, jest jak powiedział mi jeden z psychologów zwykłym leczeniem kompleksów. Zdarza się raz po raz, demonstracja klubowej władzy; jednych deprymuje, klakierzy popierają, choć w duszy nie mogą ścierpieć, jeszcze inni czekają, kiedy skończy się taniec pryncypała. Najczęściej sytuacja wyjaśnia się wraz z degradacją drużyny. Nie ma co owijać w papier toaletowy, rybnicki stan nie jest dawnym górniczym stanem, gdzie tak znaczyło TAK, a nie po prostu NIE. Z kręgów wtajemniczonych płynie info, że prezes zraża sobie ludzi.Nie od dziś, sprawa charakteru. Sport jest dziedziną, która powinna, mimo rywalizacji, łączyć, zawierać kompromisy i słyszę, że drzwi zatrzaskuje się z hukiem a nie otwiera życzliwie. Mur. Jak nazywa się uwielbienie samego siebie? NARCYZ. Nie jedyny przykład w żużlu, niestety. Rybnik żużlowy jest tradycją oplecioną znaczącymi sukcesami, nazwiskami reprezentantów Polski, medalistami mistrzostw świata. Czas najwyższy na powrót do dumnej przeszłości, bez zabawy w piaskownicy i udawania, że nic się nie stało. Speedway przy ul. Gliwickiej/ po jednej stronie jest stadion a po drugiej szpital psychiatryczny i można się pomylić/ potrzebuje konkretnego prezesa, bez latania między motocyklami i robienia show rym cym, cym. Broni go szef RN PGG ROW, powołując się na jeden/?!/ wygrany mecz i mówi o hejtowaniu. Modne słowo wytrych na każdą okazję. Obrona ma wersję : “wielkiego pasjonata”. Otóż podkreślam –  żużlowych pasjonatów w Polsce jest kilka milionów i nie każdy ma chłopski rozum. Rybnicka historia żużlowa zasługuje na normalność, ratowanie prezesa przez prezesa z jednego gniazda, to dopiero pandemia wspólnego uwielbiania. Nie tylko kibice mają dość dziecinady w ciemnych okularkach i jak się jeszcze okazuje w różowych. Broni ojciec, broni matka i uciekają latka… Rym, cym, cym…Rybnik musi odzyskać autorytet marki sportowej, jak było od zarania.

LIGOWE mecze zaskakują, jest nieobliczalnie, pycha dostaje po plecach, same nazwiska nie jadą, liczy się forma i spryt zawodników, doświadczenie coachów. Ekstraliga funduje wyścigi na zawał serca, ale, ale… Pora najwyższa na polskie, młode talenty, bo wystarczy zagranicznych wyświechtanych “pracowników” klubów, którzy jeżdżą w kratkę. Co polskie – lepsze i zdrowsze, tylko, że ONI jr. muszą mieć szanse startów sprawiedliwych. Konkurencja powinna być męska, bezlitosna w wyborach składów, wtedy poziom wzrośnie. Nie może być świętych krów, bo inne już mamy pastwiska. Zero pobłażania dla bylejakości. No to co? Zakładamy maski i jedziemy. Play –  offy pod specjalnym nadzorem? A na jakich torach? –  Do walki, mijanek, czy na nudnym klepisku? Za tydzień o serialu Grand Prix, który spadł jak meteor. Kompresja “kolorowych jarmarków”: fajne koguciki na drucikach, balony dmuchane i ostre jazdy.

2 razy po 6 i 3 razy po 1 cz. 2

Na czym skończyłem ostatni felieton? Ano śmierci Ivana Maugera/ ur. 1939/, który zmagał się z udarem, otoczony troskliwą opieką rodziny, zmarł w domu na australijskim wybrzeżu Gold Coast 16. 04. 2018 roku. Postać wybitna, profesjonalista 100%, esteta, techniczny czempion/ jeździł na Jawie/ z nienagannym, głównie fabrycznym sprzętem. Prekursor w tym sporcie, na rynku reklamowym, to na jego plastronie pojawiła się znana, francuska marka alkoholi Ricard. Ostatni raz widzieliśmy się w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”, kilkanaście lat temu. Miejsce sielanka, staw przed oknami a na nim dzikie kaczki. Cisza głucha. Był w świetnej formie, już nie ten Ivan, bez startowego stresu. Nowozelandzki as zdobył 6 indywidualnych tytułów mistrza świata, mniej/5/ Szwed Ove Fundin. Czy ktoś “zrobił” więcej? Nie. “Tylko” zrównał się z nim Szwed TONY RICKARDSSON. Zawodnik innego stylu, z mądrego zaciągu coacha Bo Wirebranda, który odbudował szwedzką reprezentację po regresie spowodowanym stratą młodego Tomy Janssona/ zginął na torze Getingarny w Sztokholmie/. Tony, jako pierwszy żużlowiec zaprezentował nowy styl bycia, zamówił samochód – dom, w którym można mieszkać i pracować, były tam ponadto motocykle i warsztat. Niezależny na parkingach stadionowych, wzorem stajni wyścigowych F – 1, miał luzackie miejsce. Próbowano go naśladować, lecz nikt nie zainwestował w taki pojazd, były mniejsze, Rickardsson miał zrobione wg. modelu najszybszych ścigantów samochodowych. Z biegiem lat przyzwyczajono się do standartu Szweda, wcześniej oglądano jak/ w tym polski akcent mechanik, menedżer doświadczony Tomasz Suskiewicz/ wędruje z zawodów na zawody ogromnym vanem – domem. Pozornie swobodnie, bo ambicje sportowo – życiowe miał konkretne: zdobyć więcej złotych singli MŚ od Maugera. Nie chciało mi się za bardzo wpierw wierzyć, Tony nie był moim idolem. Tak jakoś, doceniałem talent, nowatorstwo, chwaliłem za profesjonalizm do ostatniej śrubki w motorach, butów i prezencji na galach. Był ambasadorem nowej jakości w żużlowej przestrzeni, zarabiał i mądrze inwestował. Chciał pobić rekord Maugera, lecz nie udało się, “tylko” wyrównał. Miał pomysły jak wygrywać, śmigał jak jaskółka, choćby przypomnieć szaleńczą szarżę w Cardiff w jednej z GP po bandzie. Kaskaderka. Pewny motocykli a jazdy były żywiołem opanowanym.

Przypatrywałem mu się wielokrotnie, także ten ostatni raz/ zaproszeni goście startowali gratis/ w pożegnalnym show/ Gollob nie przyjechał!/ w Tarnowie, gdzie jeździł w Unii a mówiono tam niego pieszczotliwie “Tosiek”, w lokalnym slangu. “Tosiek” obleciał kilka polskich klubów, rywalizował ostro z Tomaszem Gollobem, obaj potrafili ścigać się brawurowo po bandzie. Zaczynał polską karierę klubową Rickardsson w Bydgoszczy, potem walczył w klubach Ostrowa Wlkp., Zielonej Góry, Gorzowa, Gdańska, Torunia, Tarnowa. Medali mistrzostw świata ma worek, trzy córki, jednego syna z dwóch małżeństw, pierwszą wybranką była Anna, poznaliśmy się gdzieś na zawodach, drugą miłością Christine.

Rickardsson był błyskawicą, ale też miał wypadki, jeden groźny z urazem głowy i ten fakt zadecydował, że w 2006 roku postanowił zjechać z toru, bo nie chciał ryzykować życiem, kalectwem, za dużo miał do stracenia. Jeździł świetnie i tam samo tańczył /podobnie jak słynny Duńczyk Ole Olsen/ więc zajął drugie miejsce w telewizyjnym show Let’s Dance z partnerką Aniką Sjoo /ostatnie dwie literki z dwoma kropeczkami/, reklamował popularne w Skandynawii snusy, tabaki do żucia pod górną wargą, brand Swedish Match, wierny sponsor, podobnie błyskały zapalniczki Criket, robione w holenderskim Assen, jest tam duża hala z lodowym torem, w której ścigają się na motorach. Holendrzy nie przepadają za żużlem, lecz za wyścigami motorowymi na trawie, lodzie rangi MŚ. Speedway nie zachwycił w kraju wiatraków, mimo prób i nawet organizacji dwudniowego finału indywidualnych mistrzostw świata na historycznym, olimpijskim stadionie w Amsterdamie/ 1987/. Po raz pierwszy jako Polak sędziował imprezę Roman Cheładze z Torunia, Roman Jankowski zajął wtedy 14. miejsce a wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Nie powtórzono już potem dwudniowego finału, “poszukano” bezsensownej “pralni” w postaci serialu Grand Prix. I tak się wlecze, choć widać dno.
Tony był jednym z dyrektorów firmy, która produkuje miliony sztuk zapalniczek do blisko 150 krajów świata: Cricket jak zapałki! Ścigał się również autami, był mocno popularny swego czasu w rodzinnej Szwecji; zdobył dla “Trzech Koron” mistrzostwa świata na żużlu, który Skandynawowie kochają, traktują barwnie piknikowo, zaś w tamtejszej lidze polscy zawodnicy mają duże poważanie.

TONY RICKARDSSON, choć nie mój idol, zapisał się w historii żużla jako człowiek, który dał ofertę bycia innym w każdym elemencie kariery. Pokazał, że wpierw wynik, potem luksus a nie każdy ma taką filozofię. Rozważam, że gdyby pod koniec kariery nie ten “łomot” na torze, podszepty lekarzy “daj już sobie spokój ze sportem”, byłby w stanie być siedem razy mistrzem świata. Trudny rekord, dziś już raczej niewyobrażalny. Był tak często w Polsce, że poznał świetnie naszą mentalność, rzeczywistość; w Trójmieście ma swoją bazę, którą odwiedza z przyjemnością; lata mijają, spójrzcie w jego mega kronikę zdobyczy na żużlowych torach… Księga imponująca, pierwszy tytuł mistrza świata w 1994/ jeszcze finał jednodniowy Vojens, Dania/, ostatnie złoto w 2005 /serial Grand Prix, finał we włoskim Lonigo, gdzie zdobywa komplet pkt, z 7 wygranymi wyścigami. Perfekcja. Ten sezon był dla niego bogaty, oto cztery triumfy z rzędu, 6 turniejów zwycięskich na 9!

16 września 2006 w Tarnowie koniec, łzy pożegnania; nieżyjący prezes Unii Szczepan Bukowski był tak zadowolony z tego turnieju, jak i beneficjent. Kameralny bankiet na tarnowskiej Starówce był spotkaniem doprawdy serdecznym. Szwedzkie pożegnanie mistrza odbyło się w rodzinnej Aveście, meczem pomiędzy Masarną a Resztą Świata i dodatkowy wyścig o motocykl “Tośka”wygrał Australijczyk Leigh Adams, który po zakończeniu swojej kariery miał wypadek na motocrossie/ jak Tomasz Gollob/ i niestety musi być na wózku. Dramat.

Fakty radosne mieszają się w tym sporcie z bardzo przykrymi. Los reżyseruje nie tylko karierami ale także ich końcami. Extrema jest diabelnym ryzykiem, czasem mało sprawiedliwym. Ot, życie!

Idole, ikony, legendy…

Moim asem od serca na zawsze pozostanie Amerykanin z kalifornijskiego wybrzeża BRUCE PENHALL, finał na Wembley w Londynie w 1981 roku był dla niego zwycięski, powtórzył wyczyn w 1982 w Los Angeles, ten angielski był bodaj najlepszym turniejem w historii żużla i nie jest to tylko moja opinia. Bruce na Coliseum też wygrał, był członkiem wspaniałej złotej reprezentacji USA; dziś ponad 60 – letni, przystojny mężczyzna. W latach kariery nie mógł przejść spokojnie wobec naporu urodziwych dziewczyn, kobiet. Uwielbiano go, był filmowym idolem. Penhall chciał grać w Hollywood, zdradził publicznie plan wcześniej, miał jasny cel i występował w sitcomach, uganiał się po plażach na motocyklu w scenerii oceanu, błękitu nieba i skąpo odzianych girls. Nie przebił się jednak na wyżyny “fabryki snow”, jego kariera nie potoczyła się w kierunku ambitniejszych produkcji. Z Brucem/ma dużą firmę budowlaną/ widziałem się kilka lat temu w Toruniu, dokąd przyjechał na GP ze starszym synem/ młodszy zginął tragicznie/. Maniery pozostały te same, aparycja dojrzała, popularność tylko dla wybranych fanów jego talentu, osobowości, bo charyzma Penhalla, żużlowego aktora jest godna sklonowania. Jego postać przyciągała fanów, podnosiła temperaturę emocji.
CO NAM zostało jeszcze z tamtych lat? Muszę być wierny tytułowi, więc za tydzień na tych łamach: “3 razy po 1”… A może jeszcze jakaś promocyjna refleksja? /cdn/.

 

Photo by Jay Wennington on Unsplash

TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

Wirus i odlot na Wembley

2020 rok, przestępny, mój ojciec zawsze mówił, że taki rok niesie nieszczęścia, przestrzegał: “oby trwał tylko miesiąc”, zapamiętałem frazę jako dziecko, dziś powtarzam swoim bliskim. Historia nie kłamie. Przeklęty wirus, który szaleje na naszej planecie oblepiony jest strachem i tragediami. Profilaktyka była lekceważona, obawy nie zmyją brudu. Trzeba złamać stereotypy i spojrzeć prawdzie w oczy. Żyć należy nie w strachu a w realiach świata, który zakręcił nami globalnie.

Zostawiam decyzje w sporcie żużlowym rozsądkowi decydentów, do sezonu coraz bliżej, cisza nie może być złowroga. Myślę, że bagatelizowanie tego, co się dzieje może być zgubne. Czeka nas przecież otwarcie sezonu z tłumami fanów. Nie ma żartów z diabłem.

****

Odskakuję o tych smutnawych refleksji. Zostawiam na boku bieżące zacierki klubowe, personalne przepychanki, bo życie weryfikuje ten “kocioł” skutecznie. Warto mieć wyobraźnię. A życie jest także umiejętnością przewidywania. Wyobraźnia powinna być.

Przerzucam zatem kartki pamięci, sięgam do tego, co w żużlu było kilkadziesiąt lat temu. Lecę nad Tamizę.

Londyńskie WEMBLEY było stadionem, który budował historię speedway’a, sprowadzonego przez Johnnie Hoskinsa na Wyspy z Antypodów. Historyczny transfer.

W 1936 roku pierwszy finał światowy wygrał Australijczyk Lionel Van Praag, za nim ulokował się Anglik Eric Langton, trzeci był Blue Wilkinson, czwarty Amerykanin Cordy Milne. Te nazwiska będą potem się przewijały w kronice mistrzostw świata. Dziesiąty był Jack Milne, brat Cordy’ego. Anglicy zdominowali listę startową, poza grupą wyspiarzy i Australijczyków, wbił się jako 11. Duńczyk Morian Hansen. Finał rozegrano na początku września, i długo tak się utrzymywało, rodziła tradycja. Finały indywidualne MŚ miały więc daty pierwszych dni wrześniowych. Wembley było dla żużla przyjazne, atmosfera wyjątkowo emocjonalna na trybunach, speedway śmiało wjeżdżał w mentalność nie tylko wyspiarzy. Mityczny stadion dla futbolu, żużla.

Za rok wygrał na Wembley Jack Milne, mocny zawodnik, zaliczył komplet pkt, podium całe dla Yankesów, drugi Wilbur Lamoreaux/ nota bene takie imię ma nastoletni syn Grega Hancocka, który jedzie śladem ojca i trenuje w Kalifornii/, trzeci Cordy Milne. Za podium Anglik Jack Parker, a siódmy złoty medalista z roku 1936. Dwunaste miejsce Duńczyk Hansen, ani śladu poza tym żużlowców zza kanału La Manche. Anglicy w dominacji, podium dla Amerykanów. Rewanż w 1938 roku zakończył się glorią “Błękitnego” Wilkinsona, za nim cienie USA: Jack Milne,/ ur. w Buffalo, zm. w Pasadenie 1995 /poznałem go w 1975 roku na Wembley, gdzie uhonorowano byłych żyjących mistrzów świata, brązowy medal dla Lamoreaux’a. Na liście startowej zabrakło Hansena, rezerwowym natomiast był… Kanadyjczyk Jimmy Gibb.  To było w roku 1938; kanadyjski speedway nie rozwinął jednak skrzydeł, jakoś w ostatnich latach ani z FIM, ani z BSI nikomu nie przyszło do głowy by dokonać resetu, namówić usportowionych Kanadyjczyków/ mają m.inn. tor F – 1 w Montrealu, gdzie wygrał ongiś Robert Kubica/ a igrzyska olimpijskie, letnie, zimowe/ Calgary, Monteral/ były wspaniałymi wydarzeniami dla sportowego świata, rywalizacją niezapomnianą, polskimi medalami z Mazurkami Dąbrowskiego. Hokej na lodzie z Liściem Klonowym w herbie jest zjawiskiem kultowym; gwiazdorska liga/ NHL/ z najwyższymi notowaniami/ grał tam przecież Mariusz Czerkawski, 12 sezonów/, NHL podobnie czczona, jak amerykańska koszykówka NBA, w której występował/ również chyba 12 lat/, niedawno zakończył barwną karierę –  Marcin Gortat! Może, kiedy stacja TV Discovery za dwa sezony przejmie władzę nad światowym żużlem, odżyje symboliczny, “klonowy liść” na torze. Były dawno temu próby Roberta Słabonia/ korzenie Lublin, starty Wrocław/, lecz zabrakło w Kanadzie kreatywnego lobby tego sportu. Szkoda, bogaty kraj.

W EUROPIE, na kontynencie zbierały się coraz bardziej czarne, no… raczej brunatne chmury nazizmu. Wybuchła II Wojna Światowa, finał zaplanowany na 7 września nie odbył się a zakwalifikowali do turnieju m.inn. bracia Milne, Lamoreaux, złoty medalista z 1936 roku, dalej Kanadyjczyk Eric Chitty, Amerykanie w normie, także Anglicy, Australijczycy. Wojna skończyła się i w 1949 roku speedway pojawił na Wembley. Wyspiarze wzięli srogi rewanż za minione lata. Nie popuścili, mniej Australijczyków, tylko jeden “kowboj” Lamoreaux! Triumfował Tommy Price, za nim rodacy Jack Parker i Louis Lawson, czwarty Norman Parker, piąty wspomniany wyżej amerykański jedynak o imieniu Wilbur.

*****

Następne, powojenne finały indywidualnych MŚ miały arenę bez przerwy na Wembley aż do roku 1960. Niesamowite, prawda? Pierwszy finał poza Londynem odbył się dopiero w szwedzkim Malmoe w 1961 roku, gdzie obronił złoty medal z Wembley, z roku poprzedniego super as “Trzech Koron” Ove Fundin. Od jakiegoś czasu pięciokrotny mistrz świata gości z ciekawymi materiałami na stronach FB, trzyma się krzepko, jeździł multum razy w Polsce, był zawodnikiem prawie perfekcyjnym. “Pobił” go wpierw w ilości tytułów mistrzowskich nowozelandzki as Ivan Mauger/ 6 razy złoto/, a potem wyrachowany technicznie rodak Tony Rickardsson/ 6/.

WEMBLEY i LONDYN, 1949 – 1960. Pierwszy Polak pojawił się na tym nieregularnym torze, stadionie z wulkaniczną wprost ekspresją kibiców, głownie angielskich, w 1959 roku bydgoszczanin Mieczysław POŁUKARD. Wielki mag. Startował także na lodzie, zginął na macierzystym torze w wypadku, kiedy prowadził trening i poturbowany został na murawie przez motocykl. Głupi przypadek. Był pierwszym polskim żużlowcem na Wembley, zdobył 5 pkt, zajął 12 miejsce, wygrał z kompletem punktów, rewelacyjny Nowozelandczyk Ronnie Moore, przed Fundinem, Barry Briggsem/ NZL/ i Szwedem Olle Nygrenem. Ósmy był rudowłosy Anglik Peter Craven, gwiazda z Manchesteru, który zginął na torze. Za Połukardem uplasował się Niemiec Josef Hofmeister, z bawarskiego Abensbergu, tam jego dom i zdobycze, ikona, sygnatariusz solidnego, niemieckiego żużla. Rezerwowym, który jednak nie wystartował na Wembley był Florian Kapała, świetny polski zawodnik, późniejszy trener. Florek sympatyczny, podobnie jak Mieczysław –  tworzyli zręby polskiego żużla, który z czasem ozdobiły medale IMŚ i DMŚ. Wembley nie oddawało tronu stadionowego, po Malmoe było nadal miejscem, gdzie trudno wygrać i od 1962 z przerwami ten obiekt stał się nobilitującą areną o której marzyli wszyscy by wystąpić, zderzyć się z silną energią kompletu kibiców, którzy dają show na trybunach rzadkiej urody, choć miejsca na podium zwykle “rezerwowano” dla extra aniołów światowego żużla.

Drogie w sercu Panie!!! Życzę z okazji pięknego DNIA KOBIET – SATYSFAKCJI Z KAŻDEJ CHWILI ŻYCIA, KWIATÓW bez ograniczeń W RADOŚCI I SŁOŃCU!

Jak to się stało, że tak to było

Chris_Louis

Będzie zmiana. Czas pokaże czy dobra, czy zmieni oblicze tego sportu w wymiarze globalnym. Zerkam wstecz, jak to było zanim znów dochodzi do przemiany. Rok 1995. W zaułkach stadionowych od jakiegoś czasu szeptano, że system rozgrywania mistrzostw świata, indywidualnych ulegnie zmianie i projekt przyniesie innowacyjny projekt. Wrocław. Mamy pierwszy turniej serialu Grand Prix. Media podekscytowane, towarzystwo międzynarodowe tajemniczo uśmiechnięte, polska strona niczym szara strefa. Do tej pory finał jednodniowy kończył eliminacje w kilku miejscach i ostateczny mistrz świata był postacią albo niespodziewany albo oczekiwany. Faworyci nie zawsze wygrywają a sport jest tego dobitnym przykładem, kochamy idoli, lubimy sprawiedliwość a ona często ucieka. Poddajemy się, nie ścigamy, godzimy z losem.

Odlatuję wspomnieniowo w tamte lata. Na progu nowego roku 2020. Historia żużla jest kartoteką bogatą w wydarzenia, można wyciągnąć kartki niezwyczajne, interesujące, intrygujące. Oj, działo się, pot i łzy, kontrowersje błąkają się w głowach do dziś.

Oto polsko – niemieckie dwa finały indywidualne, światowe, odkurzam z przyjemnością, choć mam ambiwalentne odczucia. Byłem czynnym świadkiem, targało moją duszą.

W 1973 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie, co się działo, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel? A czy wierzono, że gospodarze finału IMŚ w niemieckim Norden tak skopią tor, że ułatwią jazdy swojemu idolowi Egonowi Muellerowi? Los okazał się w tych dwóch przypadkach sojusznikiem Jerzego i Egona.

#  Obiekt na północy Niemiec, wybudowany w szczerym polu za małym miasteczkiem był mało oryginalnym “pudełkiem”. Jakby specjalnie przyszykowany na wielkie zwycięstwo Niemców. Fachowcy grzebali w torze szpikulcami, protestowano, jednak gospodarze oraz oficjele Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ “puścili” zawody. Nie wyobrażano sobie a mam na myśli niemiecką stronę, żeby wygrał ktoś inny a nie showman Mueller. Ten zawodnik ambitny do bólu piął się po szczeblach żużlowej drabiny uparcie, inwestował w sprzęt, mechaników, dbał o wizerunek, ścigał się na klasycznym torze i długim, na dłuższym dystansie był kilka razy mistrzem świata, no ale wiadomo, że klasyk nobilituje najbardziej. W Norden wiało ze ściernisk po żniwach i resztki kłosów wbijały się we włosy. Miasteczko schludne. Zenon Plech wygrał finał kontynentalny w Rybniku/ 1983/ ale w Norden był ostatni, klapa a szykował się sprzętowo u znajomego, byłego żużlowca rodem z Rybnika w Hamburgu. Gość miał związek z gdańskim Wybrzeżem, gdzie startował Plech. Turniej w Norden można nazwać skandalem organizacyjnym, lecz kto pamięta w jakich okolicznościach ekscentryczny  Egon Mueller został mistrzem na torze zrytym tak głęboko.

W żużlu mamy tory gładkie, twarde jak stół, gdzie decyduje start albo właśnie takie jakby wykopywano maszynowo na nim kartofle. Są i normalne przecież też. No cóż, było, minęło, fertig, szlus. Premiera stadionu na fryzyjskiej ziemi w Norden zakończyła się tak, jak zaplanowali sobie Niemcy. Zgarnęli złoty medal na przekór wszystkim. Egon poszalał, reszta była świadkiem kreacji nowego mistrza w anormalnych warunkach.

#  W Chorzowie 10 lat wcześniej/ 1973/ było szumne otwarcie stadionu dla żużla największego na świecie, bez dachu. Zagraniczni obserwatorzy mlaskali z podziwem, bo dotychczasowa świątynia tego sportu londyńskie Wembley dostała konkurenta. Wembley nobliwe, ładne w projekcie, z dachem, nieregularne kontury toru. Zaplecze z królewską lożą, czerwony dywan. Exclusive. Po II Wojnie Światowej tam właśnie rozgrywano wszystkie najważniejsze bitwy żużlowe o medale. I oto mamy  Śląsk, Chorzów, baza hotelowa Katowice. Ambitni działacze Polskiego Związku Motorowego z lokalnym prezesem tego związku Aleksandrem Szajerem przy pełnej akceptacji władzy zbudowali tor. Futbol na tym stadionie święcił kultowe, słynne zwycięstwa reprezentacji Polski i klubowe/ Górnik Zabrze/. Tam górnicy wygrali ze słynną Romą i śpiewali “ tako Roma, momy doma”. Otwarcie Stadionu Śląskiego dla żużla było przebojem sezonu. Gospodarze obiektu z Tadeuszem Ślusarkiem w roli głównej okazali się bezbłędni. Prezes Zarządu Głównego PZM zacny dyplomata Roman Pijanowski nie krył zadowolenia. Misa stadionu wypełniła się po brzegi, 100 tysięcy ludzi, pogoda dopisała, no i nieoczekiwanie wygrał opolski fighter Jerzy Szczakiel, który idealnie spasował się mentalnie z sędzią bawarskim Georgiem Transpurgerem. Arbiter z Pocking, miasta bardzo zasłużonego dla żużla światowego leżącego w południowo –  zachodniej części Niemiec został po tym finale IMŚ zawieszony przez władze FIM za puszczanie lotnych startów. Co nim powodowało? Śląska gościnność? Było towarzysko obficie. Georg, którego poznałem później w Pocking, chciał się zrehabilitować, na swojego Abrachama, czyli 50 urodziny zaprosił sporo żużlowych prominentów, jednak nie doczekał się rewanżu za Chorzów, w efekcie poprowadził tylko półfinał IMŚ na lodzie we Włoszech. Słabo. Rzutki działacz, sympatyczny gość, zaangażowany w organizację znanych wielkanocnych czwórmeczów w Pocking z udziałem najlepszych drużyn świata. Startowali najczęściej wtedy Anglicy, Szwedzi, Duńczycy, Amerykanie, no i jako gospodarze Niemcy. Polacy bardzo rzadko. Turniej na progu sezonu w extra wydaniu.

Przypomnę, że w 1993 roku tam właśnie brawurowo wygrał mistrzostwo świata Yankes Sam Ermolenko, przed Hansem Nielsenem i Chrisem Louisem a w debiucie Tomasz Gollob był siódmy/ 8 pkt/, tylko 4 pkt zdobył Szwed Tony Rickardsson, ostatni z 2 pkt Amerykanin Greg Hancock. Turniej wywołał duże zainteresowanie startem Golloba.

# A co potem w historii się porobiło, warto pomyśleć. I mocno zastanowić nad stanem żużlowego modelu funkcjonowania, poza Polską, która jest wyjątkowym zjawiskiem.

Wprowadzona zmiana w 1995 roku i odrzucenie finału indywidualnego MŚ nie uratowało intencji pomysłodawców nowej ery. Speedway popadał w organizacyjny regres i nie zgadzam się z klakierami tego projektu, że tak nie jest. Błądzą w swojej naiwności i braku wyobraźni. Niech wrócą klasyczne drużynowe MŚ, pary MŚ.

Od roku 2022  do 2031 amerykańska firma, która znana jest z anteny TV na całym świecie Discovery oraz stacja Eurosport Events/ 8 000 godzin w roku, 220 kraje, 50 języków/ przejmują drogie lejce światowego żużla z inwencji Francois Ribeiro. Dlaczego tak się stało, że FIM budzi się ze śpiączki? Bo wreszcie zrozumiano, że serwis nie ten i dania ciągle te same. Przejadło się i odbija. Polski grunt i dziki pęd do organizacji turniejów Grand Prix pochłonął innych. Nie ma “bel esprit”, jak mówią wysmakowani Francuzi. Nie iskrzy, nie wciąga serial w obrót nowych fanów. To nie sezony serialu Soprano. Z szumnych zapowiedzi BSI w 1995 roku tli się swąd. Będzie ogień?

Jestem umiarkowanym optymistą i bardzo bym chciał tego dożyć, erupcji żużla głośnej, bezpiecznej dla oka, takich wyścigów w rozmaitych zakątkach świata, które będą fantastycznym przeżyciem dla każdego, jak kiedyś emanowało legendarne londyńskie Wembley, Stadion Śląski, Ullevi w Goeteborgu. Wspomniałem przy okazji incydentalnie, co było dawniej na arenach światowych, bo chyba warto skruszyć pamięć i wrócić na chwilę do imprez, które składają się na historyczne wydarzenia speedway’a z mottem : “przeżyjmy to jeszcze raz”. Czeka nas za dwa lata nowy produkt, który już kotłuje twórcze umysły, będą z biegiem czasu narastały oczekiwania, proponuję lepiej mniej się spodziewać a więcej odebrać. Korekta poszczególnych edycji mistrzostw świata jest konieczna, nowe lokalizacje, scenariusze turniejów, nowi kibice, bo: “ The show must go on, yeah”. Azja, Antypody, obie Ameryki, Europa, speedway podrożeje za cenę atrakcji dla wszystkich.  Nikt nie ma patentu na gwarantowany sukces.