2 razy po 6 i 3 razy po 1 cz. 2

Na czym skończyłem ostatni felieton? Ano śmierci Ivana Maugera/ ur. 1939/, który zmagał się z udarem, otoczony troskliwą opieką rodziny, zmarł w domu na australijskim wybrzeżu Gold Coast 16. 04. 2018 roku. Postać wybitna, profesjonalista 100%, esteta, techniczny czempion/ jeździł na Jawie/ z nienagannym, głównie fabrycznym sprzętem. Prekursor w tym sporcie, na rynku reklamowym, to na jego plastronie pojawiła się znana, francuska marka alkoholi Ricard. Ostatni raz widzieliśmy się w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”, kilkanaście lat temu. Miejsce sielanka, staw przed oknami a na nim dzikie kaczki. Cisza głucha. Był w świetnej formie, już nie ten Ivan, bez startowego stresu. Nowozelandzki as zdobył 6 indywidualnych tytułów mistrza świata, mniej/5/ Szwed Ove Fundin. Czy ktoś “zrobił” więcej? Nie. “Tylko” zrównał się z nim Szwed TONY RICKARDSSON. Zawodnik innego stylu, z mądrego zaciągu coacha Bo Wirebranda, który odbudował szwedzką reprezentację po regresie spowodowanym stratą młodego Tomy Janssona/ zginął na torze Getingarny w Sztokholmie/. Tony, jako pierwszy żużlowiec zaprezentował nowy styl bycia, zamówił samochód – dom, w którym można mieszkać i pracować, były tam ponadto motocykle i warsztat. Niezależny na parkingach stadionowych, wzorem stajni wyścigowych F – 1, miał luzackie miejsce. Próbowano go naśladować, lecz nikt nie zainwestował w taki pojazd, były mniejsze, Rickardsson miał zrobione wg. modelu najszybszych ścigantów samochodowych. Z biegiem lat przyzwyczajono się do standartu Szweda, wcześniej oglądano jak/ w tym polski akcent mechanik, menedżer doświadczony Tomasz Suskiewicz/ wędruje z zawodów na zawody ogromnym vanem – domem. Pozornie swobodnie, bo ambicje sportowo – życiowe miał konkretne: zdobyć więcej złotych singli MŚ od Maugera. Nie chciało mi się za bardzo wpierw wierzyć, Tony nie był moim idolem. Tak jakoś, doceniałem talent, nowatorstwo, chwaliłem za profesjonalizm do ostatniej śrubki w motorach, butów i prezencji na galach. Był ambasadorem nowej jakości w żużlowej przestrzeni, zarabiał i mądrze inwestował. Chciał pobić rekord Maugera, lecz nie udało się, “tylko” wyrównał. Miał pomysły jak wygrywać, śmigał jak jaskółka, choćby przypomnieć szaleńczą szarżę w Cardiff w jednej z GP po bandzie. Kaskaderka. Pewny motocykli a jazdy były żywiołem opanowanym.

Przypatrywałem mu się wielokrotnie, także ten ostatni raz/ zaproszeni goście startowali gratis/ w pożegnalnym show/ Gollob nie przyjechał!/ w Tarnowie, gdzie jeździł w Unii a mówiono tam niego pieszczotliwie “Tosiek”, w lokalnym slangu. “Tosiek” obleciał kilka polskich klubów, rywalizował ostro z Tomaszem Gollobem, obaj potrafili ścigać się brawurowo po bandzie. Zaczynał polską karierę klubową Rickardsson w Bydgoszczy, potem walczył w klubach Ostrowa Wlkp., Zielonej Góry, Gorzowa, Gdańska, Torunia, Tarnowa. Medali mistrzostw świata ma worek, trzy córki, jednego syna z dwóch małżeństw, pierwszą wybranką była Anna, poznaliśmy się gdzieś na zawodach, drugą miłością Christine.

Rickardsson był błyskawicą, ale też miał wypadki, jeden groźny z urazem głowy i ten fakt zadecydował, że w 2006 roku postanowił zjechać z toru, bo nie chciał ryzykować życiem, kalectwem, za dużo miał do stracenia. Jeździł świetnie i tam samo tańczył /podobnie jak słynny Duńczyk Ole Olsen/ więc zajął drugie miejsce w telewizyjnym show Let’s Dance z partnerką Aniką Sjoo /ostatnie dwie literki z dwoma kropeczkami/, reklamował popularne w Skandynawii snusy, tabaki do żucia pod górną wargą, brand Swedish Match, wierny sponsor, podobnie błyskały zapalniczki Criket, robione w holenderskim Assen, jest tam duża hala z lodowym torem, w której ścigają się na motorach. Holendrzy nie przepadają za żużlem, lecz za wyścigami motorowymi na trawie, lodzie rangi MŚ. Speedway nie zachwycił w kraju wiatraków, mimo prób i nawet organizacji dwudniowego finału indywidualnych mistrzostw świata na historycznym, olimpijskim stadionie w Amsterdamie/ 1987/. Po raz pierwszy jako Polak sędziował imprezę Roman Cheładze z Torunia, Roman Jankowski zajął wtedy 14. miejsce a wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Nie powtórzono już potem dwudniowego finału, “poszukano” bezsensownej “pralni” w postaci serialu Grand Prix. I tak się wlecze, choć widać dno.
Tony był jednym z dyrektorów firmy, która produkuje miliony sztuk zapalniczek do blisko 150 krajów świata: Cricket jak zapałki! Ścigał się również autami, był mocno popularny swego czasu w rodzinnej Szwecji; zdobył dla “Trzech Koron” mistrzostwa świata na żużlu, który Skandynawowie kochają, traktują barwnie piknikowo, zaś w tamtejszej lidze polscy zawodnicy mają duże poważanie.

TONY RICKARDSSON, choć nie mój idol, zapisał się w historii żużla jako człowiek, który dał ofertę bycia innym w każdym elemencie kariery. Pokazał, że wpierw wynik, potem luksus a nie każdy ma taką filozofię. Rozważam, że gdyby pod koniec kariery nie ten “łomot” na torze, podszepty lekarzy “daj już sobie spokój ze sportem”, byłby w stanie być siedem razy mistrzem świata. Trudny rekord, dziś już raczej niewyobrażalny. Był tak często w Polsce, że poznał świetnie naszą mentalność, rzeczywistość; w Trójmieście ma swoją bazę, którą odwiedza z przyjemnością; lata mijają, spójrzcie w jego mega kronikę zdobyczy na żużlowych torach… Księga imponująca, pierwszy tytuł mistrza świata w 1994/ jeszcze finał jednodniowy Vojens, Dania/, ostatnie złoto w 2005 /serial Grand Prix, finał we włoskim Lonigo, gdzie zdobywa komplet pkt, z 7 wygranymi wyścigami. Perfekcja. Ten sezon był dla niego bogaty, oto cztery triumfy z rzędu, 6 turniejów zwycięskich na 9!

16 września 2006 w Tarnowie koniec, łzy pożegnania; nieżyjący prezes Unii Szczepan Bukowski był tak zadowolony z tego turnieju, jak i beneficjent. Kameralny bankiet na tarnowskiej Starówce był spotkaniem doprawdy serdecznym. Szwedzkie pożegnanie mistrza odbyło się w rodzinnej Aveście, meczem pomiędzy Masarną a Resztą Świata i dodatkowy wyścig o motocykl “Tośka”wygrał Australijczyk Leigh Adams, który po zakończeniu swojej kariery miał wypadek na motocrossie/ jak Tomasz Gollob/ i niestety musi być na wózku. Dramat.

Fakty radosne mieszają się w tym sporcie z bardzo przykrymi. Los reżyseruje nie tylko karierami ale także ich końcami. Extrema jest diabelnym ryzykiem, czasem mało sprawiedliwym. Ot, życie!

Idole, ikony, legendy…

Moim asem od serca na zawsze pozostanie Amerykanin z kalifornijskiego wybrzeża BRUCE PENHALL, finał na Wembley w Londynie w 1981 roku był dla niego zwycięski, powtórzył wyczyn w 1982 w Los Angeles, ten angielski był bodaj najlepszym turniejem w historii żużla i nie jest to tylko moja opinia. Bruce na Coliseum też wygrał, był członkiem wspaniałej złotej reprezentacji USA; dziś ponad 60 – letni, przystojny mężczyzna. W latach kariery nie mógł przejść spokojnie wobec naporu urodziwych dziewczyn, kobiet. Uwielbiano go, był filmowym idolem. Penhall chciał grać w Hollywood, zdradził publicznie plan wcześniej, miał jasny cel i występował w sitcomach, uganiał się po plażach na motocyklu w scenerii oceanu, błękitu nieba i skąpo odzianych girls. Nie przebił się jednak na wyżyny “fabryki snow”, jego kariera nie potoczyła się w kierunku ambitniejszych produkcji. Z Brucem/ma dużą firmę budowlaną/ widziałem się kilka lat temu w Toruniu, dokąd przyjechał na GP ze starszym synem/ młodszy zginął tragicznie/. Maniery pozostały te same, aparycja dojrzała, popularność tylko dla wybranych fanów jego talentu, osobowości, bo charyzma Penhalla, żużlowego aktora jest godna sklonowania. Jego postać przyciągała fanów, podnosiła temperaturę emocji.
CO NAM zostało jeszcze z tamtych lat? Muszę być wierny tytułowi, więc za tydzień na tych łamach: “3 razy po 1”… A może jeszcze jakaś promocyjna refleksja? /cdn/.

 

Photo by Jay Wennington on Unsplash

TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

Wirus i odlot na Wembley

2020 rok, przestępny, mój ojciec zawsze mówił, że taki rok niesie nieszczęścia, przestrzegał: “oby trwał tylko miesiąc”, zapamiętałem frazę jako dziecko, dziś powtarzam swoim bliskim. Historia nie kłamie. Przeklęty wirus, który szaleje na naszej planecie oblepiony jest strachem i tragediami. Profilaktyka była lekceważona, obawy nie zmyją brudu. Trzeba złamać stereotypy i spojrzeć prawdzie w oczy. Żyć należy nie w strachu a w realiach świata, który zakręcił nami globalnie.

Zostawiam decyzje w sporcie żużlowym rozsądkowi decydentów, do sezonu coraz bliżej, cisza nie może być złowroga. Myślę, że bagatelizowanie tego, co się dzieje może być zgubne. Czeka nas przecież otwarcie sezonu z tłumami fanów. Nie ma żartów z diabłem.

****

Odskakuję o tych smutnawych refleksji. Zostawiam na boku bieżące zacierki klubowe, personalne przepychanki, bo życie weryfikuje ten “kocioł” skutecznie. Warto mieć wyobraźnię. A życie jest także umiejętnością przewidywania. Wyobraźnia powinna być.

Przerzucam zatem kartki pamięci, sięgam do tego, co w żużlu było kilkadziesiąt lat temu. Lecę nad Tamizę.

Londyńskie WEMBLEY było stadionem, który budował historię speedway’a, sprowadzonego przez Johnnie Hoskinsa na Wyspy z Antypodów. Historyczny transfer.

W 1936 roku pierwszy finał światowy wygrał Australijczyk Lionel Van Praag, za nim ulokował się Anglik Eric Langton, trzeci był Blue Wilkinson, czwarty Amerykanin Cordy Milne. Te nazwiska będą potem się przewijały w kronice mistrzostw świata. Dziesiąty był Jack Milne, brat Cordy’ego. Anglicy zdominowali listę startową, poza grupą wyspiarzy i Australijczyków, wbił się jako 11. Duńczyk Morian Hansen. Finał rozegrano na początku września, i długo tak się utrzymywało, rodziła tradycja. Finały indywidualne MŚ miały więc daty pierwszych dni wrześniowych. Wembley było dla żużla przyjazne, atmosfera wyjątkowo emocjonalna na trybunach, speedway śmiało wjeżdżał w mentalność nie tylko wyspiarzy. Mityczny stadion dla futbolu, żużla.

Za rok wygrał na Wembley Jack Milne, mocny zawodnik, zaliczył komplet pkt, podium całe dla Yankesów, drugi Wilbur Lamoreaux/ nota bene takie imię ma nastoletni syn Grega Hancocka, który jedzie śladem ojca i trenuje w Kalifornii/, trzeci Cordy Milne. Za podium Anglik Jack Parker, a siódmy złoty medalista z roku 1936. Dwunaste miejsce Duńczyk Hansen, ani śladu poza tym żużlowców zza kanału La Manche. Anglicy w dominacji, podium dla Amerykanów. Rewanż w 1938 roku zakończył się glorią “Błękitnego” Wilkinsona, za nim cienie USA: Jack Milne,/ ur. w Buffalo, zm. w Pasadenie 1995 /poznałem go w 1975 roku na Wembley, gdzie uhonorowano byłych żyjących mistrzów świata, brązowy medal dla Lamoreaux’a. Na liście startowej zabrakło Hansena, rezerwowym natomiast był… Kanadyjczyk Jimmy Gibb.  To było w roku 1938; kanadyjski speedway nie rozwinął jednak skrzydeł, jakoś w ostatnich latach ani z FIM, ani z BSI nikomu nie przyszło do głowy by dokonać resetu, namówić usportowionych Kanadyjczyków/ mają m.inn. tor F – 1 w Montrealu, gdzie wygrał ongiś Robert Kubica/ a igrzyska olimpijskie, letnie, zimowe/ Calgary, Monteral/ były wspaniałymi wydarzeniami dla sportowego świata, rywalizacją niezapomnianą, polskimi medalami z Mazurkami Dąbrowskiego. Hokej na lodzie z Liściem Klonowym w herbie jest zjawiskiem kultowym; gwiazdorska liga/ NHL/ z najwyższymi notowaniami/ grał tam przecież Mariusz Czerkawski, 12 sezonów/, NHL podobnie czczona, jak amerykańska koszykówka NBA, w której występował/ również chyba 12 lat/, niedawno zakończył barwną karierę –  Marcin Gortat! Może, kiedy stacja TV Discovery za dwa sezony przejmie władzę nad światowym żużlem, odżyje symboliczny, “klonowy liść” na torze. Były dawno temu próby Roberta Słabonia/ korzenie Lublin, starty Wrocław/, lecz zabrakło w Kanadzie kreatywnego lobby tego sportu. Szkoda, bogaty kraj.

W EUROPIE, na kontynencie zbierały się coraz bardziej czarne, no… raczej brunatne chmury nazizmu. Wybuchła II Wojna Światowa, finał zaplanowany na 7 września nie odbył się a zakwalifikowali do turnieju m.inn. bracia Milne, Lamoreaux, złoty medalista z 1936 roku, dalej Kanadyjczyk Eric Chitty, Amerykanie w normie, także Anglicy, Australijczycy. Wojna skończyła się i w 1949 roku speedway pojawił na Wembley. Wyspiarze wzięli srogi rewanż za minione lata. Nie popuścili, mniej Australijczyków, tylko jeden “kowboj” Lamoreaux! Triumfował Tommy Price, za nim rodacy Jack Parker i Louis Lawson, czwarty Norman Parker, piąty wspomniany wyżej amerykański jedynak o imieniu Wilbur.

*****

Następne, powojenne finały indywidualnych MŚ miały arenę bez przerwy na Wembley aż do roku 1960. Niesamowite, prawda? Pierwszy finał poza Londynem odbył się dopiero w szwedzkim Malmoe w 1961 roku, gdzie obronił złoty medal z Wembley, z roku poprzedniego super as “Trzech Koron” Ove Fundin. Od jakiegoś czasu pięciokrotny mistrz świata gości z ciekawymi materiałami na stronach FB, trzyma się krzepko, jeździł multum razy w Polsce, był zawodnikiem prawie perfekcyjnym. “Pobił” go wpierw w ilości tytułów mistrzowskich nowozelandzki as Ivan Mauger/ 6 razy złoto/, a potem wyrachowany technicznie rodak Tony Rickardsson/ 6/.

WEMBLEY i LONDYN, 1949 – 1960. Pierwszy Polak pojawił się na tym nieregularnym torze, stadionie z wulkaniczną wprost ekspresją kibiców, głownie angielskich, w 1959 roku bydgoszczanin Mieczysław POŁUKARD. Wielki mag. Startował także na lodzie, zginął na macierzystym torze w wypadku, kiedy prowadził trening i poturbowany został na murawie przez motocykl. Głupi przypadek. Był pierwszym polskim żużlowcem na Wembley, zdobył 5 pkt, zajął 12 miejsce, wygrał z kompletem punktów, rewelacyjny Nowozelandczyk Ronnie Moore, przed Fundinem, Barry Briggsem/ NZL/ i Szwedem Olle Nygrenem. Ósmy był rudowłosy Anglik Peter Craven, gwiazda z Manchesteru, który zginął na torze. Za Połukardem uplasował się Niemiec Josef Hofmeister, z bawarskiego Abensbergu, tam jego dom i zdobycze, ikona, sygnatariusz solidnego, niemieckiego żużla. Rezerwowym, który jednak nie wystartował na Wembley był Florian Kapała, świetny polski zawodnik, późniejszy trener. Florek sympatyczny, podobnie jak Mieczysław –  tworzyli zręby polskiego żużla, który z czasem ozdobiły medale IMŚ i DMŚ. Wembley nie oddawało tronu stadionowego, po Malmoe było nadal miejscem, gdzie trudno wygrać i od 1962 z przerwami ten obiekt stał się nobilitującą areną o której marzyli wszyscy by wystąpić, zderzyć się z silną energią kompletu kibiców, którzy dają show na trybunach rzadkiej urody, choć miejsca na podium zwykle “rezerwowano” dla extra aniołów światowego żużla.

Drogie w sercu Panie!!! Życzę z okazji pięknego DNIA KOBIET – SATYSFAKCJI Z KAŻDEJ CHWILI ŻYCIA, KWIATÓW bez ograniczeń W RADOŚCI I SŁOŃCU!

Jak to się stało, że tak to było

Chris_Louis

Będzie zmiana. Czas pokaże czy dobra, czy zmieni oblicze tego sportu w wymiarze globalnym. Zerkam wstecz, jak to było zanim znów dochodzi do przemiany. Rok 1995. W zaułkach stadionowych od jakiegoś czasu szeptano, że system rozgrywania mistrzostw świata, indywidualnych ulegnie zmianie i projekt przyniesie innowacyjny projekt. Wrocław. Mamy pierwszy turniej serialu Grand Prix. Media podekscytowane, towarzystwo międzynarodowe tajemniczo uśmiechnięte, polska strona niczym szara strefa. Do tej pory finał jednodniowy kończył eliminacje w kilku miejscach i ostateczny mistrz świata był postacią albo niespodziewany albo oczekiwany. Faworyci nie zawsze wygrywają a sport jest tego dobitnym przykładem, kochamy idoli, lubimy sprawiedliwość a ona często ucieka. Poddajemy się, nie ścigamy, godzimy z losem.

Odlatuję wspomnieniowo w tamte lata. Na progu nowego roku 2020. Historia żużla jest kartoteką bogatą w wydarzenia, można wyciągnąć kartki niezwyczajne, interesujące, intrygujące. Oj, działo się, pot i łzy, kontrowersje błąkają się w głowach do dziś.

Oto polsko – niemieckie dwa finały indywidualne, światowe, odkurzam z przyjemnością, choć mam ambiwalentne odczucia. Byłem czynnym świadkiem, targało moją duszą.

W 1973 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie, co się działo, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel? A czy wierzono, że gospodarze finału IMŚ w niemieckim Norden tak skopią tor, że ułatwią jazdy swojemu idolowi Egonowi Muellerowi? Los okazał się w tych dwóch przypadkach sojusznikiem Jerzego i Egona.

#  Obiekt na północy Niemiec, wybudowany w szczerym polu za małym miasteczkiem był mało oryginalnym “pudełkiem”. Jakby specjalnie przyszykowany na wielkie zwycięstwo Niemców. Fachowcy grzebali w torze szpikulcami, protestowano, jednak gospodarze oraz oficjele Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ “puścili” zawody. Nie wyobrażano sobie a mam na myśli niemiecką stronę, żeby wygrał ktoś inny a nie showman Mueller. Ten zawodnik ambitny do bólu piął się po szczeblach żużlowej drabiny uparcie, inwestował w sprzęt, mechaników, dbał o wizerunek, ścigał się na klasycznym torze i długim, na dłuższym dystansie był kilka razy mistrzem świata, no ale wiadomo, że klasyk nobilituje najbardziej. W Norden wiało ze ściernisk po żniwach i resztki kłosów wbijały się we włosy. Miasteczko schludne. Zenon Plech wygrał finał kontynentalny w Rybniku/ 1983/ ale w Norden był ostatni, klapa a szykował się sprzętowo u znajomego, byłego żużlowca rodem z Rybnika w Hamburgu. Gość miał związek z gdańskim Wybrzeżem, gdzie startował Plech. Turniej w Norden można nazwać skandalem organizacyjnym, lecz kto pamięta w jakich okolicznościach ekscentryczny  Egon Mueller został mistrzem na torze zrytym tak głęboko.

W żużlu mamy tory gładkie, twarde jak stół, gdzie decyduje start albo właśnie takie jakby wykopywano maszynowo na nim kartofle. Są i normalne przecież też. No cóż, było, minęło, fertig, szlus. Premiera stadionu na fryzyjskiej ziemi w Norden zakończyła się tak, jak zaplanowali sobie Niemcy. Zgarnęli złoty medal na przekór wszystkim. Egon poszalał, reszta była świadkiem kreacji nowego mistrza w anormalnych warunkach.

#  W Chorzowie 10 lat wcześniej/ 1973/ było szumne otwarcie stadionu dla żużla największego na świecie, bez dachu. Zagraniczni obserwatorzy mlaskali z podziwem, bo dotychczasowa świątynia tego sportu londyńskie Wembley dostała konkurenta. Wembley nobliwe, ładne w projekcie, z dachem, nieregularne kontury toru. Zaplecze z królewską lożą, czerwony dywan. Exclusive. Po II Wojnie Światowej tam właśnie rozgrywano wszystkie najważniejsze bitwy żużlowe o medale. I oto mamy  Śląsk, Chorzów, baza hotelowa Katowice. Ambitni działacze Polskiego Związku Motorowego z lokalnym prezesem tego związku Aleksandrem Szajerem przy pełnej akceptacji władzy zbudowali tor. Futbol na tym stadionie święcił kultowe, słynne zwycięstwa reprezentacji Polski i klubowe/ Górnik Zabrze/. Tam górnicy wygrali ze słynną Romą i śpiewali “ tako Roma, momy doma”. Otwarcie Stadionu Śląskiego dla żużla było przebojem sezonu. Gospodarze obiektu z Tadeuszem Ślusarkiem w roli głównej okazali się bezbłędni. Prezes Zarządu Głównego PZM zacny dyplomata Roman Pijanowski nie krył zadowolenia. Misa stadionu wypełniła się po brzegi, 100 tysięcy ludzi, pogoda dopisała, no i nieoczekiwanie wygrał opolski fighter Jerzy Szczakiel, który idealnie spasował się mentalnie z sędzią bawarskim Georgiem Transpurgerem. Arbiter z Pocking, miasta bardzo zasłużonego dla żużla światowego leżącego w południowo –  zachodniej części Niemiec został po tym finale IMŚ zawieszony przez władze FIM za puszczanie lotnych startów. Co nim powodowało? Śląska gościnność? Było towarzysko obficie. Georg, którego poznałem później w Pocking, chciał się zrehabilitować, na swojego Abrachama, czyli 50 urodziny zaprosił sporo żużlowych prominentów, jednak nie doczekał się rewanżu za Chorzów, w efekcie poprowadził tylko półfinał IMŚ na lodzie we Włoszech. Słabo. Rzutki działacz, sympatyczny gość, zaangażowany w organizację znanych wielkanocnych czwórmeczów w Pocking z udziałem najlepszych drużyn świata. Startowali najczęściej wtedy Anglicy, Szwedzi, Duńczycy, Amerykanie, no i jako gospodarze Niemcy. Polacy bardzo rzadko. Turniej na progu sezonu w extra wydaniu.

Przypomnę, że w 1993 roku tam właśnie brawurowo wygrał mistrzostwo świata Yankes Sam Ermolenko, przed Hansem Nielsenem i Chrisem Louisem a w debiucie Tomasz Gollob był siódmy/ 8 pkt/, tylko 4 pkt zdobył Szwed Tony Rickardsson, ostatni z 2 pkt Amerykanin Greg Hancock. Turniej wywołał duże zainteresowanie startem Golloba.

# A co potem w historii się porobiło, warto pomyśleć. I mocno zastanowić nad stanem żużlowego modelu funkcjonowania, poza Polską, która jest wyjątkowym zjawiskiem.

Wprowadzona zmiana w 1995 roku i odrzucenie finału indywidualnego MŚ nie uratowało intencji pomysłodawców nowej ery. Speedway popadał w organizacyjny regres i nie zgadzam się z klakierami tego projektu, że tak nie jest. Błądzą w swojej naiwności i braku wyobraźni. Niech wrócą klasyczne drużynowe MŚ, pary MŚ.

Od roku 2022  do 2031 amerykańska firma, która znana jest z anteny TV na całym świecie Discovery oraz stacja Eurosport Events/ 8 000 godzin w roku, 220 kraje, 50 języków/ przejmują drogie lejce światowego żużla z inwencji Francois Ribeiro. Dlaczego tak się stało, że FIM budzi się ze śpiączki? Bo wreszcie zrozumiano, że serwis nie ten i dania ciągle te same. Przejadło się i odbija. Polski grunt i dziki pęd do organizacji turniejów Grand Prix pochłonął innych. Nie ma “bel esprit”, jak mówią wysmakowani Francuzi. Nie iskrzy, nie wciąga serial w obrót nowych fanów. To nie sezony serialu Soprano. Z szumnych zapowiedzi BSI w 1995 roku tli się swąd. Będzie ogień?

Jestem umiarkowanym optymistą i bardzo bym chciał tego dożyć, erupcji żużla głośnej, bezpiecznej dla oka, takich wyścigów w rozmaitych zakątkach świata, które będą fantastycznym przeżyciem dla każdego, jak kiedyś emanowało legendarne londyńskie Wembley, Stadion Śląski, Ullevi w Goeteborgu. Wspomniałem przy okazji incydentalnie, co było dawniej na arenach światowych, bo chyba warto skruszyć pamięć i wrócić na chwilę do imprez, które składają się na historyczne wydarzenia speedway’a z mottem : “przeżyjmy to jeszcze raz”. Czeka nas za dwa lata nowy produkt, który już kotłuje twórcze umysły, będą z biegiem czasu narastały oczekiwania, proponuję lepiej mniej się spodziewać a więcej odebrać. Korekta poszczególnych edycji mistrzostw świata jest konieczna, nowe lokalizacje, scenariusze turniejów, nowi kibice, bo: “ The show must go on, yeah”. Azja, Antypody, obie Ameryki, Europa, speedway podrożeje za cenę atrakcji dla wszystkich.  Nikt nie ma patentu na gwarantowany sukces.

Lemon ożywia jak cytryna

Z jednej strony ligowe potyczki, z których ponad wszystko wybijają się ekstraligowe, z drugiej walki w edycjach mistrzostw świata. Indywidualne MŚ ponad wszystko? Kalendarz imprez gęstnieje, pogoda manewruje rozkładem i nie ma mocy na jej kaprysy. Warszawska premiera serialu Grand Prix na torze ułożonym przez słynnego Ole Olsena wypadła celująco, wcześniejszy turniej młodzieży testujący nawierzchnię był udany. Kilka lat temu tory tzw. sztuczne były zmorą niektórych zawodników, nawet bardzo znanych, poniekąd był to “wytrych” tłumaczenia się słabszą postawą. Trener reprezentacji Marek Cieślak wyjaśniał słabszą jazdę Janusza Kołodzieja nie lubieniem takiej nawierzchni. Zawodnik z doświadczeniem, objeżdżeniem, możliwościami finansowymi nie powinien mieć żadnych problemów. Owszem były niegdyś tego typu tory o strukturze polskich dróg lokalnych, lecz rutyniarze nie mogą mieć problemów obojętnie na jakim placu się ścigają. Młodzi piłkarze w mistrzostwach świata, które przygotowała Polska, grali na murawie w Tychach zatopionej w wodzie. Fontanny tryskały za każdym razem, kiedy piłka spadała na trawę, gdy zawodnik przewracał się a młodzi piłkarze Korei Płd. i RPA grali jakby na suchej nawierzchni; było ciężko, lecz przyjęli takie warunki i gonili oblewani bryzgami wody. W innych sportach np. parkiet nie jest alibi dla poziomu gry. Koszykarze, siatkarze po prostu grają! Po tylu latach jazd trudno w żużlu tłumaczyć się sztucznymi torami, bo przecież nie startuje się bez rozpoznania. Mocny bywa zawsze mocny. Są zawodnicy, którzy ścigają się obojętnie gdzie oraz mamy ścigantów typowo ligowych, nie dających sobie rady w atmosferze MŚ. Dziwne, bo Ekstraliga w polskim wydaniu jest sobowtórem MŚ, startują najlepsi, presja na wynik duża a klimaty ogniste. Przypominam sobie takich zawodników, którzy na krajowych torach brylowali, byli nie do “ugryzienia” a gdy wyjeżdżali poza granice, czy startowali w Polsce w prestiżowych imprezach byli “sparaliżowani”. Problem dla psychologów. Nie podaję nazwisk ze względu na szacunek dla ich dorobku, lecz nie można fałszować historii speedway’a. Jak potocznie się mówi, każde dziecko w rodzinie inne. Optymizm jest dobrym zjawiskiem acz nadmierny, oparty na faktach wczoraj i dziś bywa niezrozumiały. Życie weryfikuje nasze istnienie a sport poprzez przypadki irracjonalne wzbudza emocje kolosalne, dlatego jest fascynującym zjawiskiem w naszym bycie.

Wspominałem o klimatach klubowych, atmosferze. Dałem przykład toruńskiej drużyny. W przegranym meczu z Motorem Lublin, po odstawieniu menago oraz jednego zawodnika i zaangażowaniu australijskiego managera ad hoc, Marka Lemona, zespół braci Holderów i Doyle’a był inny, niż zwykle i na wyjazdowej próbie z naładowaną energią lubelską paką stawiał opór niespodziewany. Atmosfera znaczy bardzo dużo wszędzie, można ją zatruć byle czym, można podsycać przyjaznymi prądami. Szkoleniowe “instynkty” albo się ma, albo nie, nauczyć się tego nie można absolutnie, często wręcz mówi się o “chłopskich rozumach”. Były zawodnik/ 25 lat startów/ reprezentacyjny coach 46 – letni Mark “Cytryna” LEMON wyluzowaniem i doświadczeniem opanował zespół  z Torunia pod egidą szefa rady nadzorczej spółki –  Adama Krużyńskiego, przedsiębiorcy, który wie, że w biznesie nie ma litości dla przeciętności. Czas ligowy dla “Aniołów” skurczył się diabelnie, zobaczymy co dalej, czy ratunkowy “skok kangura” nie jest trochę opóźniony?

Nie jest ostatnio różowo w Częstochowie, włókniarze przegrali u siebie raz i dwa, druga linia zespołu znalazła się na tzw. cofce. No ale ten team ma potencjał, potrzebuje odblokowania, asy Leon Madsen i Fredrik Lingdren mają aspiracje w mistrzostwach świata ogromne, zwłaszcza ten pierwszy, debiutant w extra towarzystwie. Matej Zagar, słoweńska dusza czyli słowiańska, potrafi walczyć a nawet dać więcej. Młodzież częstochowska dziwnie pogubiona, myślę jednak, że odnajdzie moc, która da jej oraz kibicom radość. Na razie zgrzytanie zębami fanów słyszałem aż w Katowicach, bo sporo kibiców jeździ z centrum śląskiej metropolii albo do Rybnika, albo pod Jasną Górę.

TOWARZYSTWO żużlowe “gada” o potędze Unii Leszno, mistrzach Polski, którzy mają zespół, który stosuje zasadę jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Ktoś przegrywa, drugi nadrabia, nie ma słabości, taki Liverpool piłkarski, taki Baron jak Klopp. Zwykle jestem ostrożny w osądach, jednak Unia Leszno jest trafnie ustawiona, nie lekceważy nikogo, bo drobny błąd kosztuje a zwycięstwa mają smak rozkoszy. Nie można łatwo tracić kapitału byle czym. LESZNO jedzie! Rozprowadza rywali, nie zawsze od początku ale potrafi włączyć energię piekielną w decydujących chwilach, ma młodzież /“nauczyciel” Roman Jankowski/ udaną na torze, także poza nim. Team scalony umiejętnie od prezesa po sztab szkoleniowy. Fachowcy od żużlowej roboty, solidność wielkopolska bez pożyczek.

EKSTRALIGA jest na szczycie, w połowie tej góry jest pierwsza liga, zaś u podnóża druga linia. Różnice spore; polskie ligi zatrudniają wszystkich, którzy mają coś do powiedzenia. W tym tyglu imponują mi tacy rutyniarze, jak Piotr Protasiewicz, który wjeżdża tam, gdzie innym trudno, ostro, jakby metryka nie miała strachu. Duńczyk Nicki Pedersen, trzykrotny mistrz szanuje siebie oraz innych, jest zawodnikiem, któremu przyklejono etykietę rozrabiaki. Panie i panowie –  dawno i nieprawda Mr. NP jedzie i walczy soczyście. Obok krąży młodzież polska i zagraniczna, Przyjemnie popatrzeć. Fantazja.

Nie wszystko jednak świeci się w żużlu, choćby pomysł wzięty z księżyca, czyli kwalifikacje, gonitwy czasowe przed turniejami Grand Prix. Bzdura totalna. Byli ongiś szkoleniowcy, którzy demonizowali czasy na treningach. Jak pięść do nosa pasowało, bo nijak się miał ten proceder do oficjalnych zawodów. Trening, jak sama nazwa wskazuje jest tylko pomocnikiem w grze. Dziś inne zawody, jutro inne, reżyseruje też pogoda, warunki zmienne. Kwalifikacje GP są grand inwencją do kosza. Mamy priorytetowe, konkretne ściganie pod dachem lub pod niebem i trzeba tam pędzić kilkadziesiąt sekund w szaleństwie ambicji bycia pierwszym na mecie. Po cztery okrążenia ileś tam razy.

Deszcz confetti

Francuski pisarz, którego nie muszę afiszować, Wiktor Hugo, powiedział: „Weź Wersal, dodaj Antwerpię i masz już Bordeaux“. No tak, po kolei: „Bordo“ znamy nie tylko ze smaku win ale jest również miejscem na zachodzie Francji przepięknie ułożonym architektonicznie. Cudo, do „wydeptania“ uliczkami od rana do rana. Przywołałem Hugo, bo po kolejnym spektaklu na Stadionie Narodowym w Warszawie, przypomniało mi się, co powiedział a trawestując tę myśl dodam, że jeśli weźmiesz dawne londyńskie Wembley, dodasz Ullevi w Goeteborgu… będziesz miał Warszawę z „Narodowym“ w żużlowej edycji. Byłem tam, na południowej Pradze, tak się znów złożyło, choć nie wiem na jak długo. Niemal na progu trafiłem na polską ikonę Zenona Plecha i Kubę Kępę. Oczywiście nie uciekniesz od żużla, możesz od piwa ale nie od tego, on zakręca na amen. Jerzy Szczakiel za kilkanaście dni będzie miał operację biodra, przyjechał z Opola. –„Jurek, trzymaj się“. Szczakiel od złotych medali MŚ z lat siedemdziesiątych jeździ i jeździ na imprezy. Mistrz. Na stadionie barwnie, jak w książce dla dzieci, tłumy sympatyków z całej Polski, z zagranicy. – „ Co tak dużo kibiców sportowych“, dziwiła się Dalia Kostrzewska z hotelu Marriott, która już multum lat w tym miejscu podziwia fanów z różnych stron świata. Speedway, rozgadani Anglicy, rozbawieni Niemcy. Fans. Warszawa kusi ofertą nie tylko sportową, stadion jest celem, lecz mamy jego atrakcyjne tło, które nie daje spać. To nie Teterow w Niemczech, gdzie z lasu wyjeżdżają zawodnicy na tor. Każde Grand Prix powinno mieć ofertę także poza stadionem dla turystów.

A na stadionie hucznie i odświętnie, korowód ponad 50 tysięcy widzów. Dużo celebrytów w wydaniu rozmaitym, speedway przyciąga od 3 do 93 lat. Czerwony tor równy jak stół, sztuczna nawierzchnia ułożona przez Duńczyka, trzykrotnego mistrza świata i działacza rangi światowej Ole Olsena. Udało się, ole! Wykonawcy turnieju w przeddzień w tzw. kwalifikacjach ścigali się czasowo, solowo. Totalne nudna bzdura wymyślona przez międzynarodowe towarzystwo. Kto miał taki pomysł? Speedway, nie jest wyścigami kierowców F – 1, pierwsza edycja takich popisów i mam nadzieję ostatnia. Biało –  czerwono, w loży VIP – ów nad VIP – mi: szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek a piłkarze nazajutrz rozstrzygali w Ekstraklasie o mistrzostwie Polski. Minister polskiego sportu Witold Bańka, lekkoatleta, nowy szef międzynarodowej organizacji walczącej z dopingiem WADA. Przyleciał Portugalczyk/oni prawie wszyscy są wyluzowani/ Jorge Viegas. Jak może nie spodobać się nowemu prezydentowi Międzynarodowej Federacji Motocyklowej taki show? Polska gościnność. Czekam na speedway w Lizbonie, na „żużlowe fado“! Władze FIM obradowały w Warszawie a clou była premiera na Narodowym. Spektakl w wielu odsłonach. Ściganie na torze nabierało rozpędu. Jednak, nie Polak, choć ma maleńką córkę Marikę z krwią duńsko – polską, pokonał wszystkich brawurowo, 31 – letni Leon Madsen, zawodnik częstochowskich Lwów. Żona jest Polką, Magdalena z Wejcherowa, bałtyckie powietrze tak dobre, jak duńskie. Madsen ma apetyt na odegranie dużej roli w serialu Grand Prix. Drugi był Szwed Fredrik Lindgren, również zawodnik częstochowskiego Włókniarza. Obaj następnego dnia na swoim torze w meczu Ekstraligi z Unią Leszno nie przyłożyli się, by sprostać Bykom. Przegrali sromotnie. Ktoś wspomniał o jakimś syndromie Jasona Crumpa. „Syndrom“ zmęczenia, odprężenia po trudach turnieju GP!

W tym kontekście nie raz pisałem, że mecze ligowe następnego dnia po zawodach o GP są bez sensu, choć nie dla wszystkich. Z Warszawy do Częstochowy jest blisko, lecz gdyby trzeba jechać np. ze Słowenii, spanie w aucie nie jest żadnym spaniem.

Trzeci był konsekwentny Patryk Dudek. Matka Honorata bardzo nerwowo, wulkanicznie niemal przeżywa jazdy syna. Pani Honorato, proszę dbać o zdrowie, spokojniej, lepiej dla syna – teraz i potem. Łatwo pisać, trudniej dusić w sobie emocje rodzinne.

Podium ominęli: trzykrotny mistrz świata Anglik Tai Woffinden, wyraźnie nie był spasowany do tej uwertury, Bartosz Zmarzlik przekombinował na starcie ostatnią szansę, by zadowolić siebie i kibiców.

Serial GP ruszył i będzie się nakręcał, 1 czerwca Krsko/Słowenia/ na naturalnym torze,  także na normalnej nawierzchni w Pradze 15 czerwca i tam już rozjaśni się sytuacja w układzie sił. Przyjechali do Warszawy czescy działacze z Petrem Ondrasikiem i Petrem Moravcem na czele. Oddani żużlowi od małego. „Plocha draha“ na Marketa będzie „krasna“. Kameralna, bezpardonowa.

Zakończenie imprezy w naszej stolicy było efektowne wizualnie, kilogramy płatków confetti wystrzeliwano i kolorowe papierki leciały bajecznie jak deszcz spod dachu na głowy a fani zbierali na pamiątkę, jakby na szczęście i kolejny tour do polskiej stolicy. Jeden sen się skończył, trzeba teraz czekać na następny, kiedy usłyszymy wreszcie Mazurka Dąbrowskiego. Wypadałoby wzruszyć się hymnem, bez wstydu łez.

Potem były powroty do domów i ligowe ściganie, na żywo i w TV.

Toruń przeżywa męczarnie, ciekawe jak długo, problemem jest nijaka atmosfera klubowa. A w piłkarskiej Ekstraklasie mistrzem Polski po raz pierwszy został Piast Gliwice. Jednogłośnie podkreślano rodzinną atmosferę w tym klubie. Waleczny, sympatyczny Joel Valencia, Ekwadorczyk, najlepszy piłkarz sezonu i jego koledzy chwalili domowe klimaty, autorytet trenera. Klubu. Wszyscy, zgodni. Mają sukces historyczny. O żużlowym Toruniu mówi się, że atmosfera w drużynie jest fatalna. Czarną owcą nie jest jeden zawodnik, przecież ktoś tam zarządza i bierze pieniądze za lokacje zawodników, roszady. Nerwy ponoszą sportowców wtedy, kiedy brakuje wodza z autorytetem, który scala team. W futbolu coach po tylu porażkach dostałby czerwoną kartkę, zresztą w każdym innym sporcie. Torunianie mielą słomę. Drużyna ma swoją historię, ładną, bogatą i marnuje personalnie dorobek. Ofiarami nie mogą być zawodnicy, czegoś im brakuje, gdy usłyszałem zestresowanego Duńczyka Nielsa Kristiana Iversena, było mi żal, że sport notuje takie obrazki goryczy. Ambicji nie brakuje, każdy chce ale oczekuje tchnienia ducha walki, motywacji, wspólnej wiary w sukces. Sport potrzebuje silnych charakterem ludzi, twardych na wyzwania a samo chcenie bycia menago nie wystarcza na ligowe wyczyny. Team toruński męczy się wewnętrznie, „respirator“ traci moc.

I tak dojechałem do końca tej opowieści; przed nami wszystko dopiero się zagrzeje i na rynku krajowym, ligowym i międzynarodowym;  oto Warszawa pokazała premierę do filmowania za 7 milionów złotych i nie wszystkich na to stać, lecz polski speedway jest bogaty nie tylko w kasie, także duchowo, fantazyjnie, choć czasem brakuje istotnej kropki nad „i“. Albo kilku.

“Złotego” szampana pić

1. Powiało energetycznie nowym rokiem, rozkręci się i popędzi, fani będą spekulować i liczyć dni do premiery. Kibice jeszcze syci świątecznie, kluby marzeniami wypełnieni ale też obawami. Tam, gdzie budżety są polepione byle jak, bez gwarancji, tylko wyszykowane na użytek zdobycia licencji, może być kiepsko. Od lat na progu sezonu niby jest wszystko w porządku, lecz potem zaczynają się jazdy na wszystkie strony, bo ci co ofiarują oczekują chcą wyników. Na piękne oczy? Twarda ziemia ćwiczy kręgosłupy krętaczy. Komisja Licencyjna pracuje, nie ma słabego serca, ono bije w warunkach nie tylko ciepłej wody w kranie.

Cwaniackie poczynania mają pręgierz. Nie tak dawno w felietonie sugerowałem, by nieodpowiedzialnych “władców” klubowych 7 boleści, którym brakuje wyobraźni odsyłać “kurierem” bez opakowania do domu na własny koszt. Niech nie robią picu, bo budżet klubowy ma swoje zasady bankowe. No i extra nadzór dał czerwoną kartkę w Rzeszowie i Łodzi. Czar pryska, prywatne pieniądze mają banknoty z napisem obłuda. Ile trzeba włożyć, żeby “wyjąć” swoje inwestycje? Słyszę… “o kur…! Pieją! Bankructwo bywa klęską ignorantów, sytuacje w Łodzi/ pani prezydent miasta pomoże?/ i Rzeszowie/ katastrofa, wstyd dla polskiego żużla/ są różne, prezesi odmienni mentalnie, sezon pokaże jak będą cerować kasę. Liczę, że łódzki prezes zamieni się w orła i wróci do umoszczonego gniazda. Gorzej z rzeszowskim fundatorem dziwnych, diamentowych precjozów oraz aut, które nie mogą dojechać do wygranych. Obywatel I.N./ podobnie jak niejaki Vanna Ly, który miał uratować krakowską Wisłę/ stąpa po grząskim gruncie nie osusza, dolewa brudu, nie ma lokalnego poparcia dla nieporadnego działania. Powoli zostaje sam i widać, że ”król” jest nagi. Po co był ten cyrk w tak zasłużonej firmie pt. STAL? Kto dał przyzwolenie na dewaluację tradycji? Ubolewam. Ktoś wymyślił takiego gościa; to nie jest początek lat 90. A jednak duchy powracają. Koszmar zarządzania.

2.Nowe otwarcie ścigania się na torach nie zawiera rewelacji. Polskie kluby poskładały co miały w planie, dogadały się z zawodnikami jeszcze zanim zaczęły spadać liście z drzew. Tak jest od lat kilku; transfery, które rozpalały emocje przez zimę gasną jesienią. Potem zostają tylko, ci, którzy albo spóźnili się, przekombinowali, nie mieli forsy na kontrakty. Ligi z play- offami są ponad wszystko w najwyższej cenie giełdowej.

3.W połowie maja w Warszawie na Stadionie Narodowym święto żużlowe, resztki biletów/organizatorzy zaoferowali wariant cenowy, by stadion był pełny/ jeszcze do nabycia, co funduje atmosferę dynamicznego show, jakby koncertowała Madonna na motocyklu. “Dziką kartę” powinien dostać Bartosz Smektała, mistrz świata juniorów /odpukuję kontuzję/, rezerwę toru pilnować kolega klubowy z Unii Leszno Dominik Kubera. Zobaczymy, bo do rozdań przepustek jeszcze dużo czasu.

A kto będzie wrzeszczał do mikrofonu na stadionie? Zagłuszał skutecznie. Jest reżyser widowiska, który być może ustawi inteligentnie całość. Nie może być tak, że krzyk wdziera się w rozmowy na trybunach, trudno wymienić uwagi, bo ryk ogłusza. Radzę odsłuchać jak było i posadzić na widowni podpalonych mikrofonem, w ekstazie bez opamiętania. “Delikwenci” jakby na przekór opiniom jeszcze bardziej wzmagają moc. Czy nie można emitować muzyki jako zgrabnego przerywnika? Niezapomniany redaktor Jan Ciszewski, naturszczyk, zarówno mający przed sobą mikrofony radiowe czy telewizyjne, nie wydzierał się jak noworodek. Owszem, jest grupa, która z wyczuciem operuje głosem i wiedzą, jednak najgorsze są sytuacje, w których ”bohaterowie” uważają siebie bez skromności za bogów nie do skorygowania.Wymienić? Profesor Jan Miodek “wyceni”. Ciągle słyszę “dwa oczy”… inne pokraczne wypowiedzi, bez przeprosin.

Podobno… “wszechświat i głupota nie mają końca”/ Albert Einstein/.

4.Indywidualne mistrzostwa świata zamknięte w kapsule serialu Grand Prix mają liderów z mistrzem świata Anglikiem Tai’em Woffindenem. Bartosz Zmarzlik, Patryk Dudek, Maciej Janowski mieszają na podium ostatecznym. Może wreszcie ten ostatni pozbiera się skutecznie. Janowski, który w czasie sezonu ma różne fazy, potrafi wygrać, pojechać z talentem i doświadczeniem, ale i zaskakuje in minus. Zagadkowy gość, chwilami wygasa u niego determinacja, intuicja sprzętowa zawodzi a stać go przecież na złoty medal. Złudzenia płowieją z biegiem czasu. Wiara traci na wartości.

5. Ścieżki mistrzostw świata w różnych kategoriach na żużlu biegną koniunkturalnie labiryntem poszukiwań czegoś innego, burzą co było dobre, usankcjonowane a zamieniają w markę mało chwytliwą. Nie szalejmy. Idea wymyślonego Pucharu Narodów, to co hołubi siatkówka czy futbol przykleiła się do żużla. W piłce nożnej mistrzostwa świata, Europy były najważniejsze, jeszcze olimpijski turniej. Czas kopania jest napięty w ciągu roku. Jeszcze Liga Mistrzów, fascynująca w emocjach klubowych sław.  Krążą złe wieści o jej modyfikacji. A lansowanie Ligi Narodów w terminie zaraz po MŚ jest pakowaniem się w absurd. Ranga wydarzeń wypracowywana jest przez długie lata, marka zrodzona ad hoc w apartamentach bossów musi mieć zaplecze. Czy w żużlu tzw. Liga Narodów wylansuje się tak, jak drużynowe mistrzostwa świata? W nowym sezonie kolejna odsłona w rosyjskim Togliatti. Daleka droga i daleka promocja. Obserwuje się, że organizatorzy światowych imprez powiększają liczbę uczestników gier eliminacyjnych, finałowych. Elita jest powiększana na siłę, co nie oznacza jakości. Schematy wycierają się jak gumka, nowości nie mogą być małpim urządzaniem świata sportowego. Ilu kibiców wybierze się do Togliatti? Przekaz telewizyjny ratuje sytuację , choć nie do końca bywa promocyjny. Kibice nie nabiorą się na “przeceniony towar. Wybierają imprezy markowe.

6. W Warszawie, w maju będzie radośnie i hucznie w czasie GP. Grand Show obrasta w tradycję, atrakcje miasta dodatkowo przyciągają fanów. A finał serialu Grand Prix także tradycyjnie w Toruniu na Motoarenie. Tak blisko, a jednak jeszcze daleko. Trafniej byłoby kalendarzowo odwrócić kolejność turniejów. Stolica bardziej zasługuje na finał GP, więc dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiono. Panie Armando Castagna lepszy Rzym czy Werona?

Angielski Tai Woffinden, mądry obrońca tytułu dokłada do kufra kolejne złote medale. Za plecami ma koalicję polskich, zadziornych/ Srebrny Bartosz Zmarzlik ma najwięcej fanów/ chłopaków, którzy jak ferajna z placu “zabaw”, stara się zdominować /wreszcie/ podium IMŚ/GP. Cud? SPORT uwielbia figle, zaskakuje, dlatego jest tak sercowo hobbystyczny. Medale wiszą wysoko. Trudno. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana na pudle. Jesień nasza?

ONE SZCZAKIEL

IMG_2024

Pojechali! Odjechali! Stadion Śląski, po kilkunastu latach przerwy, sztucznym torem znów zaprosił sympatyków żużla. No i dobrze. Mecz Polska kontra Reszta Świata był prologiem przed indywidualnym finałem Mistrzostw Europy/faworyt Leon Madsen, skażony miłością do Polski, mieszkaniec Wejherowa/, który odbędzie się 15 września na wyszykowanym na nowo stadionie, który w przeszłości był areną kilku finałów MŚ. O meczu inaugurującym sezon na “odgrzebanym” obiekcie innym razem. Obie imprezy pod egidą toruńskiej firmy One Sport, z kapitałem Karola Lejmana i Jana Konikiewicza, którzy obok Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, z żużlowym guru włoskiego pochodzenia Armando Castagną, podsycają ogień na palenisku tego sportu. Wkładają podpałkę, bo speedway wpadł w niebezpieczną rutynę rozgrywania mistrzostw świata. W pseudoelicie jadą o medale nie wszyscy, którzy powinni, a lepsi patrzą na popisy frustratów. Mam nadzieję, że Lejman z Konikiewiczem wybaczą mi tytuł, ściągnięty z nazwy ich firmy One Sport, ale… Po kolei panie i panowie.

Cofnijmy czas, który strasznie szybko leci w dobie błyskawicznej informacji, przesył myśli skraca życie. Cywilizacja, cały świat przez internet wyciskany jest jak gąbka.

Lata 1972 – 1973. Grupa sympatyków żużla na Śląsku, z prezesem okręgu Polskiego Związku Motorowego Aleksandrem Szajerem, który miał pełne zaufanie prezesa Zarządu Głównego PZM nieodżałowanego o świetnej dyplomacji motorowo – sportowej na świecie i trudnych czasów w Polsce Romanem Pijanowskim, postanowiła zbudować tor na Stadionie Śląskim. Linia Katowice – Chorzów, obiekt obok warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia największy z niezapomnianymi meczami polskiej reprezentacji, klubowymi pojedynkami Górnika Zabrze i telewizyjnymi komentarzami redaktora Jana Ciszewskiego, który nie krzyczał a komentował z wyczuciem, dając odetchnąć w emocjach kibicom. Wzór. A kibice chętnie przychodzili na stadion, on był ich, władza była potrzebna inwestycyjnie, patronacko a tacy fani, wierni z hasłami piłkarskiego triumfu zabrzan np. “tako Roma momy doma”. Było hucznie, wesoło, zwycięsko. Był “fuzbal”, lecz nie było tam żużla, który bujał się w Rybniku a śląski speedway miał etykietę szybkich i niezawodnych mistrzów toru. Rybnik był Mekką, przy ul. Gliwickiej rozgrywano światowe finały i w 1971 para rybnicko – opolska, czyli Andrzej Wyglenda plus Jerzy Szczakiel wymanewrowała wielkich bossów nowozelandzkich jak: Barry Briggs i Ivan Mauger. W finale MŚ par, polski duet wywalczył komplet punktów, szok dla Zachodu; Rybnik był synonimem żużla sportowo, organizacyjnie na światowym poziomie, który jeszcze glancował na angielskich torach Antoni Woryna. Nie wymieniam wszystkich, którzy tam ścigali się pod patronatem górnictwa, to była zgrana paka ludzi, którzy kochali ten sport na zabój. I działacze byli na poziomie, i zawodnicy świadomi swoich celów. Trochę oddaliłem się od Katowic. Byłem świadkiem i nie tylko, jako dziennikarz “ Sportu” tego, co robiono, żeby speedway zaistniał na Stadionie Śląskim. Władza zaufała działaczom, nikt nie liczył czasu i nie pytał za ile… Pasjonaci za bułkę bez banana. A dziś jakie mamy czasy? No dobrze, “tamto” było podobno szare, a dziś jest kolorowe i coraz droższe. Jak sobie postawiono cel, to zrobiono, bo na Śląsku, kiedy mówią tak, znaczy TAK.

Klubowymi siłami Rybnika i Świętochłowic odwalono kawał roboty, szychty były pracowite i przyniosły efekt. Organizacyjnie, familijnie, sportowo udany.

2 września 1973 roku odbył się finał indywidualnych MŚ, najbardziej prestiżowa impreza w tym sporcie. Magiczne było londyńskie Wembley, które nie gromadziło 100 tysięcy widzów, byłem tam trzy razy i doznałem uczucia jakbym wpadł w piekło i niebo zarazem. Wembley pozostanie dla mnie wspomnieniem do końca życia turniejów z gatunku największych wzruszeń. W głowie buzuje mi atmosfera legendarnego stadionu.

STADION ŚLĄSKI, położony w ogromnym, atrakcyjnym parku chorzowskim, “płucach” śląskiego klimatu, pomysłu Jerzego Ziętka, prawdziwego gospodarza.

Żużel, święto całego regionu, Polski też. Wszystko podporządkowane tej imprezie na którą przyszło ponad 100 tysięcy ludzi! Wyobrażacie sobie? Do dziś spotykam wnuczki, wnuków, którzy z babciami, dziadkami uczestniczyli w tym wydarzeniu. Dobrze wspominają, starsi, młodsi, jak film z Bondem czy Klosem. Otwarcie turnieju przy pogodzie, sceneria w regionalnym stylu, co ważne, bo każde duże wydarzenie powinno mieć akcenty rodzime. Nie zawsze tak niestety się dzieje, bo rutyna jest wygodna i mniej kosztuje, ale robi się cholerna grand nuda: wybieg super dziewczyn na starcie, Harley’e, bzykanie fajerwerków, wszędzie podobnie i nie wiem czy jestem w Polsce, czy Danii.

Pretendentów do podium było kilku, po cichu liczono na cud, na polskie cudowne objawienie. Polska do tej pory nie miała mistrza świata w solowym ściganiu.

Asem był Ivan Mauger, Nowozelandczyk, sprytny na starcie, z dobrym sprzętem. W polskim zestawie był ze złotej pary/ 1971/ Jerzy Szczakiel, także m.inn. Zenon Plech /był trzeci/, Edward Jancarz. JUTRO nie każdemu jest dane… Szczęście sprzyja lepszym.

Trybuny pełne, święto jak się patrzy. Sędziuje Bawarczyk/ z Pocking/ Georg Transpurger. Odrębny rozdział. Wcześniej notabli kokietowali włodarze regionu, bogato i skutecznie. Doping dla każdego Polaka niesamowity, brawurowe jazdy na maksa. No i co się dzieje? Jurek Szczakiel z opolskiego Kolejarza imponuje piorunującymi startami, nie daje rady Mauger. Zagraniczni kibice w liczbie kilkudziesięciu tysięcy/tak, najwięcej z Wielkiej Brytanii/ “wbici” w drewniane ławki, bo takie tam były. Baraż; Ivan przewraca się na wirażu, leży i patrzy ukradkiem, jak Jerzy szaleńczo pędzi przy ogłuszjącym, radosnym aplauzie widzów; wygrywa, zostaje mistrzem świata jako pierwszy Polak. Jest cudownie, kończy się śląska ballada, darmowa komunikacja rozwozi zadowolonych kibiców. Wspomnienia tułają się do dziś. Nic dwa razy się nie zdarza. Szkoda.

1973 rok, 2 września, rocznica, 45 lat temu… Po tylu latach Szczakiel/ rocznik 1949/ znów robi rundę honorową, dobrze się trzyma, raz jeszcze honorowo jedzie, tym razem na kładzionym torze. Brawa. Podziw. Jerzy był w 1973 roku “ogłuszony” złotym medalem, dostał wysoki puchar kryształowy, kiedy wsiadał do dużego Fiata, zleciało mu przykrycie z tego trofeum, na szczęście nie rozbiło a mistrz świata pojechał z Chorzowa wprost na grób niedawno zmarłej mamy. Pozostał skromnym facetem, długo czekał na kolejnego, polskiego mistrza świata, aż do 2010 roku, gdy Tomasz Gollob zdobył złoto we włoskim Terenzano. Szczakiel jest bohaterem stadionowej legendy sportu.

z17598835V,Jerzy-Szczakiel--w-srodku--na-podium-w-Chorzowie--

45 lat temu ikona z Grudzic, przedmieść Opola, klubu, który dziś boryka się z dużymi kłopotami, znów pojawił w cywilnym ubraniu na motocyklu. Jeszcze może! Nie zapomniał tego dnia, niedzieli 2 września i co wydarzyło się na oczach ponad 100 tysięcy widzów. Absolutnie niezapomniana, sentymentalna podróż w czasie, dla mnie również, bo jestem starszy o te lata, pamiętam każdy fragment tego szczęśliwego dla polskiego żużla dnia. I pamiętam barwne, kontrowersyjne komentarze z niespodziewanym bohaterem, które są historią sensacyjnego wydarzenia pt. ONE SZCZAKIEL.