Miękki Maks

ROZUM jest bezcenny. Ewa skusiła Adama w raju jabłkiem. I tak potem owoc potoczył się na wszystkie strony świata, dalej turla, kusi, jabłka hodowane, sprzedawane, suszone,  jedzone i symboliczne jak raj. Sport bywa dla jednych rajem, dla innych udręką. Życie kusi niczym Ewa w nagim ogrodzie, sport i ludzie wśród których grasują także pseudo działacze polują na talenty. Funkcjonuje pojęcie skautingu, obok kaperownictwa, które ma krótkie nogi, choć niektórzy mają szczęście, długie nogi, więc omija ich pech. Sport uczy hartu ducha, wychowuje, także deprawuje. Olbrzymią rolę odgrywa otoczenie jak w każdej rodzinie, gdzie rodzą się dzieci. Dekalog uczciwości narażony jest na pokusy rozmaitego kalibru. Do historii przechodzą wyczynowcy krystaliczni i zbłądzeni. Wędrownicy, którym źle poradzono drogę muszą nieść bagaż i błagać o litość. Bezczelność jest cechą sprytnych ludzi, którzy chcą doładować talent na siłę. Napakować innych dla swojego ego. Ci, co mają dużo, chcą mieć jeszcze więcej. Skromność przez takich nazywana jest ułomnością, obciachem. Czas jest bezlitosny w swoich wyrokach. Jak sądowe orzekanie, procedury. Bywają miejsca trefne, które wypaczają charaktery. Nie chcę drążyć psychicznie sportowych problemów, które raz po raz brudzą nasze wyobrażenie o nieskazitelności wyczynu. Pamiętam zdarzenie w swoim dziennikarskim dossier sprzed lat kilkudziesięciu z Pomorza, gdzie na podium wręczałem w jednej z dyscyplin puchary juniorom a oni nie schodzili z pudła. Dlaczego? “A gdzie są koperty?” pytali organizatora. To nie był żużel, inny sport. Osłupiałem.

Igrzyska olimpijskie oraz ich historia są nafaszerowana skandalami, idee zbrukane błotem dopingowym. Nie tylko Olimpiady, mistrzostwa świata, Europy, zawody rangi mniejszej. Ktoś chce być forever, ponad wszystkich, nie ma mocy ale mierzy wysoko, hoduje chore ambicje. Otoczenie kusi, kaperuje, dom zostaje daleko, obcy mają inne zadania, urojenia bycia wielkim za każdą cenę gniotą. Marność zawodników oraz ich opiekunów. Ile zmarnowanych młodych sportowców mają na sumieniu klubowi działacze, w tym żużlowi? Ich pęd na bilbordy jest leczeniem głębokich kompleksów, więc z zaciśniętymi ustami karmią rajskimi jabłkami . Szmal, to jest ten obłudny raj.

ROZUM jest bezcenny. W poprzednim felietonie podjąłem frazę popularności speedway’a, jego postponowania w kontekście piłki nożnej a sumptem było zwycięstwo Bartosza Zmarzlika w 85 Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Wygrał skromny gorzowianin, który z lekka był nawet zażenowany huczną celebrą. To nie było Hollywood, ani zimna wojna. Plebiscyt i bal, kreacje i okładkowy szpan. Dla wielu okazja do pokazania twarzy w innym wydaniu. Bartosz Zmarzlik dał radę. Otrzaskał się jak po bandach na torze. Przyjemnie patrzeć na takiego triumfatora, pokonanego przez Roberta Lewandowskiego, piłkarza scen światowych, goli nieprzeciętnych, techniki błyskotliwej. Speedway wygrał za sprawą Bartosza Zmarzlika i ten fakt już za nami, historyczny zapis na wieki.

Czas zwycięstwa został jednak zmącony. Cofam się w kalendarzu. Speedway światowy ma w kronice różne  sprawki dopingowe, jazdy w prawo, zażywanie tego, co zakazane. W polskim żużlu już minęła sprawa zielonogórska Patryka Dudka, który odcierpiał za swoje grzechy. Głośna była afera Rosjanina Grigorija Łaguty, podsycona jego decyzją zmianą barw klubowych z rybnickich na lubelskie. Jego kariera, jego błąd, zawieszenie było bolesne, bo wypadają z gry nie tylko finanse ale przecież ulubione ściganie. To samo dotyczy Patryka Dudka. Obojętnie na opinie a interesuję się nie tylko żużlem, choć najbardziej mnie fascynuje, zawieszenia w konkretnych zdarzeniach zostawiają ślady, nie tylko w annałach, także w psychice. Pokutę tarmosi wstyd. Obaj wspomniani żużlowcy sympatyczni, zresztą nie tylko oni, bo bracia Shawn i Kelly Moranowie, kalifornijscy kowboje byli uwielbiani, prezentowali westernowy nastrój na światowych obiektach. Nie ważne jednak kto sympatyczny, choć życie pieści właśnie takich. Bywa, że przysłowiowa szajba burzy stereotypy bez kontroli, podsycana hasłem “musisz”. Nikt niczego nie musi.

 

Od 1 stycznia 2020 prezydentem WADA/ World Anti-Doping Agency/, światowej agencji antydopingowej z siedzibą w Montrealu/ założona w 1999/ został były minister polskiego sportu Witold BAŃKA; w Warszawie jest nowe przedstawicielstwo tej fundamentalnej organizacji, która skutecznie, bezceremonialnie walczy ze złem w sporcie. Jesienią ub. roku odbył się w Katowicach Kongres WADA z udziałem kilku tysięcy delegatów z całego świata. Na polskim gruncie działa aktywnie POLADA z dyrektorem Michałem RYNKOWSKIM… i właśnie ona niebawem rozpocznie proces w sprawie żużlowego mistrza świata juniorów Maksa Drabika, rodem z Częstochowy /ojciec Sławomir, były żużlowiec, mistrz Polski, szkoleniowiec Włókniarza/. Komu przykro już i najbardziej? Nie ma co zamiatać, bo nie ma czym. A jest kurz.

Niewątpliwy talent do ścigania Drabik jr., odebrał w grudniu 2019 złoty medal na eleganckiej gali Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ tym razem w Monte Carlo. Heca przerasta zawodnika, który stosował, jak podano miękki doping. Niedozwolone dawki wlewów dożylnych. Sprawa  jest badana szczegółowo. Trwają w gronie ekspertów dywagacje, czy odebrany zostanie złoty medal. Srebro zdobył Bartosz Smektała, zawodnik o szerokich horyzontach i możliwościach talentu. “Miękkiemu Maksowi” grozi zasłużona sankcja karencji startowej. Sam już wcześniej się ukarał, bo jawnie zlekceważył / takie niedorosłe inklinacje / trenera kadry, Marka Cieślaka, częstochowianina, więc został przykładnie relegowany z kadry. Ciąg zdarzeń od jesieni 2019 nie bez przypadku, fakt dożylnego “witaminizowania się” zaistniał w finale Ekstraligi w Lesznie, gdzie Unia zdeklasowała pracodawcę Drabika jr. – Spartę Betard Wrocław. Tam ongiś nieopierzony MD został sprowadzony spod Jasnej Góry i tam się rozwijał. Urósł zatem pod każdym względem. Teraz na wokandę wzywa delikwenta POLADA, WADA, konsekwencje przykre nie tylko dla młodzieńca bez wyobraźni, lecz i dla żużla, generalnie sportu. Speedway zatem raz na górze, raz na dole. Sprawca and company będzie miał dużo czasu na oglądanie meczów ligowych, turniejów i patrzeć jak zwycięża rasowy Bartosz Zmarzlik, no i odważnie myśleć/ tak?/ co nie powinien kombinować prawdziwy sportowiec. Przede wszystkim nie przynosić wstydu za “byle co”. Jest także kolejna lekcja do odrobienia dla jego mentorów i w ogóle otwarcie, mam taką nadzieję, szczerej dyskusji na forum, jak walczyć ze złymi podszeptami oraz budowaniem kariery, bez szukania pomocnych środków. Normalnie, zwyczajnie walczyć o medale szlachetnie. WADA promuje uczciwość, niestety ciągle są jakieś próby “wzmacniania” organizmu w różnych sportach. A więc? KARY sprawiedliwie i skutecznie muszą odstraszać, zero tolerancji. Jest co myśleć i robić na maxa.

Plebiscytowy himalaizm

Noble, Oskary, Globy, Orły, Lwy, Niedźwiedzie, plebiscyty, kryształowe kule, słowiki.

I jeszcze ruletka, i jeszcze hazard kasyn od Las Vegas po Hongkong. Wenecja, Berlin, Sztokholm, Hollywood, Warszawa, Gdynia, Leszno. Loterie mieszają się ze szczęściem. Gramy, wybieramy, uzależnia hazardowanie bez opamiętania. Brniemy, wygrywamy, przegrywamy, kochamy plebiscyty czyli rodzaj zabawy, czekamy na filmowe Oscary.  Królewska, szwedzka ekipa pod wezwaniem Nobla wskazuje wybitne osoby w poszczególnych przedziałach życia od literatury a na naukach ścisłych kończąc. Prestiż jest potrzebny światu, ta szalona brand, marka, szacunek za osiągnięcia  w sporcie koronują najlepszych asów. Celebracja niebiańska, kreacje, nerwy, zapach blichtru. Normalność zostaje w toalecie. Ceremonie niecodzienne, strojne z poniżaniem ubóstwa.  Budujemy autorytety, krytykujemy, godzimy się na wybory a laureaci przeżywają  swoje najlepsze dni. Blask potrzebny od czasu do czasu, barwa uroczystości, gdzie skromni ludzie kreowani są na bohaterów naszych czasów i następnych lat dla potomności. Niepokonani. Także przegrani. Zwycięstwa i porażki mają smak marcepanu i piołunu.

Łatwo czasem wejść do historii, trudniej z niej wyjść. Nie zawsze udawanie palenia cygar nobilituje, raczej lans taniego pozerstwa i opera mydlana za 3 grosze. Elegancja miesza się ze słomą, zapach perfum z wytryskami szampana. Twardziele na miękko.

Wybieramy człowieka roku i sportowca roku, złote myśli i brudne powiedzenia. Pisma, regiony chcą mieć liderów minionych miesięcy. Wybieramy najlepsze balkony i domy,  samochody i marki najbardziej trwałe. Najlepsza rola aktorska i zwyciężczyni festiwalu piosenki bez granic. Każdy przełom roku karmi nas wyborami różnej fascynacji, kontrowersji. Emocje i przygryzanie warg są oznakami ambicji, arytmii serc.

Przez blisko 30 lat byłem świadkiem wyborów w opiniotwórczej wtedy, ogólnopolskiej sportowej gazecie, najlepszych sportowców. Byłem blisko tych wyborów. Konkurencja stołeczna miała plebiscyt z bogatą historią. Różnica pomiędzy plebiscytem a wyborem redakcyjnym, sugestiami czytelników była taka, że w tym pierwszym przypadku dawniej listami, kartkami/ po ileś tysięcy przychodziło np z jednej miejscowości na jednego idola/ a dziś smsami wybiera się tych najlepszych. Wybory przez Jury czy Kapitułę mają inny charakter, nie grzeją się telefony. Nie ma ustawki, decyduje potrzebny w upiornej fascynacji rozum. Nie ma populizmu, może notujemy mniejszą adrenalinę a więcej oferujemy racjonalizmu. 85 lat istnienia firmy plebiscytowej urosło w uwielbianą tradycję balu nad bale warszawskiej gazety sportowej nr 1 na polskim rynku. Szapoba.

Ten felietonowy wstęp przygotowałem w kontekście wyboru Bartosza ZMARZLIKA sportowcem roku 2019 w 85 Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Z wyraźną przewagą wygrał gorzowski mistrz świata przed Robertem Lewandowskim, wybitnym, światowego formatu bramkostrzelnym, technicznym, piłkarzem Bayernu Monachium. Różnica pomiędzy tymi sportowcami polega nie tylko na wzroście i odmienności sportu. Futbol jest w świecie popularny, Lewandowski znany i uwielbiany; Zmarzlik został trzecim polskim żużlowcem, który brawurowo zdobył mistrzostwo świata. Kiedy pracowałem we wspomnianym dzienniku sportowym i prowadziłem wiele lat speedway, patrzono na mnie jak na desperata, szanowano z przymrużeniem oka, bo wtedy żużel PL nie błyszczał, walczyłem uparcie ale nie skrycie/ z sukcesami wspominam nieskromnie/ o rangę tego sportu, lecz każde niepowodzenie było radością obozu oponentów w stosunku do sportów motorowych. Z zazdrością kwitowano statystyki o dużej liczbie widzów na stadionach żużlowych, większej, niż na futbolowych meczach. Spotykałem się z opiniami, że kibice przychodzą ”tylko” na… wypadki żużlowe. Szpile wbijano, bolało. Wytrzymywałem. Kto mnie zna, nie dam się tak łatwo podeptać. Więc ciągle jestem, sam się dziwię czasami, respondenci “reanimują”.

Wszystko co piszę, poruszam w kontekście skromnej, lecz fantastycznej wygranej Bartosza. I frustracji zadufanych wielbicieli piłki nożnej. Jakby zatracili grunt pod nogami. Wojciech Kowalczyk, którego lubię słuchać, bo cechują go nieszablonowe opinie i gość wali prosto z mostu jak samobójca, były reprezentant Polski, olimpijczyk z medalem, mocno obraził w sieci laureata tegorocznego plebiscytu “PS”, postponując jego sukces a gloryfikując Roberta Lewandowskiego, jednego z najlepszych na świecie graczy  futbolowych. Radzę Wojciechowi Kowalczykowi by zrobił łyk zimnej wody i pojął, że to wierni kibice wybierają ulubionego sportowca a lobby żużlowe jest wielką, zgraną rodziną bez sierpów i młotów na stadionach czy “żyletach”. Nie grajmy na aferę.

Lobby piłkarskie jest inne od żużlowego, świat futbolu karmi się od dłuższego czasu transferami niebotycznymi, ryzyko… utraty życia na murawie jest prawie żadne, zaś na torze sekunda to wieczność i skazanie na udrękę. Speedway jest ekstremalny, wymaga umiejętności, zawodnik sam nie jedzie, dosiada motocykla. Wywyższanie jednych sportów nad drugimi przez ekspertów niektórych stacji TV czasami nabiera gatunku groteski. Przykra pycha i narcyzm wybujały. Nie wysilajmy się na oryginalność. Nic tak nie plami jak atrament, w przypadku obywatela W. K. to był chyba czarny i wylał się tam, gdzie mężczyźni zapinają spodnie. Paskudny pech. Sportowiec bruka sportowca. Czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem wielce sympatyczny fighter Paweł Fajdek, który jest wyluzowanym, inteligentnym facetem, wydał opinię, że nie jest motocyklem Bartosza Zmarzlika, w którym można wymienić jakąś część, gdy motor nie jedzie. On /czyli obywatel PF/ musi liczyć wyłącznie tylko na swoje zdrowie. Jasne jak księżyc w pełni. Dlatego trenuje od RPA po USA/ Chula Vista/, ma super trenerkę i rzuca. Daleko. Młociarz liczy na młot a hokeista na kij, piłkarz na podbicie kontraktu, tenis ma szlemy a F-1 szykany. Piłkarz może tygodniowo, bez narażania życia, zarobić furgon tysięcy euro, albo więcej. W tenisie za 7 dni milion $, z białym ręcznikiem. Jest fajnie, prawda?

Przełom roku cechuje atrakcyjna taśma rozmaitych plebiscytów a nie zrównoważonych wyborów przez Jury czy Kapituły, gdyż nadsyłanie SMS – ów jest korzystne finansowo dla organizatorów. Nie ma życia bez bankomatów. Inflacja nie ważna, dolce vita.

Jeśli Grupa Speedway skrzyknie się w konkretnej sprawie, dojedzie medalowo do celu. Walka o zwycięstwo w prestiżowym plebiscycie “PS” rozgrywała się ostro pomiędzy Robertem Lewandowskim a Bartoszem Zmarzlikim. Wygrał skromny mistrz świata, złoty medalista, ponadto zwyciężył niepokorny speedway made in Poland – Stal Gorzów Wlkp. Piłka nożna potężna w swojej strukturze z kontraktami milionowymi w euro i dolarach, rozpieszczana bajońsko potknęła się na ostatnim wirażu. Lewandowski jest światowcem, stać go na szczere poszanowanie lauru kolegi z toru. Gratulacje dla obu.

I jeszcze jedno: mówi się, że królową sportu jest lekkoatletyka a nie futbol. Mamy rok olimpijski, letnie igrzyska w Tokio, mamy też mistrzostwa Europy w piłce, będą medale w Japonii, zaś futbolistów czeka trudna batalia zespołowa. Kapitan Robert wie co robi.

No cóż, motocykl okazał się plebiscytowo szybszy od najpiękniejszego gola. Tak kibice wybrali, do nich należały minuty bez dogrywki. Kartek nie było ani gwizdka, każdy schował w sercu swojego zwycięzcę, obojętnie od miejsca na podium. I czy jest ściganie w Gorzowie albo miotanie w Chula Vista, fani mają swoje bajo bongo.

Zmarł Roman Matousek, czeski żużlowiec/ ur. Slany/, miał lat 55 i bujną karierę na torze i poza nim. Był żużlowcem, który jeździł szatańsko, zamykano oczy, rozstawiał rywali i pędził przed siebie. Kontrowersyjny diabelnie, reprezentant Czech ale i sportowiec, który miał problemy z prawem. “Rumcajs”, którego nie można zapomnieć za jazdy; ściganie na krawędzi życia i śmierci. Charakter do walki obojętnie gdzie i jak. RIP.

Jak to się stało, że tak to było

Chris_Louis

Będzie zmiana. Czas pokaże czy dobra, czy zmieni oblicze tego sportu w wymiarze globalnym. Zerkam wstecz, jak to było zanim znów dochodzi do przemiany. Rok 1995. W zaułkach stadionowych od jakiegoś czasu szeptano, że system rozgrywania mistrzostw świata, indywidualnych ulegnie zmianie i projekt przyniesie innowacyjny projekt. Wrocław. Mamy pierwszy turniej serialu Grand Prix. Media podekscytowane, towarzystwo międzynarodowe tajemniczo uśmiechnięte, polska strona niczym szara strefa. Do tej pory finał jednodniowy kończył eliminacje w kilku miejscach i ostateczny mistrz świata był postacią albo niespodziewany albo oczekiwany. Faworyci nie zawsze wygrywają a sport jest tego dobitnym przykładem, kochamy idoli, lubimy sprawiedliwość a ona często ucieka. Poddajemy się, nie ścigamy, godzimy z losem.

Odlatuję wspomnieniowo w tamte lata. Na progu nowego roku 2020. Historia żużla jest kartoteką bogatą w wydarzenia, można wyciągnąć kartki niezwyczajne, interesujące, intrygujące. Oj, działo się, pot i łzy, kontrowersje błąkają się w głowach do dziś.

Oto polsko – niemieckie dwa finały indywidualne, światowe, odkurzam z przyjemnością, choć mam ambiwalentne odczucia. Byłem czynnym świadkiem, targało moją duszą.

W 1973 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie, co się działo, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel? A czy wierzono, że gospodarze finału IMŚ w niemieckim Norden tak skopią tor, że ułatwią jazdy swojemu idolowi Egonowi Muellerowi? Los okazał się w tych dwóch przypadkach sojusznikiem Jerzego i Egona.

#  Obiekt na północy Niemiec, wybudowany w szczerym polu za małym miasteczkiem był mało oryginalnym “pudełkiem”. Jakby specjalnie przyszykowany na wielkie zwycięstwo Niemców. Fachowcy grzebali w torze szpikulcami, protestowano, jednak gospodarze oraz oficjele Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ “puścili” zawody. Nie wyobrażano sobie a mam na myśli niemiecką stronę, żeby wygrał ktoś inny a nie showman Mueller. Ten zawodnik ambitny do bólu piął się po szczeblach żużlowej drabiny uparcie, inwestował w sprzęt, mechaników, dbał o wizerunek, ścigał się na klasycznym torze i długim, na dłuższym dystansie był kilka razy mistrzem świata, no ale wiadomo, że klasyk nobilituje najbardziej. W Norden wiało ze ściernisk po żniwach i resztki kłosów wbijały się we włosy. Miasteczko schludne. Zenon Plech wygrał finał kontynentalny w Rybniku/ 1983/ ale w Norden był ostatni, klapa a szykował się sprzętowo u znajomego, byłego żużlowca rodem z Rybnika w Hamburgu. Gość miał związek z gdańskim Wybrzeżem, gdzie startował Plech. Turniej w Norden można nazwać skandalem organizacyjnym, lecz kto pamięta w jakich okolicznościach ekscentryczny  Egon Mueller został mistrzem na torze zrytym tak głęboko.

W żużlu mamy tory gładkie, twarde jak stół, gdzie decyduje start albo właśnie takie jakby wykopywano maszynowo na nim kartofle. Są i normalne przecież też. No cóż, było, minęło, fertig, szlus. Premiera stadionu na fryzyjskiej ziemi w Norden zakończyła się tak, jak zaplanowali sobie Niemcy. Zgarnęli złoty medal na przekór wszystkim. Egon poszalał, reszta była świadkiem kreacji nowego mistrza w anormalnych warunkach.

#  W Chorzowie 10 lat wcześniej/ 1973/ było szumne otwarcie stadionu dla żużla największego na świecie, bez dachu. Zagraniczni obserwatorzy mlaskali z podziwem, bo dotychczasowa świątynia tego sportu londyńskie Wembley dostała konkurenta. Wembley nobliwe, ładne w projekcie, z dachem, nieregularne kontury toru. Zaplecze z królewską lożą, czerwony dywan. Exclusive. Po II Wojnie Światowej tam właśnie rozgrywano wszystkie najważniejsze bitwy żużlowe o medale. I oto mamy  Śląsk, Chorzów, baza hotelowa Katowice. Ambitni działacze Polskiego Związku Motorowego z lokalnym prezesem tego związku Aleksandrem Szajerem przy pełnej akceptacji władzy zbudowali tor. Futbol na tym stadionie święcił kultowe, słynne zwycięstwa reprezentacji Polski i klubowe/ Górnik Zabrze/. Tam górnicy wygrali ze słynną Romą i śpiewali “ tako Roma, momy doma”. Otwarcie Stadionu Śląskiego dla żużla było przebojem sezonu. Gospodarze obiektu z Tadeuszem Ślusarkiem w roli głównej okazali się bezbłędni. Prezes Zarządu Głównego PZM zacny dyplomata Roman Pijanowski nie krył zadowolenia. Misa stadionu wypełniła się po brzegi, 100 tysięcy ludzi, pogoda dopisała, no i nieoczekiwanie wygrał opolski fighter Jerzy Szczakiel, który idealnie spasował się mentalnie z sędzią bawarskim Georgiem Transpurgerem. Arbiter z Pocking, miasta bardzo zasłużonego dla żużla światowego leżącego w południowo –  zachodniej części Niemiec został po tym finale IMŚ zawieszony przez władze FIM za puszczanie lotnych startów. Co nim powodowało? Śląska gościnność? Było towarzysko obficie. Georg, którego poznałem później w Pocking, chciał się zrehabilitować, na swojego Abrachama, czyli 50 urodziny zaprosił sporo żużlowych prominentów, jednak nie doczekał się rewanżu za Chorzów, w efekcie poprowadził tylko półfinał IMŚ na lodzie we Włoszech. Słabo. Rzutki działacz, sympatyczny gość, zaangażowany w organizację znanych wielkanocnych czwórmeczów w Pocking z udziałem najlepszych drużyn świata. Startowali najczęściej wtedy Anglicy, Szwedzi, Duńczycy, Amerykanie, no i jako gospodarze Niemcy. Polacy bardzo rzadko. Turniej na progu sezonu w extra wydaniu.

Przypomnę, że w 1993 roku tam właśnie brawurowo wygrał mistrzostwo świata Yankes Sam Ermolenko, przed Hansem Nielsenem i Chrisem Louisem a w debiucie Tomasz Gollob był siódmy/ 8 pkt/, tylko 4 pkt zdobył Szwed Tony Rickardsson, ostatni z 2 pkt Amerykanin Greg Hancock. Turniej wywołał duże zainteresowanie startem Golloba.

# A co potem w historii się porobiło, warto pomyśleć. I mocno zastanowić nad stanem żużlowego modelu funkcjonowania, poza Polską, która jest wyjątkowym zjawiskiem.

Wprowadzona zmiana w 1995 roku i odrzucenie finału indywidualnego MŚ nie uratowało intencji pomysłodawców nowej ery. Speedway popadał w organizacyjny regres i nie zgadzam się z klakierami tego projektu, że tak nie jest. Błądzą w swojej naiwności i braku wyobraźni. Niech wrócą klasyczne drużynowe MŚ, pary MŚ.

Od roku 2022  do 2031 amerykańska firma, która znana jest z anteny TV na całym świecie Discovery oraz stacja Eurosport Events/ 8 000 godzin w roku, 220 kraje, 50 języków/ przejmują drogie lejce światowego żużla z inwencji Francois Ribeiro. Dlaczego tak się stało, że FIM budzi się ze śpiączki? Bo wreszcie zrozumiano, że serwis nie ten i dania ciągle te same. Przejadło się i odbija. Polski grunt i dziki pęd do organizacji turniejów Grand Prix pochłonął innych. Nie ma “bel esprit”, jak mówią wysmakowani Francuzi. Nie iskrzy, nie wciąga serial w obrót nowych fanów. To nie sezony serialu Soprano. Z szumnych zapowiedzi BSI w 1995 roku tli się swąd. Będzie ogień?

Jestem umiarkowanym optymistą i bardzo bym chciał tego dożyć, erupcji żużla głośnej, bezpiecznej dla oka, takich wyścigów w rozmaitych zakątkach świata, które będą fantastycznym przeżyciem dla każdego, jak kiedyś emanowało legendarne londyńskie Wembley, Stadion Śląski, Ullevi w Goeteborgu. Wspomniałem przy okazji incydentalnie, co było dawniej na arenach światowych, bo chyba warto skruszyć pamięć i wrócić na chwilę do imprez, które składają się na historyczne wydarzenia speedway’a z mottem : “przeżyjmy to jeszcze raz”. Czeka nas za dwa lata nowy produkt, który już kotłuje twórcze umysły, będą z biegiem czasu narastały oczekiwania, proponuję lepiej mniej się spodziewać a więcej odebrać. Korekta poszczególnych edycji mistrzostw świata jest konieczna, nowe lokalizacje, scenariusze turniejów, nowi kibice, bo: “ The show must go on, yeah”. Azja, Antypody, obie Ameryki, Europa, speedway podrożeje za cenę atrakcji dla wszystkich.  Nikt nie ma patentu na gwarantowany sukces.

Tata nauczył mnie żyć

 

Słodycze odstawił, choć je lubi. Teraz nie tylko żużlowy świat lukruje nowego mistrza globu. BARTOSZ ZMARZLIK. Lat 24 i perspektywy na kolejne tytuły. Ma w sobie coś, co predestynuje go do kolejnych laurów najwyższej wartości w sporcie. Skromny ? Tak. Utytułowany bardzo, bo przecież wcześniej już zgarnął brązowy medal i srebrny MŚ. Gorzowianin, który postawił dom na placu, gdzie ojciec Paweł wybudował maluchowi tor. Tam Bartosz postawił dom. Uczył go jazdy na żużlu Bogusław Nowak, zawodnik Stali Gorzów, który wskutek wypadku na rybnickim torze korzysta z wózka inwalidzkiego. Od początku wierzył w karierę wychowanka, bardzo zdyscyplinowanego, sumiennego. “Na niego nie trzeba krzyczeć, on wie co robić i podporządkowuje się sytuacjom ekstremalnym” – mówi Bogusław Nowak. A nowy mistrz świata podkreśla rolę ojca Pawła w teamie i akcentuje tata “nauczył mnie, jak żyć”. Rola mamy Doroty jest bezcenna, trzyma rękę na pulsie żużlowej rodziny. “Zawsze rodzina była dla niego najważniejsza oraz speedway” mówi Stanisław Maciejewicz były mechanik Stali Gorzów, reprezentacyjny “majster” przez długie lata. Doświadczony jak mało kto.

Wyjątkowy zawodnik. Gorzów na żużlowej mapie Polski i świata znaczy ogromnie dużo, tam rodzą się talenty a sława Edwarda Jancarza czy Zenona Plecha podbija cenę tego miasta i regionu. Tm chodzi się na żużel, tam kocha się ten sport i tych, którzy ścigają się po medale. Speedway jak stal, jak Gorzów…Talenty z mini toru we Wawrowie.

Bartosz Zmarzlik zdobył tytuł najlepszego żużlowca świata roku 2019 w ostatnim turnieju serialu Grand Prix na toruńskiej Motoarenie. Był liderem przed zawodami, a najwięksi konkurenci byli bardzo blisko; drugi na liście Rosjanin Emil Sajfutdinow miał 7 pkt straty a trzeci, Duńczyk Leon Madsen 9 pkt. Mało, trzeba dużo odporności, żeby wytrzymać presję, odeprzeć ataki przeciwników, którzy moc potrafią, mają sprzęt nienaganny. Bartek trzymał w napięciu komplet widzów na stadionie toruńskim, przed telewizorami oraz swój team. Nie od razu było wiadomo, kto rządzi na Motoarenie, wybijał się z ”tłumu” Madsen, zwinny jak kot, szybki na starcie, uciekający przed siebie jak zranione zwierzę, tracący pozycję i odzyskujący grunt po kołami. Leon zawodowiec. Emil Sajfudinow na pewno liczył na lepszy medal, jaki ostetcznie przypadł mu w udziale, bo brązowy to on już ma w domu. Duńczyk był świetnie dysponowany i nie musiał niczego… tylko mógł. Posrebrzył siebie ładnie.

A Polak jechał z presją na plecach ale i poparciem gorących serc sympatyków. Udało się? Nie udało, tylko wywalczyło po mistrzowsku. Zmarzlik pokazał styl złotego medalisty i mimo, że Madsen zbliżał się do niego jak torpeda, dwoma punktami sięgnął po trofeum, które będzie teraz symbolem jego już bogatej kariery. Duńczyk wygrał wszystko, był w furii, ścigał się jak na skrzydłach. Polak w finale po zapewnieniu sobie tytułu pojechał wyluzowany i patrzył jak rywale stoją na podium ostatniej rundy, on był myślami gdzie indziej, przy podium ostatecznym, najważniejszym, najcenniejszym dla niego. Jakie to wspaniałe uczucie być mistrzem świata – podkreślają zawsze zawodnicy ze złotymi medalami. Tak, bo to oznacza ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem wielu lat a czasem tylko łutu szczęścia. Bartosz Zmarzlik zasłużył na sukces bez żadnych komentarzy zbytecznych. Rok temu szarżą wygrał przed nim Anglik Tai Woffinden w Toruniu, teraz tam właśnie Polak nie dał szans rywalom i awansował do finału po wspaniałym wyścigu. Mistrz pojechał jak mistrz! Uśmiechnięty, szczęśliwy, rodzinny do bólu, talent udoskonalany przez lata. W wyścigach ligowych, w gonitwach turniejowych tu i tam, wzór sportowca, który ma charakter bycia sobą wszędzie. Imponuje.

Trzeci Polak w historii tego sportu został mistrzem świata; po Jerzym Szczakielu/ 1973/ i Tomaszu Gollobie/ 2010/. Ten pierwszy triumfator długo był samotnym mistrzem, ten drugi szybciej doczekał się kolejnego polskiego zawodnika w koronie światowego czempiona. Mistrz z Gorzowa bez nałogów, błyskotliwy naturszczyk, który kocha speedway a ten sport pieści jego bez granic. Miłość obopólna, na dobre i złe.

Wypisywanie laurów na temat Bartosza Zmarzlika w zasadzie mija się z celem, bo cechy dodatnie ma we krwi, jakby tak musiało być, czy mu strzeli woda sodowa do głowy mocno wątpię, więc odnotowuję nie pierwszy raz jego silny charakter bycia najlepszym. Wygrywa jak szaleniec czasami ale myślę, że teraz uporządkuje jazdy, tytuł dał mu wiarę, że nie wypada na tym poprzestać. A jest wierzącym człowiekiem, co pomaga mu w wielu przypadkach nie tylko na torze. Mój Boże tylko 24 lata, ile przed nim startów? Kondycyjnie mocny, charakterny podkreślam i zmobilizowany na trudy walki w różnych warunkach. Jeśli podsumować lata startów i pomyśleć o przyszłości, jasno klaruje się sytuacja z dalszymi sukcesami. Nie może być inaczej, szczęście sprzyja lepszym, gorzowski matador wie, że nic nie spada z nieba, on uwielbia ściganie żużlowe, zna smak zwycięstw i dyskusji przy motocyklach, silnikach sposobionych przez Ryszarda Kowalskiego. Brat Paweł wierzy w brata, sam startował kiedyś ale rodzinna scheda przypadła Bartkowi i familijne wspomaganie uskrzydla mistrza anno 2019.

Na wiosnę kolejne rundy mistrzostw świata i Polak będzie bronił złota. Organizatorzy mają w planie pewne zmiany, zobaczymy co to za nowości… Dominacja Polaków jest wyraźna, do serialu awansowali Maciej Janowski i Patryk Dudek. Mistrzem świata juniorów na pardubickim torze został Maks Drabik. Juniorzy są mistrzami świata i Europy. Jak powstrzymać polski huragan? Radzę federacjom szkolić talenty, polskim władzom wypieszczać takich jak Zmarzlik. Boję się, że światowi włodarze żużla nie bardzo wiedzą jak odbudowywać stracony grunt tam, gdzie speedway był ceniony. Odrzucenie drużynowych MŚ jest sabotażem. Armando Castagna /FIM/, Paul Bellamy/BSI/ nie uniosą ciężaru renowacji tego sportu, toteż polska strona powinna narzucić swoje warunki, gdyż dominacja w życiu nie sprzyja rozwojowi. Tak nie może być, żeby nami rządzili inni, a Polacy jako mistrzowie byli dla nich utrzymaniem. Gdzie sprawiedliwość dziejowa? Gdzie? Takie dziwactwo do odrzucenia. O tym kiedy indziej.

BARTOSZU, gratuluję złota, byłeś kiedyś mały, dziś jesteś wielki. Tata nauczył ciebie, jak żyć… piękna fraza i niech tak zostanie do końca.

Konserwa

 

res_376b255e7ca3c3f5d898accd1a028923_full

Jaki jest światowy speedway? A jaki polski? Ekstraliga najlepsza na świecie bez konkurencji! Dmuchanie balonu “jesteśmy najlepsi”. Wiatr zrzuca liście z drzew, szurają już mocno pod nogami. Jesień jeszcze słoneczna, choć zmienna, długie wieczory sprzyjają refleksjom nad tym co było i co będzie. Deprecjonowanie jest domeną polskiej rzeczywistości. Nie ruszajmy polityki, zostawmy do wiosny. Dostrzegam, że polski parlamentaryzm staje się familijny, sukcesje przechodzą z ojców na synów, podobnie w żużlu; jeździł tata, jeżdżę ja. EGO jest ważne jak Fogo. Maniery zawodnicze rosną jak na drożdżach, wyrabiają się niektórzy, jak wielkanocne, drożdżowe baby. Bywają czasem zakalce i przypalenia. Mamy transfery oraz wyjazdy lukratywne, dodam – zasłużone. Gdzie biały piasek i ocean lazurowy, palmy jak wierzby. Barbadosowy rum i muzyka, i ciepła woda. Fale odpływają, przypływają. Pobudzają wyobraźnię różnego gatunku, jeśli ona w ogóle jest a dochodzę do wniosku, że nie wszyscy mają wyobraźnię, tylko im się wydaje, więc udają kiepsko bohaterów jednych turniejów.

W światowym żużlu Moi Drodzy nie wiele się zmieni, metalowa konserwa trzyma się krzepko, nie odda stołków, nic nie wymyśli ale trwanie jest dla przeciętności marzeniem życiowym. Serial Grand Prix anno 2020 otworzy warszawski turniej majowy. Bilety sprzedane prawie wszystkie niczym przydrożne grzyby. Impreza ma walory nie tylko jako premiera sezonu w wydaniu extra, w stolicy, która oferuje kibicom atrakcje miasta. Na każdą kieszeń bez nudy. Rodzinnie można obejrzeć widowisko w atmosferze pikniku, deszcz nie zakłóci, zimno nie groźne, dach na Stadionie Narodowym chroni klimat. W tym miejscu, w takich warunkach warto zobaczyć każde wydarzenie sportowe, speedway ma lokum o jakim marzyć mogą inni. Więc co proponuję od dawna? Aby tu zaczynał się ten serial i także kończył. Jestem przekonany o akceptacji kibiców polskich i zagranicznych. Do Warszawy można dojechać, dolecieć i spędzić czas wygodnie. W tej opinii nie jestem osamotniony, potrzeba tylko śmiałej decyzji polskiej władzy żużlowej oraz notabli FIM i namawiam prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej /FIM/ Jorge Viegasa z Portugalii, który obserwował zabawę na Narodowym i finał w Toruniu, gdzie Bartosz Zmarzlik został mistrzem świata. Uczta Mr. Viegas, prawda? Więc kokietujmy tego sympatycznego działacza by przekonał Armando Castagnę, który funkcjonuje na fotelu światowego wodza żużlowego, ma fajną rodzinę, ścigał się na GM z włoską fantazją oraz nie do końca panował nad jazdami, do korekty kalendarza serialu GP i przystosował go do słusznego lokowania produktu na antenach TV. Torunianie pewnie na mnie sarkają, lecz niech martwią się raczej ligowym upadkiem a nie szczytem żużlowych rozgrywek światowych. Stolica ich bije w każdym calu i nie ważne koneksje rangi nieziemskiej. Świat się kręci, ziemia też… Warszawa jest nr 1.

Frekwencja w stolicy buduje szacunek do kibiców żużlowego autoramentu. Zawody uświetni nowy mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który nie żałuje ani godziny by zadowolić kibiców; uśmiechnięty, radosny jak skowronek pod niebem. Udany młodzieniec, nowa generacja zawodników zdesperowanych na sukces. Gdzieś wyczytałem, że jest zaprogramowany na wygrywanie…  Mocne stwierdzenie. Bardzo. Jak miło mieć takiego zawodnika, który jest sztandarem polskiego żużla, ba! jak mówił mi szkocki przyjaciel żużlowego towarzystwa Bert Harkins, gorzowianin jest prognostykiem na lepsze czasy tej dyscypliny. Nagle wyłoniła nam się ikona, polskiego chowu, która leci w stronę światowej galerii gwiazd: Fundina, Briggsa, Maugera, Olsena, Penhalla… Legend, które są treścią historii tej dyscypliny. Idol Zmarzlik powinien pojawić się w Anglii na jakimś extra turnieju, gdzie będzie ambasadorem polskiej szkoły speedway’a ale i atrakcyjnym asem na brytyjskim rynku. O taki występ, prestiżowy w szczegółach powinien zadbać szef polskiego żużla Piotr Szymański, choć nie wiem, czy właśnie on, bo wodzirejów u nas za pryncypialnym stołem jest kilku. Warto Bartoszem pochwalić się wszędzie, gdzie trzeba. PR jest łatwy, przyjemny, dający satysfakcję w stylu Adama Małysza, Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego, Roberta Kubicy.

Jest świetnie, rzecz w tym żeby sukces zdyskontować skutecznie rangą renomowanej agencji reklamowej. Co mogą zrobić media? Dużo, ale z rozwagą. Sukces Bartosza tkwi w nim samym. Charakterze sportowej duszy i życiowej postawie. Po prostu: self – made man! Za jego plecami stoi w pierwszym rzędzie tata Paweł i koniec, kropka.

SPEEDWAY zaczyna zimową drzemkę, Europa zamyka tory. Antypody otwierają wrota do ścigania. Dawno temu słynny nowozelandzki as Ivan Mauger organizował wyjazdy czołowych zawodników ze Starego Kontynentu, byłytam turnieje, klasyczne przedłużenie sezonu europejskiego nad oceanem, treningi w słońcu, punktowanie. Walorem inne tory, niż europejskie. Kangurowe ściganie na luzie na australijskich obiektach.

Nie ma obecnie skondensowanych wyjazdów, można na własną rękę zorganizować sobie eskapadę w odmienny świat.

W Europie niegdyś planowano imprezy pod dachem; w Anglii, Niemczech. Zostały tylko wspomnienia. Każde przedłużenie sezonu letniego o wydarzenia żużlowe zimą na naszym kontynencie mają rangę promocji, szansą do spotkań w relaksowej atmosferze. Jest potrzeba takich spotkań. Zamiennikiem są organizowane pod dachem wyścigi na lodzie, więcej jednak w tym zabawy. Polski speedway kilka lat temu dorobił się w Sanoku poważnych imprez na naturalnym torze w ramach mistrzostw świata. Miejscowe władze popierały, był przekaz telewizyjny. Zanim w Sanoku rozpędzono takie wyścigi, na warszawskich Stegnach urządzano ścigania lodowe GP, które są bardzo ekspresyjne, szalenie widowiskowe. Jednak nie ma ma tradycji, toteż promocja turniejów nie wytrzymała obciążenia. Szkoda. Polski speedway pozostaje od lat monotematyczny, rajcuje klasyk i na niego skazani są kibice. Brakuje wytrwałości sponsorów, więc jest tylko tradycyjny żużel, nie ma wyścigów na lodzie rangi mistrzostw świata czy gonitw na trawie albo na długich torach. Czesi, którym daleko do poziomu polskiej ligi, chętnie uprawiają inne kategorie, Skandynawowie, Niemcy mają podobne upodobania, Rosjanie uwielbiają ściganie na naturalnych torach lodowych, pozwala im na to surowy klimat. Tam “grasują” arcymistrzowie cyrkowych, dramatycznych występów na motocyklach z kolcami.

Polakom pozostaje więc zimową porą sport – turystyka na zawody tego typu, no i cierpliwe odliczanie dni do nowego sezonu. Czas jednym szybko leci, innym dłuży się niemiłosiernie. Trudno, zwykle wyposzczenie wzmaga apetyt.

Puchnie pycha

ducati-speedway-motorcycle-625x417

Zmarzlik. Bartosz od urodzenia czyli Bartek. Jest trzecim złotym polskim medalistą na tronie żużlowego mistrza świata. Wielki triumf nowej generacji zawodników. Dojechał do tytułu po ekscytującej walce w serialu Grand Prix, wygrał i sukces zawdzięcza swojej determinacji, mozolnej pracy od małego. Chciał ścigać się na żużlu, chłopaczek mikrus; trener Stanisław Chomski ze Stali Gorzów opowiadał mi bardzo ciekawie, jak ten mały chciał startować,  żeby być większy ubrał buty kozaki mamy Doroty i przyszedł do szkoleniowca mówiąc, że… urósł. Bogusław Nowak uczył go jazdy na mini torze, “Stanley” Chomski na normalnym torze. Zmarzlik wyrastał fizycznie i sportowo, pokonywał ścieżki swojej kariery. Ma 24 lata, wrota do zwycięstw globalnych stoją otworem. Jest sympatycznym zawodnikiem, sportowcem, który nie ulega nałogom. Ma charakter silny i nie ulega naciskom, wykazuje po prostu spokój mistrza.

Z trzech polskich autorów złotego medalu MŚ na żużlu czyli Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba jest najbardziej autentycznym. Szczakiel wykorzystał szansę w 1973 roku i niech nie ma do mnie pretensji, że to piszę, bo poruszałem temat wielokrotnie, otóż Jurek uciekał ze startu jak orzeł z gniazda. Sędzia bawarski Georg Transburger z Pocking, jakby sprzęgł z Jurkiem, który wstrzeliwał się jak kamień z procy, nie dawał im rady sprytny zwykle pod taśmą Nowozelandczyk Ivan Mauger. Trzeba docenić mimo wszystko refleks  Szczakiela, bo już w 1971 roku w Rybniku razem z Andrzejem Wyglendą dali popis kompletując punkty w MŚ par przed Maugerem i jego rodakiem Barry Briggsem. Srebrny medalista 2019, Duńczyk Leon Madsen startuje szybko jak tylko można, dostaje ostrzeżenia, w czasach Szczakiela nie było warningów. Bo gdyby…

2010, Terenzano, północne Włochy, przedmieścia Udine. Tam po wielu latach Tomasz Gollob zapewnił sobie mistrzostwo świata ale w Italii był pewien niuans sędziowski w wykonaniu Wojciecha Grodzkiego, dotyczący Jarosława Hampela, wtedy Mr. Tomasz odłożyłby koronację do rodzinnej Bydgoszczy w następnym turnieju GP. Gollob startował długo, zapisał  karierę bogatą ale tylko raz był mistrzem świata.

Bartosz Zmarzlik ma treściwe, mimo młodego wieku portfolio, szanse na kolejne tytuły. Motocykl opanowany perfekcyjnie, techniczny zawodnik, zawadiacki, fruwa obok rywali jak sokół, sterylny sportowiec. Gorzów jest kuźnią talentów a brylantem jest Bartek. Obok niego czuwa ojciec Paweł, gotujący się wewnętrznie, natomiast na zewnątrz emanuje siłą spokoju, starszy brat Paweł jest animatorem pracy w teamie Bartosza. Nr 95 jest na fali wznoszącej, wzór do kopiowania. Nie zazdroszczą mu, podziwiają, “jest wielki” napisał mi Bert Harkins szkocki przyjaciel, były zawodnik, który nie opuszcza światowych turniejów od wielu lat. Brytyjczycy, Skandynawowie cenią gorzowianina.

Triumfy sportowe miewają wielu ojców, w naturze ludzkiej jest jakaś wola przypisywania sobie laurów, bo przecież przyjemnie gwiazdorzyć. Puchnie więc pycha wszechobecna przy spektakularnych wydarzeniach. Obserwuję takie klakierstwo, czasem prawdziwe, czasem naciągane jak guma. Publika kupuje, fachowcy przesiewają opowieści dziwnej treści i kiwają głowami. Pycha nie zna granic, prawda bywa tłamszona, wszystko zależy jakie kto ma koneksje na rynku sprzedaży sukcesów.

Przypadek Bartka i jego triumf jest wykonanym zadaniem głównie przez niego, rodzinę, normalne wychowanie w kulturze sportowej rywalizacji fair – play. Nie ma sztuczności, blichtru, chytrości nadętej jak bania. Finanse, jak w przypadku innych, nie odgrywają u niego pierwszoplanowej roli, biegną obok, planem nr 1 być najszybszym i najlepszym w elicie światowej, ligowej na polskim gruncie, szwedzkich gonitwach. Jazdy bez końca.

Brąz, srebro, złoto, co dalej?

Ekscytująca wizja, trudne i realne wyzwania; sport jest ogromnym polem do dokumentowania światu doskonałości wyczynu. “Ten” Bartek ma glejt do rządzenia na torach. Miał lat 13 i marzył o tytule mistrza świata. Skoczek narciarski z Zakopanego Kamil Stoch, jako bystry chłopaczek z Gubałówki prawie tak samo wypowiadał się, że chce być najlepszym na świecie. Późniejszy medalista igrzysk olimpijskich jest sztandarem na skoczniach po Adamie Małyszu. Wielcy sportowcy nie znają granic, mają full ambicje, uparci i konsekwentnie zmierzają sezon po sezonie wyżej, dalej, najszybciej. Pięknie pisane kartki, obrazy malowane cudnie, filmy dramatycznie wzruszające. Sportowa poezja, nowele czytane, oglądane. Adrenalina wyostrza stres.

Nie wszystko jednak w sporcie jest normalnie kreślone. Mamy wypadki koszmarne, eliminacje sportowców z karier świetnie zapowiadających się, zdarzenia znaczone bólem do końca życia. Los jest wywrotny jak kajak w czasie burzy na jeziorze. Jak wznosi pod niebo, tak sprowadza do piekła. Nie ma siły, nie tylko w sporcie, w życiu niestety też tak jest! Szczęście reglamentowane, absolutnie nie do kupienia a los podstępnie grasuje. XXX

I mamy przypadki puchnięcia pychy z byle powodu, zanim jeszcze kariera się rozkręci, “fikania” dojrzałych na torze, niedojrzałych życiowo, bo kinderszuba została gdzieś tam za drzwiami stodoły. Każdy ma prawo do pójścia do lekarza, nie każdy ma prawo do igrania w majestacie sportowca. Proste? Kombinacje mają krótkie nogi…

Każdy ma prawo chorować, bywają jednak spektakularne zwolnienia w różnych przypadkach startowych. Oto dowiaduję się, że mistrz świata juniorów nadesłał do Polskiego Związku Motorowego L – 4, trener Marek Cieślak dowiedział się mimochodem o tym zdarzeniu a telefonu nie wyłączał. Trener reprezentacji pominięty, brzydko mówiąc olany! Ale numer, co? Zawodnik nazywa się Maksym Drabik, rodem z Częstochowy, przypisany w sezonie do Sparty, Betardu Wrocław. Niewątpliwy talent, jak ongiś ojciec Sławomir Drabik. Czegoś temu młodzieńcowi jednak brakuje, a co –  proszę o podpowiedź. W obliczu startu reprezentacyjnego zawodnik nagle jak mimoza więdnie. Współczuję biedakowi, życzę samopoczucia bez wytrysku wody a jego decydentom twardego serca. Bez litości, ktoś musi jeszcze wychowywać, skoro wcześniej zabrakło… no właśnie czego, czekam zatem na suflerów. Zabawy w chowanego dobre są w przedszkolu. Traktujmy się poważnie, z szacunkiem.

Zachorzał także, jak Drabik jr., w obliczu finału Złotego Kasku –  Piotr Pawlicki jr., to eliminacja do Grand Prix. Bunt? Kadra jest świętością, nie opłaca się? Tylko ważna kasa? Przykre są zjawiska lekceważenia nominacji kadrowych, lecz nie ma zawodników niezastąpionych, Pawlicki jr. członek mistrzowskiej drużyny Unii Leszno jest wątły, trudno, warto wziąć pod uwagę stany psychiczne i fizyczne. I leczyć skutecznie, oto znajomy lekarz mówi, że oczyszczanie organizmu dobrze robi, jak lewatywa. Proponuję takie akcesoria mieć pod ręką, bez obaw, że pacjent nie zaakceptuje. Musi! Terapia taka jest złotem.

Foto: Koncept Ducati motocykla żużlowego

Niebieskie oczy 95!

22894

Jedzie, walczy, uśmiecha się, dziękuje wszystkim, srebrny i brązowy medalista indywidualnych mistrzostw świata. BARTOSZ ZMARZLIK. Nr 95, taki sobie wybrał do startów, urodził się w 1995 roku w Szczecinie. Startuje w Stali Gorzów. Chłopak świadomy swojego życiowego wyboru, od dziecka. Uparty, ambitny, głodny wygrywania, pracujący nad sobą i marzący, aby zostać nie tylko raz mistrzem świata, być najlepszym wśród najlepszych w elitarnym klubie pn. SPEEDWAY. Kariera sportowa brukowana rozmaitymi chwilami. Ale nigdy nie było zwątpienia. Błędy korygowane, sukcesy znaczone ciężką pracą. Młody Bartosz fruwał jak niespłoszony ptak, czasami ludzie zamykali oczy z przerażenia, zmieniał tor jazdy, ocierał się o bandy, wjeżdżał tam, gdzie mało kto by potrafił. On śmigał i wychodził na swoje. Nr 95, Zmarzlik, Bartosz.

 

Nie srebro, nie brąz ale złoto jest największym marzeniem każdego sportowca, Mazurek Dąbrowskiego wyciska łzy szczęścia, tarmosi serce, chce się wyć nie po cichu. W żużlu, sporcie pozbawionym pięciu kół olimpijskich podium z nr 1 to nie tylko szampan, nie tylko fajerwerki, lecz i narodowy hymn. I gratulacje, i szczęśliwa twarz, na której jest wymalowany wysiłek oraz satysfakcja. Kiedy patrzę na finalne zakończenia wielkich imprez sportowych przeżywam wzruszenia razem z aktorami tego widowiska, którzy stoją na podium. Tak, wzruszam się bez wstydu żadnego, to jest miłe i zostaje na zawsze w sercu. Napompowana adrenalina, rozkosz, choć ma różne smaki.

Czy piszę hymn pochwalny zawodnikowi, który nie kupuje szczęścia, tylko wykuwa je przez długi czas? Nie, to radość, że taki zawodnik znów wojuje w polskim żużlu na najwyższym poziomie. Nic nie spadło mu z nieba, wyjeździł kilometry ścigania jak kierowca TIR – a na trasach trudnych i łatwiejszych, na torach, gdzie uciekał do mety jak orzeł do gniazda, by potem wzlecieć wysoko, pod chmury i “wylądować” w ciepłym, rodzinnym gniazdku. Zdobyć medal brązowy mistrzostw świata jest sukcesem ogromnym, zwłaszcza w wieku, który rokuje następne medale. Talent. Wywalczyć srebrny medal MŚ po brązie jest prognozą wzbudzającą respekt rywali. Radość i satysfakcja. Nie zawsze świeci słońce, nie zawsze pada deszcz. Obok syna jest wszędzie ojciec Paweł, trener, menedżer. Rodzinna para, nie każdemu to się udaje w labiryncie kariery. Czuwa nad nimi jakaś boska siła. Zmarzlikowie team do wygrywania.

W sezonie 2018 złoty medal MŚ był bardzo blisko, toruński tor elicie jest znany jak własne karty kredytowe. Atakiem imponującym, śmiałym, inteligentnym złoto wyszarpał Anglik Tai Woffinden. Gracz z najwyższej półki, charakterny, mający ambicje dorzucić jeszcze do trzech tutułów mistrza świata następne. Hazardzista? Mistrzowie tacy są, mają swoje poczucie wartości. Woffinden w tym sezonie odarty został przez ciężką kontuzję z walki o podium MŚ. Szkoda, bo walka jego z Bartoszem byłaby dokumentem w historii żużla na moc osobowości, które zamieniają pospolitość na sztukę, na jazdy brawurowe splecione umiejętnościami technicznymi. Atrakcyjne fajerwerki na motocyklach, które legitymizują mistrzów. Może nawet arcy…

Jest fantastycznie, Bartosz Zmarzlik jest liderem serialu Grand Prix i ma przed sobą dwa turnieje: Cardiff i Toruń. Zamiast Woffindena jest za plecami w tym sezonie Emil Sajfutdinow, zawodnik z rosyjskiej ziemi, sympatyczny, który na koncie ma już jako mołodiec brązowy medal IMŚ. Emil potrafi dużo, ma charakter żołnierza, który nie składa broni i poddaje się rywalowi. Millennium Stadium w Cardiff będzie areną bitwy a może już tam poznamy mistrza świata anno 2019? Tego nie wie nikt. Może wygrać ten turniej ktoś przypadkiem, lecz stawka turnieju jest prestiżowa dla lidera GP, który rok temu właśnie na tym obiekcie sprawił, że zagrano głośno, kryształowo “Jeszcze Polska…” Cudownie, Wyspy Brytyjskie przygarnęły kilkadziesiąt lat temu speedway i nadały mu królewskie insygnia. Teraz speedway tam jest w kryzysie ale kibice spragnieni ścigania wierni są sportowi i wierzą, że będzie reanimowany na poziom zwycięstw w mistrzostwach świata. Byli potęgą a Polska uczyła się od nich wszystkiego, co żużlem pachniało. Dziś Polacy są nauczycielami; tak się zmienia w życiu, że uczeń jest lepszy od profesora. Belfer, mentor szanuje najczęściej utalentowanego wychowanka.

Po Cardiff jest finał w Toruniu /5 X/. Szkoda, że nie na Narodowym w Warszawie! Obiekt stołeczny i większy. Będzie się działo, będzie zabawa, jednak trzeba zaliczyć wyścigi, wypracować punkty. Fascynująca gra mistrzów na torze, skąd przez okno dachu widać gwiazdy na niebie. Toruń jest miastem Kopernika, choć niektórzy mówią, że kogoś innego dzisiejszych czasów; pierwszy ruszył ziemię, drugi rusza co innego.

Ubiegłoroczny finał serialu GP był w Toruniu polsko – angielski, Woffinden wcześniej potracił punkty, odrabiał zaległości jakie mu nałożyli sędziowie, Zmarzlik ocierał się o złoto, jednym atakiem Tai nie dał sobie wydrzeć ostatecznego sukcesu, wpisał do historii trzeci medal najwyższej próby. Gość jest wyluzowany, rodzina udana, kompletny zawodnik angielskiej marki. Trzyma fason. Ale… w tym roku jeden wypadek w Lublinie okaleczył go na wiele tygodni, Anglik jednak pozbierał się konsekwetnie. Jest w elicie, wprawdzie poza ósemką, lecz może być pewny, że dostanie “dziką kartę” od organizatorów GP, bo takiego charyzmatycznego żużlowca ciężko znaleźć nie tylko na wyspach Brytyjskich. Tacy zawodnicy jak on, budują atmosferę, podnoszą rangę, oglądalność. Widowiska euforyczne, finały urodziwe są wpisane w kronikach na zawsze.

Tak jak Bartek, który fruwa na torze, opanowuje cyrkowo motocykl, wyjeżdża z opresji karkołomnych. Nie zamykajmy oczu, on dojrzewa na torach, w ściganiu w tym sezonie już nie szarpie, nie ma gonitw chaotycznych, elastycznie odstawia daleko w tyle rywali. Ojciec Paweł czuwa w parkingu, miłość Sandra jest blisko. Szlifuje lider polskiej reprezentacji angielski; taki gość musi być komunikatywny, światowy. Swobodny w poruszaniu się w parkingu, kręgach towarzyskich. Młodzieniec ambitny do bólu, od czasu tej niezapomnianej licencji, którą zdobywał w Gorzowie. Tamtejszy płacz zamienił na szczęśliwe zwycięskie chwile. I tak ściganie trwa w coraz lepszej kondycji, opakowaniu dla kibiców, którzy dostają ”towar”  z symbolem *****.

Bartosz Zmarzlik na torach; niebieskie oczy jak chabry i tego koloru kevlar. Coś mam jeszcze dodać na plus, minus? Spokojnie, czeka nas walijski turniej i toruński. Sport jest dziedziną życia oplecioną niespodziankami, pewne nie zawsze bywa pewne, więc nie zapeszajmy, los jest loterią, która wywija numery. Spooooort. Nr “95” na niebiesko, no i biało – czerwono, gdzie tylko spojrzeć, zaś hymny narodowe podniośle wieńczą dzieła. Spektakl, rewia, balet, teatr – wiatr unosi wzruszenia pod niebo gwiazd.

„Śląski“ europejski

 

IMG_0175-min-1920x1280.jpg

Zawsze tak było na tym stadionie, kiedy gościł sport, to grała górnicza orkiestra. Czerwone pióra na czakach, odświętne mundury. Tradycja jest świętością, tak też było i tym razem. Po raz drugi Stadion Śląski przyjął żużlowców, którzy ścigali się o mistrzostwo Europy. Toruńska firma One Sport jest doświadczona, zgrabnie organizuje imprezy rangi europejskiej. Blisko 30 tysięcy kibiców przybyło na obiekt z bogatą historią żużlowych wydarzeń. Tu po raz pierwszy urządzono w 1973 roku finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał Jerzy Szczakiel. Przyjechał z Opola i popatrzył na arenę zawodów, wspomina ze wzruszeniem ten ogromny sukces sprzed lat, kiedy Polak po raz pierwszy zdobył mistrzostwo świata. Jurek jest rozpoznawalny mimo upływu tylu lat, chętnie rozmawia z kibicami a oni z nim jeszcze bardziej. W 1973 roku była wielka feta, Szczakiel ograł faworyta nowozelandzkiego asa Ivana Maugera. Na stadionie było 100 tysięcy widzów, emocje siegające zenitu a jeśli dodać do tego polski złoty medal, można sobie wyobrazić euforię w czasie zawodów i potem. Tamte wspomnienia ciągle w żużlowym środowisku pulsują, zwłaszcza teraz kiedy szykuje się znów polski akcent, ZŁOTY w finale serialu Grand Prix w Toruniu. Ano zobaczymy, jeszcze kilka dni czekania na wydarzenie być może historyczne. Przyjemne dla oka i serca.

Finał ME w Chorzowie przyciągnął teraz trochę mniej kibiców/28.523/, sporo przyjechało z Rybnika, którzy głośno dopingowali Kacpra Worynę, natomiast zgodnie gwizdali na Grigorija Łagutę, który był zawodnikiem ROW, potem miał kiepską przygodę z braniem niedozwolonego środka, zawieszono go ale do Rybnika nie wrócił, stąd określany jest przez fanów jako zdrajca. Kibice wielbią ale i potrafią dołożyć za zachowania, które nie są honorowymi. Obok mnie stali kibice rybniccy i kiedy pojawiał się na torze Grisza pomstowali na niego okrutnie. No dobrze, Kacper Woryna, który przed rokiem był trzeci, liczono na niego, że wygra ale nawet nie zdobył brązowego medalu, bo przegrał medal z Duńczykiem Leonem Madsenem, który rok temu tu zwyciężył, tym razem trzeci, po barażu z Woryną,  któremu zatarł się silnik. Kibice rybniccy byli rozczarowani, jednak nie ma siły na defekty. O złoto walczyli, Duńczyk Mikkel Michelsen i Grigorij Łaguta, obaj z Motoru Lublin a czuwał nad nimi prezes klubu Jakub Kępa. Duńczyk okazał się sprytniejszy od Rosjanina, wykorzystał szansę na jednym z łuków i zameldował się pierwszy. Brawo.

Oprawa turnieju była atrakcyjna, podobała się, niebo okazało się łaskawe, mimo, że nie było pewności czy deszcz nie będzie kaprysił. Słońce w ciągu dnia ogrzało serca kibiców. Tor sztuczny 370 m wytrzymał do końca, decydował start, mijanek za mało, scenariusz tak się ułożył, spokojnie ścigano się pod okiem szwedzkiego sędziego Kristera Gardella. Dobry arbiter, czujny, trzyma w ryzach zawodników. No więc pojechali, finał ME zaliczony, organizator One Sport zadowolony z frekwencji, imprezy na legendarnym stadionie. Kibice na Śląsku spragnieni są dobrego żużla, rybnicki ROW awansował do Ekstraligi, świętochłowiczanie poza ligami, dalsza Częstochowa medalowa w Ekstralidze, tamtejsi fani nie opuścili turnieju w Chorzowie. Było radośnie, głośno, Leon Madsen jest jednym z liderów, szybko uwijał się na torze Paweł Przedpełski. Był świetny, torunianin, który dodaje punktów Włókniarzowi z Częstochowy. Zostaje nadal w tym klubie. Madsen także. W żużlu obecnej doby transfery dokonywane są w trakcie sezonu. Ścigali się młodzi, Bartosz Smektała, Maksym Drabik, którzy zwykle wprowadzają sporo emocji do obiegu na meczach, turniejach.

Mistrzostwa Europy przeszły do historii, Stadion Śląski nie zawiódł żużlowych fanów, firma One Sport myślami jest już z nowym sezonem.

Weekend  interesujący, polscy juniorzy w drużynowych mistrzostwach Europy rozegranych w Francji po barażu z Duńczykami zdobyli złoty medal. Jest czym się cieszyć, mamy talenty i dominujemy w żużlowych rozrachunkach. Złoto mają także juniorzy w mistrzostwach świata. Kolekcja do podziwiana.

Przed nami największa batalia, lider serialu Grand Prix Bartosz Zmarzlik w Toruniu będzie bronił tej pozycji a to oznacza złoty medal, trzeci w historii dla Polaka. Uda się?

Fachowcy z branży stawiają na gorzowianina, nikt z kibiców nie wyobraża sobie, żeby było inaczej. Motoarena będzie huczeć mocno, Bartosz sposobi się na maksa, musi wytrzymać presję, ciśnienie na złoto jest potężne, nie dziwię się wcale, ten młodzieniec ma szansę, zasługuje już na takie wyróżnienie. Za jego plecami Rosjanin Emil Sajfutdinow i wspominany powyżej Duńczyk Madsen nie są ułomkami, pojadą ostro. Toruński turniej zamknie sezon MŚ, tamtejszy szczyt intryguje kibiców, całe środowisko żyje zawodami. 5 października jawi się fantastycznie. Do Torunia przyjedzie sporo znawców tego sportu, koneserów, zagranicznych, z Polski. Taki mały kongres tego środowiska i zawody z opcją satysfakcji dla gospodarzy, polskiego plemienia żużlowego. Dla torunian okazja do obejrzenia mityngu, który może osłodzić gorycz spadku z grona elitarnego, czyli Ekstraligi. Tego nie spodziewano się tam absolutnie, obciach jest przykrym rozliczeniem z błędów zarządzania klubem, zaćmieniem tradycji. Toruń jest silnym punktem na żużlowej mapie, tzn. był…  Przeszłości nikt nie zepsuje, nawet taki spektakularny wybryk, jednak zgaga piecze. Czy torunianie odbudują wizerunek w świecie,  w Polsce? Powinni to zrobić za jednym zamachem, święto żużlowe mam nadzieję zdopinguje, nie da umrzeć tradycji bogatej jak historia i odkrycie Mikołaja Kopernika. A co odkryje dla kibiców teraz Bartosz Zmarzlik? O talencie jego wiedzą wszyscy, jazdach karkołomnych i ambicji, waleczności, umiejętnościach i determinacji. Taki Bartosz jest jedyny, takiego Bartka chciałaby każda federacja motorowa. Ale on jest tylko jeden, lecz nie sam. I warto, żeby mu zagrała orkiestra hymn. A ja to opiszę.