Słyszę westchnienie, szept i krok

Pamięci Mieczysława Święcickiego

 

emkk9kpTURBXy8xNjMwOWM5YmZlNTAwMTcwNTI5ODgyNmQ5M2U4NmNiZC5qcGeQgQEB

 

Umarł w Krakowie, ukochanym mieście, gdzie był jednym z założycieli „Piwnicy Pod Baranami“. Legendarny kabaret, artystyczna i intelektualna baza ludzi, którzy przez oryginalną, wartościową twórczość stali się znani w świecie. MIETEK. Ile lat znaliśmy się na dobre i złe? Dużo. I różnie. Taki był i ciągle chciał jeszcze coś zrobić nowego, innego. Lata mijały i zdrowie też. W marcu skończyłby 82 lata. Kilka lat temu napisaliśmy książkę na kanwie Jego kariery barwnej, bujnej, rozchwianej, podziwianej, nastrojowej, uwielbianej „Nie ma życia bez romansu“. Jego młodość i moja skromna w cieniu wielkich gwiazd z Ewą Demarczyk na szczycie. I Jego życie nie było banalnym romansem. Coraz nas mniej, cholera, wykrusza nas czas. Lubię prawie wszystkie Jego piosenki, ta jedna krąży często mi po głowie ze słowami Antoniego Słonimskiego „Nie wołaj mnie“.

„Muszę tu jeszcze stać na chłodzie,

Aż mnie okryje deszcz i mrok.

Muszę tu stać. Ktoś jest w ogrodzie.

Słyszę westchnienie, szept i krok“.

Cokolwiek napiszę będzie wspomnieniem czasów niezapomnianych. Krakowskiej Cyganerii do bólu, która była dla artystycznego świata mitem, żądzą poznania, doznania.. kochania. Naśladowania zachowań, stylem bycia. Cóż to był za czas!

Mietek nie zwalniał tempa do końca, do ostatniej chwili, kiedy serce nagle zatrzymało bicie. I skończyła się epoka. Książę Nastroju, romansów wybrał się daleko za Planty.

Wracam więc jeszcze do tej lirycznej, nastrojowej, jak większość utworów Mieczysława Święcickiego, piosenki…

„Nie wołaj mnie. Przestań. Nie trzeba.

Wróć do pokoju. Zamknij drzwi.

Z konającego spływa nieba

Słońce. Ogromna kropla krwi“.

Koniec Kochani, KONIEC. Zostaje jednak legenda. I żyć będzie, żyć atmosferą krakowskiego kabaretu, którego Mieczysław Święcicki był/ i pozostanie/ zawsze postacią kultową.

Parasolki i golizna

„W maju jak w raju“ mówią zakochani. A niektórzy dodają przekornie „nie tylko w maju“.

Niech tak będzie.

Karuzela żużlowych widowisk i emocji zaczyna kręcić się coraz szybciej, nie brakuje wrażeń i nabieramy coraz więcej adrenaliny. Pompowanie trwa!

Serial Grand Prix miał premierę we Wrocławiu w 1995 roku i dobrze pamiętam jakie były nadzieje na nowy projekt, w którym uczestniczył duński internacjonał Ole Olsen. Angielska firma BSI i jej szef, który już sprzedał prawa do tej produkcji, bawi się teraz w odzieżowe ewolucje. Zarobił spore pieniądze niejaki John i na polskiej organizacji. Serial przechodził różne koleje losu, początki były siermiężne w tasiemcowym trwaniu imprez, choć część zawodników szybko brała prysznic, mogła pakować manele i jazda do domu. Wyeliminowano te szybkie „odpady“ i teraz mamy w miarę ukształtowany projekt serialu GP, który mimo wszystko w liczbie organizowanych turniejów wlecze się przez cały sezon plus minus z dwutygodniowymi interwałami. Mordęga. Kiedy już serial dobiega ¾ całości zmęczenie uczestników jest nadto widoczne i brak świeżości. Ten cykl nie jest okrawany a wręcz odwrotnie ciągle mamy plany jeszcze większej liczby imprez. Do upadłego? Można i tak. Jak nawięcej kasy Mr. Paul Bellamy? Ten gość zarządza turniejami GP i jest zadowolony. Ilość a nie jakość? Mnie to się nie podoba i już, bo wolałbym serial zwarty, żadna tam brazylijska telenowela, tylko coś takiego co zostawia raczej niedosyt, niż przesyt do cna.

A teraz coś lżejszego.

Pamiętam zgraną pakę polskich dziewczyn, bodaj rodowodu wrocławskiego, które na starcie urodą i kolorami niekoniecznie parasolek wskazywały, gdzie zawodnicy pod taśmą mają się ustawiać. Czy rozpraszały uwagę urodą i cielesnością? Zakontraktowano je nie tylko na polskie edycje GP, jeździły także poza rodzimy kraj i sławiły hasło, że Polki „grzeszą“ urodą na żużlu. A speedway idealnie nadaje się do pokazywania, co kobiety mają i gdzie, i czym tak naprawdę różnią się od płci brzydkiej. Ano różnice są kolosalne. Czy długość nóg ma wpływ na rozproszenie uwagi zawodników pod taśmą, zanim ona podniesie się do góry, a dziewczyny pokażą co mają do pokazania.

A więc pokazywałylecz ten udany team się skończył i mamy inne układy „ parasolek“.

Utarło się od dawna już, że na starcie mają być dziewczyny, pokazywać co mają najlepsze i trzymać kolorowe parasolki. I machać tymi parasolami i kręcić pupami, bo tak lubi męska część żużlowej widowni.

Niech tak będzie.

Czy na starcie mogą być tylko dziewczyny rozebrane jak należy i kusić walorami jakie mają? Pytanie retoryczne.

Specjaliści od technik pokazywania się na estradach nie zawsze upierają się na tym, żeby quasi erotyka była dominującą prezentacją na stadionie. Dlaczego nie dziewczyny w regionalnych strojach dla przykładu? Wychodzę na zgreda? Coś co kusi bywa zakrywane umiejętnie, takie są tajemnice emocji podsycanych przez kobiety. One wiedzą najlepiej jak skusić męski ród, od czasu raju, Ewy i jej jabłka podarowanego Adamowi. Jabłko nie było zresztą najważniejsze chyba wtedy. I tak jest do dziś.

Ogromnie mi żal cziliderek na żużlowych stadionach, które wyginają się na starcie w zimnie i deszczu. Wszystko co jest robione na siłę nie wywołuje dreszczy rozkoszy. One leżą gdzie indziej. Nie jestem zwolennikiem pewnego toruńskiego radia podnosząc temat golizny obok startowych maszyn na żużlowych stadionach. To nie tak. Podnoszę temat, bo widzę, że sztampa i rutyna wbiła się na dobre w speedway i wszędzie gdzie jesteśmy parasolki i dziewczyny skąpo ubrane dominują obok kierownika startu i oczywiście zawodników, którzy specjalnie nie mają czasu na ocenę tych, które wskazują im kolory. Daltonistów nie mamy w tej grupie.

Czy może być „grupa startowa“ mieszana czyli męsko – damska? Czy musi dominować płeć piękna odziana jak na Hawajach? U nas bywa zimno. I bywa, że leje deszcz.

A więc namawiam do złamania kodu zgranego już jak stuletnia karta. Mogą być dziewczyny ale czy zawsze? Obdzielmy wszystkich widzów sprawiedliwie.

Obserwuję ogólnie zjawisko zrutynizowanej organizacji imprez żużlowych i mało jest rozrywki towarzyszącej, zwłaszcza kiedy traktory równają tor a polewaczka go zlewa.  Nawołuję zatem do ożywiania zawodów, bo widzowie chcą zobaczyć obok sedna żużla także coś innego. Dla oka. Nie tylko piwo i grillowane jadło, potrzebne reklamy. Choć co to kiedyś Doda reklamowała? Lody, lody…

Brakuje doprawdy oryginalnych scenariuszy, które obok sportu mogą przyciągać widzów w różnym wieku. A więc? Konkurs na najlepiej zorganizowaną imprezę roku?

Porządkując sprawy żużlowych widowisk, żeby nikt nie odniósł wrażenia, że jestem przeciwny cziliderkom i dziewczynom na starcie, które skąpo ubrane wyginają się do kamer i publiczności bardzo zwinnie… Podniecenie bywa zdrowe, zarówno tym co dzieje się sportowo na torze jak i tym, co nie wiąże się ze sportem a raczej z tym, co opisywał psychoanalityk Freud. Bez kobiet świat byłby nudny, bez ich walorów jeszcze bardziej. Zawsze jednak trzeba wiedzieć, gdzie, co i jak pokazywać, umiejętnie i ze smakiem. Nie zawsze odkrywanie podnieca tak, jak przykrywanie tego, co od czasów raju podkręca emocje bardziej, niż marne czasami jazdy. Szaleństwa są widzom potrzebne ale muszą być wkomponowane w ramy jak obrazki. To tyle na dziś; nie tak znów goło, ale niech będzie wesoło.

Warszawa da się lubić

Gdzie lepiej robić eliminacje mistrzostw świata na żużlu? Na małych stadionach, ba! Stadionikach, w mieścinach czy metropoliach? Jest już zaliczona eskapada do Nowej Zelandii, którą można odnotować, że odbyła się w Auckland. Mamy to już za sobą; organizatorzy, zawodnicy, reporterzy i nieliczni fani. Daleka podróż dała raczej efekty takie sobie; bo kogo pozyskuje taka impreza na rubieżach świata?

Zawsze byłem zwolennikiem finałów mistrzostw świata na żużlu w oprawie miasta efektownego, gdzie promocja daje widoczne skutki. Londyn był unikalny a jeszcze do tego kultowe Wembley! To były czasy, wryły mi się, i chyba nie tylko mnie, w serce na zawsze. Urok miasta, omszały tradycją stadion i organizacja wynosząca speedway na wyżyny. Wembley przeszło do historii. Na Wyspach Brytyjskich zastąpione zostało sztucznym torem na ładnym walijskim stadionie w Cardiff. Zawsze co sztuczne, to sztuczne, blichtr nigdy nie zastąpi piękna natury. Anglicy próbowali jeszcze ćwiczyć, zanim wpadli na pomysł imprezy w Cardiff,  turnieje MŚ w Bradford na stadionie Odsal. Yorkshire, gdzie leży Bradford ma chwytliwe dla oka obrazy regionu, z prawdziwą Anglią a jeszcze w wiejskim wykonaniu rajcują nie tylko koneserów widoków.

Poszukiwanie miejsc dla eliminacji mistrzostw świata pod nazwą Grand Prix trwało i trwa, rzecz w tym, że nie jakość a ilość jest ideą właścicieli serialu pt. „Grand Prix Na Żużlu“. Toteż robili i robią gdzie popadnie. Wspominam zatem tęsknie Amsterdam czy Monachium, także Stadion Śląski w Chorzowie, gdzie uczestnicy „rządzili“ Katowicami. Te czasy się skończyły i nie ma w kalendarzu FIM malowniczego Amsterdamu, nie ma stolicy Bawarii z oryginalnym Stadionem Olimpijskim. No i  „Śląskiego“ dla żużla.

Nie powalczono o Rzym czy Barcelonę… Moskwę albo Paryż. Koniec kropka. Promocja utknęła w martwym punkcie, choć może uda się powrócić do Kalifornii.

Dobrze, że ostał się Goeteborg z Ullevi i Kopenhaga z Parken. Postawiłem już przysłowiowy krzyżyk na Stadionie Śląskim, bo jak na razie trwają przepychanki z dachem, który musi być pewnym dla widzów „parasolem“, bo już jedną tragedię niepodal tego obiektu na Śląsku przeżyliśmy, podczas wystawy gołębi.

Strategia organizatorów, dzierżawców serialu GP jest mało ekspansywna i mało porywająca. „Co ma być to będzie“ taka chyba dewiza pokutuje w zarządzaniu ludzi od wielkiego żużla w małym świecie.

Polska dzierży prym w organizacji imprez GP, bo ma ich aż trzy, czyli dominacja, która przecież nie zawsze jest dobra i mimo patriotyzmu wolałbym by turnieje były rozsiane po świecie a nie z powodów finansowych kumulowane w jednym kraju. Pokutuje przekonanie, że Polska przyjmie wszystko, bo speedway jest u nas jak narkotyk. Ciągle go mało, choć są symptomy, że może znudzić się wszystko, co jest w nadmiarze. Czy tak może być z żużlem w Polsce? Nie przewiduję na razie takiej wizji, bo kibice permanentnie są głodni tego „narkotyku“. Jak słabnie Tomasz Gollob, mamy Jarka Hampela i udanych juniorów, mamy złotą drużynę mistrzostw świata i ligę „ oblepioną“ kibicami na meczach. Fenomen popularności tego sportu na gruncie polskim nie ulega dyskusji. Polska specjalność od zawsze ale czy na zawsze?

W tym sezonie po raz ostatni organizatorem turnieju Grand Prix będzie Leszno.  Warszawa ma Stadion Narodowy, który po tegorocznym futbolowym EURO będzie szukał imprez. Ostatnio posłowie z branżowej komisji poparli pomysł organizacji żużla na tym obiekcie w ramach oczywiście Grand Prix.

Pomysł i ja popieram z całą moją skromną mocą, bo upatruję w tym szansę promocji żużla w stolicy, która kiedyś na Skrze miała nawet drużynę. Nadal w Warszawie istnieją zwolennicy żużla i podtrzymują intencje tego sportu w stolicy. Szanse są duże i może Warszawa podsyci ambicje innych stolic Europy by wjechać z hukiem żużla na salony. I w przyszłym roku obok Pragi z małym stadionem być może Warszawa będzie gospodarzem turnieju GP. Byłoby zajebiście. Pokazać stolicę uczestnikom GP, zaprezentować fanom. Komunikacja naszej stolicy ze światem bezproblemowa, świetne hotele, uciechy kulinarne oraz inne też w nadmiarze. I stadion chyba byłby najbardziej okazały w całym serialu SGP. Zaplanujmy, że w przyszłości mamy Warszawę z turniejem GP, mamy Toruń i… Gdańsk. Zawsze jeszcze będzie spuścizna po futbolowym EURO i czekają stadiony w Poznaniu, Wrocławiu. A może Ukraina skusi się na speedway w wydaniu makro? Marzy mi się również i taka wizja.

A na razie mamy przed sobą Leszno po raz ostatni w wydaniu GP, choć nigdy nie mów nigdy. Drugi zatem turniej GP 2012 po nowozelandzkim Auckland. Hampel będzie jeździł u siebie i mam nadzieję, że nie opuści podium. Ma ogromne szanse w tym sezonie na mistrza; ma już srebro i brąz mistrzostw świata i dojrzał razem z teamem na złoty medal. Eliminacji jest kilkanaście, sezon długi i trzeba mieć nie tylko kondycję ale i szczęście aby wjechać na ostateczne podium. Konkurentów ma zacnych. Jest przecież z rutyną Tomasz Gollob i jest niezmordowny obrońca tytułu Amerykanin Greg Hancock. I rozbudzony Rosjanin Emil Sajfutdinow, który już w debiucie miał przecież medal mistrzostw świata. A inni? O tak, są tacy/ Andreas Jonsson, Jason Crump…/ i myślę, że zmiana pokoleniowa na tym rynku jest przesądzona. „ Zabawa“ dopiero się zaczyna a koniec jesienny jawi się daleko na horyzoncie z emocjami, które wprawdzie trudno wiosną przewidzieć, lecz na pewno nie będą one obojętne dla serc. Adrenalina zaczyna pulsować!

Agresja XXL

Ogarnia nas zewsząd, politycy opluwają się słownie na antenach telewizyjnych, wygadują niecenzuralnie historyjki. Intelektualne spustoszenie głów. O elegancji zapomnijmy, młodzież świetnie jest edukowana przez ludzi z pierwszych stron gazet i pism oraz najbardziej popularnych telewizyjnych programów czy radiowych audycji. Groza. Areny sportowe  coraz bardziej przypominają sceny brutalnych zachowań i trwałych okaleczeń zawodników. Sprawozdawcy komentują i chwalą, że dobrze iż ktoś zagrał faul, bo uratował drużynę od karnego czy wolnego/ to w futbolu/. Słynne uderzenie „ z byka“ piłkarza włoskiego przez znanego Zidane’a przeszło do historii. Od tego czasu mieliśmy również fakty mrożące krew w żyłach.

Oto na ringu bokserskim w nie tak dawnej walce pomiędzy Ukraińcem Witalijem Kliczką a Brytyjczykiem Derekiem Chisorą doszło do kuriozalnych precedensów. Oto już przed walką pobudzony bokser spoliczkował przeciwnika, potem opluł jego brata Władimira. Po walce szukał zwady delikatnie mówiąc i wszyscy drżeli, kiedy przegrany kogoś zaatakuje. Coś okropnego prawda?  Chisora wszczął bijatykę ze swoim rodakiem Hayem. Bokserska federacja nałożyła na niego wysokie grzywny, kilkaset tysięcy dolarów ale co dalej z tym „ fantem“. Kto następny do wyczynów?

Piłkarze ręczni faulują, hokeiści, żużlowcy wypychają w bandy, a jak coś im się nie podoba dochodzi do rękoczynów. Bywało tak? A jakże by nie wspomnieć Australijczyka Craiga Boyce’a, który na stadionie londyńskiegoi Hackney uderzył Tomasza Golloba. Długo wtedy jury obradowało nad tym incydentem, a dlaczego tak długo? Jest wina, powinna być kara, tylko, że w życiu zakończenia są różne i zazwyczaj piekielnie długo czeka się na wyroki.

Każdy polski weekend przynosi smutne statystyki przyłapanych pijanych kierowców, którzy piją i jadą. I tak w kółko, mamy więc dramaty topione w morzu łez. I gromada winowajców, recydywistów. Jak długo?

Poseł PiS Jan Tomaszewski, który walczy konsekwentnie z futbolową centralą, korupcyjnymi przewałami pozwala sobie na słownictwo nie licujące z parlamentarną legitymacją. Legendarny bramkarz owiany sławą tego, który zatrzymał Anglików w 1973 roku na londyńskim Wembley dopuszcza się frazeologii, która chyba umyka jego partyjnemu szefowi. Onegdaj w rozmowie  z Moniką Olejnik w „Kropce nad i“ nie miał żadnego zahamowania by powiedzieć dowcip, który prowadząca program skwitowała krótko: „ordynarny“. Wiecie jaki to był „dowcip“?! Proszę bardzo… „Jak zapłodnić krowę? Postawić ją na lodowisku a sama się wypie…“ I tak na żywo poleciało. Straszne.

Arogancja, agresja, prymitywizm. Groźna eskalacja.

Futbolowe faule kończą się kontuzjami leczonymi miesiącami, wprost słychać jak trzeszczą kości. Wijący się z bólu piłkarz, zawodnik innego sportu, grymasy bólu, nosze i sygnały karetek odjeżdżających ze sportowych aren towarszyszą incydentom, które z natury wywołuje los ale i świadoma ingerencja przeciwnika, który z premedytacją wjeżdża ślizgiem w nogi konkurenta. Brutalna walka na murawie, torze, tafli, parkiecie, tenisowych kortach nawet.

Z jednej strony mamy publiczne życie wzbogacane o agresję, gdzie rozmówca bezceremonialne przerywa drugiemu, jakby nie słyszał co mówi, jakby nie zdawał sobie sprawy z oglądającego gremium, często bardzo milionowego. Takie czasy?

Korupcja, ustawianie meczów, procesy i nie kończące się sprawy prokuratorskie. Przykłady idą zazwyczaj z góry i doły karmią się padliną.

Wspomniany poseł Tomaszewski oświadczył, że nie będzie oglądał meczu reprezentacji Polski z Portugalią na otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, gdyż grają tam przestępcy. Monika Olejnik indagowała, naprawdę nie będzie pan oglądał? Nie –  odpowiedział Jan Walczący. Ma prawo… Jako legenda, ikona i człowiek dający przykład w roli posła.

Kto kogo ma uczyć patriotyzmu, honoru, czystego sportu pozbawionego jakichkolwiek brudów korupcyjnych?

Speedway nie jest pozbawiony pokus, mieliśny przed laty remisowy mecz w Rzeszowie z Unią Leszno, gdzie zawodnicy by dotrzymać umów hamowali przed metą nogami. Kibice rzucali pieniądze na tor a wstyd było słychać na kilometry. Posypały się kary i Unia odcierpiała. Kuriozalny mecz można zapisać w księdze rekordów.

Nie dawanie miejsca po starcie i wypychanie na bandę jest w żużlu pewnym zwyczajem stosowanym raz po raz w ogniu walki najczęściej ligowej ale nie jest wolna od takich incydentów i ranga mistrzostw świata. Czym grozi taka jazda faul, na aferę, oglądana przez kibiców i telewidzów nie trzeba dokumentować, ponieważ konsekwencje są aż nadto przykre i bolesne w leczeniu ran. Kończyły się  przecież także trwałym kalectwem.

Mecze reprezentacji narodowych warto oglądać i być dumnym, to wręcz patriotyczny obowiązek. Co też wygaduje poseł Tomaszewski…

Oczywiście krytyka korupcji, walka z nagannymi sytuacjami jest potrzebą chwili, lecz konsekwencji w tym niestety nie ma. Jest wina a nie ma kar. Takie sytuacje bardzo źle wpływają na kariery młodych zawodników.

Piszę o tym w przededniu kolejnego sezonu żużlowego. Speedway ze względu na swój charakter jest kontuzjogenny. Trzeba szanować więc każdego przeciwnika i traktować jazdy z szacunkiem, bo dziś w karambolu uczestniczy ten a jutro inny. Gdzie człowiek dosiada motocykla może zdarzyć się wszystko ale trzeba zdawać sobie sprawę, że od kierującego zależy wiele i musi sobie zdawać sprawę z faktu, że na torze nie jest sam.

 

Drzazgi

Były dni okute mrozem, bo zima dokuczyła solidnie i nie można mieć do niej pretensji. Jak zima, to musi być zimno, jak mawiają wtajemniczeni. Były dni okupione smutnymi wieściami. Oto noblistka z Krakowa, poetka Wisława Szymborska zmarła w wieku 89 lat i świat sympatyków jej wierszy pokrył się kirem. Zrobiło się zimniej, smutniej a jeszcze kiedy rozległa się w czasie pogrzebu “Black Coffee”w wykonaniu ulubionej przez zmarłą  Ellę Fitzgerald, płatki śniegu intensywnie pożegnały poetkę, która była mistrzynią prostych szczegółów podawanych strofami. Było dużo ludzi na krakowskim cmentarzu i jak to mówiła Wisława Szymborska kiedy widziała na ulicy tłumy, pewnie idą na mecz. No cóż…

 

“Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka kilku wierszy.Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia…”

Proste pisanie z życia wzięte. Szymborska, noblistka, pożegnał ją ze łzami świat.

O ponad 40 lat młodsza Whitney Houston, jedna  z największych gwiazd popu lat 80. i 90. została znaleziona martwa w hotelowym pokoju w Los Angeles. Szok. Wielki głos jak dzwon, przeboje jak ptaki leciały z Whitney, gdy śpiewała dramatyczny song “I Will Always Love You” czy późniejszy utwór ”My Love is Your Love”.

Potężny pięcioktawowy głos przestał być żywy, zrobi się teraz pustka na estradach ale nie umilkną stacje nadające  płyty z jej przebojami, które wzruszają serca na całym świecie.

Przypominam odejścia wybitnych postaci, bo nie można być obojętnym obok tych zdarzeń, które zmuszają do głębokich refleksji i jeszcze bardziej chłodzą serca od tego, co się dzieje zimą za oknami.

Drzazgi, okruchy, które docierają do każdej duszy czy to sportowej czy nie.

Zmieniają się pory roku, nastroje, czas ucieka jak mgła przed słońcem. Do sezonu coraz bliżej; ostatnie karnawałowe tanga zostały w pamięci, smak pączków i plebiscytowe rozstrzygnięcia. Dla najlepszych trofea, dla przegranych gorzko. Samo życie bez dogrywek.

Zbliża się nieco postponowany Dzień Kobiet, niesłusznie zresztą wyciskany z kalendarza, jako relikt dawnych “niedobrych” lat. Hołubione Walentynki mogą być, lcz nie dajmy się amerykanizować na siłę, negować święto kobiet i wynosić na szczyty walentynkowe serca. Zakochani są wśród nas a świat bez kobiet byłby marnym bytem, Dlatego one są i będą, kobiety, dziewczyny, narzeczone, matki, babcie.

Rodzą przyszłych sportowców, żużlowców, karmią, wychowują, martwią się i czekają na dobre wieści. Szanujmy więc tradycję i pielęgnujmy.

Speedway okrążony jest przez świat kobiet, one uwielbiają ten sport, widać je na trybunach, w parkingach, uczestniczą w życiu sportowym i poza nim. Obecne aktywnie. Szczęśliwe i okropnie zmartwione, gdy dramatyczne losy kaleczą kariery. Pomagają, uwielbiają, są pięknym tłem i ozdobą. Kobiety tego sportu nie uprawiające żużla, lecz tkwiące w nim bez reszty.

Pigułki życia, okruchy. Do sezonu coraz bliżej.

Mamy okazały i bardzo drogo/ prawie dwa miliardy złotych/ zbudowany Stadion Narodowy w Warszawie. W stolicy był speedway i zagorzali tamtejsi sympatycy nie mają żużla na codzień. Czy ktoś pomyślał, żeby przy “ okazji” tak ogromnych finansowych nakładów zaplanować obok futbolu także żużlowy tor uruchamiany np. na Grand Prix. Byłoby to wspaniałe i do pamiętania. Były ostatnio draki z tym obiektem i nawet minister sportu Joanna Mucha zaczęła wokół tego stadionu biegać. Nie zabrakło infantylizmu przy okazji a zabrakło profesjonalizmu, bo na sporcie niby każdy sie zna, a jak dochodzi do konkretów, to zaczyna się proza trudna do tłumaczenia.

Mamy na EURO – 2012 bombonierkowe stadiony, nie wszystkie jeszcze zapięte na ostatni guzik, nie wszystkie pomyślały przyszłościowo o żużlu, bo nie tylko futbolem w Polsce się żyje. Lobby żużlowe w Warszawie jest towarzystwem, które nie ma domu. Ostatnie podrygi na Gwardii są wspomnieniem; wtedy w latach 90 – tych lobby tego sportu sięgało aż prezydenta Polski. A dziś? Kogo dotyka, kogo cieszy a kogo boli?

Jak jest w innych miastach gdzie zbudowano super stadiony na EURO? Liczę, że najszybciej na nowych obiektach pojawi się speedway w Gdańsku i we Wrocławiu. Obawiam się, że w stolicy zepchnięty zostanie z toru, tak jak to się stało na kultowym Stadionie Śląskim, który gościł najlepszych żużlowców świata kilka razy. Wspominają pobyty na Śląsku zawodnicy i kibice. Polscy fani i zagraniczni. Nie doceniają tego niestety włodarze tego regionu i liczą, że będą konkurować futbolowo z innymi obiektami typu EURO. Nie pomyśleli o alternatywie dla kosztownego obiektu i brną torem straconych złudzeń.

Drzazgi, okruchy. Drastyczne i bolesne, radosne i szczęśliwe.

Jaki będzie ten rok przestępny kalendarzowo i tak bogaty sportowo?  Wpierw mamy piłkarski szczyt europejski i Polska po raz pierwszy będzie na takim sportowym topie. A potem letnie igrzyska w Londynie. Nader bogaty rok!

I obok będziemy mieli żużlowe szaleństwa, które warto “sprzedać” kibicom. Czy myśli się o takiej alternatywie i zademonstrowaniu polskiego hobby bez opamiętania futbolowym fanom, wśród których na pewno jest wielu sympatyków żużla? Polecam zatem tę  “pigułkę” Giekażetowi spod wezwania PZM.

Czasu już wprawdzie jest serdecznie mało na takie projekty a sygnalizowałem je przecież wcześniej; niestety zimą niektórym śpi się błogo, zwłaszcza, gdy mrozy mocno zamykają okna i drzwi. Jeszcze można jednak pomyśleć i pokazać Europie, iż nie samym futbolem Polska żyje i że speedway jest tutaj  mocno emocjonalnie wrośnięty w krajobraz od Lublina po Gorzów, od Gdańska po Tarnów.

Drzazgi, pigułki… śnieg otulił stadiony ale nie zakrył tego, co nam w duszy gra.

Piękny ten przebój “My Love is Your Love”. Kończę ten felieton już, kropka i koniec.

Nie każdy jest Justyną

Trener znakomitej polskiej biegaczki narciarskiej Justyny Kowalczyk, Aleksander Wierietelny powiedział, że nie raz jest mu żal kiedy jego podopieczna wstaje z bólami i na przekór wszystkiemu i wszystkim zbiera się na ciężki trening, katorgę jak sama oświadcza. Ten początek dnia bywa trudny, potem świetna sportsmenka rozkręca się i walczy z sobą na treningu mając w głowie starty, biegi, podbiegi, zjazdy i mety, podium, medale, wspaniałych kibiców z dopingiem i polski hymn. Jak sama oświadcza, warto dla takich chwil ciężko pracować latem, by potem zimą być na podium: „Wiem, że te katorżnicze treningi procentują potem na zawodach“.

Kowalczyk ma charakter twardej góralki, jednak nie pozbawiona jest słabości ludzkich, kobiecych, wyrzekła się dla sportu normalnego życia i jak mówi nie żałuje, haruje i dostarcza kibicom pięknych wzruszeń. Zachęca do biegania na nartach i do przeżywania radości z tego sportu, wyzwalając w nas emocje sięgające zenitu. To piękne i niezapomniane. Mega gwiazda na biegowych trasach i poza nimi.

Każdy sportowiec wie, że nic nie przychodzi samo z siebie. Nawet geniusz musi pracować. Sporty są różne i charaktery rozmaite. Nie raz wystarczy błysk talentu, szczęścia i jest medal, grają hymn skropiony łzami wzruszenia. Wojciech Fortuna, zakopiański farciarz jednym ślicznym jak gejsza skokiem zdobył złoty medal olimpijski. Miał nie jechać do Japonii na igrzyska a pojechał i skoczył jak mistrz, lecz potem wiodło mu się już różnie. Bywa w sporcie z karierami bardzo rozmaicie. Ludzie pękają.

Justyna Kowalczyk jest przykładem sportowca, który bezgranicznie oddaje się treningowi by potem dyskontować laury. Nic nie spada z nieba, jak mówi białoruski trener, urodzony nb. w Finlandii, który mimo kuszących ofert tworzy z polską biegaczką tandem mistrzowski. Nie ubiera słów ani zdań w girlandy obietnic, wali prosto z serca jak  jest w codziennym życiu. Czy to w Polsce, Nowej Zelandii, w górach Hiszpanii powyżej Granady, czy na skandynawskich trasach w pocie czoła wypracowują sukcesy.

Nie tylko panna Justyna haruje, bo przecież są sporty gdzie wczesny ranek treningowy  szybko styka się z nocą. Taki jest grafik współczesnego wyczynu sportowego.

CZY w żużlu wszyscy harują zimową przerwą by potem nie spadać w połowie sezonu z motocykli? Mam niestety wątpliwości. Dużo się zmieniło w porównaniu z tym, co było kilkadziesiąt lat temu, kiedy żużlowcy wierzyli w moc motocykli i nie obchodziły ich treningi w czasie zimowej przerwy. Ufali talentowi i organizmowi. A kiedy nie dawali rady, zwalali winę na motory. Nie było tyle startów w sezonie, ligowych startów poza Polską. Jak okazuje się teraz, bez kondycji i przygotowania zimą można spaść  latem z motocykla. Żużlowy sezon jest mocno przeładowany, obok monstrualnego serialu Grand Prix od marca do października, zawodnicy mają uporczywe ligowe starty w kilku krajach. Skracają wprawdzie podróże samolotami, jednak głównie poruszają się autami. Męczące trasy. Noce są słabo przespane a jazdy wg. kontraktowych zapisów bardzo wymagające. Nie jest łatwo i bez odpowiedniej higieny życia nie każdy zawodnik kończy sezon w formie.  „Męskie końcówki“ bywają męczące i słabo wydajne. Ten tryb, często idiotyczny w chaosie startowym, gdzie tylko się da, powoduje zmęczenie organizmów, zdarzają się więc wywrotki i kontuzje przykre w konsekwencji.

Nie każdy jest panną Justyną i ma taki hart ducha a poza tym narty, to nie motocykle. Nie żartujmy jednak i nie dajmy się omamić łatwizną, bo dobrze przepracowana zima, mądrze treningowo, wysiłkowo, dietowo daje moc na cały sezon.

Podziwiam ponad 40 – letniego Amerykanina Grega Hancocka, aktualnego mistrza świata, który zaimponował kondycją i już po zakończeniu startów w Grand Prix w ostatnim meczu ligowym w Zielonej Górze, gdzie Falubaz zdobył mistrzostwo Polski, pokazał, że mistrz nie daje za wygraną do końca. Niech młodzież uczy się i bierze przykład z Grega. Ilu mamy takich Gregów?

Słabości sportowców w sezonie są różne i dopadają każdego, lecz treningowy zapas sił daje poczucie swobody, luzactwa i pewności siebie. Treningowy reżim pozwala na pewno zachować się odpowiednio w czasie wypadków na torze, bo zwinny człowiek inaczej upada i potrafi uchronić się przed niebezpieczeństwem. Nie zawsze tak bywa, gdyż zdarzają się wypadki, które trudno zrozumieć.

Do sezonu już blisko, powietrze martcowe pachnie emocjami. Niech zatem każdy żużlowiec zrobi sobie treningowy rachunek sumienia, bo jak zwykle nie będzie łatwo. Wymagania ciągle rosną, wypadki upadki, kontuzje były i będą. Organizmy muszą być przygotowane na najgorsze i nie ma na to recepty, poza jedną…  dobrym wytrenowaniem.

Znakomity piłkarz Gerard Cieślik, zapytany o receptę na strzelanie bramek, odpowiedział wprost, że recepty są u lekarzy, potem realizowane w aptece, a na strzelanie goli nie ma recept. Piłkarze nie dosiadają motocykli, speedway nie żartuje.

Obecne przygotowanie żużlowców do sezonu jest nieco inne, niż dawniej; instruktorzy, zawodnicy mają inną mentalność. Warto jednak ciągle doskonalić „technologię“ przygotowań do ekstremalnych sytuacji, których przecież na żużlu nie brakuje. Premiery nie muszą być więc dramatyczne, podobnie jak i finały, które powinny być w takiej samej formie jak…premiery.

Śląska bessa

I kto mógł przewidzieć, że śląska, dawna potęga żużlowa znajdzie się na dnie. Kto? Śląskiem Świętochłowice opiekowała się grupa ludzi, która pobudzała klub do istnienia. Hutnictwo dawało pieniądze i nazwiska reprezentantów, medalistów mistrzostw świata miały magnes przyciągający kibiców. Paweł Waloszek był wicemistrzem świata i jednoznacznie kojarzył się ze Świętochłowicami, Jan Mucha jako reprezentant Polski i uczestnik wielu prestiżowych turniejów pompował sławę/ tak, tak, były takie czasy/ klubu, który mocno zaznaczył swoją obecność w polskim krajobrazie żużlowym.

Ze Świętochłowic do Rybnika jest blisko, a tam jeszcze większa potęga stojąca na węglowym fundamencie. Dwunastokrotny, drużynowy mistrz Polski i nazwiska Joachima Maja, braci Tkoczów ze Stanisławem i Andrzejem na czele, Antoniego Woryny i Andrzeja Wyglendy były znane w Europie. Nie tylko oni, bo rybnicka kuźnia raz po raz wypuszczała w świat nowe nazwiska i nie chodzi mi teraz o pełny kronikarski zapis. Jest bogaty.

W Rybniku częściej, w Świętochłowicach znacznie rzadziej, lecz także organizowano prestiżowe imprezy z mistrzostwami świata i finałami na czele. Rybnik słynął ze znakomicie przygotowanych turniejów; w 1969 Polska zdobyła złoty medal drużynowo, efektowny sukces można zaznaczyć sukcesem pary: Andrzej Wyglenda i Jerzy Szczakiel, którzy zdobyli złoty medal MŚ brawurowo w roku 1971; potem były inne  finały oraz turnieje a światowa elita chętnie przyjeżdżała do gościnnego Rybnika, bo zawsze miło być w mieście, gdzie jest klimat do uprawiania żużla i nie brakuje talentów. Panowała atmosfera sukcesu długo. Rybnicki Okręg Węglowy miał renomę nie tylko sportową ale i gospodarczą w Europie.

Co nam zostało z tamtych lat? Dreszcze rozpaczy mnie przelatują, kiedy tylko pomyślę co mamy dziś.

No bo tak… w Świętochłowicach ostatnie podrygi żużlowe odbyły się dawno temu na „Skałce“ i lat kilkadziesiąt już temu zaorano speedway wraz z tradycjami. W mieście takiego mistrza jak Paweł Waloszek! Wstyd dla miasta. Od ludzi, zagorzałych fanów zależy utrzymanie ulubionego sportu, oczywiście w konglomeracie takich sympatyków, którzy mają także wpływ na pozyskanie stosownego budżetu. Miastu nie zależało na utrzymaniu tradycji żużla i sport ten padł bez ruchu. Oczywiście były próby reanimacji, lecz garstka ludzi bez podparcia finansowego nie mogła dać rady i mamy tylko wspomnienia ostatnich turniejów oraz meczów na „ Skałce“. Wpierw zaczyna się od upadku ligowego, potem już leci całość klubu na łeb i szyję. Nie ma już nic.

Czy ktoś znajdzie się taki, kto wskrzesi dawny Śląsk? Jan Mucha jest potężnym biznesmenem w branży motoryzacyjnej, jednak nie kwapi się do sponsorowania i zbudowania klubu, który kiedyś reprezentował. Przymusu nie ma.

RYBNIK. Żal. Smutek i chandra ogromna. Upadek na samo dno i zadłużony klub będzie zaczynał przygodę ligową od zera. Czy ktoś 20,10 lat temu przewidywał taki scenariusz? Owszem byli malkontenci, bo takich tam nie brakuje, którzy bez przerwy kręcą nosami, sarkali a nie pomagali, chociaż mogli. Zabrakło pod egidą prezydenta miasta wyszukiewarki prężnego prezesa, który utrzymałby w ryzach towarzystwo, zadbał o  budżet w celu uratowania tonącej arki. Miasto wpierw zachłysnęło się przebudową stadionu, który dziś w obliczu nowoczesnych obiektów Torunia, Gorzowa, Zielonej Góry i następnych projektów jest już tylko stadionikiem. Lobby futblowe w Rybniku wzięło górę i zakopało tradycje. Kiedy pomyślę jak potężny to był wielosekcyjny klub i funkcjonujący jak dobre przedsiębiorstwo łzy sączą mi się z oczu. I była płyta boiska podgrzewana! W ramach modernizacji stadionu w miejsce tradycyjnej trybuny postawiono nową z kuriozalnym dachem, który nie zabezpiecza wszystkich widzów przed zmoknięciem. Kto tak projektuje, kto to zatwierdził Panie Prezydencie?

Czy dziś pomoże zaciąg szkoleniowo – organizacyjny aż z Grudziądza, by ratować speedway owiany legendą Andrzeja Wyglendy, który czasami gości na tym stadionie?

Słyszę głosy, że dobrze iż klub nie rozpadł się i jednak drużyna wystartuje. Po latach doszło do takich pocieszeń! Smutne, by nie rzec, że dramatyczne. Nie wyobrażałem sobie, że do tego dojdzie mając w pamięci pełne trybuny i zawody trzymające w napięciu. Wspomnienia są piękne ale równocześnie potrzeba piękna teraźniejszości.

Dwa znane kluby na Śląsku polecam uwadze wojewody Zygmunta Łukaszczyka /harcerz, miłośnik żeglarstwa/, który może zmobilizuje skuteczne lobby dla reanimacji rybnickiego żużla i wskrzeszenia tego sportu w Świętochłowicach.

Gdy uprzytomnię sobie, że na Stadionie Śląskim mieliśmy kilka finałów światowych i dziesięć lat temu jeszcze dwa turnieje Grand Prix a teraz speedway będzie wyprany z tego obiektu, to obraz speedway’a w aglomeracji śląskiej przedstawia się bardzo czarno. Na „Śląskim“, który ma teraz duże problemy budowlane w ogóle nie myśli się o żużlu. Szkoda! Tylko „ fuzbal“?! Mamy przecież inne piłkarskie bombonierki na ME.

Wspomnienia/ plus kapitalne zdjęcia/ z pobytów w Katowicach i Chorzowie zawodników z pierwszej półki oraz licznego grona kibiców ze świata wciąż krążą nie tylko na facebooku. Podtrzymanie tradycji jest obowiązkiem chyba każdego, komu bliskie małe i duże ojczyzny. Speedway na Śląsku ma tak ogromne tradycje, że doprawdy nie można o tym zapominać. Szuka się raz po raz na siłę za duże pieniądze atrakcyjnej promocji a nie dostrzega tego, co kiedyś rozsławiało region i że warto wrócić do korzeni.

Różna waga medali

SPORT jest loterią, jego urok polega właśnie na tym, że jest nieprzewidywalny i do końca nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście można czasem przewidzieć wynik, zdarzają się jednak i nieziemskie cuda. Narciarski skoczek leci i leci, dostał wiatr pod narty i szybuje jak ptak. Nagle defektuje faworytowi motocykl albo co gorsze pakuje się w bandę i nie zdobywa pewnych punktów. Coś się nie klei drużynie piłkarskiej, natrafia na mur, na lepszych przeciwników i przegrywa. Zdarza się zawodnikowi strzał w bramkę, którą eksponują telewizyjne agencje bez opamiętania, bo to gol cudo. Bywa i tak, że pewniak pudłuje i nie wykorzystuje karnego. Bokserskie wpadki, układy i wypaczone werdykty. Dramaty. Kontuzje, bóle, szał radości i ekstaza, grymasy porażki, łzy szczęścia ronione na podium. Sport ma wymiar nie do ogarnięcia w uczuciach, doznaniach. Przeżywamy i mamy satysfakcję z oglądanych widowisk. Glamour do powielania. Serce rozrywane na kawałki. Magia. Czar. Kochamy spięcia, wielbimy ryzyko i niespodzianki. Gryziemy wargi. Szaleństwo. Jest cudownie.

Cena zwycięstw jest okupiona różnie. Porażki bywają bolesne. Olimpijskie przygotowania trwają kilka lat, decyduje czasem sekunda o triumfe i ułamki tej sekundy o goryczy przepracowanych lat.

MEDALE. Mają różną wagę; zdobyte w rozmaitych warunkach, przy sprzyjającym szczęściu i czyhającym pechu. Jaka jest ich wartość? Medal zdobyty szczęśliwie wywołuje duże kontrowersje, jest krytykowany, trwają długo dyskusje. Wreszcie wrzawa milknie, sytuacja przechodzi do historii. Po latach mało kto pamięta jakie były okoliczności zdobycia “złota”. Liczy się efekt, statystyka pokazuje dobitnie kto wygrał i liczy się ten właśnie akcent. Już nie pamięta się loterii, fartu, pecha, historia uwieczniona w kronikach nabiera cech trwałego przetrwania i udokumentowania tego, co jest zapisane.

Mówi się o loterii. Wciąż za mało wybija się na czoło rolę sędziów, którzy jakże często pomagają losowi. Mówi się, szczęściu trzeba pomóc a jaką rolę odgrywa pech!

Onegdaj wspominałem złoty medal zdobyty w 1983 roku na torze Norden przez Niemca Egona Muellera. Fuks ewidentny, bo gospodarze przygotowali przyczepny tor, rzadko spotykany na tej rangi zawodach. Na takim kopnym torze Egon zwijał się jak kret i zdobył upragnione złoto. Jest uwieczniony w annałach.

1973 rok, Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim sięga niespodziewanie po złoty medal i wywołuje szok. Sędzia zawodów przez Międzynarodową Federację Motocyklową/ FIM/ został zawieszony i już nigdy nie stanął za pulpitem maszyny startowej w finale światowym. Zarzutem pod adresem niemieckiego arbitra na Stadionie Śląskim było puszczanie Polaka z lotnych startów. Georg Transpurger z Pocking mocno przeżył porażkę, chciał zrehabilitować się, jednak nie dostał szansy sędziowania turnieju najwyższej rangi. A szkoda, ambicjonalnie bardzo chciał rewanżu.

TORY przygotowane jak skała pod konkretnych zawodników gdzie liczy się szybki start i dojazd do mety. W 1984 roku na Ullevi w Goeteborgu Duńczyk Erik Gundersen nie dał szans rywalom na betonie. Beznadziejny to był w emocjach turniej, rywalizacja dwóch duńskich potentatów Gundersena i Hansa Nielsena została rozstrzygnięta wyborem nawierzchni pod egidą mentora Ole Olsena.

Co liczy się bardziej jednodniowy turniej o indywidualne mistrzostwo świata czy kilkanaście imprez w ramach serialu Grand Prix? Jaka jest waga tych zdobyczy na podium? Co jest sprawiedliwsze? Czy to jedno wielkie wydarzenie owiane tajemnicą czy harowanie w serialu przez cały sezon. Jaka jest wartość złota Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba?! Czy nie zastanawiamy się nad ceną takich sukcesów, które podziwiane, dyskutowane  w chwilach ich osiągania szybko przechodzą do historii, gdy zanikają emocje a czas pokrywa wszystko patyną. Odkurzamy, już nic nie zmienimy.

CZY najlepszy w historii żużla arbiter norweski Tore Kittilsen nie popełnił błędu podczas finału w 1982 roku w Los Angeles, kiedy w Kalifornii nikt nie dopuszczał myśli, że przegrać może gwiazdor Bruce Penhall, wykluczając w przedostatnim starcie angielską perłę Kenny Cartera? Zrobiło się spore zamieszanie, oczywiście wygrał Penhall, późniejszy aktor hollywoodzkich sitcomów, przegrał z sędzią i presją Carter. Anglik nie dojechał na podium, był szósty. Potem zastrzelił się w swoim domu, wcześniej pakując kulę w serce swojej żony. Dramaty, których się nie zapomina. Kittilsen przeszedł na zasłużoną sędziowską emeryturę, został prominentnym działaczem FIM, był niewątpliwie w dotychczasowej historii najlepszym arbitrem, któremu jednak można zarzucić kontrowersyjną decyzję w Los Angeles na Coliseum. Był pod wyraźną presją organizatorów, zrobili pierwszy finał światowy na żużlu, mieli na starcie mistrza świata z 1981 roku z londyńskiego Wembley i nie wyobrażali sobie, by charyzmatycznemu Penhallowi nie zagrano amerykańskiego hymnu. Zagrano efektownie z fajerwerkami w scenerii westernowej i w otoczeniu roznegliżowanych girls. Było więc “Hollywood” na zaliczkę dla aktorskiego Bruce’a. Stewardem FIM /wtedy ta funkcja tak się nazywała/ był szef światowego żużla Polak Władysław Pietrzak. Startował  w LA Edward Jancarz, mieliśmy widoczne polonica. Turniej był wyjątkowy, zwycięzca zaprogramowany.

Ile takich mieliśmy w historii, jaka jest waga medali, jaka jest cena złotego medalu zdobytego jednego dnia, a jaka w ciągu kilkumiesięcznej walki w różnych warunkach?! CO jest bardziej sprawiedliwe i co ma większy prestiż, jednorazówka czy serial? Tor betonowy czy przyczepny i jaka jest rola pogody jako reżysera, czy wręcz arbitralna władza sędziów, którzy mają panowanie nad startującymi i często doprowadzają do białej gorączki zawodników i kibiców. Wypaczają sens sportu. Rozterek nie brakuje a życie ich nie eliminuje do końca.

Szczęściu trzeba pomóc, pecha przegonić, tylko jak to zrobić? Ba! Recepty jeszcze nikt nie znalazł, dlatego sport jest wielce uzależniającą loterią bez granic.