Patagońskie flaki

Lekarz chwali lekarza, adwokat popiera adwokata, dziennikarz dziennikarza, celebryta uznaje za genialnego innego celebrytę. Świat się kręci, koniunktura narcyzów zżółconych bezkrytycznie, wazelina nie spływa i plami jak atrament. A lekarza oceniają pacjenci, adwokata klienci, dziennikarza czytający, celebrytów zwyczajność charakterów. Świat się nie kręci, świat plącze mentalnie między rozsądkiem a głupotą i zachwytami nad sobą ludzi  bezczelnych i sprytnych, którzy uważają się za inteligentnych. Sami o sobie. Sami swoi. Czy chleb jest dobry ocenia ten, który przyjdzie po zjedzeniu bochenka po następne… Nie prawię morałów ale uwielbienia panoszą się wokół niczym wirusy. A speedway jest? Amokiem? Pigułką, która uzależnia od pierwszego wejrzenia obojętnie jaka sytuacja? Adrenalina. Gold wirus.

Speedway ma swoje uroki i cienie, jest niszowym sportem, lecz fantastycznie popularnym w Polsce. Taki polski smakołyk sportowy, podniecający, wciągający jak gąbka wodę. Niszowy, mocno podkreślam! Raz po raz ktoś próbuje epatować innym nazewnictwem,  gdyż przy dużej oglądalności żużel made in Poland zajmuje swoje miejsce w szeregu wysokie ale nie jest takim sportem powszechnym, znów podkreślam.  Rozległym w obszarze społecznym. O tym decyduje wiele szczegółów, choćby i fakt, że  np. pokopać piłkę można na plaży, podwórku, leśnej polanie. Pojeździć na rowerze, zagrać w kosza, siatkę. Eko i nie tak drogo. Czy młodzi chłopcy garną się do żużla? Mimo talentów rangi zdrowego Australijczyka Darcy Warda, który uległ tragicznemu wypadkowi, nie ma takiego pędu jak dawniej, nawet w Polsce. W państwach dawnej struktury politycznej i gospodarczej /środkowej, wschodniej Europy/, uprawianie jakiegokolwiek sportu było także awansem życiowym, ustawiało finansowo przy sukcesach sportowca, dawało splendor, popularność i możliwość zwiedzania świata. Czasy tamte zostały skasowane, trzeba być wybitnym by zaimponować, nawet średniak w żużlu mimo kochania tej dyscypliny ciężko haruje i ma alternatywę, innego wygodniejszego życia. Przyjemności bez ryzyka utraty zdrowia a nawet życia. Wypadek Darcy Warda, zawodnika o kapitalnej charyźmie podciął skrzydła żużlowi, bo można być mistrzem, aktorem ale nie przyciągać do siebie, wskutek nie akceptowanych ułomności charakteru. Zawodnik porywający tłumy otwiera szansę dla dyscypliny, podnosi ją wyżej i wyżej, tak jest w każdym sporcie. Dotyczy ta kwestia zarówno okresu uprawiania sportu i po zakończeniu kariery. Bezcenne wartości. Trzeba ciężko zapracować na miłość kibiców. Oni są wiernymi i surowymi recenzentami. Speedway ma takich fanów, których wiedza o dyscyplinie o zawodnikach siedzi głęboko w głowach, oni imponują mi od młodości, korygowali w mojej skromnej działalności obiektywnie. Cenię uwagi, bo czym człowiek starszy tym mniej wie… Robiłem błedy i nadal popełniam. Mówię o sobie, no tak… uczyłem się kiedyś od starszych teraz od młodszych i szanuję mądrzejszych, dają moc kreatywności. Przepraszam za wątek osobisty, w sezonie nie ma czasu na wynurzenia, każdy je ma, robi rachunki sumienia bezwiednie,; w czasie długiej jazdy autem, w zamyśleniu nad losem, byle gdzie. Myślenie prowokuje, inspiruje. Przypomina.

Speedway światowy, polski jest barwną kroniką. Historia fascynacji, wzruszeń, szalonych jazd.

Zasłyszałem nie tak dawno o jakimś pomyśle turnieju Grand Prix w Argentynie, podobno czeka Patagonia. Czy taki pomysł Armando Castagny, średniej klasy przywódcy światowego żużla podnieci ludzi zakochanych w tangu? Wątpię, to będzie trudny, międzykontentalny incydent dla miejscowych, którzy uwielbiają futbol jak religię a mają obecnego papieża Franciszka w Watykanie. Tango, czerwone wino i steki, taniec  erotycznie przytulających się ciał, wyprawa żużlowa w rejon świata, gdzie Buenos Aires jest perłą a junta dawno przestała gnębić ludzi. Buenos… Nice. Będziemy może mieli Patagonię na żużlowej mapie, a … nie mamy odnowy bałkańskich turniejów. Oceany ale nie bliskość Morza Czarnego, bułgarskiej przygody, rumuńskiego ścigania. Nie szukajmy aż tak daleko, bo Półwysep Iberyjski jest także blisko i panuje cisza. Mamy oto wspaniałe otwarcia sezonu międzynarodowego w Warszawie, gdzie Stadion Narodowy zgarnia ponad 50 tysięcy ludzi! A powrót do żużla zwykłego w stolicy, który był na Skrze, Gwardii przypomina walenie młotem w skały. Mamy swoją, inną “Patagonię” przecie… Flaki po warszawsku. I seta. Wiem, gdzie tak podają… w naszej stolicy. Luksus dla niezmanierowanych. Zresetowanie żużla w stolicy trwa bezradnie bez wsparcia.

Polska Ekstraliga, jeszcze pierwsza Nice wywołują emocje szalone, silne przeżycia, dramatyczne mecze w końcówkach, tylko u nas, przy okazji uczy się międzynarodowa młodzież, chce jeździć za małe pieniądze, bo tam, skąd pochodzą nie ma takiej możliwości rywalizowania. Ekstraliga wysublimowała się na poziom elity, lansu szpanowania. Chciałbym, ba marzę, aby speedway wrócił do atmosfery brytyjskiej ligi sprzed lat… Charm. Przyjeżdżali wszyscy, którzy chcieli ścigać się w spektaklach żużlowego Brodwayu.  Teatr. Magia. Nisza, ale wyłączność na doznania. Bez miłosnych gier, na żywca do upadłego. Nie było szalonych funtów, tam była sportowa “orgia”, która wciągała jak obrazki szkockich jezior. I ja tam wtedy byłem, widziałem, opisywałem, lecz nie miałem dystansu, myślalem, że to normalność, która nigdy nie zniknie; jak piłkarskie, angielskie, klubowe, słynne marki; uwierzcie ani mi do głowy nie przyszło, żeby myśleć o regresie. Naiwność upojna widowiskami wzruszeń niesamowitych.

Przeminęło z wiatrem… Snuje się mgła. Atmosfera pozostaje przeszłością.

Jest nowa wizja. Argentyna niemal na końcu świata. O, przypominam sobie, mam kasetę z Los Angeles, z finału światowego indywidualnego, gdzie Bruce Penhall/ USA/ wygrał kontrowersyjny wyścig z Anglikiem Kenny Carterem/ wyspiarz potem zastrzelił siebie i żonę/, scenariusz – hollywoodzki. Horror. Organizatorzy urządzili turniej w 1982 roku bardzo obrazowo, w westernowym stylu, bo to Kalifornia i olimpijski stadion Coliseum, dwa razy letnie igrzyska z polskim złotem. Było w roku 1982 filmowo, brakowało tylko Johna Wayne’a, jeździły dyliżanse, sexi girls, sceny naturalne, typowe dla Kalifornii. Zamknąć oczy i otworzyć? Teraz, obojętnie, gdzie jest lokowany turniej Grand Prix mamy prawie to samo menu a wciąż marzę o wyjątkowości, oryginalności. Bez niszy, przenika  swoiste, uparte “disco polo”, lecz kibice są już zahartowani, ich wciąga ściganie. Zabawa gwiazd. A niech tam Castagna chwali Castagnę, Iks Igreka i omijam chwilowo polski grunt. Wiecie… grunt to zdrowie.

Nie ma życia bez…

 

kuba1

Bez czego? Bez wielu rzeczy, sytuacji ale dla kibiców żużlowych nie ma życia bez speedway’a. Tak to jest i basta. Globalne ocieplenie ma różne odcienie i czasem sypnie śniegiem, coś tam zamarznie, no bo jak jest zima, jest zimno, prawda? Kiedyś już jesienią przygotowywano sie na nadejście zimy, które były srogie w mrozach, wiosna przeciągała premierę a ponieważ utarło się w polskiej tradycji tego sportu, że klasyczne otwarcie ligowego sezonu następuje w drugi dzień Wielkanocy, w Śmigus Dyngus, start zależał w dużej mierze od tego, kiedy ten dyngusowy dzień wypadnie; czy w marcu czy w kwietniu. Treningi na torze były utrapieniem, nie było problemów z jazdami na nartach, ćwiczeniami w hali, ale wyjazdy na tor zawsze są zagadką dla metereologów. Wyjazdy poza granice Polski, na południe Europy graniczyły z cudem, nie było wtedy takich mocnych. Aż tu nagle w małym włoskim LONIGO grupa zapaleńców zrobiła czerwony tor a wiosny pod niebem Italii są przyjemnością dla serca i oka. W pobliżu tego kameralnego miasta, na wsi w manufakturze zaczął się proces robienia silników przez Giuseppe Marzoto, ekscentrycznego zawodnika, kochającego motolotnie, startującego w lidze angielskiej jako Charlie Brown. No, bo jak na Wyspach wypowiadać nazwisko Marzotto? Brown OK. Włoch skończył karierę, był przeciętnym zawodnikiem, bo też speedway w jego kraju jest traktowany jak u nas plus minus szachy. Może trochę przesadziłem, więc proszę o pokutę. Pokutą za grzechy było w Polsce planowanie premiery ligowej, no bo jak Wielkanoc wypadała w połowie marca, to zimna sprawa. A święto ruchome, nie zawsze jest w połowie kwietnia… Lonigo stworzyło zatem szansę na treningi w normalnych warunkach. Polacy mieli tam preferencje z tytułu sympatii. Tego tam wiele razy doświadczyłem. Chętnie przyjeżdżali np. Niemcy albo Duńczycy, bo w Skandynawii mroźno i mało sympatycznie wczesną wiosną. U Marzotto w Monticello di Fara kupował silniki GM dla Wojciecha Żabiałowicza sponsor, nieżyjący już, Edward Walczak. U niego w Toruniu były zimą pomidory pod folią a w Lonigo silniki robiące furorę i jazdy treningowe. Reprezentanci Polski mieli więc dobre przygotowanie we włoskich warunkach. Próbowali też jazd w Chorwacji. Sielanka treningowa trwała dość długo i jak w życiu bywa, wszystko zależy od ludzi. Dziś LONIGO już nie przyciąga żużlowcówa a były tam kiedyś super zawody, turnieje rangi mistrzostw świata. Mały stadion, trochę ludzi, raczej więcej przyjezdnych spoza Włoch, podobna sytuacja zresztą, jak w Pradze na stadionie Marketa. Lonigo zrzekło się praw organizacji Grand Prix na rzecz Terenzano, na przedmieściach Udine. Ale i tam kontakt się wypalił, po prostu Włochy kochają motocykle tylko na dużych szybkościach, rodzą się talenty i na torach Imola, czy Monza śmigają jak gazele. A jaka widownia, no proszę, o ile radowano się, gdy przyszło 10 tysięcy widzów, zaś na wyścigach dziesięć razy więcej! Takie jazdy! W Lonigo skończyły się kariery Armando Castagny, Armando dal Chiele i Valentino Furlanetto, który ma na sumieniu fatalne poturbowanie Edwarda Jancarza. Włosi mieli sprzęt marki GM, szybkie motory, ale trzeba mieć otrzaskanie by je opanować na łukach. A liga włoska, podobna była czeskiej, niemieckiej. Mizeria nie popieprzona. Z Lonigo pochodzi Renzo Giannini, który był szefem światowego żużla przez kilkanaście lat a schedę po nim przejął rodak Castagna. Włosi uwielbiają takie przekazywanie władzy. Lonigo padło, podobnie inne w odbiorze i sympatyczności Terenzano/ Tomasz Gollob został tam mistrzem świata w 2010/.

Czasy się zmieniają wraz z działaczami, rosną bankowe konta albo plajtują. Dawniej, kiedy sport był dotowany przez zakłady pracy, organizowano zgrupowania zimowe w domach wczasowych i to kosztowało tyle, co nic. Komercja jednak zatrzasnęła drzwi przed darmochą. Ale nie jest tak źle, reprezentacja Polski ma zgrupowania w górach, najczęściej w Szklarskiej Porębie, gdzie już dawniej bywali żużlowcy innych klubów. Tym razem była niezła zima, treningi są potrzebne i bez przygotowania kondycyjnego nie ma co wyjeżdżać na surowy tor i łamać kości. No więc bogatszych stać na narty w warunkach*****, biedniejszych w gorszych a zupełnie gołych na treningi w hali, basenie. Zawsze jeszcze można jeździć na rowerze a taki przykład daje non – stop trener kadry seniorów Marek Cieślak. Ten ma zdrowie nie tylko do psów. A młodszy trener, od młodzieżowki Rafał Dobrucki też potrafi wycisnąć pot z delikwentów. Inni klubowi szkoleniowcy bywają nie gorsi.

Żyjemy sezonem, toteż romans z żużlem na progu, już ruszyła machina i kibice poczuli   adrenalinę. Powoli, będzie czas na atrakcyjne wyprawy i doznania. Hitem Ekstraligi będzie na początek mecz w Toruniu ze Stalą Gorzów. Będzie bitwa. Dawniej transfery grzały głowy zimą, teraz wszystko jest posprzątane do końca roku, jeszcze sezon stary się nie skończy a już mamy finalizowanie kontraktów. Brakuje zatem dreszczy w dyskusjach zimową porą, usychają emocje. STOP. Najgorsze mamy za sobą, dyrygenci przygotowują klubowe orkiestry, bo premiera żużlowa w Polsce była zawsze mega wydarzeniem i pamiętam czasy frekwencji w meczach/ łącznie/ najlepszych drużyn na poziomie blisko 100 tysięcy widzów. Gdzie te czasy, “gdzie te prywatki”? Ano odleciały w siną dal. Speedway tradycyjnie przebijał bez trudu futbolistów, a proszę ostatnio dwa mecze ekstraklasy piłkarskiej obejrzało 80 tysięcy kibiców! Mamy wygodne stadiony, mamy konkurencję i świat sportu zwyżkuje, kiedy jaśnieją gwiazdy, idole wygrywają, to oni windują wyczyn, budują atmosferę widowisk niezapomnianych. Dzisiejszy speedway nie jest tak mocny frekwencyjnie, jak dawniej. Bajka się skończyła. Mimo wszystko nie wszyscy ale pędzimy na stadiony, bo przed ekranem TV ten sport nie pachnie, nie pasi. Mamy przedbiegi a wszystko co najlepsze przed nami: LIGA, potem grand mistrzostwa świata i tak będzie do jesieni. Cudownie.

Prawdy, fałsze i fantazje: Przyjdzie walec i wyrówna

Wojciech-Młynarski-1

Około 2000 utworów napisał Wojciech Młynarski, poeta, tekściarz, piosenkarz, kabaretowy artysta. Pokazywał jaka jest nasza codzienność, dobra i przykra, smutna i zabawna. Jego wersety z utworów weszły na stałe do obiegu powszechnego. Przyjdzie walec i wyrówna, Dziewczyny bądźcie dobre dla nas na wiosnę, Nie ma jak u mamy… Zmarł i nie napisze już nic ale twórczość będzie z nami ciągle… Wojciech Młynarski, artysta nieśmiertelny. Nie mogłem o Nim nie wspomnieć, bo Jego twórczość jest w nas na zawsze i wszędzie: w aucie, domu, na wakacjach, w podróży. Smutno na duszy, gdy odlatują geniusze. Nagle brakuje kogoś, który był i opisywał śpiewnie rzeczywistość.

WIOSNA, słońce coraz wyżej i bliżej do stadionów. Pogoda taka rzymska, treningowa, może już nie zaskoczy, choć kwiecień plecień może jeszcze postraszyć, no nie, chyba nie! Premiera ligowa na progu, potem mamy start serialu Grand Prix, w ostatnią sobotę kwietnia w słoweńskim Krsku. No właśnie, a 13 maja w Warszawie kolejne jazdy i pewnie komplet na widowni. Do stolicy wszystkim bliżej, niż dalej. To będzie druga impreza z tego cyklu, po wspomnianym Krsku, gdzie zwykle na naturalnym torze jest bitwa. 27 maja speedway w rozmiarze GP powróci na Łotwę do Daugavpils.

WARSZAWA jest przygotowana, sztuczny tor, dach i atmosfera, gdzie choćby wicher czy śnieg nie są groźne. Jak każda stolica ma dla kibiców oprócz żużla inne atrakcje. Miasto nad Wisłą pięknieje światowo z roku na rok. Podobnie, jak i Złota Praga, jedno z najciekawszych miast na świecie. O ile stolica Polski żyje inną perspektywą, to czeska stolica nad Wełtawą ma problemy i nie wiadomo co będzie za rok. Speedway w Czechach czy na Słowacji/ bez GP/ nigdy nie przebije hokeja na lodzie, futbolu, tenisa… jest niszowy, lecz ciągle ma swoich wielbicieli. Kilkadziesiąt lat istnienia w Pardubicach turnieju o Zlatą Prilbę, świadczy, że impreza ma uznaną markę w świecie i tradycje, bez których trudno sobie wyobrazić ten sport. Tam przyjeżdzą się jak na Woodstock. Oryginalny turniej w formule, atrakcyjne ściganie, robi wrażenie.

PRAGA, złote miasto. Od wielu lat animatorem tego projektu na stadionie Marketa, hen za centrum skąd widać z góry kolorowe miasto, porozrzucane bajecznie i wieże królewskiego, dostojnego zamku na Hradczanach, jest rodzina ONDRASIKÓW. Senior Petr, dziś dr praw, kiedyś reprezentant Czech i uczestnik światowych mityngów. Pavel, syn też ścigał się na torach, obecnie kieruje zawodami na Marketa. Duet mocno sprawdzony i razem ze zgrabną ekipą bez zarzutu oferuje imprezę, na którą kibice lubiący także poza speedway’em zafundować sobie inne atrakcje w mieście, chętnie przyjeżdżają, głównie z Polski. A będzie startował na torze kwartet polskich zawodników. Polacy często tam wygrywali, drużynowo, indywidualnie, ścigali się jak harty i stawali na podium; Tomasz Gollob i Jarosław Hampel sprawiali polskiej grupie fanów radość i okazję do wypicia nie jednego litra czeskiego piwa. Wiadomo… kiedy zabraknie piwa, skończą się Czechy mawiają w gospodach. Jest jednak problem, bo może zabraknąć żużla na poziomie GP w Pradze, gdyż władze municypalne nie bardzo chcą dotować imprezę a haracz, choć w tym przypadku nie jest wygórowany, trzeba dzierżawcom tego serialu sfinalizować. Smuci mnie ten fakt, gdyż nie zawsze turniej można organizować na “ściernisku”, a warto walczyć również o tło sportu, o miejsce, gdzie nie brakuje także turystycznych atrakcji. Był taki czas, że Pardubice miały ambicje przygotowania serialu w ramach mistrzostw świata, przegrały jednak z ofertą stolicy. Co zrobią Ondrasikowie i ekipa by uratować speedway na Marketa? Społeczność międzynarodowa nie może tego odpuścić i powinna za wszelką cenę pomóc w prolongacie tego sportu na praskim placu. Ten klub dziś o nazwie Olymp/ Marketa ma ogromne tradycje, stamtąd wywodzi się większość reprezentantów tego kraju. Uczestnikiem GP’17 jest samotny biały żagiel wprawdzie z sąsiedniej Słowacji Martin Vaculik, lecz dziką kartę na pewno dostanie Vaclaw Milik, przebojowy, inteligentny zawodnik. Gospodarze liczą na zjazd polskich kibiców, oni mogą bezcennie uratować frekwencję i kasę. Jeżdzę na ten stadion aż wstyd się przyznać od 1975 roku; kiedyś był klub Ruda Hvezda, często organizowano zawody rangi MŚ niższej rangi, obiekt kameralny, przyjeżdżało sporo Niemców, którzy dopingowali nie tylko swojego charyzmatycznego idola Egona Muellera, który potem został mistrzem świata. Czesi: Antonin Svab, Jirzi Stancl, Milan Spinka/ jeździł także jego ojciec/, bracia Vernerovie, Antonin Kasper senior i Antonin jego syn, Zdenek Kudrna, Bohumil Brhel, Roman Matousek … inni, była spora ekipa, która kwalifikowała się na prestiżowe turnieje. Przypadki rozmaitych wzlotów i upadków wpisane są w codzienność, nie zawsze zależą od woli ludzi, gdyż obiektywne warunki mają ogromny wpływ na nasze istenienie. Ubolewam bardzo że, prażanie Ondrasikowie mają ból serca, co będzie dalej? Za rok znów w Pradze, czy już nie? W sporcie są miejsca kultowe, bez których trudno sobie wyobrazić kastrowanie tradycji i takim miejscem jest właśnie praski, nie tak duży /kiedyś był barak, stoi do dziś, a wybudowano nowe trybuny z zapleczem/, przyjazny nie tylko dla Polaków stadion Marketa. Przyzwyczajenie jest podobno drugą naturą człowieka, choć życie brutalizuje te zasady i jest bezwzględne w rachunkach.

Historia żużlowych miejsc, które przestały służyć temu sportowi nie jest mała i zwykle wszystko rozbija się o pieniądze a czasami i o ludzi, którzy odchodzą; w Pradze działacze są, lecz brakuje koron. Dlaczego zabrakło w Pradze empatii dla plochej drahy /speedway/, która wprawdzie jest niszowa, ale w połączeniu z tym urokliwym, zabytkowym miastem tworzy obraz, który chętnie zawsze się ogląda. Przyjdzie walec i wyrówna? Ondrasikowie nie dajcie się, ahoj!

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

MAUGER

 

IVAN MAUGER

Średniego wzrostu, czarne, lekko falujące włosy, przyjemny uśmiech, skoncentrowany w rozmowie ale nie mający za dużo czasu. Nowozelandzkim lisem określany, chytry na startach, szybki, “przylepiony” do toru, nienaganna technika. IVAN MAUGER, drugie imię Gerald, urodził się w Nowej Zelandii 10 pażdziernika 1939 roku. Kariera bogata w medale, każdego koloru, najwięcej zagarnął złotych krążków, startował w każdej kategorii żużlowej, wszędzie gdzie się pojawiał był faworytem, jednak nie zawsze wygrywał. Miał często szczęście zawodowca ale sport czasem płatał mu figla.

1979 rok, Stadion Śląski w Chorzowie. Zenon Plech nigdy nie był tak przygotowany, spięty, chciał być mistrzem świata i zasługiwał na taki laur. Startował w Anglii, którą uwielbiał, bo też atmosfera na wyspiarskich torach była cudowna, niepowtarzalna. Silniki Zenka lśniące i przygotowane gadżety okolicznościowe.” Plek”, jak mawiali Anglicy, był w gronie faworytów, lecz jak pokonać faworyta nr 1 Ivana Maugera?

Dziennikarze angielscy upodobali sobie od 1973 roku sosnowiecki Novotel, organizatorzy rezerwowali ekipom hotel “Katowice”. Taksówkarze robili dobre interesy z wyspiarzami, kursy były dewizowe a funt stał wysoko. Wiedziały o tym “panienki”, które okupowały bary w hotelach. Mauger przyjeżdżał do Polski z żoną Raye, uśmiechniętą, rozmowną, można było od niej wytargować jakąś książkę męża, którego nadwornym kronikarzem był angielski reporter Peter Oakes.

Turniej’79. Plech przegrał wyścig z Maugerem, na starcie jakby na ułamek sekundy zagapił się i zobaczył uciekającego rywala. 40 – letni Nowozelandczyk zdobył szósty tytuł mistrza świata w zgrabnym finale. Radość była większa od… Nowej Zelandii, którą Ivan z powodzeniem sławił nie tylko na żużlowych torach.

Poznaliśmy się dość dobrze, schlebiała mi ta znajomość z mistrzem, zawodnikiem nieprzeciętnym, człowiekiem konkretnych interesów. Mauger poznał Polskę, bo przyjeżdżał wiele razy i mentalność moich rodaków nie była mu obca. “Ajwen” wiedział jak momentami rozmawiać w parkingu, kiedy ważyły się losy turnieju.

1977 rok. Przylatuję na kamaeralne lotnisko w Goeteborgu razem z Janem Ciszewskim, legendarnym komentatorem radia i TV. Na lotnisku czeka na “Cisa”wrocławski żużlowiec Jerzy Trzeszkowski, który wyjechał “nielegalnie” do Szwecji. Pogoda w kratkę, leje niczym z cebra. Tor na Ullevi ciężki jak namoczony materac. Przed rokiem w Chorzowie mistrzem świata został rewelacyjny Anglik Peter Collins, teraz ma nogę w gipsowym bucie. Kontuzja ogranicza jego szansę na powtórkę sukcesu, walczy, ale Mauger wie czego chce a londyński fotoreporter Mike Patrick marzy o historycznym zdjęciu Maugera ze słynnym Szwedem Ove Fundinem, który ma w dorobku pięć złotych medali IMŚ. Maugerowi udaje się sztuka i Fundin gratuluje w kuluarach złota Ivanowi. Zdjęcie “ artystów torów” obiega świat a Nowozelandczyk… zapowiada walkę o szósty tytuł. Niemożliwe zadanie? Jego marzenie spełnia się dwa lata później.

1971, finał mistrzostw świata par w Rybniku, faworytami nr 1 są Nowozelandczycy Mauger i Barry Briggs. Polskę reprezentują: Andrzej Wyglenda, górnicza iskra z rybnickiej dzielnicy Paruszowiec. A szef żużla płk. Rościsław Słowiecki stawia na opolską strzałę Jerzego Szczakiela i po wojskowemu rozwiewa wątpliwości, “nu”, jak mawiał, “pojedzie Jurek i koniec dyskusji”. Polska para zdobywa komplet punktów, za nimi “ogłuszona” para z Nowej Zelandii. Triumf w Rybniku zwiastował potencjał miejscowego żużla i błyskawicy z podopolskich Grudzic.

Mauger ? Hm, wielka postać światowego speedway’a, multimedalista, był 14 razy w indywidualnych finałach MŚ, 8 razy w finałach drużynowych MŚ/ 7 razy startował w ekipie Wielkiej Brytanii i zgarnął 4 złote medale, raz złoto w barwach Nowej Zelandii/. W mistrzostwach świata par był 14 razy w finałach a dorobek: 2 razy złoto, 4 razy srebro, 2 razy brąz. Wystarczy, uff ? Mr. Mauger… nie znał umiaru w zdobywania medali, kochał złote, jeszcze trzy razy wygrał finał MŚ na długim torze.

Przyjechał do Anglii w 1957 roku, zaczął smakować speedway w rodzinnym kraju dwa lata wcześniej. Długo jeździł w walijskim Exeterze, był też na londyńskim Wimbledonie, gdzie potem startował Edward Jancarz. Pierwszy złoty medal w IMŚ zdobył w Goteborgu w 1968 roku, rok później w Londynie na Wembley a w 1970 roku we Wrocławiu, gdzie drugi był skromny świętochłowiczanin Paweł Waloszek.

Wskakuję w rok 1973 i otwarcie Stadionu Śląskiego, ponad 100 tysięcy widzów, dziś babcie i dziadkowie opowiadają wnukom jaka to była super impreza. Atmosfera wydarzenia, które często jest wspominane. Jerzy Szczakiel nie był faworytem, z Polaków upatrywano na podium Edwarda Jancarza i młodziutkiego wówczas Zenona Plecha. A tu nagle mamy “bombę”, w dodatkowym wyścigu decydującym o mistrzostwie świata na starcie stanęli w czerwonym kasku Mauger, w białym Szczakiel, którego nazwisko było piekielnie trudne do wymówienia dla Brytyjczyków czy Skandynawów. Musieli jednak łamać sobie języki. Start, Polak ucieka Ivanowi, ten szaleńczo goni, tłumy wiwatują, dopingują z całych sił, łomot trybun olbrzymi, po szaleńczym pościgu Mauger wreszcie dopada od środka na drugim okrążeniu Jurka, zczepiają się na sekundy, opolanin utrzymuje równowagę, rywal upada a Jerzy spokojnie dojeżdza do mety. Mauger leży na torze, jeden z działaczy mówi do niego “wstawaj, już po wszystkim”. Faworyt nie wierzy, że przegrał. Z kim? Ano z tym, który dwa lata wcześniej pokazał w Rybniku, kto może być szybszy od niego i wygrać! SZCZAKIEL. Finał przechodzi do historii, brązowy medal dla Plecha. Komentatorzy, reporterzy wysyłyłają depesze, że sensacja, bo Mauger przegrał ze Szczakielem. Zaskoczenie udziela się niemal wszystkim, mało mówi się o zwycięzcy, więcej o przegranych. Głupie sytuacje, rutyniarzy nie stać na pogodzenie się z faktem, że wygrał ten, który nie był kreowany na podium.

MAUGER zakończył karierę w 1985 roku, po 30 latach startów; dwa pożegnalne turnieje odbyły się m. inn. w Gnieźnie i Lesznie; Ivan poturbował się w jednym z nich, goście mieszkali w pałacu w Rydzynie, atmosfera nie była taka o jakiej marzyli organizatorzy, bohatera oblepiono plastrami w szpitalu. W pałacu nawet ciepła wódka nie była w stanie ocieplić wszystkich, zagorzałych fanów, którzy przylecieli z różnych stron świata.

Z Ivanem widziałem się przed laty w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”. Przyleciał do Europy, która wysypała mu szczęśliwie stos medali. Państwo Maugerowie mający liczną rodzinę osiedli na australijskim, atrakcyjnym wybrzeżu Gold Coast. Jest tam ładnie. Na Antypodach Ivan organizował wcześniej przez wiele lat tradycyjne tournee dla europejskich zawodników/takie przyjemne z pożytecznym przedłużenie sezonu/ i serią turniejów. Ścigali się tam również i Polacy, wszyscy korzystali z dobrodziejstw oceanu i słońca.

XXX

IVAN MAUGER, legenda żużla, ikona to skromne określenie, zawodnik, który jako pierwszy podpisał kontrakt reklamowy/ Ricard/ przebywa obecnie w specjalnym ośrodku, niestety miał udar, uczy się mówić, bo dopadła go afazja. Jest wybitnym sportowcem, kultową postacią, która bardzo często wygrywała a dziś niestety przegrywa z ciężką chorobą. Przykre. Rodzina na szczęście jest blisko.

Losy arcymistrzów w sporcie często bywają poszarpane, jednak dorobek i kariery utrwalają pamięć o tym, co było zwycięskie, piękne w dramaturgii i dostarczało wzruszeń. Wydarzenia opisano, kamery zarejestrowały, można więc czasem delektować się archiwalnymi nagraniami, które potwierdzają, że były to chwile niezapomniane. Tylko dwóch żużlowców w historii zdobyło po sześć tytułów solowych MŚ, Szwed Tony Rickardsson i Mauger. Jakże odmiennych stylów! Dwa inne pokolenia! Nowozelandczyk był prekursorem pewnej kultury żużlowej, którą unowocześnił Szwed i obaj pokazali, że speedway może być sportem w swojej istocie eleganckim.

Prawdy, fałsze, fantazje: Pieniądze, plebiscyty, pączki

 

52

Karnawał, bale, plebiscyty, pączki z różą nie tylko do kawy. I pieniądze o których w sporcie na dzień dobry mówi się 50.000 euro plus. Pączki bywają różne, bale też a plebiscyty ekscytują szerokie gremium. Mega spotkania osobistości, bale i laurki.

Tradycyjny, najbardziej popularny “Przeglądu Sportowego” chyba zakończy się sukcesem Anity Włodarczyk, młociarki, mistrzyni i rekordzistki świata, która z uśmiechem macha młotem na arenach globu jak Chińczyk pałeczką do ryżu. Piszę o tym, bo lubi żużel jako urodzona rawiczanka i być może spotka się na plebiscytowej scenie laureatów z Bartoszem ZMARZLIKIEM, który jest w grupie, z której kibice będą wybierać dziesiątkę najlepszych polskich sportowców.

Drugim plebiscytem obok którego nie można absolutnie przejść obojętnie jest oczywiście w Lesznie po raz 27. organizowany przez Tygodnik Żużlowy 25 lutego 2017. Bal dla całej społeczności żużlowej, głosowanie, trofea i rockowy luz. Karnawał, pora na relaks ale i przygotowania do nowego sezonu. Co było wiemy a co nas czeka, wie chyba tylko wicepremier Mateusz Morawiecki. Bez żartów jednak na początku roku, kiedy trzej królowie na wielbłądach pędzą do Betlejem. Chcę przypomnieć a propos różnych plebiscytów o człowieku, który na sędziowskim szlaku przecierał drogę jako pierwszy Polak innym. ROMAN CHEŁADZE z Torunia zmarł w 2002 roku, dziś minąłby licznik urodzinowy /1936/ po raz 80. Prowadził kilkanaście prestiżowych imprez, po raz pierwszy jako Polak dwudniowy finał indywidualnych mistrzostw świata w Amsterdamie w 1987 roku, wygrany przez Duńczyka Hansa Nielsena. Był bezkompromisowym arbitrem, cenionym na europejskich arenach no i w polskich potyczkach nie tylko ligowych. Był sędzią, działaczem, zaczynał jako żużlowiec, odpowiadał za sztab sędziowski w ramach Głównej Komisji Sportu Żużlowego oraz infrastrukturę torów. Dla niego nie było przysłowiowego “zmiłuj się”, działacze mieli respekt, podobnie zawodnicy na wszelkich odprawach. Decyzjami wzbudzał szacunek, znał jezyk niemiecki i swobodnie poruszał się na arenie międzynarodowej. Otrzymał wyróżnienia i medale za zasługi przyznawane przez Międzynarodową Federację Motocyklową ale nie był włączony do prac FIM – owskich, choć w ewentualnych wyborach wygrywałby w cuglach. Czasem Polak Polakowi wilkiem… Cheładze miał chore serce, czekał na przeszczep, profesor Zbigniew Religa wiedział o tym, ale niestety Roman nie doczekał operacji. Wspominam o tym, bo w szumie plebiscytowych głosów warto pamiętać o ludziach, którzy otworzyli świat dla innych. Polscy sędziowie mają twardą szkołę praktyczną, bo ile sędziuje przeciętny arbiter z Niemiec, Austrii, nawet Danii czy Szwecji. Pamiętam z przeszłości wpadki zagranicznych debiutantów na ważnych turniejach, kompromitacja to łagodne słowo dla takich incydentów. Gubili się jak dzieci we mgle… Nie ma oczywiście bezbłędnych sędziów, w futbolu teraz jest ich aż pięciu i nadal mamy karygodne wypaczenia wyników. Człowiek bywa omylny, lecz rzecz w tym by skutecznie eliminować “wielbłądy”. W żużlu obraduje w ramach elitarnych imprez JURY FIM i co z tego? Jest kontrola torów, długie dyskusje, kanapki, napoje i koszty rosną a sędziowie i tak pozostają za pulpitem samotni, z nieomylnym tylko podglądem TV. Czy w wyniku obradowania jury nie ma kontrowersji, telefonów zbulwersowanych zawodników do sędziego?

W Polsce funkcja komisarzy d/s torów jest nijaka, oczywiście poza honorariami. Jest więc dodatkowa kontrola i co wynika? Ąpologeci tego pomysłu twierdzą, że sytuacja z torami poprawiła się, jednak taka opinia jest mocno dyskusyjna. Sędzia był kiedyś “carem” na stadionie, dziś zabrano mu niektóre “zabawki” ale i tak to ON odpowiada za wizerunek i jakość widowiska.

Dni bez żużla mijają szybko, ledwie skończył się sezon a już myślimy o nowym. Brakuje zimą halowych turniejów w Europie. Eskapady na Antypody organizowane kiedyś przez Ivana Maugera skończyły się wraz z upływem wieku tego multimedalisty MŚ. Brakuje kontynuacji, koszty liczy każdy, zgrupowania krajowe nie szukają lokalizacji w ciepłych rejonach. Na szczęście przy globalnym ociepleniu warunki w Polsce sprzyjają szybszym wyjazdom wiosną na tor. W internecie nie znajdziemy zapachu żużla, jest on tylko na stadionach.

Sikorki zaćwierkały, że Tomasz Gollob za to co zrobił dla polskiego żużla powinien mieć… pomnik. W Polsce pomnikomania jest powszechna, w zależności od władzy jest większa albo mniejsza i ciągle przybywa tablic pamiątkowych i obelisków. Zasługi Tomasza Golloba są duże, w innych sportach nie brakuje również postaci, olimpijczyków z medalami, arcymistrzów aren. Gollob jeszcze jeździ, jego końcówka kariery przypomina aktualnie starty też “pomnikowej” narciarskiej biegaczki Justyny Kowalczyk, która ciągle chce, walczy charakternie, lecz ciężko z wygrywaniem.

W tytule znalazły się pieniądze, walor bardzo poszukiwany ale i wydawany na lewo i prawo. Gigantyczne zarobki piłkarzy biją rekordy filmowych gwiazd, kompozytorów dzieł i artystów sztuk pięknych. Wypłaty w tenisie są chorym przykładem, jak bez skrupułów honoruje się wybrańców, podobnie golfistów, którzy trafiają do dziurki tam, gdzie wzrok nie sięga. Myślę, że niektórych z elity sportowej już nie cieszą te fortuny, błądzą w podatkach, frustrują odczuwalnie. Dziecko cieszy się każdą zabawką ale kiedy nagle dostaje komputer, to za chwilę chce już lepszy. Hamulce są konieczne. Wprawdzie motocykle żużlowe nie mają hamulców, to generalnie speedway nie jest tak dopieszczany finansowo jak inne sporty. A cena życia w żużlu jest bardzo wysoka.

Miejmy zawsze szacunek do wyników, medali i sprawiedliwie, realnie oceniajmy osiągnięcia. Talent, praca, jeśli jest konsekwentna, kształtuje od premiery charaktery zawodników, pod jednym oczywiście warunkiem, że rozum wygrywa z głupotą. Pieniądze są konieczne, plebiscyty mamy prestiżowe a pączki najlepsze tylko z różą.

Zimowy zapach żużla

 

0004akm5deu1objq-c122-f4

1. Czytelnik pisze do mnie i pyta skąd biorę cytaty do felietonów. Drogi Panie, mam swój warsztat pracy, jak stolarz czy hydraulik, czytam od dawna dużo, zakreślam, wycinam, wyszarpuję z gazet i mam. Archiwum czasem odkurzam, czyli wyrzucam co się zużyło i już nie będzie potrzebne, bo są materiały na zawsze i tylko na jakiś czas. No dobrze, przeciąga jedna pani dyskusję o wieku żużlowców, że “powinna być jakaś granica ze względu na bezpieczeństwo”. Kontrowersyjny pogląd, bo jeden w wieku 35 lat ma dość sportu, drugi po czterdziestce śmiga jak młodzieniec, wykorzystując doświadczenie i ucieka na torach przed pechem. Zawód żużlowiec nie ma granicy wiekowej/podobnie jest w innych sportach/, indywidualnie możemy “grać” ile tylko się da, drużynowo potrzebne jest odmłodzenie i szkoleniowcy w trosce o przyszłość zmieniają strukturę zespołów. Potrzebni są więc juniorzy i weterani a połączenie ich mentalności daje wybuchy sukcesów, choć sport ma jednak granice wiekowe. W tym szaleństwie są metody, które sprytni szkoleniowcy wykorzystują medalowo. Speedway jest kontuzjogenny, lecz jeśli szczęśliwie kogoś omijają wypadki może karierę przeciągać i być sportowym emerytem groźnym dla młodzieży.

2. Znany aktor Jan Englert powiedział kiedyś, że zapachu teatru nie ma w internecie!

No tak, dlatego inaczej ogląda się speedway na stadionie a inaczej w domowym fotelu. Tęsknimy już do pierwszych meczów, zbieramy informacje, dyskutujemy – pisze czytelnik z Lubelszczyzny. Tak, tęsknimy z na dziejami i czekamy na premierę. Pierwsze wiosenne mecze, turnieje otwarcia przyciągają tłumy, potem widzów ubywa, atmosfera “siada” w zależności od prezentowanego poziomu drużyn. Alternatywą jest tradycyjnie TV, internet, wygodna, fotelowe formy, tańsze i niezależne od pogody. Stały czytelnik z Pomorza narzeka, że nie mamy halowego sezonu mimo tylu nowych stadionów. Nie poradzę, ubolewam. Podnoszę przy okazji kwestię ostatniego turnieju cyklu Grand Prix w dalekim w Melbourne w pażdzierniku, bo czy nie lepiej żeby zaczynał się od Australii?! Zawodnicy mogliby pojechać tam wcześniej i uczestniczyć w turniejach /kiedyś organizował takie imprezy, podczas zimy w Europie, na Antypodach Nowozelandczyk Ivan Mauger/. Były takie próby prapremiery sezonu na nowozelandzkiej ziemi ale ojczyzna Ronnie Moora, Barry Briggsa i wspomnianego Maugera nie chce już GP. Finał serialu Grand Prix w tej części świata jesienią jest dyskusyjny, a więc jak lepiej: gdy spadają liście, czy kiedy budzi się wiosna?

3. Polskie, klubowe życie ułożone jest wcześnie transferowo i bez sensacji. Nie ma od dawna dreszczyku emocji powodowanego terminowym zamknięciem zmian. Puzzle z małymi wyjątkami poukładane są już czasem pod koniec sezonu i boleje nad tym czytelnik z Rzeszowa, gdyż pamięta styczniowe żużlowe “Blue Day”, kiedy wszystkim serce wyskakiwało z piersi. “No i mamy teraz spokój” konstatuje pani Ewa z Poznania.

4. Trwają prokuratorskie czynności związane z tragicznym wypadkiem w Rybniku, w wyniku którego zginął 18 – letni Krystian Rempała z Tarnowa. Cierpienie rodziny jest ogromne, eksperymenty z kaskiem czy był zapięty czy też nie, wywołują kontrowersyjne namiętności. One błąkały się od początku tego zdarzenia. Trudna i dramatyczna sprawa, oskarżenia wirują. Rozumiem rozdarcie serc rodziny Rempałów, która nie może pogodzić się ze śmiercią Krystiana, dla rybniczan również nie ma spokoju duszy.

Złoty medalista z igrzysk w Montrealu/ 1976/ w skoku wzwyż Jacek Wszoła mówił, że o sukcesie decyduje pięć sekund przed każdym skokiem.

W żużlu wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, często obserwuję rozgardiasz w parkingu, pośpiech, który bywa zgubny w każdej sytuacji życiowej. Moc spokoju jest ważna oto jeden z zawodników oświadcza, każdy szczegół: kask, ochrona ciała mają znaczenie Władze żużlowe w globalnej przestrzeni powinny zwrócić uwagę na pośpiech i limit czasu. Kontrola bezpieczeństwa wyjeżdżających zawodników do wyścigu bezwzględna. Uczymy sie zwykle na wypadkach, tragediach, kiedyś dyskutowano czy pasy w samochodach spełniają oczekiwania. Tak, one ratują życie a lekceważenie nie zapinania, kończy sie często dramatem. Nonszalancja ryzyka jest czasem niewybaczalna.

Świeca życia gaśnie szybko; obojętnie w jakim wieku dochodzi do nieszczęścia; w młodym może najboleśniej, bo jeszcze się nie zaczęło a już ktoś zdmuchnął płomień. Wypadki mają zwykle okoliczności trudne do zrozumienia, wytłumaczenia, że ktoś pędzi i uderza w drzewo, dlaczego właśnie on, dlaczego w ten akurat pień?

Rybnicka tragedia zmusza do głębokiego myślenia nie tylko w obliczu nowego sezonu.

Jaki on będzie? Oby szczęśliwy!

5. Potencjał polskiego żużla jest bogaty, zawiera pierwiastki rokujące nadzieje na sukcesy, na medale. Mamy młodzież utalentowaną, bojową, jesteśmy gospodarzami finału drużynowych mistrzostw świata, nadto mamy trzy turnieje Grand Prix. Otwiera polski krajobraz mistrzostw świata, GP w Warszawie 13 maja. Stolica przyciąga kibiców turniejem i atrakcjami miasta. Właśnie tam na Stadionie Narodowym powinien być rozegrany finał sezonu a nie na końcu świata! Obiekt nie wymaga rekomendacji, mimo premierowej, fatalnej wpadki, jest wygodny dla zawodników i kibiców, którzy szczelnie wypełniają trybuny. Scenariusz kalendarza imprez przez dyrektoriat GP jest dziwna; w tym roku już nie można nic zmienić, lecz w przyszłości? Polska strona, która bierze na barki ciężar organizacyjny imprez światowego gatunku powinna narzucać kierunki, potęgować swoje ambicje, tworzyć wizerunek żużla w wymiarze globalnym. Bez Polski przecież speedway byłby wybrakowanym zjawiskiem, które błąka się od Włoch do Norwegii bez celu. Światowy żużel wyobrażam więc sobie z silnym, polskim prądem.

Psychiczny podmuch i dama w czerwieni

 

zrzut-ekranu-2017-01-17-o-17-12-43Królową polskiej sceny sportowej za rok 2016 została Anita Włodarczyk, która rzuca młotem jak młoteczkiem, złota olimpijka, mistrzyni świata i rekordzistka. Wygrała plebiscyt “Przeglądu Sportowego” i wystąpiła w efektownej czerwonej sukni. “Lady in red”/ z piosenki Irlandczyka Chrisa de Burgha/ bawiła się świetnie w Warszawie do białego rana. Dobra forma nie tylko na stadionie. Ósme miejsce zajął brązowy mistrz świata gorzowianin Bartosz Zmarzlik, który w debiucie na scenie przed zacnym audytorium był mocno speszony. “ Wyobraź sobie Bartek, że jesteś na stadionie przed tłumem kibiców” próbował go podnieść na duchu Robert Korzeniowski, który odczytał werdykt kibiców dla Zmarzlika. “Chyba dziś nie będę spał” powiedział Bartosz, co sala skwitowała śmiechem. Zawodnik Stali Gorzów odniósł duży sukces w tym sezonie a ósme miejsce w prestiżowym plebiscycie “PS” jest potwierdzeniem uznania jego osiągnięć w wieku 21 lat. Wszystko przed nim, sława, pieniądze, szczęście. I praca. Zwyciężczyni plebiscytu Anita Włodarczyk, pochodząca z Rawicza, ma speedway we krwi, jak każdy kto stamtąd pochodzi a do kultowego Leszna na stadion Unii blisko. Mistrzyni zna się na żużlu, lubi od dziecka.

Mamy indywidualności, bo przecież na boiskach króluje Robert Lewandowski/ Bayern Monachium/, strzelec goli wyborowy. Elegancki skoczek narciarski Kamil Stoch wygrał w stylu mistrzowskim Turniej Czterech Skoczni. Fenomenalny wyczyn zakopiańczyka, drugi był Piotr Żyła, czwarty Maciej Kot. I jak tu nie być dumnym i cieszyć z tak wielkich sukcesów?! Trzeba! A propos zawodników, którzy zawładnęli skoczniami pod wodzą nowego trenera Austriaka Stefana Horngachera. Otóż odmienił ich diametralnie i zaszczepił moc, wiarę w zwycięstwa, dłuuugie loty. Adam Małysz popłakał się ze wzruszenia ”skoki piszą nową historię” oświadczył. Trener Horngacher napomknął o “psychicznym podmuchu pod narty”. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż uważam nie od dziś, że każdy sport musi być otwarty na inne sporty, wyciągać wnioski, snuć refleksje, nie zamykać się w schematach.

Na łamach “ Gazety Wyborczej” ukazał się wywiad z dr Konradem Majem, psychologiem społecznym, który komentuje sukces austriackiego szkoleniowca. “Widać, że opiera się na swoim autorytecie, nie mówi” bo ja wiem lepiej”, ale rozmawia i stara się swoich zawodników zrozumieć. Każdy dobry lider najpierw rozpoznaje potencjał swoich ludzi.Przygląda im się. Ustala nie tylko to, jak działają – w tym przypadku skaczą – ale też to, co mają w głowach, jakie emocje, zahamowania, możliwości. Zna też podstawowy psychologiczny mechanizm, że każda zmiana, jeśli ma być skuteczna, musi wypływać z wewnętrznej, a nie z zewnętrznej motywacji. To sam zawodnik musi czuć wewnętrzne przekonanie do zmiany”. I dalej “Nie wymaga od nich doskonałości, wymaga pracy”. Przekładam te słowa na inne sporty, bo nie tylko skoki narciarskie są na orbicie. Wiemy, co może zdziałać dobry trener, czasem podnieść z podłogi upadłego i wynieść na wyżyny. Nie zawsze, bo od samego zawodnika zależy tyle, i aż tyle. Bartosz Zmarzlik, tak mówią – jest urodzony do żużla a były, charyzmatyczny sędzia żużlowy Jerzy Kaczmarek z Poznania opowiadał mi kiedyś, jak to gorzowianin nastoletni zdawał licencję i przewrócił się, rozpłakał, oceniający docenili talent, popuścili i nie odebrali nadziei chłopakowi, zdał w powtórce tego samego dnia i co teraz mamy? Kariera przed nim otwiera się na dobre, acz laury nie spadają same z nieba. Mistrz świata juniorów, drużynowy czempion, mistrz Polski ze Stalą Gorzów. Oj, bogato w tak młodym wieku. Najważniejszy jest fakt skutecznego ścigania się Bartosza; nie ma tremy, wprawdzie dopadła go na imprezie “PS”, a czeka go jeszcze udział w plebiscycie “Tygodnika Żużlowego”. Nabierze rutyny estradowej, spoko. Kamil Stoch, tak jak Zmarzlik od dziecka marzył aby odlecieć daleko na skoczni. Z Gubałowki nie jest daleko na Wielką Krokiew. Mały brzdąc miał w sobie iskrę bożą do skakania i nie jest wyjątkiem w Zakopanem, na Podhalu, bo tam chłopcy rodzą się z nartami w łóżeczku. A chłopcy w Gorzowie i okolicy, na Pomorzu, w Wielkopolsce, w Zielonogórskim? Marzą, żeby wsiąść na motocykl żużlowy i równać do Edwarda Jancarza, Tomasza Golloba. Uparci, jak Anita Włodarczyk, dochodzą do perfekcji, podobnie imponuje techniką w grze Robert Lewandowski jeden z najlepszych piłkarzy świata czy empatyczny dyskobol Piotr Małachowski, który pomaga charytatywnie z uśmiechem na twarzy. IKONY. Mają w sobie sympatyczny imperatyw wygrywania, nie znają lęku przed wyzwaniami w walce z idolami na świecie. Wspominany trener skoczków nie stawia na jedno “złote dziecko” tylko na zespołowość, szalenie ważna sparawa. Mówi się już, że dokonał cudu, a co w takim razie powiedzieć o drużynie Adama Nawałki, który futbolistów postawił na nogi. Wyczynowo profesjonalnie. Sport współczesny to nie jeden człowiek, lecz sztab fachowców, którzy wiedzą co robić w teamach. Opieranie się na jednej postaci nie ma sensu. Piłkarski trener Legii Warszawa Jacek Magiera drużynę bez wiary, rozklekotaną jak stare auto, potrafił wydostać z zapaści. Partaczyli a teraz wyczniają niemal cuda.

Szkoleniowo sport musi być dziś otwarty na współpracę w różnych kierunkach, iskrzyć empatią. Dlatego wspominałem, że różne dyscypliny powinny spotykać się na wymianę opinii, dzielić doświadczeniem, bo wiedzy nigdy za dużo. Trzeba umiejętnie trafiać w psychikę, nie doprowadzać do stresu, budować luz, nie blokować a pomagać. Wracam do psychologa Konrada Maja, który mówi tak: “W zachodnich systemach edukacyjnych stawia się na naukę w grupach, współdziałanie, uczenie od siebie. Tam to jest naturalne – chcesz zwyciężać, robić coś dobrze, rób to z innymi ludźmi”. Speedway jest w okresie przygotowań do nowego sezonu, który powinien, jak wynika z analiz, być udanym na arenie międzynarodowej. Nie ma maszynek do wygrywania, ludzie mają swoje dobre i złe dni, potencjał drzemiący w takich sportowcach jak Włodarczyk, Stoch, Lewandowski, Zmarzlik jest zaraźliwy i powoduje “psychiczny podmuch”, który kończy się podium, medalami, unikalnym romantyzmem wywołującym radość serdeczną, wzruszenia niezapomniane. I humor. Wspomniany wesołek Piotr Żyła zapytany co kupi za pieniądze zarobione za wyczyn w Turnieju Czterech Skoczni, odparł: “ Chyba sznurówki, bo jedna mi się urwała”. I co na to dama w czerwieni?