Moje fado

1 - Singer of Fado-1W portugalskich, portowych knajpkach w XIX wieku powstał ten rodzaj muzyki, fado, sentymentalny, tęskny. Lizbona, Porto… bajkowe miasta, gdzie nie sposób posłuchać tej muzyki; wokal wykonywany przy akompaniamencie dwóch gitar, wino podsyca nastrój, muzyka i pieśni jak świąteczne ballady. Znam, uwielbiam, szwendam się tam, słucham i rozmyślam, takie mam życiowe pobocza. Lubię także dworce kolejowe świata, lokalne, które przygarniają w koniecznych chwilach nie patrząc na godziny. Miejsca na odjazdy, przyjazdy, zawsze lepiej witać się, niż żegnać.

Koniec roku, sezonu, już rachunki strat i zysków dokonane. A przed oczami wyobraźni nowe wyzwania. Ledwie się zakończyła karuzela a już chcemy wsiadać na nową. Powoli, cierpliwości panie i panowie. Tego człowiek uczy się latami, szlifuje i zawsze jeszcze wpada w jakieś dziury. Nie ukrywam, że w duszy grają mi sentymenty, które pielęgnuję, odgrzebuję, co nie oznacza, że tu i teraz oraz jutro są bardzo ważne, zwłaszcza, kiedy pesel coś człowiekowi udowadnia.

Już wjeżdża nowy rok 2018 a co było w 1978, 1988 ? 40, 30 lat temu na arenie światowej? Lata spadają jak kartki z kalendarza, zrywamy, nie robimy zaległości. Nikt nam nie jest w stanie wydrzeć wspomnień, są wkręcone w świadomość i odgrywają na nowo taśmy z tamtych lat.

  1. Epoka późnego Edwarda Gierka a w Argentynie piłkarski Mundial. Wygrali gospodarze po dogrywce z Holandią 3:1. Finał odbył się w Buenos Aires, polskiego czasu o godzinie 15.00. Polacy pod wodzą trenera Jacka Gmocha zajęli 5/6 miejsce. Oczekiwania były większe, wygraliśmy np.mecz z Meksykiem 3:1. Zbigniew Boniek był liderem drużyny a królem strzelców został Mario Kempes ulubieniec gospodarzy. Argentyną rządziła junta wojskowa, Swiat się oburzał, odmówił wyjazdu na Mundial wspominany przeze mnie w poprzednim felietonie Holender Johan Cruyff.

Kiedy rozgrywano argentyński finał, na Stadionie Śląskim mieliśmy finał mistrzostw świata par. Niefortunna zbitka, nic nowego, bo tradycyjnie Międzynarodowa Federacja Motocyklowa lekceważy największe imprezy świata, nie uwzględnia terminów i faktu, że kibice inetresują się nie tylko motorami. Igrzyska Olimpijskie, MŚ, ME mają rangę ponad wszystkoostro rywalizującą z wydarzeniami na torach. Stadion Śląski był wypełniony zaledwie w połowie, co robiło wrażenie pustego obiektu, ponadto były rozbieżności w ilości widzów a sprzedanymi biletami. Wygrali Brytyjczycy, przed nową Zelandią; Malcolm Simmons, zwany “Simmo”, ścigał się w dodatkowym wyścigu z Ivanem Maugerem. Brytyjską parę dopełniał Gordon Kennett, a nowozelandzką Larry Ross. Trzecie miejsce zajęła Dania z Ole Olsenem i Finnem Thomsenem. Nie liczono, że Czesi Jirzi Stancl i Jan Verner staną na podium! A gdzie gospodarze w zestawieniu Edward Jancarz – Bolesław Proch/obaj już nie żyją/. Polacy przegrali trzema punktami z Czechami, Eddy zdobył 13 pkt, tylko dwa Proch. Klapa. Za nami Niemcy i… Szwedzi! “Trzy Korony” na siódmym miejscu – Jan Andersson, który jeździł w Kaparnie Goeteborg i Boerje Klinberg. Andersson zajmuje się obecnie rasowaniem silników i ma zmienne powodzenie. Finał przeszedł do historii, wynik był w polskich mediach komentowany krytycznie, ponadto na Mundialu nie było podium a w Chorzowie przy dziurawych bramach medale wisiały za wysoko. Jeden zawodnik nie wygra rywalizacji par, musi być zgrany tandem. Polski duet dał “ciała”, porażka u siebie bolesna.

INDYWIDUALNE mistrzostwa świata. Finał extra, w Londynie, więc lecę na Wembley, wielka gala, zaproszeni byli mistrzowie świata. Mamy dwóch reprezentantów, Jerzy Rembas, który ma wsparcie w gorzowianinie Edwardzie Jancarzu, który jeździ na Wimbledonie. Marek Cieślak jak zwykle niespokojny, co to będzie, co to będzie. Wembley pełne, ściganie w potwornym wrzasku kibiców, emocje sięgające zenitu. Wieczór ze speedway’em na tym starym Wembley był wydarzeniem niecodziennym, trudno opisać, brakuje czasem słów na obrazy z łomotem. Dramatyczny finał dla Polaków, oto debiutant Rembas, który wskoczył do finału z listy rezerwowej, po złamaniu nogi przez Niemca Hansa Wassermanna ma szanse na MEDAL na Wembley jako pierwszy Polak. Edward Jancarz daje mu swój sprzęt, gorzowski, reprezentacyjny mechanik Edward Pilarczyk przeciera okulary, zapomina, gdzie jest, “kocioł” na trybunach, Jurek stoi przed życiową szansą, no i niestety nie udaje mu się sztuka. Rembas za bardzo “odkręca”, gubi go trema, traci szansę a jako nałogowy palacz mógł dać popalić światowej elicie. Złoty medal zdobywa Duńczyk Ole Olsen, który na żużlu nie dokonywał szaleństw, fajerwerków, speedway w jego wykonaniu był oparty na niezawodnym sprzęcie/ Jawa/ i skandynawskim chłodzie. Dopiero po zawodach można było poluzować i wyściskać żonę Ullę. Na tej imprezie była przy podium obok Olsenowej miss świata, seksowna, niebieskooka Mary Stavin.

Za Olsenem znalazł się Gordon Kennett, spokojny, konsekwentny. O trzecie miejsce barażowali Amerykanin Scott Autrey, Dave Jessup i Jerzy Rembas, taka też była kolejność na mecie. Miałem wówczas ściśnięte gardło i wysokie tętno, bo szansa medalowa była prawie w kieszeni. Jerzy Rembas piąty, zapalił z Pilarczykiem papierosa, na piwo potem przyszedł czas. Marek Cieślak, który w finale kontynentalnym w Pradze był trzeci, za zwycięzcą Wassermannem i Czechem Jirzim Stanclem/ widziałem go ostatnio na GP w Pradze/, częstochowianin był dwunasty z 5 pkt. Słynny Mauger ósmy, Stancl przedostatni a ostatni jego rodak Petr Ondrasik. Za plecami Rembasa ulokował się angielski as Simmons, zawsze z perłowym uśmiechem, za “SIMMO” szalały polskie dziewczyny. Czy dawał im szanse tego nie wiem…

DRUŻYNOWE MŚ z finałem w bawarskim Landshut. Byłem tam z redaktorem Janem Ciszewskim, który tym razem nie do TV a nadawał do Polskiego Radia. Nowy tor kilkanaście kilometrów za ślicznym, zabytkowym miastem. Po raz pierwszy zajaśniała gwiazda Duńczyków niczym Wielki Wóz na niebie. 37 punktów zdobyli złoci Hans Nielsen, Olsen, Mike Lohmann i Thomsen. 27 pkt Anglia, a na podium z 16 pkt POLSKA, Jancarz, Cieślak, Rembas, Zenon Plech i Andrzej Huszcza. W pewnym momencie zgasło na małym, zgrabnym stadionie na wsi światło, jednak niemiecka sprawność prąd uruchomiła w porę. Za Polakami ulokowali się Czesi, co niejako było rewanżem za wpadkę na Stadionie Śląskim. Landshut nad Izarą wygląda jak landszaftowe widokówki bawarskie; starówka i zamek, polonica i życie na wysokiej stopie. Tak tam było i nadal jest! Region czysty jak łza, cisza, dbają o ekologię wszędzie, dlatego stadion zlokalizowano za miastem. Przykład myślenia o ludziach i ptakach.

1978, rok dla Polaków już z obywatelskimi niepokojami, protestami, prawo łamane.

Biorę oddech. Nastawiam płytę z fado i odgrzebuję w pamięci, jak to było w żużlu 10 lat później/1988/. Ofensywa duńska od Landshut ciągle miała moc i była fascynującym objawieniem, teamem gwiazd pod wodzą Olsena, które wydawało się, że będą świecić fantastycznie długo. Jednak życie dotkliwie udowadnia, że gwiazdy nagle spadają, dlatego mamy ciągłe dramaty zapisujące kolejne kartki historii. /CDN/

Na karuzeli

 

Wonder-Wheel-8-1600x900-c-default

Woody Allen zrobił taki filmowy dramat “Wonder Wheel”, z polskim tłumaczeniem tytułu “Na karuzeli życia”, obsada z gwiazdami/ Kate Winslet, Justin Timberlake, Jim Belushi/ i 137 nagrodami, 4 Oscarami! Akcja toczy się na plaży, Luna Parku Coney Island na Brooklynie a mistrz kina pokazuje, że życie jest karuzelą, wielkim, diabelskim młynem. Wszystko przelatuje, choć nie przemija w historii losów każdego z nas. Właśnie, nie przemija a wspomnienia są okruchami, wracamy zatem do nich, zwłaszcza w takie nastrojowe święta.

More Than a Speedway, więcej niż speedway? Niż sport? Posypały się dni, tygodnie, miesiące odchodzącego roku, jak płatki śniegu z wiatrem na Kasprowym Wierchu. Siadamy do stołu wigilijnego, odświętnie i jakby z tremą, która ogarnia wszystkich, nawet tych najdalszych gości, bardzo gospodarzy z obawą czy będzie smakowało. Kiedy już atmosfera emocjonalnego wzruszenia minie rozmowy przebiegają w różnych kierunkach, jednak najwięcej niepokoju wzbudzają tematy polityczne, które są jak granaty z podpalonymi lontami. A sport zwykle znajduje swoje miejsce, neutralne i choć nie każdego interesuje lokuje się w repertuarze. Życie rodzinne jest jednak tematem nr 1. No dobrze, wszystko już skosztowane, smakuje świetnie, oprawa świąteczna z choinką bogaci samopoczucie, jest kolorowo i uroczyście. Rok 2017 w polskim sporcie zaznaczył się awansem futbolistów do rosyjskiego Mundialu, co jest wydarzeniem przynoszącym ogromne nadzieje, jak gwiazdy na niebie z blaskiem na granatowym niebie. Piłkarze z Robertem Lewandowskim w połowie roku przyszłego zagrają z atrakcyjnymi rywalami wpierw o wyjście z grupy a potem zobaczymy… Ufam, że reprezentacja zrobi wszystko, żeby powalczyć na miarę kwatery w Soczi o wszystko. Diabelna karuzela.

***

A na żużlu drużynowe złoto mistrzostw świata dało nam kolejną satysfakcję, że mamy medalową reprezentację. “Kapela” Marka Cieślaka, który przyzwyczaił się do podium, nie dała szans nikomu na torze w Lesznie, które znów było areną takiego finału. Stadion Unii ma szczęście do reprezentacyjnego złota. Polska dominuje, jest najlepszym teamem. Nagle rozpadli się Duńczycy, ich as Nicki Pedersen leczył kontuzję, ma swoje lata i ma receptę na życie pozasportowe, bo książęce Monte Carlo jest przyjemne o każdej porze roku, więc kochają to miejsce sportowcy i celebryci, świat artystyczny i bogate towarzystwa wzajemnej adoracji w kasynie, które słynie z gości, mających fortuny, królewskie jachty. Tam się gra w ruletkę, która daje z bólem a odbiera z radością. Czego jest więcej? Wonder Wheel…

Danią kierował Hans Nielsen, zawodnik z zaszczytami, medalami, lecz bez charyzmy jak jego starszy rodak Ole Olsen. Hans przy swojej ujmującej osobowości i wielkiej klasie zawodniczej, jako menedżer niestety traci grunt pod nogami. Jako zawodnik potrafił pojechać bez pardonu po “wapnie”, wepchnąć się w tłoku na pierwsze miejsce ale w roli trenera brakuje mu jak mówią Francuzi “bel esprit”. W Lesznie Duńczyków brakowało, inni skandynawowie, Szwedzi byli za nami, potem sensacyjnie Rosjanie, no i na końcu rozkojarzeni Anglicy.

Indywidualnie debiutant w mistrzostwach świata konsekwentny i myślący Patryk Dudek w Melbourne wywalczył srebro, co jakby przyjęto z pewną dozą normalności, gdyż przyzwyczajono się, że Polacy mają taką ekipę, że ktoś musi zdobyć medal. Wcale nie musi, lecz powinien… Marek Cieślak charakterny coach reprezentacji był w Australii, komentował ze swadą ostatni turniej Grand Prix dla stacji TV Canal +.

W MŚ juniorów częstochowianin vel wrocławianin Maks Drabik został mistrzem świata, tata Sławomir jest dumny z takiego rodzinnego “ziarna”.

Wspominam o dokonaniach polskiego żużla, który jest w Europie na samej górze, brakuje jednak ciągle ostatecznej mocy indywidualnie, gdyż nadal mamy tylko dwa tytuły: Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba.

Sport jest ekscytującym, uzależniającym zjawiskiem a speedway dodaje moc adrenaliny wywołując często skraje emocje: z błota do złota, z kolan na podium, tragedie przeplatają się ze łzami nieszczęścia i szczerej radości. Bosko i niebezpiecznie. Wonder Wheel…

***

Na speedway warto, trzeba patrzeć przez witryny innych sportów.

Znakomity piłkarz holenderski, nieżyjący już Johan Cruyff, świetny zawodnik rodowodem z Ajaxu a potem grający znakomicie w Barcelonie i następnie trenujący ten zespół, był niezwykle skromnym człowiekiem z charakterem Dla niego rodzina była wszystkim, tak jak i klub. Pomnikowa postać futbolu, sportu. W jego świetnej autobiografii emitowanej przez Wydawnictwo Literackie a mało tak szczerych w sporcie, zaś w żużlu to rzadkość szczególna, pisze:

” Nie skończyłem żadnych studiów. Wszystkiego nauczyłem się dzięki doświadczeniu. Po tym jak w wieku dwunastu lat straciłem ojca, moim życiem stał się Ajax – najpierw towarzyszył mi drugi ojciec, gospodarz klubu, a później trenerzy”…

“ Dzięki klubowi uczyłem się nie tylko tego, jak być lepszym piłkarzem, ale też jak się mam zachowywać”…

” Chcę podkreślić, jak ważna jest rodzina, nie tylko rodzice, teściowie, żona, dzieci i wnuki , ale ludzie związani z Ajaksem, którzy podali mi pomocną dłoń w bardzo trudnym okresie mojego życia. Dlatego mogę powiedzieć, że klub także jest moją rodziną. Wiem też, że jeśli chodzi o sprawy piłki nożnej, mam jedną wadę – myślę tylko o byciu na szczycie. Jako zawodnik czy trener nie potrafię robić niczego na niskim poziomie, staram się być najlepszy w swoim zawodzie”.

Rodzina, klub – integralnie powiązane “instytucje”, do tego trener. Cruyff pisze, że życie nauczyło go najbardziej. I dosłownie: “Ostatecznie wiedza to doświadczenie”.

Koło się zamyka. Każda gra to wyczyn jeśli jest na poziomie, który gwarantuje sportowy artyzm. Holenderski internacjonał zeznaje, że nie wszystkiemu co robił mu przyklaskiwano i rozumiano, również dokuczano. Nie ma życia bez pochwał i krzywd.

”Ale cóż Rembrandta i van Gogha też nie rozumiano”, pisze. Książka jest świadectwem

niezwykłego talentu Holendra, człowieka z charakterem, sportowca z krwi i kości.

SPORT w globalnym wydaniu frapował mnie zawsze i to jest moje zeznanie w tym felietonie, dlatego patrzę na speedway z różnych stron, recenzuję, analizuję, kocham.

Adrenalinowy do bólu speedway jest otwartą grą, zawsze potrzebuje atmosfery rodzinnego wsparcia, uczenia bez owijania w kocyk prostych spraw. Więcej niż sport?

Mamy święta, wolne dni a już za progiem czai się Nowy Rok 2018. Ludzie związani uczuciowo obojętnie z jakim zawodem, pasjami nigdy nie tracą wątków dyskusji ani na chwilę.

Hiszpański trener, który wzbił się na wyżyny szkoleniowe jako zawodnik i trener w Barcelonie, prowadzący teraz Manchester City, Pep Guardiola powiedział: “Przed poznaniem Cruyffa nie wiedziałem nic o futbolu”. Szczera jak sumienie prawda kolegi.

Czasem nam się wydaje, że wiemy już wszystko a szara rzeczywistość obnaża boleśnie ignorancję, do której tylko krok do trudno akceptowanej arogancji.

Sport jest pięknym zjawiskiem a SPEEDWAY więcej niż grą, której uczymy się za każdym razem, z sezonu na sezon, od świąt do świąt. I tak już zostanie, jak na karuzeli życia, Wonder Wheel.

Prawdy, fałsze, fantazje

t1.jpg

Na razie nie pakuję bagażu, przyjdzie czas, mam swoje miejsca ulubione, gdzie odskakuję od polskiej rzeczywistości. Każde państwo potrzebuje mocnych charakterów do przewodzenia narodowi; Polska bardzo, bo charaktery mamy skomplikowane. Rozbiory nie wzięły się z niczego, trwały długo a czy zrozumienie historii uczy? Mam wątpliwości. Każdy człowiek, każda zbiorowość jest inna, Polacy mają w genach przekorę i chyba czasem, takie odnoszę wrażenie, nie lubią… samych siebie. Przykre moje odniesienie do tego, co dzieje się nie tylko na szczytach władzy. Każda władza upaja a potrzebuje rozumu, jak wódka, której nie każdy może pić, zatracając świadomość prawdziwej oceny sytuacji. Co będzie dalej? Odskakuję z ogólnych treści; w sporcie jest wykluczenie Rosji z Zimowych Igrzysk’18, bardzo drastyczna decyzja, bolesna również dla rywali, bo sportowiec chce walczyć, mieć konkurencję. A teraz speedway…

Przeleciał sezon, jeszcze rok kalendarzowy wprawdzie nie skończył się, lecz wjeżdżamy na ostatnie okrążenie. Nie jestem przygotowany na oceny głębokie… mamy medale, mamy zawodników z elity światowej, sukcesy powinny cieszyć i wbijać w dumę.

Ten miniony sezon przyniósł fantazyjny atak młodzieży na pozycje seniorów, ekipa młodych z Polakami na czele mości sobie gniazdo. Seniorzy powoli, z trudem odpuszczają. Wiek ma swoje prawa, do uprawiania sportu w ekstremalnych parametrach. Ryzyko jest wpisane w speedway, obojętnie ile ma się lat, ale sportowiec nie patrzy za siebie, trening wykształcił pęd do zwycięstw, stawania na podium, zdobywania medali i tytułów. Kto na siłę kalkuluje, mimo talentu, srogo przegrywa. Kogo w potędze uwielbienia zwodzą inne moce, niż sport, zostaje szybko na poboczu. Liczy się tu i teraz. Last minute…

Trener reprezentacji Marek Cieślak powraca na częstochowski grunt, gdzie jego talent ciosał inżynier Zdzisław Jałowiecki, fachowiec, były zawodnik, potem trener. Marek uczył się rzemiosła w Polsce, Anglii. Kiedyś, hm, chyba sam nie przewidywał, że większe sukcesy osiągnie jako szkoleniowiec nie tylko klubowy, lecz i reprezentacji Polski. Włókniarz miał ongiś pakę chłopaków do bitki i wypitki, jazd na krawędzi połamania kości. Mikrus Cieślak był zawsze ambitny, ścigał się jak kamikadze. Prezes Włókniara, obecnie panujący Michał Świącik namówił Marka do come back’u. No i stało się; względy rodzinne Cieślaka też miały duży wpływ, ale myślę, że w pewnym wieku natura ciągnie do lasu, który zna i wie, gdzie zbierać jagody. Oczekiwania w Częstochowie, która od zawsze kocha speedway, są ogromne. Ten ośrodek, nie tylko z powodu Jasnej Góry, ale i tradycji bogatych wcześniej czy później, zawsze będzie znaczący. Miłość potrzebuje pieniędzy, ułatwia ich zdobywanie, wspólnota celu i zgoda rodzi sukcesy. Marek Cieślak wrócił nie jako syn marnotrawny tylko jak komandos.

Cieślaka nie ma w Zielonej Górze, Falubaz ma markę taką, jak krupnik czy winiak lubuski. Tam na stadionie jest biało – zielono i tłumnie, mają senatorskie wsparcie i jest wicemistrz świata Patryk Dudek. Chce złota? Na pewno. A drużyna zdobyć też złoto. Szkoleniowo klubem ma zająć się Adam Skkórnicki z Leszna, który ma medialne koneksje, lecz one czasem zaciemniają sytuacje, liczy się zawsze praca organiczna i po niej poznać efekty. Skórnicki da radę w takiej firmie czy nie?

Szkoleniowiec sprawdza się w klubowych potyczkach, w szybkich decyzjach, w motywacjach, po prostu w wielu wątkach, które generują sukcesy. Chleb nie jest pachnący, chleb może być czerstwy. Przed Adamam Skórnickim wyzwanie odpowiedzialne, ktoś na niego postawił, a kibice ocenią, zawodnicy zaakceptują metody. Żeby stać się faktycznym maczo i ojcem sukcesów, trzeba mieć intuicję trenera czytającego “grę” i być suflerem dla zawodników. Oni muszą ufać trenerowi w każdej sytuacji. Harówa nie za darmo, opłacalna, egzamin zdaje się w trudnych momentach.

Sport buduje autorytety, weryfikuje spekulacje szybko wynikami; oglądam sporo innych sportów, sporo futbolu nie tylko tego z Ligi Mistrzów. Słynne kluby zatrudniają trenerskie sławy, które kombinują składy, zarabiają pieniądze kosmiczne, ale też osiągają poziom nieprzeciętny. Liczy się taktyka i gra, piękno i efekty, same nazwiska nie “koncertują”, musi być sprawny “dyrygent”, autorytet budowany ciężką pracą bez umizgów taniego leczenia kompleksów. Media nie ubiorą w królewskie szaty trenerskie kogoś, kto nie będzie miał wyników. To one kreują szkoleniowców, których w żużlu z cenioną marką można policzyć na jednej ręce, zaś tzw. menedżerowie to sprytne krycie szkolnych świadectw i asekuracja przed odpowidzialnością.

Zrywam kartki kalendarza, już muszę napisać coś pod choinkę. Prezent… felieton.

Ten mijający rok 2017 ma jeden smutny epizod, otóż wypadek Tomasza Golloba sponiewierał jego życie na koniec bogatej kariery, zły los przewrócił wszystko do góry nogami. Życie, wypadki nie mają reguł, nieszczęścia spadają jak grom z jasnego nieba. Nieprzewidziane sytuacje w chwilach, kiedy wydaje się, że mamy wszystko poukładane powodują koszmarne dni, miesiące, lata. Losu nie można prowokować, gdyż jest obłudny, paraliżuje i zadaje człowiekowi przewlekły ból. Tomasz Gollob jest autorem “gollobomanii”, podniósł speedway na wysoki poziom, został żużlowym ambasadorem porywających wyścigów do filmowania, zapamiętania. Epoka, opoka. Ten rok dramatycznie obezwładnił ikonę polskiego, światowego żużla z witalnych sił. Człowiek jest mocny, lecz miewa i słabe chwile, pozostaje w chwilach krytycznych błąkające się, dręczące pytanie: dlaczego ja i za jakie grzechy? Nie byłem piejącym bezkrytycznie z zachwytu nad jego sukcesami, dostrzegałem co dobre i złe; szczerze współczuję i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że Tomasz Gollob ma do pokonania jeszcze najważniejsze, trudne, inne w gatunku wyścigi w swojej karierze, życiu. Tego nie przewidział nikt i musi dać radę! A to nie jest last minute.

Być jak “Lewy”

10167358-robert-lewandowski-900-600

Będzie chyba trochę chaotycznie, choć treściwie; taki był ten drugi weekend października na sportowych placach Warszawy i Torunia. Same szczyty. Komplety publiczności, dwie imprezy na stadionach, jedna w hali. Tam zimno, tu ciepło, lecz atmosfera wszędzie podgrzana maksymalnie. Celebryci i nie tylko, doping, nerwy i radość. Łez nie było, wzruszenia tak. Zawsze serce chce mi wyskoczyć, kiedy grają hymn narodowy, nikt nie żałuje strun a wtedy jakaś łezka wzruszenia kapnie. Nie pierwszy i ostatni raz.

TORUŃ. Miasto Mikołaja Kopernika było na tapecie we wspomniany weekend dwa razy: w sobotę i w niedzielę, w zupełnie innym kontekście. Przedostatni turniej Grand Prix, Motoarena. Wygrywa zawody rozpędzony debiutant tego serialu Patryk Dudek z Zielonej Góry, potrafi walczyć do końca, śmiga na motorze jak jaskółka nad dachami. Wygrał, zbliżył się do lidera GP Australijczyka Jasona Doyle’a, ostatni turniej jest 26 października w Melbourne, żużlowcy już pakują sprzęt i odlecą na wielki finał tego sezonu i może już tam na rok nie wrócą. Wszystko zależy od frekwencji, po odliczeniu kibiców z Europy, na stadionie pięknym jak bombonierka. Doyle robi wszystko, żeby nie przegapić szansy na złoto przed swoją rodziną i kibicami jego talentu. Rok temu wytargał mu tytuł mistrza świata Amerykanin Greg Hancock. Kontuzja Jasona pechowo wyeliminowała go ze startu w finale, w Melbourne. Teraz oszczędzał się w polskiej lidze, marzy o tytule i wszystko wskazuje, że założy koronę mistrzowską. To będzie jego szczyt, prima parada na oczach rodaków. No a Dudek? Nie popuści. W Toruniu trzecie miejsce zajął Bartosz Zmarzlik, poza podium Maciej Janowski. Liczę, że dwóch Polaków może stanąć na podium tegorocznych MŚ, lecz wszystko zależy jak daleka podróż wyjdzie im na zdrowie. Sobota była huczna na toruńskim torze, podobnie jak i następnego dnia w zupełnie innym wydaniu, innym klimacie, bo na torze gdańskiego Wybrzeża. Ekstraligowy toruński klub walczył o pozostanie w elicie. Wtedy już na Stadionie Narodowym polska reprezentacja była gotowa na mecz z Czarnogórą o definitywny awans do przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji, czyli putinowskiego Mundialu. Nie było łatwo jak większość myślała. A myślenie ma ciągle ogromną wartość! Dzwoni do mnie kolega, że w Gdańsku torunianie prowadzą 10 punktami i mówi: “Nie ma co oglądać dalej, posprzątane”. No dobrze, łatwo poszło a kalkulowali niektórzy, że byłby cud, gdyby torunianie nie awansowali. Raz gorąco, raz zimno. Zgodnie z oczekiwaniami Ekstraliga dla toruńskiego klubu, którzy jak się okazało niemal natychmiast, mieli być wspomagani przez “ anioła”, którego zwinęła policja za próbę korupcji. Sprawa prokuratorska i rozwojowa. Speedway nie urwał się ze sznurka, z “życiem” raz po raz jest za pan brat. Jakiś gość, fan zdeterminowany oferował 100 tysięcy złotych! Można za taką łapówkę trochę posiedzieć w kryminale na koszt podatników; od dobroczyńcy klub się odcina. Jest temat? Ano jest i to nie na jeden wieczór i poranek znaczony marką CBA. Zawodnik Wybrzeża zakapował “darczyńcę”! Do żużla w elitarnym wydaniu powrócę na koniec felietonu w edycji smokingowej.

No to skok na warszawskie Powiśle. Zlot kibiców. Biało – czerwony sprzęt i huk.

Polska reprezentacja na Stadionie Narodowym po męczącej walce wygrała 4:2 z Czarnogórą i mogła ubrać po meczu białe koszulki z napisem POLSKA DAWAJ 2018. Dawaj, dawaj… Denerwujący to był mecz/ 58.538 widzów/, goście piekielnie szybcy kręcili naszymi obrońcami, nie mieli szczęścia w strzałach a biało – czerwoni prowadzili 2:0, potem goście wyrównali, stracili samobojczą bramkę a jedną kto jeszcze mógł strzelić?! Tylko Robert Lewandowski! Taki “Lewy”, to majątek, dojrzały zawodnik, widzący wszystko, wyczucie gry, inteligencja boiskowa i trafnie oceniający zachowania kolegów na murawie. Rwała się ona raz po raz, kawałki odlatywały od podłoża. Kiedy po meczu polscy piłkarze żegnali się z kibicami i stali przed główną trybuną, nagle wyskoczył na boisko kibic, gonili go nieskutecznie dwaj ochroniarze a on przed Lewandowskim szybko ukląkł i ucałował mu czubek buta! Jak ktoś kiedyś Messiemu. Z uśmiechem i przy gromkich brawach został wyprowadzony. Przyglądał mu się inny kibic ubrany w kurtkę z napisem na plecach: PŁYWAK Z NARODOWEGO, ADAM. Pamiętacie mecz z Anglikami, kiedy nie zamknięto dachu a ulewa zamieniła boisko w staw, wtedy ten gość wbiegł i rzucił się w wodę… Fantazja ułańska w narodzie nie ginie.

Super fajnie! Reprezentacja jedzie na Mundial, czeka ją mimo wysokiej pozycji w rankingu FIFA praca, której trener Adam Nawałka się nie obawia. A zatem Polska dawaj 2018! Robert Lewandowski został królem strzelców eliminacji MŚ. Cudnie to robi.

Speedway, futbol, speedway. Po niedzielnych wydarzeniach Gala Ekstraligi i nominacje, oraz trofea, czyli “Szczakiele” NC+ w oprawie prowadzących paradę Darii Kabały – Malarz i Marcina Majewskiego. Gala na całego, główne trofeum dla Jarosława Hampela za szczęśliwy come back po ciężkiej kontuzji na tor, a teraz jeszcze powrót z Zielonej Góry do Leszna. I dobrze. Trener mistrza Polski, inteligentny PIOTR BARON nie został szkoleniowcem sezonu, bo został nim Rafał Dobrucki, prowadzący wicemistrzowski zespół z Wrocławia. Fakt ten wywołał bardzo kontrowersyjne dyskusje. Ekstraligowe środowisko zebrało się do kupy i tak powinno być towarzysko dwa razy do roku; przed sezonem i po. Dodano jeszcze gremialnie brawami otuchy Tomaszowi Gollobowi. Zagraniczni zawodnicy zaproszeni na galę nieźle się bawili, m.inn. Australijczycy z Doyle’em na czele. Co oni zrobiliby bez “bankomatowych” polskich lig? Polscy żużlowcy szpanowali fryzurami, usilnie naśladują futbolistów z różnych półek, choć nie każdemu do twarzy taki design, na szczęście na stadionach nakładają kaski. Kuluary kipiały rozmowami na luzie; kto kogo, za ile, gdzie, etc., nagle wszyscy spotkali się na jednym placu: władze środowiskowe, klubowe, działacze, zawodnicy i fanatycy tego sportu. Olimpijczyk Robert Korzeniowski jako sportowy oblatywacz w tradycyjnej formie, pogodny zawsze senator Robert Dowhan, zaś ekipa NC+ tradycyjnie zwarta i silna, gotowa na wyzwania. Nominowany w gronie najlepszych trenerów Lech Kędziora, który w Częstochowie wykonał szmat roboty jest ostoją Włókniarza. Z miasta pielgrzymek pochodzi Maksym Drabik, został mistrzem świata juniorów, jest na dobrej drodze, żeby ojca Sławomira/ był też/ przebić karierą. Częstochowa jest magicznym klubem, bo z dna potrafi wyjść niebiańsko. Takie cuda tam się zdarzają. Nie tylko tam! Podobno nominacje na przyszłoroczny serial Grand Prix dostaną m.inn. czterokrotny mistrz świata Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk /był na Gali/ trzykrotny mistrz świata Nicki Pedersen; w sumie 7 złotych tytułów i blisko 90 lat na koncie! Nominacje raczej za całokształt a młodzież musi jeszcze poczekać i kibice także. Szkoda czasu.

Już kończę, nie jestem ani Darią Kabałą – Malarz, ani Marcinem Majewskim; oni wiedzą jak efektownie sprzedać towar marki NC+, tak jak “Lewy” strzelać precyzyjnie gole.

Dopingowe melodie

a

Każdy sportowiec chce być najlepszy, wygrać, pokonać rywala, stanąć na najwyższym stopniu podium, sięgnąć po złoty medal i wysłuchać hymnu narodowego. Ambicje, adrenalina, szum medialny, aplauz kibiców, to wszystko kumuluje energię wyzwalającą czasem trudne do zrozumienia decyzje. Sport nie jest wolny od skrzywień, gry faul, poszukiwania takich metod aby łatwiej ograć rywala, wydobyć z siebie moc, która jest sztucznym pokonywaniem stresu. Metody wydobywania z człowieka większej siły historia zna nie od dziś. Dawna NRD, państwo nieistniejące dziś na wschodnich terenach Niemiec, opracowała laboratoryjne metody dające siły, których normalną pracą nie można było osiągnąć. Trening był potęgowany środkami medycznymi, zawodnicy dostawali potem mocy, która wynosiła ich na podium. Przetaczanie krwi, specyfiki wstrzykiwane, tabletki i płyny dawały nieprzeciętną siłę i wygrywano z rywalami, którzy w pocie czoła nie byli w stanie obronić pozycji. Niemieckie laboratoria przeszły do historii ale metody i środki dopingujące wcale nie. Świat sportu nie jest okruchem, jest tortem, który czasem wybornie smakuje, zwłaszcza, kiedy emocje sięgają zenitu; imprezy szczytowe wynoszą sportowców, państwa na topowe miejsca w rankingach. Ten świat zmobilizowanych sił medycznych napotkał jednak na skuteczny opór ludzi, którzy chronią honoru sportowców. Ryzyko zawsze było elementem gry, ryzyko także stosowania specyfików, które dodawały sił, uskrzydlały, wynosiły na piedestał nie tylko solistów, lecz również teamy. Bajkowy świat sportowych rewii, olimpiad, igrzysk, mistrzostw świata, ęuropy, międzykontynentalnych potyczek pokazywanych na ekranach całego świata. Producenci, reklamodawcy żądają wręcz sukcesów. Dodatkowym elementem może być doping i takim się stał, mamy nadal przykłady dyskwalifikacji. Laboratoria opracowujące medykamenty konfrontują się ze sztabami antydopingowymi, stojącymi na straży fair play, uczciwych gier i postaw. I z jednej strony mamy stadiony, bieżnie, tory, pływalnie, boiska, maty i ringi a z drugiej mozolne wykrywanie środków dopingujących, które penetrują ludzkie organizmy. Ryzyko jest ogromne, gdyż kary są bolesne. Jednak nie ma życia bez ryzyka, sportu bez adrenaliny i mega ambicji bycia najszybszym, najlepszym. Świat sportu wariuje nie tylko finansowo, honorując niektórych idoli zarobkami, które dla normalnego człowieka są anormalne i wręcz kosmiczne. Czy to jest normalna sytuacja, że piłkarz/barceloński Messi/ zarabia 50 mln euro rocznie z samego kontraktu, bez reklamowych bonusów?!

SPORT dysponuje potężnymi akcjami, finansami, jest olbrzymią sferą naszego życia, która dzięki przekazom telewizyjnym kształtuje obrazy emocjonalnego wysiłku na stadionach i w halach na poziomie niezapomnianych wydarzeń. W takiej osłonie, jak w kokonie wirują tendencje co zrobić, żeby łatwiej wygrać, pokonać rozum, zaciemnić sytuację zdrowego myślenia o zwycięstwie.

Szaleńczy świat sportu wjechał na szczyty absurdu, bo takim są finanse i sztuczne pozyskiwanie mocy zawodników. Dyskwalifikacje na igrzyskach olimpijskich są przykrym zjawiskiem, zresztą wszędzie, lecz tam doping jest szczytem głupoty przekraczającej wyobraźnię. Pływanie, kolarstwo, lekkoatletyka, podnoszenie ciężarów, boks, biegi narciarskie, to tylko niektóre dyscypliny, które nie mogą “żyć” bez prób używania środków napędzających kondycję.

Speedway nie jest odosobniony w kontekście dopingowych kalkulacji. Ważne w tym ambarasie, żeby sportowiec odnalazł swoje miejsce po dyskwalifikacji, tak bolesnej dla siebie i kibiców, którzy wierzą w ikony. Patryk Dudek, wyjątkowy talent żużlowy miał przypadek, który odcierpiał zawiesznie i rehabilituje się jazdami na krawędzi ryzyka, walczy o medal mistrzostw świata w serialu Grand Prix. Wyprostował się po tym incydencie, uwierzył w siebie oraz idée, że jak nie warto mieszać się w nieczyste sprawy, tak bardzo warto uczciwie wykonywać przesłanie sportowego idola. Nie każdy potrafi, wszystko zależy od wieku, od sytuacji, od wspomagania ludzi życzliwych.

Każdy może zabłądzić, co jednak nie tłumaczy ciągłych wpadek. Oto rosyjska “torpeda”, Grisza Łaguta /rocznik 1984/ został zawieszony po wykryciu u niego środka z listy zakazanych. Jako reprezentant Rosji, nie tylko sam się ukarał zawieszeniem, ale i drużynę, podobnie jako zawodnik rybnickiego klubu ROW. Wpakował w niezłe tarapaty oba zespoły.

Najczęściej sportowcy przyłapani na stosowaniu niedozwolonych środków tłumaczą się naiwnie, że nic nie wiedzieli, że to przypadek etc. Kiedyś polski hokeista na olimpiadzie w Kanadzie tłumaczył się… zjedzeniem paszteciku. No, no dobry pasztet to był ale po powrocie z igrzysk. Fatalne echa i kara, wstyd.

Branie czegokolwiek świadczy nie tylko o głupocie ale i słabości, kompleksach i oszustwie w pięknej dyscyplinie życia jaką jest sport. Czy tak być musi? Władze sportowe tropią konsekwentnie wszelkie próby oszukiwania i bezwzględne zawieszenia są często dramatem w karierze. W historii sportu mamy przykłady permanentnego ryzyka stosowania zakazanych środków, mimo wysokich kar, zawodnicy nie poprzestają na próbach, bo może się uda! Myślenie fatalne w skutkach. Sport sam w sobie niesie z sobą ryzyko, choćby przykrych kontuzji, w żużlu stosowanie takich “gier” jest niebezpiecznym procederem, bo człowiek dosiada maszyny przecież. Niegdyś nie było w speedway’u prób antyalkoholowych, antydopingowych, ufano do czasu i zabrano się do kontroli. Przykład Griszy Łaguty jest kolejnym sygnałem, że nie ma tolerancji dla tych, którzy oszukują nie tylko siebie, lecz środowisko, które wierzy w intencje czyste jak łza.

Można się pomylić.

RYZYKO jest elementem sportu, stosowanie dopingu mega ryzykiem, które nie opłaca się absolutnie. Zburzenie wizerunku jest kosztowną “ inwestycją”, która może się czasem już nigdy nie zwrócić; kariery sportowe nie trwają wiecznie i nie znoszą po prostu plam.

Na scenie życia nie gasną światła

herbst landschaft

Ile jest w życiu każdego człowieka radosnych chwil a ile smutnych? Trudno zliczyć, bywają ludzie, którzy kumulują gorycz, są i tacy, którzy cieszą się z byle powodu i smutek omija ich z daleka. Można żyć ze szwungiem i ciekawie, można jałowo i narzekać na niedole tego świata. Mozaika zachowań, nastrojów, uczuć wyniosłych i upadłych w żalu.

Obdarzony talentem aktorskim, dowcipem kabaretowym i mocnym głosem estradowym, Krzysztof Respondek powiedział, że przepis na sukces jest prosty: łyżeczka talentu, duża łyżka pracy i garnek szczęścia a potem wszystko wymieszać. Proste? Niby tak.

Są takie dni, które uświadamiają o losach ludzi, o przemijaniu, o przerwanych pięknie rozpoczynających się karierach. Dramaty, tragedie wpisane są w życiorysy, niczym graffiti na murach domów. Speedway jest ekstremalnym sportem w którym mała chwila może zadecydować o karierze, o życiu. O przetrwaniu, które wyciska raz po raz ukradkiem łzy bohaterów i otoczenia. Wzruszenie ogarnia nas nie tylko podczas trudnych momentów, penetruje serca w rozmaitych sytuacjach życiowych.

Ile na żużlowych torach było radości a ile smutku? Trudno zliczyć.

Przyglądam się zdjęciu z meczu w Poole, gdzie w otoczeniu uczestników siedzi na wózku Darcy Ward. Ile w tym młodym człowieku jest żalu do losu, który w kilku sekundach brutalnie wyrzucił go poza burtę kariery? Ile jest nadziei, że może coś drgnie w medycznym trybie rehabilitacji? Ile rozważań nad tym, dlaczego tak się stało? Okrutny bywa los i dręczące słowo DLACZEGO nie opuszcza nas już nigdy.

Nie chcę Zaduszkowo wspominać tych, którzy zginęli na torach, nie tylko polskich. Lista nie jest mała. Nie przypominam wszystkich, których wyeliminowało uderzenie o tor, bandę i pogruchotało normalne życie. Ciężko czasem pisać o tragediach, które wryły się tak mocno w pamięć.

Przypadek Darcy Warda, wschodzącej gwiazdy światowego żużla, jego upadek w Zielonej Górze, ciężka operacja i transport do Londynu, rehabilitacja i zbiórka koniecznych funduszy jest zapisem zarówno smutnych kart, jak i zbiorem nadziei na lepsze jutro. Wypadki wstrząsają raz po raz środowiskiem, lecz życie nie zna pustki, jest smutno ale zawodnicy nadal ścigają się ostro jakby na przekór złu, które musi odejść.

Znam przypadki z historii żużla, kiedy ginęli na torze zawodnicy a ich bracia bez strachu, z charakterem ścigali się dla pokazania, że życie trwa i jest silniejsze od słabości, od niedoskonałości. Żelaznym człowiekiem jest Rafał Wilk, mistrz olimpijski w ściganiu się na wózkach, który nie poddał się i walczy na arenach świata w innej roli. Medalowej!

Speedway jest ekstremą ale i sportem, który wyzwala niesamowite emocje i ma tysiące wiernych zwolenników. Był czas w redakcji, że koledzy prowadzący inne sporty z zazdrością patrzyli na ilość widzów na stadionach żużlowych i z wielkim przekąsem, złośliwie twierdzili, że kibice przychodzą, by zobaczyć groźne wypadki. Z trudem znosiłem przykre uwagi, odpierałem ataki, lecz byłem bezradny, kiedy musiałem komentować tragedie na torach.

Podany przykład potrzebnego w życiu “garnka szczęścia” muszę skorygować, bo zdarza się, że ktoś ma tylko kubek, a zamiast łyżeczki talentu miskę tego daru, a pracę omija z daleka. Proporcje bywają zachwiane a wszystko zależy od reżysera losu, który nie patrzy na wiek, by nieszczęśliwie potraktować zawodnika.

“Na scenie życia nie gasną światła”, jak w piosence … Ach; bywają wygrani i przegrani. Czasem remisy są trudne do zaakceptowania. Nie każdy ma szczęście zaliczyć wypadek w dobrym miejscu tego świata, gdzie opieka medyczna otacza go natychmiast z niebiańską troską a ubezpieczyciel podpisuje korzystne kwity na dalsze leczenie i na zapewnienie godziwej egzystencji.

Jak w nieszczęściu złapać szczęście?

Wybaczcie taki ton w obliczu Zaduszkowych wspomnień. Raz do roku. Nie powinniśmy zapominać nigdy o tych, których już nie ma i o tych, którzy nadal potrzebują pomocy.

Jest ulica w Toruniu Szweda Pera Jonssona, mistrza świata o nienagannnej technice. On podobnie jak Ward miał kraksę w Polsce a potem leczenie w rodzinnym kraju. Młodziutkiemu Kamilowi Cieślarowi nie brakuje nadziei. Musi jej mieć ogromnie dużo. Tragicznie zakończył się wypadek Anglika Lee Richardsona na wrocławskim torze trzy lata temu, podobnie jak na holenderskim stadionie rok temu uderzenie w bandę Grzegorza Knappa z Grudziądza, który udanie ścigał się także na lodzie.

Miałem nie wspominać, lecz nie mogę, bo czarna lista na zawsze jest w naszej pamięci. Nie tylko raz do roku, nie tylko w Zaduszkowy Dzień bije dzwon.

Najbardziej pamięta się zazwyczaj wydarzenia ostatnie, dlatego wypadek Australijczyka Darcy Warda w wieku 23 lat, który złamał kręgosłup jest sygnałem mocno huczącym w głowie. Medycyna zna różne przypadki i nigdy nie można eliminować nadziei. Jeden z lekarzy powiedział, że jeśli pacjent nie pomoże, to medycyna jest bezsilna. Darcy Ward upadł i uderzył głową w tor. Kręgi nie wytrzymały a jeździł cudownie, walczył zwinnie i fantazyjnie. Po przerwie wrócił na tor a los okaleczył go okrutnie. Walczy uparcie dalej a otoczenie nie ustaje w ofiarnej pomocy.

Ile w życiu człowieka jest determinacji w chwilach zwątpienia i nurtujących, trudnych myśli? Ile musi być mocy, żelaznej siły by zmagać się ze słabościami. Radości i smutki przeplatają się jednak bezceremonialnie i nie ma żadnej recepty. Prawda jest jak matka, jest tylko jedna. Na scenie życia nie gasną światła… Scenariusze mają różne treści. Życie bywa czasem serialową nowelą, lecz niestety nie jest bajką. Ani codziennie, ani od święta.

Niemęskie granie

Lewy

  1. Nie mogę w żużlowym felietonie pominąć sukcesu polskich piłkarzy, którzy ograli w dreszczowcu Irlandię w Warszawie i pojadą na finały mistrzostw Europy w roku 2016 do Francji. Robert „ Lewy“ Lewandowski, jako kapitan poprowadził reprezentację do zwycięstwa, strzela bramki i jakże miło słyszeć, że jest aktualnie najlepszym piłkarzem na świecie. Cudownie. Drużyna Adama Nawałki zrobiła wielki krok a zrobi jeszcze większy, jeśli we Francji wyjdzie z grupy. Jest czas na korektę błędów i zbudowanie mocy na mecze z najlepszymi. Losowanie grup w połowie grudnia i pora na ustawienie kalendarza żużlowego, uwzględniającego finały ME. Niestety, nie zawsze w przeszłości tak było i żużlowe imprezy pokrywały się z ważnymi meczami piłkarskimi na mistrzostwach świata, na ME i ba, w czasie igrzysk olimpijskich. A teraz zagra Polska!
  2. Reżyser o wielu zainteresowaniach Jerzy Gruza powiedział, że czasami prawda bywa nieludzka. Jest szok po zawieszeniach szefa FIFA Szwajcara Seppa Blattera i prezydenta UEFA Francuza Michela Platiniego. Oskarżenia dotyczą milionowej korupcji. Źle się dzieje w piłkarskich federacjach, w siatkówce też rządzą dziwne prawa, raz po raz słyszę o wynaturzeniach w innych grupach sportowego zarządzania. Nadal nie został w Polsce rozliczony skandal na Stadionie Narodowym żużlowego Grand Prix i prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski błyszczy ciągle w świetle jupiterów przy rozmaitych okazjach. Jakby nic się nie stało i kolejna GP odbędzie się w maju roku przyszłego z układaczem toru Ole Olsenem. Ekipa PZM i podległe jej spółki mają niezłe miotły i robią co mogą, aby ukryć pod dywanem wstyd. Niebywała sprawa, bezczelność wodzirejów przy poklepywaniu klakierów od siedmiu boleści. Grand Prix Lotto powinno być zbojkotowane przez prawdziwych kibiców za nieudacznictwo GP’15.
  3. Klub, który przegrał bitwę w niesławie z łotewskim Lokomotivem, czyli Ostrovia został zaproszony/sic?!/ do udziału w Ekstralidze.W Polsce wszystko jest możliwe. Rzeszowska dama Marta Półtorak z sarkazem dopowiedziała a może Krosno?! Może i tak, byłbym za Krosnem… W każdym razie kpina goni kpinę w blasku jupiterów i pychy zarządzających polskim żużlem, którzy nie słuchają co mówią kibice na trybunach i piszą na internetowych forach. Jeden z prezesów po warszawskim skandalu zeznał, że nie bardzo mu miło czytać o sobie takie rzeczy, które wypisuję. On rządzi i podlega recenzjom, a ja od lat więcej, niż on ma, siedzę w żużlu. Każdy ma swoje prawa i obowiązki, każdy inny żołądek i wydatki. Nie wnikam, lecz przywódcy polskiego żużla jak trądu boją się przejrzystości finansowej. Odwaga staniała i ukryła się za wysokimi apanażami. Prominenci nie bójcie się, bo przecież chyba zarabiacie tyle, na ile zasługujecie, choć kibice mają wyobraźnię i w niewiedzy podają niebotyczne kwoty. Prezes PZM zaklepuje takie decyzje, bo sam uwielbia spółki do spółki.

Prawda bywa czasem nieludzka. A może zawsze?

  1. Trener reprezentacji Polski i były szkoleniowiec Ostrovii Marek Cieślak po niesmacznym meczu ze wspomnianym Lokomotivem został przebadany alkomatem. Było promilowo źle. Mamy rok 2015 i Ostrów Wlkp. Trochę historii, jest rok 1997 i mecz istotny dla układu tabeli pomiędzy miejscową Stalą a Włókniarzem Częstochowa, którego prowadzi Marek Cieślak. Włókniarze rok temu zdobyli mistrzostwo Polski a teraz grozi im spadek. Katastrofa; z nieba do piekła i tak się stało. Sędziuje znany, poznański arbiter Jerzy Kaczmarek, który nie bał się nigdy trudnych decyzji. W pewnym momencie trener czestochowian rzuca hasło, że sędzia jest niedysponowany. Jerzy Kaczmarek sam podejmuje decyzję o przebadanie siebie na tzw. „okoliczność“. Robi się w parkingu draka, reporterzy czatują na wynik, który pokazuje, że arbiter jest czysty jak łza. Do dziś Jerzy KACZMAREK pamięta rój reporterów i żądnych sensacji ludzi, kiedy wyszedł z parkingowego zakamarka. Sensacji nie było i napompowany balon pękł. Jeszcze tego samego dnia trener Włókniarza przeprosił zdeterminowanego sędziego. Takie było to „męskie“ granie. Męskie?

Czy prawda bywa nieludzka? O, tak!

  1. Cofam pamięć i znów jestem w Rzeszowie, do którego lubiałem przyjeżdżać. Unia Leszno „testuje“ miejscowych, którzy walczą o byt pierwszoligowy, leszczyniacy mają już tytuł mistrza Polski zapewniony. Obserwatorem z ramienia Giekażetu jest były zawodnik, trener i świetny działacz Zdzisław Jałowiecki. Pamiętam jego wzburzoną relację po tym ustawionym meczu. Kibice rzucali pieniądze na tor, padł remis 45: 45!!! Zawodnicy z Leszna hamowali przed metą, by przepuścić gospodarzy. Nie opisuję szczegółów ligowej łamigłowki, co by było, gdyby; Polonia Bydgoszcz się uratowała, Stal jeździła z Unią Tarnów w barażach i zachowała swoje. Rzeszowiacy mają wpisane chyba w historię baraże, bo w tym roku wygrali je z Ostrowem Wlkp. Skandal nad Wisłokiem odebrał Unii Leszno tytuł MP, zawieszono zawodników oraz działaczy.Wstyd nabrał wody, jak głęboki jest Bajkał.

Prawda jest nieludzka?

  1. Proszę, oto…niedawno rozdano trofea Ekstraligi PGE, którą wygrała Unia Leszno. Nie zdobyła ani jednego lauru, ale wrocławski team aż cztery. Ale przebitka! Hańba w świetle jupiterów, bo nikt nie zapanował nad rozsądkiem i sportową sprawiedliwością. Leszno zostało „ukarane“ za tytuł MP?! Tak się kroi, tak się bawi a w kuluarach aż huczy. I co z tego? „Posprzątane“, jak po hucbie warszawskiej GP. Cesarstwo żużlowe PL nie liczy się z nikim. Opinia publiczna została zlekceważona do dna. Okropna rzecz.

Słucham dla ukojenia Gregory Portera “Be Good“.

Prawda bywa czasem nieludzka. Niestety. Koniec.

Świat się zmienia i nie śmieje

Zrzut ekranu 2015-09-26 o 08.02.04

Imigracja ludności po Starym Kontynencie przywodzi na myśl historyczne wędrówki ludów, plemion. Migracje były zawsze i po okresach stablizacji lawina ludności przemieszczała się także za ocean. Nie tylko Polacy płynęli kiedyś do Ameryki, także Włosi i kiedy byłem w Nowym Yorku na Little Italy odżył w pamięci historyczny rys, skąd taka dzielnica na Manhattanie. W Europie, małym zakątku świata, wędrówki imigrantów z Afryki burzą mieszczańskie stereotypy i spokój sytych ludzi zatopionych w swoich ogrodach okolonych wysokimi płotami. Każdy płot jest do sforsowania, każdy mit do zburzenia. I Polska też zmieni zapewne swoją mentalność imigracyjną. Patrzę na zjawisko jako historyk z wykształcenia bez dystansu, szybko czas pokaże na co stać Europę. Sportowo? Panie i panowie piłkarskie kluby są od dawna w kolorze skóry zawodników biało – czarnymi. Nie można zamykać oczu na ekstremalne zjawiska społeczne, które pobudzają wyobraźnię. No właśnie…

Przed nami finisz o indywidualne mistrzostwo świata, turniej z końcem września w Sztokholmie, potem toruńska batalia i na zakończenie w połowie października wyprawa do Australii, do Melbourne. Te trzy turnieje mają już komfort stadionowy, obiekty wygodne dla widzów i startujących. Czy Tai Woffinden zdobędzie drugi/ 2013/ tytuł mistrza świata? Anglik prowadzi w serialu Grand Prix, za nim uparty na stare lata Amerykanin Greg Hancock i podobny mu w ambicjach, szalony Duńczyk Nicki Pedersen. I o ile można przewidywać, że podium w Melbourne tak się ukształtuje w obecności wspomnianej trójki, to walka o wepchnięcie do ósemki trwa. No, no… Tai też nie jest jeszcze tak do końca pewny swego. Ósmy jest Maciej Janowski, który gdyby nie zawalił 2 – 3 turniejów byłby blisko podium. Płaci frycowe? Coś w tym sensie.

Wracam jeszcze do wytatuowanego Woffindena, który jest sympatycznym facetem, rozmownym, zwykle z dobrym sprzętem. Co do tatuaży; w świecie sportu trwa moda na kolorowe fantazje na ciele i wystarczy zobaczyć co wyczyniają piłkarze ze ścisłej elity światowej. Słynny Leo Messi podobny jest do Tai‘a. Malowidła obejmują większość powierzchni ciał i niech tam, byle nosiciele dobrze grali. Woffinden jest przedstawicielem nowej generacji. We wrocławskim Betardzie pod okiem Piotra Barona, który jak mało kto potrafi skomentować wydarzenia na żużlu, Anglik znalazł przyjazny dom. Oczywiście rozważając szanse lidera GP nie można przewidzieć wszystkiego, jak na ekstremę w żużlu przystało. Stawiam na Tai‘a, który imponuje sportowym luzem, skuteczną postawą na torze i poza nim. Uśmiechnięty, co jest rzadkością w tym fachu. Myślę, że jeśli wywalczy kolejne mistrzostwo świata będzie jeszcze bardziej wartościowym człowiekiem. Nie ucieka Woffi od charytatywnych dokonań a jego twardy charakter dowodzi, że nie jest próżny i potrafi podzielić się tym, czego inni skąpią.

Za jego plecami czai się wspomniany weteran Greg Hancock, najstarszy z najstarszych. Imponuje, tyra, ucieka od kontuzji, jest na topie i też potrafi zdobyć się na szczery uśmiech. Gorzej z Nickim Pedersenem, który tylko wtedy tak robi, kiedy wygrywa. Kiedy mu nie idzie, wali gromami jak najgorsza burza.

Maciej Janowski ósmy na liście jeśli nie zawali końcowki, bo musi uciułać jeszcze konsekwentnie punkty, znów pojedzie w nowym sezonie w GP. Debiutant aczkolwiek dużo potrafi i myśli na torze, jest jednak niewiadomą. Jeśli zawiedzie, otworzy się szansa na dziką kartę dla leczącącego kontuzję Jarosława Hampela. Polska ma już dwóch przedstawicieli w GP/MŚ Bartosza Zmarzlika i Piotra Pawlickiego. Atakujemy zatem młodzieżą, o czym marzą inne federacje. Mieć takich orłów jest przyjemnością i nadzieją na medale. Hampel rehabilituje się i czeka na finał GP. No cóż, można dostać rozdarcia duszy w takiej sytuacji.

W tym sezonie pojechał do tyłu niestety srebrny medalista mistrzostw świata Krzysztof Kasprzak. Fatalnie, nie pamiętam takiej cofki w elicie, zarówno lokalnie, jak i światowo. Nagle stracił czym imponował; waleczność, ambicję, dobry sprzęt. Mentalnie źle wygląda ten problem, nie może odnaleźć się w rzeczywistości, zawodzi, daje tyły. Nie wiem, czy powrót do matecznika w Lesznie nie będzie lekiem ale także nie wiem czy matecznik przyjmie imigranta. Było medalowo, jest nerwowo i nie widać poprawy.

Czy serial GP w tym sezonie jest lepszy od poprzednich, czy wnosi coś nowego? Syndromem „nic nowego“ jest Anglik Chris Harris, który jak Wańka/Wstańka wjeżdża do elity i potem staje się kulą u nogi serialu. Kibice oczekują czegoś nowego, efektownego, takich Zmarzlików, Pawlickich, Janowskich i Woffindenów na szczycie. Towarzystwo chce igrzysk na poziomie, trudno jednak cokolwiek wymusić, fantazje bywają brutalnie korygowane. Sport rządzi się niespodziankami na plus i minus, i nie możemy zaplanować scenariuszy.

A zatem przed nami serial GP w Sztokholmie, Toruniu i dalekim Melbourne. A propos lotu do Australii, nie pierwszego na Antypody, bo Melbourne już miało kontakt z GP i zrezygnowało. Potem były próby w Nowej Zelandii i też zabrakło ciągłości. Mam watpliwości, czy takie lokacje są trafne, gdyż nie pobudzają na Antypodach popularności speedway’a. Talenty tam były, są i będą, one potem uczą się na europejskich, żużlowych uniwerstytetach. Rywalizują na Starym Kontynencie z powodzeniem. Speedway, który został przywieziony z Australii, kilkadziesiąt lat temu do Anglii jest nadal głównie europejskim sportem. Nie łudźmy się, powoli kostnieje, nie wjeżdża atrakcyjnie na nowe areny. Drepcze w miejscu i rutyna siwieje na oczach.

„Panta rei“, wszystko płynie mawiał grecki filozof. Nie wszystko. Płynie imigracja, co wcale nie jest śmieszne.