Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

SUKCESOR DOYLE

18976

Do czego zdolny jest kangur? Do skoków, ładne zwierzę, sympatyczne. W sylwetce, w zachowaniach gromadnych. Kangury przypisane są do Antypodów; w Australii można zobaczyć małe i duże, chowają te większe w swoich “kieszeniach” ciał małe. Oryginalnie. Antypody daleko od Europy, mentalność Aborygenów obca dla Polaków, choć nie brakuje ich na tym kontynencie. Byli, odkrywali regiony, budowali, projektowali, pracują nadal i cieszą się uznaniem. Speedway światowy ma korzenie właśnie tam a przetransportował go do Europy Anglik Johnnie Hoskins kilkadziesiąt lat temu. Konkretna data pierwszych zawodów na Wyspach Brytyjskich jest dyskusyjna, w każdym razie dirty track, jak po raz pierwszy nazwano, wzbudził zainteresowanie wyspiarzy i tak już poleciało, organizowano coraz więcej zawodów a kolebką mistrzostw świata zostało londyńskie Wembley, stadion kultowy, piłkarski, żużlowy tor o geometrii charakterystcznej, różnych łukach, pierwszym wirażu po starcie bardzo wąskim, więc kto pierwszy przejechał miał już ułatwione zadanie. Wembley huczało dopingiem kibiców jak potężna górska rzeka. Niezapomniane przeżycie. Z Antypodów do Europy przylatywali zawodnicy, zarabiali i utrwalali popularność sportu, który dziś już na tym kontynencie nie jest tak popularny. Wygasło zainteresowanie mierzone polską frekwencją.

Pierwszym mistrzem świata w 1936 roku na Wembley został Lionel Van Praag, trzeci był jego rodak Blue Wilkinson, szósty kolejny “Kangur” Dicky Case, ósmy Vic Huxley. Finał wygrał Praag bonusem, miał 12 pkt, drugi był z 13 pkt. Anglik Eric Langton. Wyspiarze stanowili większość uczestników turnieju, lecz czwarty był Amerykanin Cordy Milne, dziesiąty jego brat Jack Milne, 11. miejsce zajął Duńczyk Morian Hansen. Jack Milne zdobył złoto rok później, a w 1938 roku mistrzem świata został Australijczyk Wilkinson, J. Milne był drugi, trzeci jego rodak Wilbur Lamoreaux, za nim Praag. Finał w 1939 roku nie odbył się z powodu wybuchu II Wojny Światowej, do ostatecznego turnieju zakwalifikowało się wtedy m. inn. czterech Australijczyków: Praag, Vic Duggan, Ron Johnson, Aub Lawson. Po wojnie pierwszym mistrzem został w 1949 roku Anglik Tommy Price. Za rok Walijczyk Fred Williams, trzeci Australijczyk Graham Warren. W 1951 roku wygrał “Kangur” Jack Young, trzeci jego rodak Jack Biggs, Young powtórzył sukces w 1952 roku, dalej na Wembley, które było jedyną areną finałów indywidualnych MŚ do roku 1960.

Wspominam australijskich zawodników, którzy wspomagali aktywnie speedway na Starym Kontynencie, potem doszli inni mistrzowie z pobliskiej Nowej Zelandii; Ronnie Moore, Barry Briggs, człowiek, który ma duże zasługi dla speedway’a w Europie, nie bez późniejszego udziału sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera. Podkreślam też starty od początku żużla na świecie Amerykanów. Zastanawiający jest fakt, że finałowe turnieje organizowano tylko w Londynie. Wembley, dziś przebudowane, pozbawione żużla, tamtejsze pieściło fantastyczną atmosferą wszystkich sympatyków żużlowego ścigania. WEMBLEY było i pozostanie symbolem żużlowego chrztu w Europie i jego dorastania, zafascynowania nim przez Szwedów, którzy potem odejmowali organizację MŚ Anglikom. Trzeba podkreślić włączenie się bardzo udane polskiej federacji z turniejami finałowymi MŚ we Wrocławiu. Polacy zaakcentowali obecność zarówno wynikami medalowymi, jak i organizacyjnie uzyskali uznanie. Speedway nie był w Polsce kopciuszkiem ale miał ambicje mistrzowskie w skali światowej. I to się udało, indywidualnie, drużynowo, parami, choć pierwszy polski mistrz świata “narodził” się dopiero na Stadionie Śląskim w 1973 a autorem sensacji był Jerzy Szczakiel.

Zawodnicy z Antypodów wzmacniali skutecznie brytyjską ligę, Nowa Zelandia taka mała a taka silna była żużlowo. Australia mocna, Jason Crump, rudowłosy przebojowy zawodnik trzy razy zgarniał złote medale. Żużlowcy z Antypodów byli w gronie faworytów. Speedway błyszczał, był popularny, liga brytyjska atrakcyjna w formule i każda federacja chciała tam się uczyć na nietypowych torach. Test – mecze były w kalendarzu najlepszych teamów i Polacy tam jeździli, przegrywali, startowali w lidze, szlifując technikę. To były wspaniałe czasy!

Nic nie trwa jednak wiecznie. ŚWIATOWY SPEEDWAY jest obecnie w kryzysie. POLACY niosą dumnie kaganek tego sportu, podtrzymują tradycje i emocje, jednak świat stoi z boku i czerpie cynicznie korzyści bez wyobraźni co będzie dalej.

W polskiej lidze jeżdżą Australijczycy, nie wszyscy zaczynają naukę od EKSTRALIGI, więc to, co robiła kiedyś brytyjska liga, dokonuje nasza rzeczywistość. Mamy dobrą frekwencję, jeszcze są pieniądze by utrzymywać sport, który poza Polską robi się niszowy. DLACZEGO jest źle? Zostawiam wnioski na inny czas.

I akcentuję wyczyn w tym sezonie Australijczyka Jasona Doyle’a, który przed własną publicznością w ostatnim turnieju tegorocznego serialu GRAND PRIX na okazałym stadionie Etihad w Melbourne zdobył złoto w stylu mistrza o jakim można marzyć. Leczył cierpliwie kontuzję; rok temu przegrał mistrzostwo świata pechowo przez uraz, teraz konsekwentnie pilnował celu, dojechał do domu i wygrał jak chciał. ŚWIETNY mistrz na kryzysowe lata, budujący wizerunek charakteru sportowca, twardego, z ambicjami bez kalkulacji. Zaczynał w polskiej lidze w małym Rawiczu, hartował ciało i ducha. Kiedy jego rodak młodziutki Darcy WARD został okaleczny katastrofalnie przez los, wówczas DOYLE ścigał się na granicy ryzyka, jakby chciał pokazać, że jeździ na cześć kolegi. Brawurowo, jak DARCY, podobnie jak ongiś, obecnie także wyłączony z aktywnego życia, australijski dżentelmen torów LEIGH ADAMS. No i jak, Chris Holder, jednorazowy mistrz świata, który potrafi wygrywać, lecz sprawia wrażenie lekko wycofanego z ryzyka walki na torze.

JASON DOYLE/ ur. 1985/ pochodzący z australijskiego Newcastle, był w Melbourne gwiazdą, po raz pierwszy australijski reprezentant zdobył złoto na swojej ziemi; przyjemnie było patrzeć na jego efektowną jazdę, zwycięską, szczerą radość dzieloną z sympatyczną żoną Emily, z całą rodziną. Jego idolami są rodacy, były mistrz świata/ 3 razy/ Jason Crump, który wręczał złoty medal i błyskotliwy kierowca Formuły 1, Mark Webber. To sportowcy bez strachu w oczach, kochający ściganie sami i dla kibiców. Jason Doyle jest udanym sukcesorem pierwszego mistrza świata rodem z Australii Lionela Van Praaga, dynamicznym “Kangurem”, który pokazał, że można dzięki charaktorowi przeskoczyć nawet siebie!

Charakter deficytowym towarem

 

PamBennett-150221-RCJonesPhoto-0823

Miłość bywa ślepa, wytarte powiedzenie, choć prawdziwe, znajdujące potwierdzenia w życiu, od dawien dawna. Mamy żużlowe wakacje, ostatnie zapinanie guzików, zamków błyskawicznych, które czasem się zacinają. Jaka jest kondycja polskiego żużla na tle ogólnego kryzysu? Polska specjalność żużlowa karmi się nadal popularnością, przyciąga zawodników tam, gdzie musieli by uprawiać ten sport dla przyjemności za własne pieniądze, być amatorami, którzy dostarczają incydentalnie wrażeń. Kilkadziesiąt lat istnienia speedway’a w Europie, dokąd został przeniesiony z Australii do Anglii, na północ od Londynu, zrobiło karierę, która złote czasy niestety ma za sobą. Dziś podniecamy się polską przestrzenią żużlową, która przygarnia wszystkich, sportowych emerytów, uczniów; żywi, ubiera i szkoli do zdobywania medali. Przekonywanie kogoś, że speedway na świecie jest marionetką, mija się z celem. 57-letnia Amerykanka Pam Bennet, która ściga się na kalifornijskich torach z mężczyznami w różnym wieku a jej partner po pięćdziesiątce towarzyszy jej w hobby z powodzeniem amatorskiego wyczynu, jest dowodem na trwanie żużla na poziomie bajek nie z tej ziemi. A jednak! Uprawiający nadal żużel, z kalifornijskimi korzeniami, czterokrotny mistrz świata Greg Hancock ma 47 lat i pewnie dociągnie do Abrahama w ściganiu. Pani Bennett, matka 6 dzieci i 7 wnucząt jest ewenementem. W USA ani Szwecji, gdzie mieszka Hanocock nie wpadli na pomysł 500 plus. A jednak mają rodziny liczniejsze od polskich. Jak oni to robią? Zostawmy na boku dywagacje na temat kto, gdzie, kiedy, za ile.

SAMSUNG

Polską specjalnością jest m.in. SPEEDWAY. Na początku lat 90 – tych rozbudzone zostały imperialistyczne zapędy i płacono zawodnikom na oślep; za jazdy, za bycie żużlowcem. Zwariowane stawki za wstępne kontrakty, pamiętam nawet 2 tysiące niemieckich marek za punkt. Dziś ile? Standartowo 3 – 4 tysiące złotych a bywało, że gwiazdy kontraktują dwa razy więcej.Tak będzie dalej? Ile trzeba mieć budżetu na sezon by wytrzymać finansowe piekiełko? Prezesi dawali radę, nie pękali, zagranicznych asów nie skubano, gdyż byłby strajk, więc można odraczać płatności swoim. Powszechna praktyka. Cichosza. O podpisywaniu kontraktów mówiło się nie tylko szeptem, że… kasa leżała na stole i pod nim, a nawet w szufladzie. Dzwonię do jednego działacza, pytam jak to jest? Milczenie jest złotem, pieniądze nie lubią rozgłosu. W żużlu od początku jak wsiąknąłem w niego mówi się prosto w oczy tylko poza nimi. Najlepiej plotkuje za plecami. Taka oto moralność utarła się od kiedy WIELKI PIENIĄDZ zawirował tym światkiem, przyciągnął sponsorów nie tylko do paliw, nie tylko od gorącej kasy. Z jednej strony mamy popularność, komplety na trybunach, parcie na szkło a z drugiej finansowe pranie kolorów, bo białe już zostało wytarte. Mówiło się i dalej mówi, że to ekstremalny sport w którym można stracić życie, zostać kaleką do końca życie i trzeba mieć zabezpieczenie, toteż część zadbała, więc nieruchomości, interesy, firmy pracują na pokolenia. W żużlu jest sporo tragedii, proponuję aby centralnie i sprawiedliwie zainteresować się wszystkimi poszkodowanymi, bez tych lepszego i gorszego sortu, bo nieszczęście nie powinno być kategoryzowane. Każdy przypadek jest dramatem, smutnym fragmentem kariery. I jedni proszą o wsparcie na nowy wózek, drudzy zwątpili po dostaniu 1000 złotych rocznej zapomogi albo 2000 zł. A dla innych innych, to koszt na przycięcie trawnika w ogrodzie.

Każda prawda kole w oczy, lecz brakuje mi w tym męskim sporcie normalnych rozmów, bez ogródek, charakterów bez wazeliny, twardych ironmanów. Godności.

W ogólnym kryzysie żużla Polska zdobywa cenne medale, szkoli, finansuje i nadal hołduje wyświechtanym sloganom, że zamiast edukować swoich rodaków, przyjmuje emigrantów żużlowego rzemiosła. Polska młodzież powinna wjechać w układ, aby posadzić na ławie weteranów a nie każdy wybitny sportowiec zdaje egzamin jako szkoleniowiec. Mity schowajmy do szuflady. Medalista MŚ nie ma glejtu trenera*****.

Ostatnio w Polsce zawodnicy ekstraligowi zbuntowali się na nowe reguły gry, doszli jak było do przewidzenia do porozumienia, choć im grożono /podobnie anonsowali Szwedzi/, że liga może być zamknięta na rok. Dramatyczna wiadomość, nierealna, bo czy Polska w sportowym krajobrazie może być pozbawiona ligowych rozgrywek? Absolutnie. Już na pooczątku nowego roku tęsknota i nostalgia będzie budzić w nocy zagorzałych fanów ścigania się i liczenie dni do ligowego startu będzie miało tradycyjny rytuał. Przetargi pomiędzy żużlową centralą a zawodnikami dowodzą, że maszyneria się zaciera, bankomaty mają “przerwy techniczne”, nadal nie ma przejrzystości finansowej, reguł z wyobraźnią na przyszłość. Pożar został ugaszony i karawana jedzie dalej. Władza żużlowa PL nie jest transparentna, światowe zarządzanie kręci się wokół serialu Grand Prix bez koncepcji nowej wizji, akceptuje się urzędniczo powielany schemat. Pasuje taki plan gry funkcjonariuszom FIM i pozostałym klakierom a kibice oczekują czegoś nowego, zawodnicy także. Nic konkretnego nie płynie z obrad międzynarodowego towarzystwa, które bez udziału Polski na arenie sportowej i organizacyjnej byłoby zdartym winylem. Jako ratujący prestiż nie narzucamy polskich innowacji, brakuje koncepcji. Marazm. Polska jest potentatem na ściernisku Europy ale też kolosem na glinianych nogach. Extraliga to elita oraz ledwie zipiący “pacjenci” pierwszej i drugiej ligi. Borykają się z kolosalnymi kłopotami finansowymi i cudem utrzymują speedway w regionach. Szkoda klubów z bogatymi tradycjami, szukający wsparcia jak żebracy. Świetny bramkarz reprezentacji Polski Artur Boruc żegnał się niedawno z barwną karierą w Meczu z Urugwajem na Narodowym. On potrafi mówić prawdziwie, szczerze; w karierze jak film tracił, zyskiwał, stawał się człowiekiem charyzmatycznym w tym, co robił. Nietuzinkowy w swoim realiźmie ocen sytuacji, nie był dwulicowy na boisku i poza nim.

Soccer - UEFA Champions League - Play Offs - Second Leg - Arsenal v Celtic - Emirates Stadium

Charakterny bramkarz dobrego myślenia. Każdy sport potrzebuje takich osobowości, które dostarczają wrażeń, wzruszeń, emocjonalnych doznań bez fałszu.

 

Żarty jeśli były, to się skończyły

Znalezione obrazy dla zapytania greg hancock home usa

Jason Doyle marzy o tytule mistrza świata, który stracił w ubiegłym roku bardzo pechowo. Finał serialu Grand Prix w rodzinnej Australii w Etihad Stadium, gdzie komfort jest mocno odczuwalny, przyniósł niespodziewany laur/ ach ten los/ Amerykaninowi Gregowi Hancockowi. Po raz czwarty, teraz Jankes jest kontuzjowany, Jason poobijany, lecz rozważnie mierzy w złoto, które wyleciało mu na finiszu z podium, jak ptak z gniazda. Nie odpuści, chce, marzy i będzie robił wszystko by wysłuchać rodzimego hymnu wśród bliskich. Sport jest brutalny w sprawiedliwości, błąka się jego złośliwa maniera robienia na przekór. Taka jego istota; jedni uuwielbiają, drudzy złorzeczą. Doyle prowadzi w klasyfikacji generalnej GP i minimalnie prowadzi a depczą mu po piętach Patryk Dudek, debiutant w tym cyrku i doświadczony Maciej Janowski, który niestety jeździ chimerycznie i przy swoich umiejętnościach nie powinien tak czasem nisko upadać.

23 września mamy kolejny turniej tym razem pod dachem w stolicy Szwecji w Friends Arena. I rok temu wygrał tam Doyle a potem pogruchotał się na dobre. Na tym torze krótkim, jak koszulka dziecka w 2014 zwyciężył Jarosław Hampel, nieobliczalny zawodnik, który już dawno powinien mieć na sumieniu złoto/ ma inne kolory medali/ solowego mistrza świata. Trzeci był wtedy Krzysztof Kasprzak, który jest rzadkim przypadkiem, po zdobyciu tytułu wicemistrza świata, mało pochlebnego zaparcia formy. A na to nie ma żadnej tabletki.

Zanim uczestnicy GP’17 wyjadą na tor w Sztokholmie mieliśmy najnudniejszy spektakl z serii GP w niemieckim Teterow. Nie rozumiem filozofii organizatorów mistrzostw świata żeby w takim miejscu organizować GP, już lepiej byłoby np. w Rawiczu czy Krośnie. Każdy polski stadion byłby lepszy od prowincjonalnego Teterowa. W zawodach zadebiutował ukraiński sędzia Stanisław Latosiński, z rodziny żużlowych fanatyków. Nie miał niestety dobrego dnia na debiut w trudnych warunkach torowych i w takim towarzystwie. Było ciężko; wyjazdy zawodników z parkingu były sygnowane sygnałem STOP. Powtórki mogą “śnić się” na jawie długo. Debiut ukraiński spalony. Nie było innej okazji by sprawdzić bystrość arbitra? “Lotniskowy tor” preferował starty a jazdy miały spore różnice dystansu. NUDA. Kto w TV po raz pierwszy został namówiony do obejrzenia transmisji, nie da się prędko namówić znów na speedway. Brak mijanek, emocji zero a postawa czterech polskich żużlowców najgorsza jaką pamiętam w GP. Teterow jest więc synonimem klęski w turnieju beznamiętnym od początku do końca. W tej sytuacji przypominam słowa Pier Paolo Pasoliniego “futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów”. Można dyskutować, spierać się, na speedway przychodzi się po dreszcz wrażeń mijanek, zapomnijmy więc o Teterowie, jak o Waterloo.

Teraz pora na rehabilitację w stolicy Szwecji, na technicznym torze, sztucznej nawierzchni, która zawsze nosi zarodki niespodzianki jazd. Friends Arena powinna przynieść lepsze polskie wyczyny, no bo kiedy? Potem jeszcze GP w Toruniu i następnie skok do Melbourne. Daleko ale atrakcyjnie, bez większego entuzjazmu europejskich kibiców. Wprawdzie w dobie dzisiejszej komunikacji: tak daleko i tak blisko, jednak idiotycznna jest ta wyprawa na koniec sezonu/ !/ na Antypody, gdyż rozumiem początek cyklu. Można tam ścigać się, gdy w Europie zazwyczaj panuje pogodowy, kapryśny przednówek, ale po kilkunastu turniejach, wyczerpaniu ściganiem, lecieć na koniec świata na jeden turniej? Głowy od parady GP zatracają racjonalny układ. Dziwię się, że federacje klepią takie głupoty i zgadzają się na taki kalendarz. I znów przypomniał mi się beznadziejnie nudny Teterow, który był antypropagandą speedway’a. Żałosny zakalec na maksa! Niech organizatorzy GP nie obniżają prestiżu indywidualnych mistrzostw świata przez organizację turniejów na wsiach. Nie ilość a jakość panie i panowie.

Występ w Sztokholmie ustawi pozycje wyjściowe na toruńską bitwę w atmosferze polskiego kotła fanów. Dwa ostatnie turnieje rok temu bez kontuzjowanego Doyle’a a Hancock miał wróbla w garści i świętował, i zapomniał o fair play/ puścił w wyścigu Australijczyka Chrisa Holdera/. W finale finałów Bartosz Zmarzlik zdobył wówczas brązowy medal, odniósł kapitalny życiowy sukces a jak jeździ w tym sezonie widać w tabeli generalki. Miotanie się i arytmia walki.

A zatem skok za Bałtyk i nadzieje; nie spodziewam się cudów, oczekuję twardej walki, dość mam huśtawki i liczę na podium z polskim akcentem.

Po tym wydarzeniu mamy w Polsce finał Ekstraligi, która w końcowych akordach podnieca mocą adrenaliny. Nad tym “urwiskiem” jest zawieszenie/ 2 lata / Rosjanina Griszy Łaguty a jego casus ostrzeżeniem, że szczegóły składają się na karierę a diabeł grasuje i konsekwencje przykre, osobiste i zespołowe bywają bolesne.

Mecze półfinałowe Ekstraligi wydobyły z siebie szaleńcze nerwy, jedni zawodzili, drudzy nadrabiali, w sumie było ekscytująco barwnie i cholernie dramatycznie. Jeszcze Wysokie Progi Ekstraligi muszą wydać werdykt, co jest clou sezonu; zrobiło się terminowo za późno. Jakby nie było finał ligowego sezonu anno 2017 na polskim gruncie przejdzie do historii i rozpamiętywania gorącego na chłodne, jesienne wieczory. Spekulacje najlepiej wycinać bezceremonialnie i sprawiedliwie, i nie tak, jak pewien minister harata świerki w puszczy.

Żarty, jeśli były, to się skończyły, zarówno na placu serialu Grand Prix, jak i na ligowym froncie: w górze, na dole. Nie dajmy się zwariować w amoku, rozsądek musi panować nad rozpalonymi głowami, każdy sport nie cierpi, nie toleruje wypaczonych zielonych stolików. Błędy powinny być rozliczane bez vatu nienawiści i szybko zresetowane w imię olimpijskich idei.

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

Praskie pranie

87733658

Żeby pojechać do Pragi trzeba mieć dobre buty, bo miasto nie daje ulicznego odpoczynku, uroda miejsc wymusza chodzenie tam i z powrotami. I ten jeden turniej Grand Prix Czech na żużlu w tej stolicy, starzejącej się coraz piękniej ma jakiś magiczny smak. Kameralność stadionu Marketa, gdzie kibice mieszają się z uczestnikami, jak w tyglu zacieśnia kontakty, ubarwia zawody, potęguje napięcie. Tu spotykają się ludzie żużla, bo do Pragi z wielu miejsc w Europie jest dobrze dojechać, spotkać się i pogadać nie zerkając na zegarek. Mało tak charyzmatycznych miejsc na żużlowej mapie świata. Tym razem było podobnie. Pogoda nie straszyła, oczekiwania polskich kibiców były duże, wszak startuje w serialu czterech “aktorów”, którzy nie są banalni w jazdach, choć nierówni i nieobliczalni zarazem. Patryk Dudek, Piotr Pawlicki, Bartosz Zmarzlik i Maciej Janowski, ekipa o której każda federacja marzy, aby mieć na drużynowy turniej. Mamy kłopoty bogactwa, choć nie zawsze ten walor winduje na szczyt.

16 zawodników, w tym czterech polskich. Można mieć duże oczekiwania? Tak.

Zlata Praha. Pogoda słońcem wypala zieleń, prognoza przyjazna, jest upalnie. Rok temu grad postraszył przed zawodami ale stopił się momentalnie. Teraz w przedzień deszcz skropił dyskretnie w nocy miasto. Za mało. Ale jest dobrze. Organiatorzy dostawili trybunę od strony parkingu, polscy kibice zawsze tu dominowali i tak już chyba będzie zawsze, dopóki miasto nie odklei się od serialu. Kibice, turyści zwykle przyjeżdżają na jeden dzień, nazajutrz po GP Czech wzywa ich polska liga, na szczęście stamtąd blisko. Czterokrotny mistrz świata Amerykanin Greg Hancock oblegany przez kibiców, podpisuje autografy na czym się da, tradycyjnie z uśmiechem optymistycznym, można dojść do przekonania, że jednak mimo 47 lat nie spieszy się na sportową emeryturę, jego szybkie uciekanie ze startów oddala niebezpieczeństwa, jakie niesie z sobą speedway w jeździe nadto kontaktowej. Jego szczęście rodzinne jakby dodawało pozytywnej energii, uzupełniało jego psyche, co widać gołym okiem, Herbi wydaje się spełnionym człowiekiem jako sportowiec, który nie wjechał od razu w ten sport jako Wielka Niespodzianka. Wyjeździł sukcesy solidnością, logiką Kalifornijczyka, który wie, żeby coś mieć, warto inwestować. Kariera w biznesie nie może zaczynać się od złotych klamek Mercedesa. A poza tym szczęście, to nie mieć pecha, jak powiedział mi kiedyś jeden ze spotkanych ludzi, doświadczonych wojennymi przeżyciami. I tak to chyba jest.

Greg a obok ten, który na rzecz Hancocka stracił rok temu prawie pewny złoty medal MŚ, Australijczyk Jason Doyle, zawodnik, który w tym sezonie chce zdobyć tytuł mistrza świata i jest faworytem bez dwóch zdań. Doyle wygląda na wyluzowanego, potrafi pojechać ostro jak niezapomniany jego rodak Darcy Ward; tu i tam, przedtem i teraz. Jason wygrał zasłużenie GP Czech, zaczyna przyzwyczajać, że jest ”Kangurem”, który w każdej chwili może wskoczyć po szampana na podium i odebrać najlepszy puchar. Tak zrobił w Pradze; zaczął od zerwania taśmy a zagrano mu australijski hymn. Drugi był Hancock, trzeci… no właśnie. Pytam tuż przed zawodami znanego czeskiego działacza o międzynarodowej renomie Petra Moravca, kto wygra. “ Ja to myslim, że nasz Milik”. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, bo nie wyobrażałem sobie, żeby któryś z Polaków nie wjechał na podium. Na fachowe dyskusje z Moravcem nie było czasu. Kierownik zawodów Pavel Ondrasik spokojnie panował nad sytuacją, nauczył się sporo od ojca Petra, obaj stanowią tandem, który łączy doświadczenie i ambicje. Wspomagają ich praskie, miejskie władze, federacja motorowa, ludzie, którzy w tym sporcie widzą sens utrzymywania tradycji na Marketa.

I oto przebojowy Vaclav Milik, który doskonali swoje rzemiosło w polskiej, jest trzeci/!/ nawiązuje do Antonina Kaspra z roku 1997, kiedy stanął na podium. Ogromny sukces i radość miejscowych kibiców, satysfakcja i promocja “plochej drahy” nie tylko dla organizatorów, którzy za wszelką cenę utrzymują speedway na Marketa. Były szef światowego żużla, sympatyczny Renzo Giannini z włoskiego Lonigo, fan m. inn. Zbigniewa Bońka, chwalił ten turniej, który nie przyniósł co prawda mijanek zapierających dech w piersiach, gdyż decydował głównie start, ale wszystko poszło sprawnie.

A Polacy? Bez podium a poprzednie GP Łotwy wygrał żywiołowy Piotr Pawlicki, tym razem po drugim ostrzeżeniu wola walki była silniejsza od mocy spokoju. Stracił niepotrzebnie punkty. Zrobił swoje doświadczony Maciej Janowski; jeszcze szuka, jeszcze błądzi ale mam nadzieję znajdzie swoje miejsce, kiedy moc silników uzupełni jego umiejętności. No i Bartosz Zmarzlik, ubiegłoroczny, przebojowy brązowy medalista MŚ. Ten medal jakby ciążył gorzowianowi, miota się, chce na siłę i popełnia błędy, raz pokazał szarżę bodaj najlepszą w całym turnieju ale to za mało. Drugi ofesnsywny młodzieniec, debiutant Patryk Dudek minimalny lider GP, ale jest, utrzymuje równowagę, ale już rywale gniotą jego plecy. Ciekawe jak będzie dalej /kolejny turniej GP w duńskim Horsens, potem walijskie Cardiff/, w każdym razie musi jeszcze bardziej zapanować po wygranych startach. Polacy są w przewadze i kibice słusznie oczekują efektów. Były międzynarodowy czeski działacz Milan Verner, który skończył 79 lat, powiedział mi, że bez polskiego żużla byłoby ciężko w tej chwili, więc dodałem, że zawsze ktoś musi kogoś podnosić z kolan. Zawiódł mnie Szwed Fredrik Lindgren, pasywny był Anglik Tai Woffinden, obaj dynamicznie potrafią przecież ożywiać ściganie, tym razem jakby nie mieli ochoty. Zabrakło determinacji.

Obecnie panujący szef światowego żużla Armando Castagna z Włoch, przyleciał oczywiście na Marketa i nie krył zadowolenia z zawodów, które są już historią. W Pradze wcześniej czy później wszystko staje się historią do wspominania.

No to już koniec ze stolicy Czech; znów obleciałem ulubione kąty, przedzierałem się Mostem Karola, wąskimi uliczkami jak ścieżki przez tłum turystów, wśród których Japończycy byli nadto widoczni. Świat kocha Pragę o każdej porze roku, ona faluje urodą i przyciąga, tyle, że zawsze trzeba mieć dobre buty, żeby poznawać jej tajemnice. Miałem takie tym razem, i nie tylko ja, bo nie byłem sam.

”Żyjesz tylko raz ale jeśli wszystko zrobisz jak trzeba, raz wystarczy”

maxresdefault

Zmiany pokoleniowe wliczone są w kariery starych i młodych. Kiedy junior wjeżdża w obszary, gdzie dominują starsi, wpierw ma respekt, głosi, że idolem jest X albo Y. Kłania się w pas, podpatruje, poza stadionem kalkuluje jak ograć mistrza, którego uwielbia. Wszystko zależy od talentu, kiedy go wystarcza droga jest prosta, choć nie zawsze, gdyż rutyna ma przewagę nad debiutami. Dawno temu polska młodzież nie miała takiej szansy ocierania się od plecy mistrzów, liga była wypełniona rodzimymi składami, tylko awans w mistrzostwach świata, pojedynkach zagranicznych juniorów były okazjami do kontaktów, zarówno mechaników, adeptów i oczywiście przyszłych bohaterów. Znam leciwego dziś psychologa, który przed laty lansował tezę, że nie można wystawiać utalentowanych juniorów do składów seniorów. Nie zgadzałem się z taką opinią, choć nie jestem psychologiem. Działacz spod Leszna upierał się jednak i oświadczał, że młodzież powinna mieć radość z wygrywania wśród rówieśników. Sprzeczałem się i nie zgadzam się z takimi tezami, bo Edward Jancarz miał szansę dojechać do podium MŚ w Goeteborgu i pokazać, że nie straszni mu starsi, podobnie przecież młodzi Antoni Woryna czy Zenon Plech.

Popatrzmy na sport na luzie, bez obciążeń psychologicznych, spontaniczność jest w dużej cenie i bardzo waloryzowana przez kibiców. Młodzież ścigała się ongiś w mistrzostwach Europy, potem podniesiono te rozgrywki o stopień wyżej. Długo czekaliśmy na polskich zwycięzców, aż zdominowali rozgrywki indywidualne i drużynowe. Felietonowe teksty nie lubią statystyk, one są w archiwach, internet wzbogaca wiedzę łatwo i przyjemnie.

Kiedy polska liga otworzyła się na zagranicznych zawodników w latach 80 – tych, a słynny Duńczyk Hans Nielsen poderwał publiczność, oczarował prezesów, którzy otworzyli rachunki bankowe dla niego i świat przybliżył się do Polski. Kibice już nie czekali na wielkie imprezy, kosztowne i dalekie eskapady na prestiżowe turnieje. Gwiazdy spadły na klubowe konta i można było dotknąć kevlara ulubieńca. Początki były fantastycznie dziewicze, z czasem jednak spowszedniały okazje zbliżeń do mistrzów, legend, które niegdyś były tylko marzeniami. A polska młodzież, wiedziona animuszem Tomasza Golloba, jak historyczna husaria, wyruszyła na podboje. Nie rozwijamy mitów o wielkości żużla na mapie świata. Zeznaję, że kiedy po raz pierwszy poleciałem do Londynu, a było to w 1975 roku na Wembley, angielska prasa tylko w krótkich informacjach zapowiadała wydarzenie na słynnym stadionie, zaś kilkanaście kolumn gazet poświęconych było futbolowi, golfowi, krykietowi, lekkiej atletyce, kolarstwu. Speedway informacyjnie był na angielskim rynku mniej więcej na poziomie hokeja na trawie w mojej macierzystej redakcji katowickiego “Sportu”. Odkręcam pewne konfabulacje, że “prasa angielska rozpisuje się przed finałem IMŚ na Wembley”. Czekam na rozgrzeszenie. Ciut więcej było po finale, nawet zdjęcie, bez kompletu startujących. Owszem, żużel był od A do Z w branżowym tygodniku “SPEEDWAY STAR”. I dodam, że angielska TV nie opuszczała żużlowego Wembley razem z londyńskim radio. A stadion, legendarny, ikona sportowych wydarzeń był miejscem głównie futbolu i… wyścigów psów. Lecę znad Tamizy nad Wisłę.

Kiedyś zazdrościliśmy skandynawskim małolatom, były czwórmecze z udziałem Polaków, pożyteczne testy. W historii sportu mamy tłuste i chude lata. Liga angielska, którą uważam za matkę żużla, nadal uczy, lecz zmarniała w finansach i zamiast uniwersytetu, pozostaje gimnazjum z preferencajmi jazd przy krawężniku i na torach geometrycznie trudnych. I w unikalnej atmosferze; warto pojechać i zobaczyć zupełnie inny cyrk. Szwedzi i Duńczycy mają tradycje i raz po raz rodzi się talent, podobnie w dalekiej Australii / świeży mistrz świata juniorów Max Fricke/. Jak dobrze, że na Antypodach mamy erupcję konkurencji dla europejskiego żużla i “kangury” via liga angielska trafiają także do polskich klubów.

Polskie talenty nie rodzą sie na kamieniu i nie in vitro. Popatrzmy na elitarny serial Grand Prix, na MŚ juniorów. Widać gołym okiem, że era weteranów naturalnie zjeżdża z torów. Oni dali z siebie wszystko/ Nicki Pedersen, Greg Hancock/ i pokazali, że warto ich naśladować. Australijski wyż, zarazem i pech oraz polski, silny wiatr są prognozą pogody długoterminowo dobrej. Światowy speedway stracił nagle Darcy Warda/ 22 lata/ “kangura” o efektownej agresji na torze, niestety także poza nim. Wypadek okaleczył go boleśnie na całe życie. Ale przebudza się Chris Holder, a Jason Doyle/31 lat/ płynął po torze jak motorówką u wybrzeży Antypodów. Niestety pierwszy jego wyścig w GP w Toruniu zakończył się koszmarnym upadkiem i ciężką kontuzją. Jasona w dramatycznej sytuacji prześcignął w klasyfikacji GP ułożony Hancock i sport okazał się okrutnym katem; wynagrodził Grega za …całokształt osiągnięć. A polska husaria/ niektórzy mówią spółdzielnia/, jeśli skoryguje błędy stworzy klimat desantu na podium. Bartosz Zmarzlik jest diabelnie fruwającym kolibrem. Widzi na torze niemal wszystko, to młody chłopak, który szybko uczy się i pokonuje błyskotliwie mentorów. Każdy jego start funduje niesamowite emocje, bo gorzowski młodzieniec jest odporny na presję. Obok niego w sztabie GP uczy się pilnie Piotr Pawlicki jr. i nadrabia zaległości. W tym wieku nie można gardzić korepetycjami. Chłopcy marzą o medalach, o ściganiu kompletnym, sławie, ustabilizowanej popularności. Wypłaty zawierają wiele zer, często jednak deprawujących młodych.

I tak oto mamy perspektywę żużlowych przygód z udziałem głodnej sukcesów młodzieży/ Krystian Pieszczek nowy wicemistrz świata juniorów/ i nie tak łatwo odchodzących na emeryturę weteranów/ HANCOCK/ grand “wojenek”, którzy zawsze będą przykładami jak zwyciężać od Australii po Europę. 22 października finał Grand Prix roku 2016 w Melbourne, gdzie zostaną podzielone trofea. Sprawiedliwie?

Ktoś powiedział filozoficznie: ”Żyjesz tylko raz ale jeśli wszystko zrobisz jak trzeba, raz wystarczy”.

Prowincja kocha wielki świat

 

teterow3

Codzienne zmęczenie problemami tego świata kieruje nas w stronę innych spraw. Polityka jest brudna jak ścierka po mięsiącu. Przekazy medialne atakują dramatami i strachem jakie będzie jutro. Z jednej strony globalne ocieplenie, z drugiej imigranci, narkotyki na szlakach z Ameryki Płd., terroryzm, który wybucha tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jak uciec od tłoku informacji złych, gnębiących? Rodzą się zatem pytania jak ułożyć sobie życie od Tokio do Paryża. Globalna populacja jest mozaiką zachowań, które umykają spod kontroli. Czy jest aż tak źle? Może nie, życie biegnie, odpędzamy zło, lgniemy do lepszego. Inaczej żyje się w wielkich aglomeracjach, inaczej na tzw. prowincji. Nie każdy jednak może żyć w atmosferze sielankowej włoskiej Toskanii, gdzie przyroda łagodzi obyczaje, skłania do refleksji nad światem i organiczna praca doskonali przyrodę. Każdy z nas ma ochotę raz po raz uciec ze zgiełku, ze skrzyżowania ulic wielkich miast w rejony, gdzie inaczej smakuje szklaneczka wina.

 

Kolejny turniej GRAND PRIX, już dwusetny/ od 1995 roku, premiery GP we Wrocławiu/ odbył się w Niemczech w małej miejscowości TETEROW, na terenach dawnej NRD. Blisko do portowego Rostocka, nie jest też daleko z polskich, żużlowo – dajnych terenów, np. z Gorzowa oraz Danii. Teterow, może inaczej/ z języka połabskiego/ Ciecierow, wywodzi się od bardzo zdobnego ptaka cietrzewa, nie mylić z głuszcem. Proszę mi wybaczyć felietonowe pobocza. Wybaczone? Dzięki.

Otóż w tym Teterowie kochają speedway. Stadion na górce, w lesie, może pomieścić kilka tysięcy fanów a miejscowość liczy niespełna 10 tysięcy mieszkańców. Taka polska, piłkarska Nieciecza. W sporcie występują hobbystyczne anomalie, które fenomenalnie tłumaczą zainteresowania kibiców na granicy obłędu. Z tamtych terenów pochodził nieżyjący dziś Guenter Sorber, który kiedyś jako żużlowiec uciekł spod czapki Ericha Honeckera do ówczesnego RFN, czyli tych lepszych Niemiec. Guenter mówił mi kiedyś, podczas pobytu w roli międzynarodowego prominenta na turnieju w Rybniku, że jego brat służył w Wehrmachcie na terenach Śląska. Rozmowa była niemal konfidencjonalna ale przyjąłem jako normalnie towarzyską człowieka, który zrzuca z siebie jakieś odium. Nieważne. Było, minęło. Guenter Sorber przewodził światowemu żużlowi. 200 turniej GP wygrał szybki jak australijski kangur Jason Doyle, zbliżając się do lidera serialu Amerykanina Grega Hancocka. 5 punktów przewagi ma Jankes a następny turniej w Sztokholmie i walka o tron królewski rozpala emocje. Poobijany Anglik Tai Woffinden stracił w Teterow, zyskał natomiast Bartosz Zmarzlik, który był drugi. Jest w ogólnej punktacji jako beniaminek w takim towarzystwie czwarty. Greg ma 109 pkt a Bartosz 88. Przy okazji poprawia się jego angielszczyzna. Brawo, ucz się roztropnie dalej chłopcze, bo talent /do żużla/ masz wielki. Maciej Janowski znów zaliczył tyły, jest na liście szósty, za nim o punkt Piotr Pawlicki, który nie załapał się do finału. Zmarzlik i Pawlicki w elicie pokazują, że nie mają respektu przed nikim, w przyszłym sezonie jak utrzymają status członków GP, dojedzie jeszcze następny młody, gniewny Patryk Dudek. Niezła koalicja PL. Zawody na 314 metrowym torze, które sędziował Szwed Krister Gardell toczyły się z zaciętymi mijankami, czerwoną nawierzchnię przygotowano na pełny gaz. Tak to panowie trzeba urządzać, bo dość mamy nudnych turniejów.

Zawody GP na terenie Niemiec mają tradycję, także wcześniej finały światowe, gdzie lokowano przeważnie w Bawarii. Niemcy kochają samochody i motocykle, wyścigi, na długim torze, lodzie i tradycyjne klasyczne gonitwy. Mieli kiedyś świetnych mechaników no i charyzmatycznego zawodnika, który wywindował na szczyty niemiecki speedway EGONA MUELLERA. Show potrafił robić od początku do końca, Egon śpiewał w dyskotekach a dziewczyny za nim szalały.W 1983 roku w niemieckim Norden został mistrzem świata. Sport chłonny jest na zawodników, którzy fascynują kibiców swoim zachowaniem na torze i poza, wynikami w skali światowej, takie postacie są magnetyczne, fantastycznie ściągają ludzi na stadiony. Niemcy mają piękne tradycje w wyścigach na długich torach. Byli mistrzami świata, choćby Egon, czy Karl Maier, Klaus Lausch, Alois Wiesboeck, Georg Hack, Gerd Riss. Bawarski mechanik Otto Lantenhammer rasował silniki po mistrzowsku. Czy można liczyć na prolongatę turniejów GP na terenie Niemiec? Wszystko zależy od funduszów; kiedyś zrezygnował urokliwy Abensberg /stamtąd pochodził dawny mistrz mistrz Josef Hofmeister/ małe miasteczko w Bawarii a finał jednodniowy IMŚ odbył się nawet na monachijskim stadionie olimpijskim, w Pocking. Tradycje stadionów w bajecznym Landshut czy Kempten, Olching przeszły do historii. Geografia żużlowych turniejów skurczyła się, bo drenaż organizatorów serialu był ogromny a wszystko zależy od negocjacji i uczciwej gry rynkowej, bez wydzierania sobie zawodów za wszelką cenę a takie były praktyki polskich działaczy. A każdy pieniądz funta wart.

Przykład Teterowa i udanego sportowo mityngu w małej miejscowości pokazuje, że można urządzić show, bez szpanu, na ludowo. Startujący z dziką kartą Niemiec Martin Smoliński wygrał ostatni wyścig, awansował do półfinału i sprawił sobie oraz kibicom wielką satysfakcję. Niektórzy fans swawolili nawet na … torze/sic!/.

TETEROW za nami… Wcale mnie nie rajcuje lot cyrku GP do Australii na koniec sezonu. Sedno tych rozgrywek tkwi w Europie i jak pokazuje historia najlepiej przygotować zawody, gdzie tego chcą kibice i panuje luźna atmosfera radosnego festynu. Teterow mimo mankamentów organizacyjnych jest na pewno ucieczką od wielkomiejskiego zgiełku i jest lokalizacją, gdzie może czasami latają bajeczne cietrzewie. Ha, ha, ha… Auf Wiedersehen.