Dżen dybry

boniek

Jechałem autem i słuchałem rozmowy Andrzeja Janisza z radiowej “Jedynki” z nowym prezesem PZPN. Zbigniew Boniek poruszył kilka istotnych spraw, jedna utkwiła mi w głowie na dłużej. Dotyczy również żużla. O tym jednak potem.

Pamiętam, kiedy Norweg z polskim paszportem Rune Holta wygrał w Bydgoszczy pierwszy swój finał IMP i został mistrzem Polski. Wyraziłem wtedy w felietonie opinię, że wolałbym, gdyby jednak mistrzem mojego kraju został ktoś inny. Oczywiście doceniam wielkie ambicje i umiejętności Rune, ale… Po prostu jestem zazdrosny o polskie zwycięstwa i chciałbym aby rdzenni moi rodacy kolekcjonowali najważniejsze tytuły. Czy jestem Europejczykiem? Takim się czuję, choć mój patriotyzm być może ma znamiona skrajności. Wybaczcie. Po powrocie do Częstochowy Holta został uhonorowany przez macierzysty wówczas klub, dostał owacje publiczności, w pełni zasłużone hołdy, a mnie ktoś przy okazji pouczył, że nie potrafię cieszyć się z takich sukcesów, obniżam ich rangę i w ogóle piszę głupoty. Zacietrzewienie działaczy bywa czasem bardziej chore niż kibiców, którzy w przekroju historii mają trzeźwiejsze opinie.

Z ĺwalczakiemĺ do upadłego Holtą, który nauczył się żużla w Polsce bywało potem różnie, bo on na przekór rywalom, moim rodakom dawał łupnia i potrafił wygrywać jak chciał. Waleczne serce Vikinga nabrało również słowiańskości, bo długie przebywanie w naszym kraju dało znać o sobie. A więc “Rysiek” prawie nasz.

Rune Holta to osobny, reprezentacyjny rozdział, zdobywał punkty dla Polski w drużynie, w serialu Grand Prix zaznaczył swoją obecnosć wygranymi i Mazurkami Dąbrowskiego, którego to hymnu niestety nie umiał ani nie rozumiał, bo nikt mu chyba nie wytłumaczył sensu.

Roman Poważnyj mówi po polsku, żonę ma Polkę, więc nie wyobrażam sobie żeby nie była wdzięczną nauczycielką w każdej sytuacji. Polskie obywatelstwo otrzymał podczas rybnickiej, klubowej przynależności.

Pierwszy, który otworzył kaskadę transferową do polskich klubów Duńczyk Hans Nielsen, znakomity zawodnik, wielokrotny mistrz świata pożegnał się z Polską po obfitych latach startów w Pile. Otrzymał Krzyż Kawalerski i to mnie zabolało, bo inni może więcej z moich rodakow zrobili a nie otrzymali, takich wysokich odznaczeń. Pożegnalne dary w stylu bizantyjskim chyba go zażenowały, bo moi rodacy lubią przedobrzyć i nie znają umiaru. W każdym razie góra prezentów spadła na skromnego w gruncie arcymistrza żużlowych torów od Brovst po Lublin, od Oxfordu po Piłę. Hans po polsku się nie nauczył, choć to był jego najlepszy okres w karierze pod każdym względem.

Rechoczemy kiedy zagraniczny gość mówi do nas “dżenkuję”, przyjechał na chwilę do Polski i zwrotów grzecznościowych nauczył się w trzy migi.

Spotykam Grega Hancocka amerykańskiego mistrza i ten mówi dzień dobry, spotykam innych i nie potrafią.W klubach kiedy lawina zagranicznych zawodników spadła na nasze utrzymanie zatrudniano tłumaczy. Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby ich “zmuszać” do nauki polskiego. Pracujesz w Polsce, ucz się języka, niektórzy zawodnicy przebywają u nas już długo i nikt ich nie zmusza, nie ma takich opcji. Czy Robert Lewandowski mówi w Borussi Dortmund po polsku do swojego trenera? Wszyscy uczą się języków i Zbigniew Boniek również nuczył się prędko włoskiego, kiedy wylądował w Juventusie Turyn. Nie było innnej możliwości. Zibi Europejczyk.

W tej konfiguracji pomijam polskich działaczy, którzy bez znajomości języka obcego dostawali się do władz międzynardowych i były śmieszności. Czy się poprawiło? Byłem kiedyś świadkiem, kiedy prominent pomylił w menu po angielsku indyka z… tureckim. To “tarki” i to “tarki”… Działacze, sędziowie, już z tymi jest lepiej, nadchodzi nowa fala ludzi młodych i język angielski jest opanowywany. Gorzej w klubach i zaciągiem zagranicznych zawodnikow, bo nasi młodzi nie bardzo kumają a powinni ich mistrzowie mobilizować. Przyjemnie jest słuchać w angielszczyźnie Sebastiana Ułamka czy Jarosława Hampela. Są jeszcze także także, przyjdzie kolej na pochwały. Mamy inne czasy, inna jest mentalność mechanikow, którzy kiedyś wiedzieli tylko co to jest “box”.  Obecnie najlepsi zatrudniają  gremialnie w swoich “stajniach” polskich majstrów.

Zbigniew Boniek w radiowej rozmowie powiedział, że nie wyobraża sobie aby reprezentant Polski w futbolu, ściągnięty z zagranicznego klubu, urodzony poza rodzimym krajem nie mógł porozumieć się w ojczystym języku z trenerem. I tu nie chodzi o accent, jak zaznaczył Zibi, tylko o elementarne słowa. Skoro przywdziewa koszulkę z białym orłem na piersiach?! No to jak ma się porozumieć? Po niemiecku?

Rozszerzam wątek prezesa Bońka i dedykuję przesłanie nauki języka polskiego żużlowym pracodawcom klubowym, którzy zatrudniają i dobrze płacą nie tylko elicie. Niech wymagają nauki w kilka miesięcy, niech zarobią nasi nauczyciele i niech nie straszy już żadne “ dżen dybry”. Opłacamy a nie wymagamy, cieszymy się jak ktoś bąknie byle co po polsku w fatalnym wydaniu, byle nie “fuck”. Szanujmy się zatem i niech mistrzowie na torze, “ kominiarze” w kasie uczą się jak Boruc, Szczęsny, Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski, Hampel, Ułamek, czy z innych sportów, którzy zarabiają poza Polską, przecież jest sporo koszykarek, siatkarek, siatkarzy, koszykarzy. Dlaczego nie mamy zrobić zapisu w skali całego żużla, że z polskim pracodawcą po jakimś czasie należy mówić po polsku, choćby z obcym akcentem. “Oki”?

Boniek i Emma

Taka zbitka tytułowa i gdzie futbol a gdzie speedway i gdzie Rzym a gdzie Krym…

Zbigniew Boniek pochodzi z żużlowego miasta Bydgoszczy, gdzie speedway wysysany jest niemal z mlekiem matki. Powiedzmy, że tak. Nad Brdę wraca serial Grand Prix i znowu kibice tamtejsi będą mieli radość jakiej doznawali  już kilkanaście razy. Boniek piłkarz niegdyś znakomity i charakterny został nowym prezesem skompromitowanego związku piłkarskiego. Rudowłosy talent z Bydgoszczy wsławił się ongiś transferem z charakternego łódzkiego Widzewa do Juventusu Turyn i szybko został ulubieńcem tej drużyny. Strzelał tam bramki i i zdobywał je również dla polskiej reprezentacji. Ma zawsze swoje zdanie, rodzinę w Rzymie, robi interesy i znany jest właśnie z tego, że nie daje sobie dmuchać w kaszę. Charakter /widzewiaka/ ma od zawsze i pamiętam jeszcze z czasów redakcji „ Sportu“, jak reprezentacja Polski wyprawiająca się do Holandii w autokarze w proteście przeciw dziennikarzom „zaszczekała“ a sprawa dotyczyła obrony bramkarza Józefa Młynarczyka, który zabalował w stolicy. Mówiono, że „Zibi“ był czołową postacią w tym proteście szczekania. Taki epizod z dawnych lat. Po zakończeniu chlubnej kariery Boniek został szanowaną postacią, przeżył swoje pięć minut jako trener reprezentacji umiejętnie wtedy wmanewrowany przez prezesa PZPN Michała Listkiewicza i niestety nie dał rady. Dziwiłem się bardzo, że podjął się tej roboty. Nie podołał i jakby zesmaczył się tym incydentem, jako człowiek ambitny i zadziorny. Tak bywa też z góralami. Podejmował też próby zostania prezesem piłkarakiej centrali ale został wybrany Grzegorz Lato kolega z boiska, który miał duże poparcie zdetronizowanego prezesa czyli Michała Listkiewicza. Kiedy Lato okazał się kiepski jako prezes i mówca, dyplomata działacz Zbigniew Boniek znów zaczął grać, no i wygrał w cuglach. Kiedyś powiedział Lacie, że: “chciałeś Grzesiu rower, to teraz pedałuj“. Historia się zmienia, rowery zostają i pedałowanie też.

Bońka poznałem kiedyś w Pile na dobrych zawodach, gdzie kibicował Tomaszowi Gollobowi. Bywał często na turniejch i meczach, gdzie bydgoszczanin spotykał się ze swoim rodakiem. Kiedy w 1999 roku Tomasz Gollob miał makabryczny wypadek  we Wrocławiu i wyleciał za tor; w klinice ratowano mu życie a złoty medal mistrzostw świata uciekał z rąk, Zbigniew Boniek natychmiast przyleciał do swojego pupila. Z czasem jakoś przeszło mu bywanie na żużlu i nie wiem dlaczego a nie miałem okazji zapytać, co było powodem oziębłości do sportu, który w jego rodzinnym mieście jest kultowym.

Boniek został prezesem PZPN, mocno wzruszył się i ten wybór okrzyczano jako przełomowy, bo pękł mur „betonowych działaczy“. Pojawili się nowi ludzie w zarządzie i nastąpił odwrót “leśnych dziadków“. Wreszcie!.

Minister sportu odetchnęła i otworzył się chyba dach nad jej głową. Lato bramkostrzelny piłkarz przeżył w swoim życiu epizod w roli prezesa PZPN mało chlubny, aczkolwiek bardzo intratny. Zaliczył także największą, historyczną imprezę jaką było w Polsce EURO, udane organizacyjnie, mało udane sportowo. Zostały nam po EURO  „pomniki“ stadionowe w kilku polskich miastach.

Jakim będzie prezesem Boniek pokaże czas. Mieszka w Rzymie, pracować będzie musiał w Polsce. Jak mówi… nic nowego.

Wybór Bońka na prezesa w tak trudnym związku jakim jest centrala piłkarska oznacza, że przychodzi czas na nowe zarządy i prezesów w innych związkach, gdzie “leśne dziadki“ okopali się aż po zgon. Uważam, że ten wybór powinien być hasłem do kolejnych zmian w polskim sporcie. Polski Związek Motorowy ma statut i wybory zabezpieczające kadencje na lata. Dlaczego kadencyjność obejmuje funkcje państwowe, samorządowe a związki sportowe mają zapewnioną dla prezesów rutynę nie ograniczoną niczym i tak kwitnie klakierstwo bez końca. Nijak to się ma do demokracji i haseł dawania szansy młodym ludziom, którzy mają dużo do powiedzenia i chcą działać z pomysłami. Nie dziwię się zatem gwizdom kibiców, którzy sprawiedliwie oceniają prace prezesów związków sportowych.

A skąd w tytule tego felietonu Emma? Takie imię ma żona tragicznie zmarłego w tym roku na torze Anglika Lee Richardsona. Polacy mocno przeżyli ten wypadek 13 maja we Wrocławiu, lubianego żużlowca, który startował w polskiej lidze. W Rzeszowie, gdzie jeździł uczczono jego śmierć turniejem charytatywnym, także w Częstochowie, gdzie ongiś jeździł,  specjalnym wyścigiem na jego cześć. Do Rzeszowa przyjechała Emma i koszt jej pobytu był nadto wysoki. Jej rodacy potrafią liczyć funty i na pewno nie byliby tacy szczodrzy. Pani Emma upomniała się o pieniądze za ten turniej, naskarżyła do Pezemotu i w ogóle nad Wisłokiem przekroczyła nie ładnie budżet. Prezes Marmy Marta Półtorak poirytowała się tym faktem. I nie tylko ona. Prezes Włókniarza Częstochowa Paweł Mizgalski też dostał niesłusznego prztyczka w nos. Narozrabiała pani Emma i jak się okazuje mąż Lee był bardziej skromny.

Moim rodaczkom i rodakom radzę więc z całego serca aby dbali przede wszystkim o swoje rodaczki i rodaków, którym trzeba pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Jesteśmy narodem bardzo honorowym, lecz nie pozwólmy sobie skakać po głowach i szanujmy się, bo raz po raz zagraniczni goście dają odczuć nam swoją wyższość i zarazem poniżanie. Bardzo mnie bolą takie fakty i nie ważne dla mnie okoliczności, liczy się klasa ludzi, charakter oraz ich morale. Niskie pobudki i monety w oczach powinny być ocenione trafnie już na progu. Po prostu szanujmy się a najlepsze trunki wypijmy skromnie sami, bez towarzystwa ludzi zblazowanych i mało charakternych. Prawda prezesie Boniek?

Oczy wysychają z łez

“Sztuka mądrości polega na tym, by wiedzieć, co należy przeoczyć”… Można to stwierdzenia filozoficzne dopasowywać na różne sposoby. Przytaczam i namawiam do refleksji. Czasem trudno przeoczyć perfidnie. Tak, tak…Żużlowy świat pędzi jak oszalały, lecz  człowiek nie jest w stanie pokonać swojego organizmu, losu, przypadku. Zawodnicy padają, uderzają w bandy, łamią kończyny i szybko składani przez chirurgów wyjeżdżają na tor. Jakby nie było przeszkód w walce z żywiołem kariery, która nie daje odpocząć jeśli tylko się chce albo musi. Musi?

O startach w kilku ligach piszę często i walę głową w mur. Ktoś powiedział, że taki jest ten sport, który wymusza zabezpieczenie na emerytalne lata bez jazd. W tym szaleństwie musi być jednak rozwaga. Kto dba o bezpieczeństwo zawodników, jeśli pozwala się na wszystko i kontraktują starty na lewo i prawo? Na pewno nie żadna federacja motorowa i właściwe organy powołane do kontroli żużlowego życia. Zawodnicy rozjeżdżają się jak chcą i dochodzi do absurdów, bo starty od Władywostoku po Ipswich czy Kumlę a po drodze w Rzeszowie albo Gorzowie wymagają kondycji żelaznej. I jeszcze udział elity w serialu Grand Prix. Australijczyk Jason Crump sponsorowany przez agresywnego Red Bulla łamie obojczyk na Dalekim Wschodzie i operowany przez specjalistów w klinice w Genewie wsiada na motocykl. Pędzi ale czy musi? Jak rozdzielić rozsądek od ambicji? Wyścig po mistrzostwo świata w serialu wymusza tricki kliniczne, aczkolwie wszystko moim zdaniem zależy od zawodnika, od jego woli i samopoczucia, bo może oszukać nawet lekarzy jeśli oczywiście przypadek zdrowotny nie jest ewidentnie czytelny. Jeśli noga złamana wtedy koniec. Nie wiem jaka tajemnica tkwi w żużlowych obojczykach, które jeszcze nie tak dawno znajdywały cudotwórcę w angielskim Ipswich. Z biegiem czasu specjaliści rozmnożyli się, choć bywają przypadki beznadziejne, które nie mają rozwiązań siłowych, wbrew naturze.

Jarosław Hampel leczy kontuzję nogi i wypadł z cyklu Grand Prix, kontuzja okazała się przykra i trudna do szybkiego wyleczenia. Trwa żmudna rehabilitacja, straciliśmy kandydata na mistrza świata a macierzysty klub Unia Leszno bogato punktującego zawodnika. Wielki pech. Czy Jarosław Hampel z ksywą “ Mały” mógł być mistrzem świata i czy może być wielki? W tym sezonie nie. Wicemistrz świata, brązowy medalista  znalazł się w bardzo pechowej sytuacji. To, że nie może bronić tego co już zdobył i walczyć o upragnione złoto zależy od serialu, który wyklucza przypadki czyli eliminuje los a właściwie kastruje istotę sportu jaką jest niespodzianka. Gdybam. A zatem jeśli mielibyśmy jednodniowy finał jesienią Hampel mógłby być mistrzem świata? W przypadkach serialu GP od 1995 roku mamy inny podział ról i… czym więcej turniejów jak pieją pochlebcy Grand Prix tym lepiej. Byle do przodu, a gdzie sens?

Mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie i gdyby ktoś wpadł na pomysł żeby zrobić dwa finały albo trzy w chodzie na 50 kilometrów mielibyśmy “sprawiedliwość” albo hiszpańską corridę czy wręcz taki show kiedy szaleńcy prowokują na uliczkach Sewilli rozjuszone byki.

Jestem dozgonnym zwolennikiem jednodniowego finału mistrzostw świata na żużlu i wielkiej niespodzianki, która “ szczypie” kibiców w każdym sporcie. To jest clou sportu, magnetyzm chwili a oczekiwanie na ten jedyny finał wybudza szlachetne piękno. I co tam wielokrotność biegania na setkę. Właśnie ten jednorazowy finał, bieg, wyścig, mecz jest szczytem, który wyzwala w nas niesamowite emocje, budzi wyobraźnię, podrażnia zmysły i potęguje adrenalinę na maksa. Kochmy takie momenty i zostają w nas na zawsze. Londyńskie igrzyska, obrazki wzruszeń, dramaty i wyzwolenie radości. Szczęście powielane na ekranach w milionach domów i podziwiane przez cały świat.  Sportowe zwycięstwa i porażki. Lata ciężkich przygotowań i nagły pech. Mamy w żużlu inne rozdanie kart. Niby sprawiedliwe, niby… Czy tak?

Kiedy piszę te słowa słucham w radiowej “ Jedynce” sportowej dyskusji bardzo ciekawej jak zwykle na temat hymnów, flag, podium i wzruszeń bohaterów aren. Mówi się o łzach, że “coraz ich niestety mniej”. Dlaczego? Dyskutuje się na temat naturalizowania sportowców i więzi patriotycznych z danym krajem a miejscem urodzenia. Bo czy może się wzruszyć np. Norweg z polskim paszportem kiedy grają hymn, którego słów niestety on nie zna.  A więc jest problem obywateli świata, którzy bardziej znają swoje finansowe konta, niż miejsca urodzeń i “przyszyte” państwa, które ich pozyskały do zwycięstw. Z jednej strony mamy konglomerat sportowego tygla, z drugiej patriotyzm kibiców, którzy wolą jak gole strzelają prawdziwi ich rodacy. Prawdziwi…

Dopóki walczysz , jesteś zwycięzcą.

Jak ten świat zmienia się, jak wiruje i jak wyglądają dziś reprezentacje narodowe w palecie koloru skóry, jak kombinowane są drużyny klubowe z celem globalnym, zwyciężyć za wszelką cenę. Gdzieś ginie przywiązanie do barw klubowych, narodowych i liczy się tylko wysokość kontraktów. A bywa ona horrendalna i niewspółmierna do pracy i do wielkości gwiazd. I dlatego oczy na podium wysychają, już nie ma takiej obfitości łez, ujmującego wzruszenia i ręki na sercu kiedy grają hymn państwa, które teraz XYZ reprezentuje a nie tego kraju, gdzie urodziły się multimilionerskie gwiazdy. Na szczęście w domach przed ekranami TV nadal mamy łzy jak deszcz i chusteczek nie brakuje.

Czy chciałbym sportowego szczęścia niespodziewanego, zaskakującego i niezapomnianego? O tak i to bardzo, ze szczerym wzruszeniem i potokiem łez.

Smuta na całego

Węgierski sędzia nie zaliczył na EURO piłkarzom Ukrainy prawidłowej bramki. Wstyd. Teraz jest na piłkarskich boiskach jest pięciu sędziów, w tym główny. Strategiczny sędzia „był chyba ślepy“ piszą w mediach. Ukraina pod wodza Olega Błochina grała z polotem i zasłużyła na gola, zdobyła, piłka wpadła ewidentnie do siatki, wprawdzie wybita, ale była poza linią, lecz nikt nie uznał z grona sędziowskiego zdobyczy Ukraińców.

Co robić w pomyłkami arbitrów, które zdarzają się na każdej arenie, selekcjonowani ludzie popełniają rażące i krzywdzące decyzje, które niweczą kilka lat pracy, wywołują gorycz i złość.

Co robić? Przede wszystkim korygować i nakazytwać powtórki i nie patrzeć na konsekwencje czasowe, bo gorszy jest sportowy ból. A bywa ogromny i nie trwa chwilę. W piłce nożnej, ręcznej, tenisie, żużlu  oraz innych sportach zdarzają się raz po raz sędziowskie byki. Sztaby szkoleniowców opracowują metody eliminujące wpadki i niestety nadal mają one miejsce. To co wydarzyło się w Doniecku na imprezie, wysoce prestiżowej jest mega skandalem. A jednak.

Co robić? Bicie się w piersi po fakcie nic nie daje, odsuwanie od następnych sędziowań sprawców nieszczęść nie daje satysfakcji poszkodowanym. Szybka reakcja i nakaz powtórki jest jedynym rozwiązaniem chorych incydentów.

Przypominam sobie 1973 rok i niemieckiego sędziego, który po finale indywidualnych mistrzostw świata w Chorzowie został odsunięty od pulpitu za tzw. lotne starty. Nie specjalnie protestowała polska strona, bo mistrzem świata został Jerzy Szczakiel. Georg Transpurger z bawarskiego Pocking już nigdy nie prowadził finału mistrzostw świata, choć marzył o rehabilitacji. Teraz w Doniecku na EURO skompromitował się węgierski sędzia i oczywiście UEFA, która nie dopuszcza technicznych środków sprawdzających  kontrowersyjne wydarzenia. Ma się to zmienić po 5 lipca. W żużlu po karambolu sędzia zerka na ekran monitora i jeśli nie jest kąpany w gorącej wodzie podejmuje słuszną decyzję, choć bywają tacy, którzy raptownie, przekonani o swojej nieomylności, wydają werdykt, który potem bywa wygwizdany przez widownię, a zawodnika doprowadza do sportowego szału. I nie tylko sportowego. Kopie, pluje i złorzeczy. Warto zatem dłużej rozpatrzyć incydent, obejrzeć dokładnie aby nikogo nie krzywdzić.

Futboliści pod wodzą Franciszka Smudy nie wyszli z grupy i powiało smutkiem. Ogromnym jak Polska długa i szeroka. Prezes PZPN Grzegorz Lato zbiera cięgi za ten stan i pokazuje, że ma skórę twardą jak żelazo. Nie do zdarcia. Wylewane kubły pomyj nie bardzo prezesowi przeszkadzają i nie chce abdykować. Nie przypominam sobie faceta, który w sporcie znosiłby tyle inwektyw. Przyspawał się do fotela i koniec. I nikt nie daje mu rady, jest odporny i nadal błyszczy perlistym uśmiechem. Gość rzadkiej urody i jak to powiedział jego kolega z boiska Zbigniew Boniek, był świetnym piłkarzem ale jest najgorszym prezesem w historii. No i co? No i nic!

Skąd my to znamy obserwując motorowe środowisko, żużlowe, które nie jest wolne od krytyki. Zwłaszcza teraz przy nowych regulaminach, zmianach, karach nakładanych przez żużlową władzę. Krosno obarczone karą rezygnuje z rozgrywek. Nie przepadam za szantażami, lecz w trudnych sytuacjach można wylać dziecko z kąpielą. I tak żużlowe Krosno wylane zostało do Wisłoka. Przykre. W ogóle dni kiedy odpadli biało – czerwoni z EURO, zrobiły się smutne a dodatku tak upalne, że przypiekanie było nader dotkliwe.

Słucham w radiowej „ Jedynce“ wywiadu z prezesem NBP Markiem Belką i były premier indagowany o inicjację EURO mówi o tym i tamtym, o grupie ludzi, którzy zaangażowali się w początki tej wielkiej imprezy i wspomina Jerzego Ciszewskiego, z grupy „pijarowskiej“ zaznaczając, że to… syn Jana Ciszewskiego słynnego komentatora sportowego. Panie premierze, na Boga, legendarny „ Cis“ miał jedynie córkę, która mieszkała w Katowicach i nadal chyba mieszka. Błędy zdarzają się takiej klasy bankowcom, więc co tu mówić o sędziach sportowych. Oby Markowi Belce nie pomyliły się stopy procentowe…

Nie myli się tylko ten, kto nie robi nic – mówi wyświechtany slogan. Błędy bywają małe i bywają jak wielbłądy. Kiedy w wyniku złej decyzji niweczy się wysiłek wielu miesięcy, wypacza wynik, rujnuje kariery musi winowajca ponieść konsekwencje adekwatne do pomyłki. Szybka reakcja poprawia wizerunek sytuacji. UEFA popełniła gafę historyczną raniąc Ukrainę, bramka jasna jak słońce nie została uznana. W żużlu mamy sędziego i potem zbiera się JURY, ale co nam z tego, że… potem. Potem to można zjeść tylko kanapki. Przyznać się od razu do pomyłki i naprawić krzywdę natychmiast powinno być celem nr 1. Nie potem, nie następnego dnia czy za tydzień. To już wtedy przysłowiowa musztarda po obiedzie. Niesprawiedliwość boli okrutnie, niszczy charaktery, podważone jest zaufanie i krzywda wywołuje długą gorycz, często nie do zapomnienia.

Jak zaradzić?

Drastycznie przez zastrajkowanie, przez wycofanie się, przez zlekceważenie władzy?

Za historyczne sportowe błędy winne są federacje, uchwalone regulaminy i brak konsekwencji. Lekceważanie wysiłku, wydanych pieniędzy, skopana jest sama idea sportu. Głowa prezesa do dymisji? O tak. Honorowo. To też. Ale dodam na koniec tych smutnych dywagacji, że honor już dawno zaginął na salonach różnych szczebli by nie wspomnieć o sportowych. Liczy się teraz nie honor tylko kasa. Przykre i prawdziwe.

A więc?

Jak możemy do diaska mówić o szlachetnej rywalizacji, która powinna być dla wszystkich piękna i krystalicznie czysta a bywa zalewana gorzkimi łzami. Życie ciągle pokazuje, że sędziowie są omylni i muszą być korygowani czy to się im podoba czy nie. Nie są papieżami sportu, na Boga! I dlatego ogarnia mnie coraz większa smuta.

Moja Polska jest nie do podrobienia!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie myślałem o tym, nie spodziewałem się tego, uwierzcie. Polska na dni futbolowego EURO – 2012 zmieniła oblicze i nie chcę wyszukiwać tego, czego nie zdążono wykonać na imprezę, jakiej jeszcze w Polsce nie było, a raczej radziłbym popatrzeć co zrobiono. Jak odmieniła się np. Wieliczka na przyjazd włoskiej reprezentacji, jak wygląda Trójmiasto, stolica. Jak chwalą podpoznańską Opalenicę Portugalczycy, którzy wybrali to miejsce wyglądające jak bajka. Czy można się wzruszyć zmianami miast, widokiem biało – czerwonych flag, które powiewają na samochodach, paradnie prezentują się sprzedawcy w szalikach narodowych barw. I tak dalej, i tak podobnie. Pięknie. Polska zmieniła oblicze na  dworcach kolejowych, samolotowych terminalach by godnie przyjąć kibiców. Gościnnie, po polsku chlebem i solą. Restauratorzy i hotelarze postawili się w stan gotowości. Tysiące wolontariuszy. Mamy wydarzenie, które musi cieszyć, rozbudziło patriotyzm, który do tej pory w sportowej części naszego życia był kwitowany hymnem narodowym i medalami na podium. Na EURO – 2012 Polska dokonała swoistego liftingu i zbiorowej mobilizacji, wbrew malkontentom, przeciwnikom sportu i politycznym warchołom, którzy jakby źle życzyli i dopiero w ostatnim czasie przypinali się do sukcesów. Znam takie obyczaje z żużlowego placu i prominenckie maniery, oblicza działaczy uwiązanych niegdyś krawatami a teraz w  rozpiętych koszulach szpanujących na odmieńców. Jakby nie wiedzieli, że pamięć mają inni.

“ Spadającą gwiazdę schowaj do kieszeni przyda się w deszczowy dzień”… śpiewa Maja Kleszcz. A przede wszystkim: “ Nigdy nie daj wypaść jej”…

Rafał Stec w “ Gazecie Wyborczej” w analitycznym artykule “Smuda i Lato, koko i spoko” scharakteryzował trenera i prezesa. Napisał: “ Na chorobliwą niepewność zahukanego prowincjusza Smuda nigdy nie cierpiał. Śmiało rzuca wyzwanie większym i przenosi swoją pewność siebie na drużynę”. Pominę akapity poświęcone prezesowi Grzegorzowi Lato. Może tylko taki końcowy fragment: “ Słowem, Lato jest emanacją naszego środowiska piłkarskiego w każdym sensie, a Smuda byłby nią, gdyby nie ta jedna rysa na jego spójnym wizerunku. Brak kompleksu polskiego”.

Piszę ten felieton w przededniu wielkiego sportowego święta, które nie może nie radować każdego kibica sportowego. Fani mają swoje specjalności, jednak wielkie imprezy są jak spinacze i łączą wszystkich, którzy widzą sens w uprawianiu, oglądaniu i egzystencji w sportowym tyglu.

Przypominam sobie polskie finały światowe, dekoracyjne elementy imprezy na Śląsku, Lesznie i Wrocławiu. Też była wspaniała atmosfera zbliżającego się szczytu żużlowgo. Plansze reklamowe, rande vous z byłymi mistrzami toru, pamiątki i zlot kibiców. I późne biesiady; coś do zjedzenia i coś do wypicia mocniejszego jakże ostro pobudzały do żarliwych wspomnień i rozważania szans. Pamiętacie?!

Z wielką przyjemnością słuchałem ostatnio piłkarskich felietonów Stefana Szczepłka w radiowej “Jedynce” czytanych przez Marka Kondrata, tamże emocjonalnie barwnego głosu radiowca Tomasza Zimocha, gościnnego i eleganckiego w extra studio TVP Włodzimierza Szaranowicza. Nagromadzenie medialnego “towaru” z okazji piłkarskiego festiwalu może zaimponować i jest dla mnie argumentem bynajmniej nie ostatecznym, że wydarzenie nr 1 kumuluje w sobie siłę promieniującą na wiele ośrodków, natomiast rozmycie wydarzenia poprzez jego rozbicie powoduje szarość, która prowadzi do znudzenia i pospolitości czegoś, co mogło być przeżyciem zapamiętanym na zawsze. Takiej imprezy jak EURO’ 2012 w Polsce nie było i chyba nie będzie długo, bo olimpiady raczej nam nie grożą. A zimowe wydarzenia z naszymi super gwiazdami odlatują szybko z żalem.

Futbolowe święto na Starym Kontynencie z udziałem gwiazd rozsławia Polskę na wszystkie strony świata. Jestem zazdrosny o speedway w tym oczywiście kontekście.

EURO’ 2012 organizacyjnie na polskiej i ukraińskiej ziemi zbliżyło również oba narody nie tylko sportowo. Ciekawe przeżycie i doświadczenie, że można jedną imprezę rozbić na dwie z pożytkiem dla całości. Osoby mniej zaangażowane w atmosferę piłki nożnej i sportu mimo wszystko zostały wciagnięte w wir “festiwalu”, bo trudno uciec od informacji, od telewizyjnych przekazów. Robią atmosferę. Czadowo.

Przy takiej imprezie jaką są finały piłkarskich ME każda dusza sportowa musi przeżywać emocje ściśniętego serca. Wzruszenia ogarniają nas serdecznie i robią w głowach zawrót przyjemnych doznań. Polska doładowana jest tysiącami zagranicznych kibiców, cały świat śledzi co dzieje się na boiskach EURO.

Kalendarz żużlowy nie jest paraliżowany przez ME, choć przecież futbolowe mecze wygrywają z tym, co robią żużlowcy w ligach i jakie jazdy mają w GP Tomasz Gollob oraz Jarosław Hampel. Co zatem będzie ważniejsze czy bramka Roberta Lewandowskiego, asysta Jakuba Błaszczykowskiego i gol Łukasza Piszczka czy podium Grand Prix wspomnianego duetu?! Przyjmuję tylko szczere odpowiedzi. W GP jest cienko. W Kopenhadze Hampel odniósł przykrą kontuzję, Gollob jeździł bez siły motocykli. Dlaczego takie tyły? Zostaje zatem piłka i nadzieje, że… No? Z Grekami starczyło siły tylko na pierwszą połowę, trener nie dawał zmiany. A Rosja została rozmontowana i mamy kolejny remis, który jest jakby zwycięstwem. Szalenie ważne wydarzenie. A to co się działo w Warszawie widziałem na własne oczy. Teraz przed nami Czechy i musimy wygrać, a co to oznacza w sporcie? Musimy…

Mamy teraz Polskę w innych barwach i nastrojach, mamy życie zdominowane przez piłkarskie gwiazdy, gole i pojedynki niezapomniane. Jestem dumny, że tak jest, a do żużla wrócimy mentalnie przecież w swoim czasie. Warto jednak na serio pomyśleć co zrobić, żeby speedway miał również takie wyjątkowe święto, które pozytywnie wywróci nasze życie i wszyscy będą mieli motory w głowach a Polska jak długa i szeroka zamieni się znów w gościnny i radosny biało – czerwony dywan. Seriale są bowiem dobre ale na ekranie TV. A nam się marzy wielkie wydarzenie sezonu na torze!!!

Speedway w starciu z kopaną

 

Widzę auta, których lusterka zewnętrzne ozdobione są biało – czerwonymi pokrowcami. Szaliki sportowe zdobią tylne półki samochodów, dostrzegam kapelusze, piłki i tym podobne  pamiątki w sklepach, niemal wszędzie, zaczął się „potop“ gadżetów różnej maści, flagi, kapelusze, czapki, koszulki, bluzy dla dzieci i dorosłych. Mamy atmosferę zbliżającego się święta futbolowej Europy. Budowane są w miastach Strefy Kibica, by wspólnie oglądać i przeżywać mecze. Robi się miło na sercu, biało – czerwone barwy dominują i podnoszą ciśnienie. Nadzieję. A do otwarcia EURO – 2012 jeszcze trochę dni. Dumny jestem z tego, że tak wielka impreza sportowa rozgrywana będzie u nas. W moim kraju. Dlatego nie rozumiem posła Jana Tomaszewskiego, bramkarza, który kiedyś na Wembley powstrzymał Anglików. Po tym sukcesie i awansie „Orłów“ Kazimierza Górskiego do mistrzostw świata pod katowicką redakcję „ Sportu“ zjawiła się na rynku spora grupa kibiców, mimo późnej pory odśpiewała tradycyjne sto lat. Robiło się gazetę w porywie z radością. To były czasy! Który rok? 1973. W tym samym, kiedy Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim zdobył tytuł mistrza świata. Wspaniały rok, następny jeszcze lepszy. Dlaczego nie rozumiem posła Tomaszewskiego? Jego olbrzymiej awersji do wybrańców Franciszka Smudy? Otóż poseł uważa, że w takiej reprezentacji powinni być tylko sami rdzenni Polacy, nie skażeni zagranicznymi paszportami. Staram się zrozumieć Jana Tomaszewskiego, którego kiedyś poznałem na mistrzostwach Polski w tenisie stołowym, bo interesował się ładną grą jednej ładnej zawodniczki, bardzo utalentowanej. Agresywne wypowiedzi posła ma zgasić jego partyjny wódz. Został skarcony przez towarzystwo.

W każdym razie sianie nienawiści w sporcie, zresztą nie tylko tam, kłóci się mega mocno z ideą sportu przez duże „ S“.

Atmosfera w obliczu piłkarskiego święta Starego Kontynentu rośnie z dnia na dzień. Tak  myślę, że gdyby takie  finały rozbić na  różne kraje i w czasie, podobnie jak to się dzieje z żużlem w ramach Grand Prix, festiwal byłby rozmyty jak kiepskie mydło. A tak mamy nasycenie maksymalne i urok właśnie święta od którego trudno uciec. Poprzez rozmaite gadżety, uliczną reklamę, wystrój gastronomicznych lokali widzimy jak atmosfera pięknie rośnie. Eksplozja nastąpi, kiedy sędzia gwizdnie i kopnięta zostanie pierwsza piłka w meczu otwarcia Polska – Grecja. Wtedy już nie będzie zmiłuj się a czas zostanie zagospodarowany przez futbolowy teatr.

A gdzie w takim razie będzie miejsce na speedway?

Powszechnie mówi się, że żużlowi kibice są wyjątkowi i tak zapatrzeni w swój ukochany sport, że poza warkotem motocykli nie widzą świata. Nie wszyscy jednak i spora część widzi, emocjonuje… gdyż prawdziwy kibic interesuje się wszystkim, co kryje się pod słowem sport. Kocha, lubi, szanuje.

Wyobrażam sobie, że armia kibiców z zagranicy, która przyjedzie do Polski m szansę  przy okazji zobaczyć i żużel, tylko trzeba tym fanom zaproponować takie możliwości. Okazja jest doskonała i sądzę, że wśród tych kibiców są i tacy, którzy poza piłką nożną kochają także speedway, zwłaszcza turyści z Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Czy pomyślano o takim rozwiązaniu w gronie żużlowych animatorów nie wiem. Gorzów żyje turniejem Grand Prix, który zaplanowano w drugiej połowie czerwca. Liga ma swoje prawa i tak się nakręca. W jakim stopniu temperatura piłkarska odbije się na żużlowych emocjach zobaczymy; śledzę frekwencję na stadionach i nie ma co kryć, że jest ona co roku niższa. Nie bez wpływu na taki stan mają telewizyjne przekazy Ekstraligi, bo kibice liczą nie tylko pieniądze, także czas, no i wygodę.

Raz jeszcze wracam jako „człowiek nie nowoczesny“ jak to określają niektórzy adoratorzy serialu Grand Prix, że skomasowane wydarzenie jakie by nie było kumuluje energię i wyzwala adrenalinę, która jest strasznie zaraźliwa dla otoczenia. Żużlowy serial GP jako indywidualne mistrzostwa świata w swojej atmosferze zużył się jak wycieraczka do butów przed ZUS – em. Nie ma GP świeżości święta, oczekiwania, zjazdów gremialnych. A na EURO‘12 bilety sprzedane, będą tłumy przed ekranami na placach i pełne lokale, gdzie przy piwie podziwia się grę artystów kopanej.

Dlatego mi żal i zazdrość mnie gnębi, że takie imprezy wyrywają ludziom włosy z głowy a serial żużlowy robi się jałowy jak sucha kromka chleba. Gdzie te desery, wisieńki na torcie? Liga? No tak, ale ja wołam maniakalnie o extra wydarzenie kumulujące wszystko co najlepsze w sporcie żużlowym. Po prostu finał finałów, szczyt szczytów.

Ostatnie tragiczne wydarzenie na torze i śmierć angielskiego zawodnika Lee Richardsona

przygnębiła całe środowisko, bo z życia wyrwany został człowiek w pełni sił i perspektyw. Takie wydarzenia robią duże spustoszenie w świadomości i wprawdzie, życie pędzi i sport się nakręca, zostają jednak w pamięci okruchy nieszczęścia. Wszystko co najgorsze każdego może dotknąć, tak jak zatytułowałem ostatnią moją ksiażkę „Szybkość nie wybacza nikomu“. Co za zbieg okoliczności i ogromnie mi przykro, że na torze znów doszło do dramatu. Powróciłem z premedytacją do tego smutnego faktu w obliczu piłkarskiego święta, które zdominuje w czerwcu sportowe życie w Polsce. I nie tylko, bo takie imprezy zniewalają dusze ludzi młodych i starych a mega emocje wdzierają się jak powódź wszędzie. Dlatego jestem zazdrosny o speedway, dlaczego nie mamy /żużlowe środowisko/ takiego wyjątkowego święta, na które „pielgrzymują“ kibice z dalekich zakątków a świat dowiaduje się skutecznie o tym co dzieje się na boiskach. A będzie się działo, oj działo! Kolorowo, głośno i myślę, że bezpiecznie. Eurosportowo, że hej!

Liga speedway spoko

Ale się porobiło z wyborem piosenki na polskie EURO – 2012. Ludowa przyśpiewka

„Koko Euro Spoko“ w wykonaniu zespołu „ Jarzębina“ narobiła sporo zamieszania. Problem polega chyba w tym, że szukano hymnu. Jeden znam, Mazurka Dąbrowskiego… „ Koko…“ jako hymn? Bzdura, piosenka na okoliczność piłkarskiego święta. Zabawna, choć były lepsze; zadecydowała o wyborze chyba inność wykonania, choć osobiście byłem za utworem w wykonaniu Maryli Rodowicz. Piosenki, piosenkami a ważne jak zagrają wybrańcy Franciszka Smudy, który ma ogromne obciążenie w historii polskiego sportu. Takiej imprezy w Polsce jeszcze nie było, oczekiwania są wprawdzie umiarkowane lecz w sercu każdego rodaka tli się nadzieja na wyjście z grupy i dalsza gra… Ano zobaczymy, jeszcze maj ale już z początkiem czerwca będzie gorąco. Bardzo. Futbolowym świętem już zaczynamy żyć. Zanim jednak dołączymy do piłkarskiej uczty mamy przecież co tydzień żużlowe emocje. Liga zaczyna się rozkręcać na dobre a więc parafrazując piłkarski „hymn“… Liga Speedway Spoko!

Byłem ostatnio dwa razy w Częstochowie, gdzie nowa klubowa władza dwoi się i troi na czele z prezesem Pawłem Mizgalskim. Włókniarz Częstochowa „ wentylowany“ głównym sponsorem Dospelem wygrał z bydgoską Polonią ale dostał lanie od zespołu Tomasza Golloba czyli Stali Gorzów. Goście na obcym torze od pierwszego wyścigu narzucili swój rytm i obezwładnili gospodarzy. Dawno nie widziałem czegoś takiego i słusznie ktoś zauważył, że jeśli tak się dzieje na ringu to trener rzuca biały ręcznik. Nie było siły na zgranych z sobą i torem „gollobowców“. Myślę, że częstochowianie mają o czym myśleć i wyciągnęli wnioski po tym laniu. I, że taki mecz wobec pełnego stadionu był incydentem o którym kibice zapomną. Rzeczywiście frekwencja w Częstochowie jest imponująca i ciekawe czy stadion po kilkanaście tysięcy widzów na dotychczasowych meczach będzie dalej tak wierny drużynie. Wszystko trzeba przeżyć i radość, i złość. Nowa władza klubowa ma duże ambicje, zrezygnowała z Anglika Chrisa Harrisa i zakontraktowano naprędce Duńczyka Kennetha Bjerre, który w debiucie nie zachwycił, podobnie jak i reszta poza Danielem Nermarkiem. Ufam, że prezes Mizgalski upora się z kłopotami a lekcja gorzowska nie pójdzie na marne. To był wyjątkowy mecz od początku. Publiczność osłupiała. I ja też.

Ambicje wysokie mają w Tarnowie i tam również panuje nowy klubowy boss, Agata Mróz, kobieta na tym stanowisku w wydaniu żużlowym nie jest aż takim ewenementem, pomni przecież rzeszowskiej prezes Marty Półtorak. W każdym razie w Tarnowie wszystko jest pod… prądem Taurona a trener Marek Cieślak jest gwarantem solidności. No i ten niestrudzony Amerykanin, mistrz świata Greg Hancock. Weteran „Gringo“ jedzie! I Janusz Kołodziej. Spoko.

Ekstraliga ma zaległości, w maju wyrówna sie wszystko, słabuje gdański Lotos, z ambicjami jedzie tarnowska Unia. Stelmet Falubaz Zielona Góra broni tytułu mistrzowskiego. Mamy dziesięć drużyn w Ekstralidze i towarzystwo jest urozmaicone.

Jeszcze trudno o jakiekolwiek oceny, choć widać mniej więcej, co drzemie w zespołach i które liczą na szczyt a które mogą mieć problemy w dolnym rejonie tabeli. I nawet wielcy liderzy nie zapewnią wygranych, bo team to wszak nie tylko solista.

FREKWENCJA. Jest niższa, niż w roku ubiegłym i poza cudem częstochowskim, w innych klubach księgowi nie mają spoko. Po prostu coś „ siadło“. Warto zatem kokietować kibiców w postaci różnych promocji, loterii, nagród i tym podobnych grantów. Cenami konsumpcyjnymi także, bo na razie jest drożyzna nieziemska.

Czy Ekstraliga w wydaniu dziesięciu teamów zda egzamin okaże się poźniej, natomiast dziwne są pozostałe ligi w emisji po sześć drużyn. Stara firma ROW Rybnik w ostatniej lidze przegrywa u siebie z Krosnem. Jak spragnieni są kibice dobrego żużla w Rybniku można było zobaczyć na Memoriale Łukasza Romanka, która to impreza jest pielęgnowana z dobrymi asystami elitarnych zawodników. Szkoda, że ulewa przerwała ten turniej. Na pogodę nie ma silnych i speedway przegrywa z kretesem bez jakiejkolwiek modlitwy do nieba. Dachy nad stadionami są potrzebne jak… deszcz na pustyni.

Wspomniałem o dwóch niższych ligach poza Ekstraligą. Nie brakuje żużlowych zagraniczych weteranów chociażby w postaci Anglika Scotta Nichollsa. Tak się porobiło, co świadczy o socjalnym zatrudnieniu zagranicznych zawodników. Czas na polskich orłów i danie im szans. Wyczyny Harrisa w Częstochowie a wcześniej podczas Grand Prix w Lesznie świadczą o kryzysie angielskiego żużla i nie ratuje go wcale Tai Woffinden. Przykre, regres trwa i dopóki będzie trwał, to ogólny poziom speedway’a poprzez ligę brytyjską będzie niższy, gdyż wcale nie podniecajmy się aż tak bardzo polskim poziomem ligowym. Jest taki jaki jest i na razie spoko.

Dostałem w internecie sporo listów na temat scysji podczas Grand Prix w Lesznie między Tomaszem Gollobem a Jarosławem Hampelem. Jedni popierają gwizdy dla  mistrza świata, inni bronią ikony. Każdy ma inne spojrzenie na fakty. Zgadzam się, że indywidualny turniej broni zawodnika, który jedzie solo, bez pobłażania dla rodaka. Jest jednak w tym wszystkim nuta fair play i nie „ranienia uczuć“ licznych kibiców.

Tak jak i z tym niby hymnem na EURO – 2012. „Koko Euro Spoko“ brzmi ludowo, wpada w ucho, jednak utwór w wykonaniu lubelskich kobiet podzielił opinie i mamy dyskusje przy piwie. Trudno jednak żyć bez kontrowersji w Polsce, gdzie każdy ma swoje „koko“. I jak nie ma to znajdzie. A co ze spoko?