Ciary, „dwa oczy”, Marketa

Processed with VSCO with l2 preset

Uff, zaczęło się i tak poleci do października. Rozłożone na raty indywidualne mistrzostwa świata pod szyldem Grand Prix wystartowały. Moje refleksje z warszawskiej bitwy żużlowej podam z opóźnieniem, harmonogram gazety święta rzecz i tak mnie nauczyło zawodowe życie, że szanuję reguły gry, wybaczcie! Stadion Narodowy nazwą zobowiązuje i tak jest obojętnie czy grają piłkarze, śpiewa Madonna albo ścigają się żużlowcy. Bycie na tym stadionie jest swoistym świętem; człowiek czuje się jakby czekało go coś niecodziennego. WYDARZENIE łączy ludzi. Speedway majowy GP na Powiślu jest jak bajka na którą przed zaśnięciem czekają zwykle dzieci. Z początkiem lipca czeka mnie kolejna uczta na tym stadionie, czyli koncert Rolling Stonesów. Tacy starzy a oni wciąż mogą. I to jak; dla starszego pokolenia i dla młodego. Czad, ciary przechodzą jak to powiedział Maciej Janowski w kontekście startów na Narodowym.

Tytułowe ciary mamy z głowy, reszta potem. Warto mieć oczy otwarte…

Ledwie opadnie kurz emocji warszawskich, to wszystkie drogi prowadzą do kolejnej stolicy, Pragi. ANLAS Grand Prix Czech tradycyjnie na stadionie koło klasztoru Brevnow. Proszę sobie wyobrazić, że to już 21 edycja, tak czas leci nie tylko zresztą nad majestatyczną Wełtawą. Speedway, czyli plocha draha, czeka 26 maja na kibiców i na pewno polscy będą w przewadze, tradycyjnie, będzie biało – czerwono z zadowoleniem praskich gospodarzy tego obiektu, nie tak wielkiego jak warszawski kolos na Powiślu. Na naturalnym torze, na Marketa atmosfera jest bez bólu gorąca. Familia ONDRASIKÓW jest przygotowana na wszystko co dobre i złe, ten stadion, kultowy nie tylko dla czeskiego żużla ale i światowego życiorysu w swojej bogatej historii, był poligonem dla wielu znanych zawodników. Kto tam nie ścigał się… Manewry miały różne odcienie, kiedyś malutki stadion i klub “produkował” mistrzów i reprezentantów czeskiej republiki. Historia tamtejsza jest nasączona rodzinnymi koneksjami, sukcesjami: Spinkowie, Vernerovie, Stanclovie, Kasprowie, Ondrasikowie oraz inni, budowali obraz plochej drahy na świecie. Ten sport w Czechach/ doliczmy jeszcze Pardubice z Drymlami/ jest skonfigurowany poza futbolem, hokejem na lodzie/ nr 1/ czy tenisem. Czescy kibice karmią się także polskim żużlem, Nie siedzą na miejscu, jeżdżą, oglądają w TV na bieżąco. Znam wielu fanatyków wręcz, którzy czytają także Tygodnik Żużlowy i są “oblatani” z faktami, które serwuje pismo.

Sztandarowy, sympatyczny zawodnik Vaclav MILIK robi karierę i rok temu w Pradze w turnieju Grand Prix był trzeci na podium. Sukces, szok, kibice szaleli. Teraz też Milik ma szansę na podium i jego rodacy liczą na więcej. Wszystko może się zdarzyć i nie mówimy o cudzie, bo Vaclav potrafi a pilnie edukuje się w Ekstralidze we wrocławskiej Sparcie. Niedawno słyszałem w TV, że jeździ… VASZKA, hm, to drobiazg, bo ten sam komentujący amator zaserwował… “dwa oczy”. Powtarzam: DWA OCZY… Jakiego koloru? Polska żużlowa rodzina/?/, jeśli tak na wyrost ją nazwiemy, poklepuje się kumotersko i brnie bez opamiętania w językowe ślepe uliczki. Kiedyś czepiano się charyzmatycznego komentatora redaktora Jana Ciszewskiego za np. “pełny komplet” oraz inne lapsusy, lecz popularny niezwykle “Cis” miał zawsze dwoje oczu.

W PRADZE “dziką kartę” dostał wspomniany Vaclav Milik i będzie wychodził z kevlara, żeby pokazać co mu daje polski uniewersytet żużlowy. Magister to on już jest ale chce zrobić doktorat i zdobyć awans do GP na stałe. Rezerwowym jest doświadczony Josef Franz, drugim zapasowym Eduard Krecmar. Sędziuje szwedzki arbiter Krister Gardell, zaś prezydentem Jury Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/ były sędzia, doświadczony na topowych imprezach Anglik Anthony Steele. Zgrana ekipa. Tegoroczny turniej GP w Pradze firmuje turecki Anlas, który zastąpił Mitasa, a więc branża oponiarska nie schodzi z areny Marketa. Anlas ma umowę z BSI i robi towar dla zawodników GP. Umowa jest na trzy lata. Jak gumy będą trzymać pokażą kolejne turnieje, dobrze byłoby, gdyby tureccy animatorzy przybliżyli speedway w Istambule. Interes do utargowania, Turków jeszcze w tym sporcie nie było. Namawiam z tej okazji moich rodaków na dil z nimi, mimo historii z królem Janem III Sobieskim pod Wiedniem, kiedy obronił Europę przed Turkami i odesłał ich nad Bosfor.

Organizatorzy GP Czech dokładają trybunę dla kibiców by zmieścić w sumie ponad 10 tysięcy fanów, w przewadze sympatyków z Polski. Podium GP w Pradze na różnych stopniach stawiało polskich zawodników, Tomasz Gollob ściągał tu komplety i było szumnie. Rok temu Polacy nie zajechali na pudło, więc było nijako. A teraz?

Szanse mają wszyscy; rok temu wygrał Australijczyk Jason Doyle, potem został mistrzem świata, przed Patrykiem Dudkiem. W Pradze będzie przeskok ze sztucznej nawierzchni warszawskiej na naturalną. Trudno spekulować, loteria, początek serialu, machina nakręca się i za wcześnie segregować.

Kiedy na Marketa eksplodują emocje, w Kijowie piłkarski szczyt – finał Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolem a Realem Madryt. Sportowe ciacha za duże pieniądze. Lubię takie soboty i lubię Pragę o każdej porze roku, jest obrazkowa. Petr Ondrasik i syn Pavel, ojciec i syn, mają ambicje aby praskie turnieje GP wchodziły do historii jak nóż do masła. Obaj jeździli na żużlu; tata Petr był wielokrotnym reprezentantem Czech, jest działaczem FIM i wciąż objeżdża stadiony żużlowe. Połączenie doświadczenia z synem Pavlem, imperatywnym, świeżym spojrzeniem na organizację trudnej imprezy daje satysfakcję uczestnikom turniejów na Marketa. Tamtejsze ściganie ma charakter w stylu “sami swoi”. Wobec ponad 50 tysięcznej widowni pod dachem w Warszawie, praska uwertura pod niebem przy ok. 10 tysiącach fanów jest zupełnie innym wydarzeniem. Tłem – urok Pragi, atrakcyjny dla turystów – kibiców, którzy chętnie wiążą żużlową miłość z poznawaniem jednego z najpiękniejszych miast świata. To je velika radost.

WARSZAWA, PRAGA = grand majówka

10d32a56f998f1eabbf111836a52dd94

No to zaczyna się żużlowa „trasa koncertowa“ w wykonaniu uczestników indywidualnych mistrzostw świata, pod szyldem Grand Prix. Premiera majowa nr 1 odbędzie się na PGE Stadionie Narodowym w WARSZAWIE 12 maja, potem kolejna w PRADZE 26 maja. Wpierw na sztucznym torze, który rok temu został starannie przygotowany, przy komplecie widzów. Narodowy wytrzymał napięcie, organizatorzy i uczestnicy, jednak Polak nie wygrał, choć biało – czerwoni mieli liczebną przewagę. Zabawa była świetna, maszyna startowa nie zawodziła, nawierzchnia pozwalała na mijanki. SUPER. Stadion Narodowy zaraz na początku maja został sponiewierany w czasie piłkarskiego finału Pucharu Polski, murawa zaśmiecona racami, jedna nawet poszybowała pod kopułę, teren został zadymiony i mecz pomiędzy stołeczną Legią a gdańską Arką był przerywany, bo nie można było zobaczyć piłki a ona w futbolu jest kopana kto jej dopadnie. Kibole piłkarscy są nie do zdarcia, nawet kiedy szefem polskiej piłki nożnej jest superman Zbigniew Boniek. Sprawa jest prokuratorska na amen a jak się zakończy owiana jest na razie dymem. Różnica pomiędzy kibicami żużlowymi a piłkarskimi jest taka, jak pomiędzy szybkim samochodem a wozem drabiniastym. Nie tak dawno byłem na meczu w Częstochowie, gdzie miejscowi Ekstraligowi włókniarze pokonali wrocławską ekipę Sparty. W komplecie widzów siedziały rodziny z dziećmi, które jeszcze nie wymawiają słowa żużel. Bezpiecznie i tak jest na speedway‘u nie tylko pod Jasną Górą. Przykład żużlowych turniejów i meczów z rodzinną atmosferą nie jest kopiowany, niestety.

Jak to się dzieje, że kiedy wchodzę na stadion, a bywam nie tylko na żużlu, ochrona sprawdza mnie prawie jak na lotnisku w Nowym Jorku. A tu proszę mimo obmacywania race zostały wniesione, więc jakim fortelem? Dym na Narodowym był gęsty jak mgła w najgorszym wydaniu. Zakopcony stadion wywietrzy się na szczęście do 12 maja i będzie wizja. Co prawda motocykle żużlowe też kopcą, lecz nie tak jak bateria rac. DOŚĆ już fajerwerków na stadionach i pora na odsiadki przymusowe dla tych, co zadymiają.

SPEEDWAY w Warszawie wiosną staje się już tradycją i kibice chętnie przyjeżdżają do stolicy z całego kraju. Spodziewają się zwykle triumfu POLAKA, bo przyjemnie jest wysłuchać hymnu narodowego na… Narodowym. Symbolika. Ale, ale…

Utrzymujący się w znakomitej formie Szwed Fredrik LINDGREN wygrywa wyścigi w stylu niemal kosmicznym. Kto mu zagrozi, kto pokona szybkiego, doświadczonego Szweda? Patryk Dudek, Bartosz Zmarzlik? Jeszcze mamy na flance Macieja Janowskiego, debiutanta Przemysława Pawlickiego i z „dziką kartą“ Krzysztofa Kasprzaka, który dostał duży kredyt zaufania, wszak ma na koncie srebrny medal mistrzostw świata, po którym niestety dostał przykrej zadyszki. Pora najwyższa na zresetowanie tego, co niedobre. Rezerwowymi są młodzi: Maks Drabik i Bartosz Smektała.

Turniej w Warszawie otworzy długi wyścig po mistrzostwo świata, wprawdzie finał jesienny będzie miał miejsce w TORUNIU, lecz nie odbierając chwały temu miastu, stolica Polski dałaby radę na przygotowanie zakończenia sezonu, spinając klamrą serial turniejów GRAND PRIX. A Toruń mógłby mieć imprezę w innym terminie, zwłaszcza, że właściciele serialu MŚ nie mają za dużo ofert na organizację GP.

PREMIERY mają to do siebie, że przynoszą niespodzianki a sport nie znosi rutyny, dlatego funduje zaskakujące rozstrzygnięcia i ten walor przyciąga, magnesuje, fascynuje bez granic kibiców na świecie.

HISTORIA Grand Prix sięga 1995 roku, pierwszy turniej we WROCŁAWIU wygrał Tomasz Gollob, który na obszarach tych imprez zostawił dużo wspaniałych wspomnień; rozkochał nie tylko polskich fanów. Ubiegłoroczny turniej w stolicy zakończył się triumfem wspomnianego Lindgrena, który przy takich osiągach na polskich torach znów ma szansę udowodnić wyższość w elicie światowej. Czy tak będzie? Szwed wygrał w Goeteborgu w 2012 turniej GP, jednak nie zbliżał się w karierze do podium mistrzostw świata. Stabilny w miarę, ma szybkie motocykle i doświadczenie, błyszczy w barwach częstochowskiego Włókniarza i tolerują go przy okazji psy trenera Marka Cieślaka.

Tytularnym sponsorem warszawskiej bitwy jest firma BOLL z Zielonej Góry, która działa w branży samochodowej a dominującym kolorem tej marki jest zieleń. Sędziuje na Powiślu Duńczyk Jesper Steentoft, który nie jest kryształowym arbitrem. Prezydentem Jury Międzynarodowej Federacji Motocyklowej – Włoch Armando CASTAGNA, który szefuje światowemu żużlowi jeszcze i nie wiadomo jak długo.

Tor ma 274,21 m, rekord 54,34 sek. wykręcił Amerykanin Greg Hancock podczas GP w 2016 roku, myślę, że może być pobity, bo towarszystwo ma coraz szybsze motory. W historii GP w Warszawie w 2015 roku zwyciężył Słoweniec Matej ŻAGAR, jemu dobrze tam się jeździ, rok później był trzeci a wygrał Tai Woffinden, angielska reklama totalnego tatuażu. W 2017 Fredrik LINDGREN nad Wisłą był najszybszy i co to oznacza teraz? Maciej Janowski był drugi a trzeci przyszły mistrz świata Australijczyk Jason Doyle. Działo się, oj działo a kibiców ponad 50 tysięcy. Mocna atmosfera. STADION NARODOWY jest elegancką areną dla żużla, organizatorzy zapomnieli już wpadkę z torem a jak będzie tym razem? Jak się nie przewrócisz, to nie nauczysz.

Majowa premiera jawi się prawdziwie ekscytująco. Następnie będziemy mieli na naturalnym torze 26 maja Grand Prix Czech w PRADZE na Markete. Firmuje ten turniej turecka oponiarska firma ANLAS, która niespodziewanie podpisała na trzy lata kontrakt z organizatorami BSI/GP i dostarczać będzie opon dla uczestników ścigania się o mistrzostwo świata. TURKÓW w przestrzeni żużlowej jeszcze nie mieliśmy; „po drodze“ firmują oni GP w Pradze. Eray Sayci dyrektor zarządzający Anlasem twierdzi, że towar nie zawiedzie, gdyż wsłuchiwali się w opinie zawodników. Ano zobaczymy.

WARSZAWA i PRAGA na początek, dwa różne stadiony, tory przede wszystkim, ale stawka jednakowa i uczestnicy z cenzusem. Do Pragi wrócę po Warszawie, nad WEŁTAWĄ mówią, że jeśli nad WISŁĄ wygra POLAK, to Czesi będą mieli plochą drahę z kompletem widzów i Marketa będzie biało – czerwony.

No dobrze, ale co zrobić z rozpędzonym fantastycznie Frederikiem Lindgrenem? Może pięcioosobowa polska husaria zatrzyma szwedzki „potop“? Byłoby hucznie i radośnie.

Foto: Monsterenergy

Nowozelandzki Ivan VI

0007AZ0I1AGELVLC-C122-F4

Coraz ich mniej. Mistrzowie świata odchodzą na „drugą stronę rzeki“. Umarł multimedalista żużlowych torów, Nowozelandczyk IVAN MAUGER. Miał 78 lat, Ivan za wcześnie odjechał z życiowego stadionu, gdzieś tam daleko, hen, skąd nie ma już powrotu do żywych/ pogrzeb 27 kwietnia/. Jest legendą, pisałem o Nim ponad rok temu, ciężko chorował, miał wylew, afazja utrudniała porozumiewanie się z rodziną, z innymi. Opiekowali się nim troskliwie. Urodził się w nowozelandzkim Christchurch w 1939 roku, mieszkał w Golden Coast na australijskim wybrzeżu w stanie Queensland. Z żoną Raye mieli dwie córki Julie i Debbie oraz syna Kyma. Tworzyli sympatyczną parę, ona jeździła na zawody, kiedy tylko mogła, mistrzostw świata nie opuszczała, była kobietą przyciągającą wzrok mężczyzn. Odnosiłem zawsze wrażenie, że Ivan był mężczyzną jej życia. Był…

Uczył się speedway’a pod okiem mistrza świata/ Wembley- 1951,1952/ Jacka Younga; zaczął w 1955 roku, dwa lata później przyleciał do Anglii. Startował w wielu klubach brytyjskich, robił prędko karierę, szybki na startach, inteligentny, walczył, inwestował w sprzęt. Miał ponadto zmysł do interesów. To on ulokował na swoim ubiorze markę francuskiego alkoholu Ricard. Razem z angielskim dziennikarzem Peterem Oakesem wydawał książki, m.inn. sezonowe statystyki, zgrabnie edytowane, pilnowała tego także Raye. Widywaliśmy się na mistrzostwach świata, drużynowych, indywidulanych, parami, na długim torze. Budował swoją legendę profesjonalizmem, który nie zawsze był odbierany trafnymi ocenami, doszukiwano się „sprytu“, bo Ivan imponował zwykle skutecznością. Sympatyczny, rozmowny, acz skupiony gdzie trzeba. Chciał/ korespondowaliśmy w tej sprawie/ po zakończeniu kariery /podjął decyzję w wieku 46 lat/ zorganizować turnieje na Stadionie Śląskim, na obiekcie, gdzie w 1973 roku przegrał sensacyjnie w obecności ok. 100 tysięcy kibiców, dodatkowy wyścig z Jerzym Szczakielem. Przewrócił się na wirażu, opolanin pędził do mety jak szalony, Ivan leżał i nie mógł pojąć, że tym razem złoty medal nie dla niego. Na tym samym stadionie w 1979 roku zdobył szósty tytuł/!/ mistrza świata; to był świetny, pogodny turniej. Zenon Plech zdobył srebro, choć bardzo marzył o złocie, lecz niskiego wzrostu Mauger okazał się Wielki. Rycerz żużlowych torów, które z jego udziałem miały atmosferę show, rozbudzały spekulacje, podkręcały emocje. Mauger umacniał autorytet postawą na torze i poza nim. Zawsze obok niego stała wierna Sarah Raye, były dzieci/ najstarsza Julie/. Kym próbował startów, lecz wycofał aspiracje, mimo ojcowskiego patronatu.

W 1971 roku na rybnickim torze razem ze swoim rodakiem Barry Briggsem /rocznik1934/ przegrał sensacyjnie finał mistrzostw świata par, bo szybsi byli z kompletem punktów/!/ Jerzy Szczakiel i miejscowy talent Andrzej Wyglenda. Bajkowe zawody, wielcy wygrani i wielcy przegrani. Ale w 1968 roku indywidualnie był najszybszy w szwedzkim Goeteborgu, zaś Edward Jancarz w swoim debiucie trzeci! Polacy jak cienie jeździli za słynnymi ścigaczami. W 1970 roku we Wrocławiu także w indywidualnym finale MŚ Mauger wygrał zawody przed Pawłem Waloszkiem. Paweł nigdy nie był tak blisko złota, no, ale ten “gold” wpadł do kolekcji Ivanowi.

Indywidualne ściganie, parami/ z Briggsem, potem m.inn. z małym Mitchem Shirrą/, drużynowe finały, na długim torze. Nowa Zelandia, taka mała a lepsza była wtedy od większej Australii. Mauger głośno sławił swoją ojczyznę. Gdzie są dziś następcy Maugera i wielokrotnych mistrzów świata Briggsa/4/, Ronnie Moore’a/2/? Nie widać i nie słychać. Niestety. Nowozelandzki speedway jest na mieliźnie.

MAUGER w okresie zimowej pory w Europie, organizował na słonecznych w tym czasie Antypodach turnieje; chętnie tam dolatywano, ścigano się w innych warunkach torowych, nie tylko pogodowych. Ciekawe doświadczenie dla przyjezdnych i cenne przedłużenie sezonu. Polacy tam bywali, indywidualnie i drużynowo. Mauger o Polsce nie zapominał, okazywał sentyment, podobnie Raye. Dlatego zrobił dwa pożegnalne turnieje w Gnieźnie i Lesznie, niestety miał kolizję na stadionie Startu z Andrzejem Huszczą/ bez winy Polaka/ i w Lesznie poobijany już nie wystartował. W pałacu w Rydzynie, dobrze pamiętam, Ivan był oblepiony plastrami, liczne grono kibiców zagranicznych współczuło i rozumiało pech swojego idola. Wszyscy żałowali i hotelowy bar miał upojne powodzenie; wódka rywalizowała z szampanem.

Na Antypodach współpracował z Czechem Vaclavem Vernerem, który niedawno zmarł w Pradze. Ubywa autorytetów, asów ścigania, ich medale nabierają muzealnej wartości. Niestety życie i jego nieubłagana ucieczka w inny świat są nieuchronne.

Ivan Mauger był firmą bez ograniczonej odpowiedzialności. Nie wspominam teraz statystyk, jego udziałów w mistrzostwach świata. Robiłem maugerowski bilans kariery ponad rok temu w felietonie pt. MAUGER, nie tak dawno wspominałem raz jeszcze dokonania w kontekście choroby i ogłoszenia wyprzedaży jego motocykli z powodu wysokich kosztów leczenia. Barry Briggs i jego syn Tony w rozmowie ze mną, postrzegają Ivana jako wybitnego sportowca, który speedway umacniał skutecznością i barwą jazd oraz moralnym autorytetem. Podobnie zaznaczył Duńczyk Ole Olsen, gdzie w Vojens Mauger ścigał się wielokrotnie w dramatycznych turniejach. Były to czasy złotego oświecenia, wydarzeń jak igrzyska olimpijskie, znakomitych jazd na londyńskim Wembley, Stadionie Śląskim, we Wrocławiu, Lesznie. Kultowe wobec kompletów publiczności. Jednodniowe finały IMŚ były żużlowym szczytem i tego nam brakuje. Ostatni raz rozmawiałem z Ivanem bodaj w 1999 roku w duńskim Haderslev/ tam urodził się Olsen/ w hotelu „Norden“, gdzie przyjechał na zawody w pobliskim Vojens.

Uff, apeluję gorąco, by włodarze śląskiego obiektu nazwali imieniem legendarnego Ivana Maugera choćby jakąś cząstkę tego stadionu, na którym Nowozelandczyk swoim uczestnictwem podnosił wyraziście rangę. I nie trzeba tego absolutnie tłumaczyć. Czekam zatem na pomyślny lot mojej idei a nic by się nie stało dziwnego, gdyby zaistniał Stadion Śląski im. Ivana Maugera. Antypody bliżej Europy a „Śląski“ światowy i pomysł nie jest chyba szatański.

 

339339.jpg

Żużlowy, sportowy świat okrył się szczerym smutkiem po śmierci Ivana. Bardzo mi żal także… moje dziennikarstwo było silnie ozdobione laurami tego zawodnika rywalizującego z polskimi oraz innymi asami. Pokonać na starcie Maugera, było połową

“Szoł” prezes

Decorating-Easter-Eggs-SBS-3-CMS

Mamy święta i pierwszy dzień tych bardzo radosnych dni znaczony jest Prima Aprilisem. Robi się w tym dniu różne psikusy, dla hecy. Kiedyś napisałem, że do hotelu “Katowice” przejazdem Mercedesem do Moskwy zjawi się francuska aktorka Marina Vlady, która romansowała namiętnie z rosyjskim bardem Włodzimierzem Wysockim. To była miłość od pierwszego wejrzenia nie tylko tych dwóch osób ale także mariaż Wschodu z Zachodem. Wysocki zachrypniętym głosem był zakazaną ikona artystyczną w trudnym czasie politycznym na świecie. Zjawił się przed hotelem tłum fanek, fanów, władza miała z tym problem na szczęście ja nie, bo obronił mnie “immunitet” primaaprilisowy.

Nie ukrywam, często w tym miejscu przywołuje cytaty, wspomnienia, szperam w swojej głowie i staram się aby Czytelnikom było dobrze. Obserwuj scenę sportu od wielu lat. I nie tylko tę scenę. Kiedyś spotkałem w Zielonej Górze człowieka, który mnie zobaczył i palnął jak łysy o beton, to pan jeszcze żyje. Sparowałem jak bokser , to pan nie czyta Tygodnika Żużlowego? Ano nie, żegnam pana i kątem oka widziałem, jak przypatruje mi się z niedowierzaniem. Człowiek jest istotą ułomną. Mówi się, że popularność jest jak opalenizna, szybko schodzi…

W historii żużla mamy osoby wybitne, zawodników, szkoleniowców, prezesów, którzy razem stworzyli i tworzą rozdziały tego sportu. Etapy znaczone walką o przetrwanie i ozdobione laurami, które dla słabych charakterów są niebezpieczne. Po prostu “odbija im

palma”. Znacie? No na pewno! Zawodników cierpiących, żużlowców świetnych, bogatych, biednych I takich, co kiedyś bralki tzw. bezzwrotne pożyczki/ jest taki nawet rekordzista i niech każdy sobie przypomni lata tzw. komuny/. Jedni mają, drudzy stracili samo życie kreśli historie, które nie zawsze są racjonalne. Nie lansuję hasła słynnego Jana Himilsbacha, artysty, aktora/ film Rejs/, który mawiał przy barach różnych knajp, że w życiu treba pić i jeb… żeby z nędzy się wygrzebać. Co jest dobre a co złe niech Czytelnicy sobie pomyślą, najlepiej w oparciu o swój życiorys. W czasach, kiedy na stadionach telewizja była wydarzeniem o którym się mówiło potem dlugo i z emocjami, osoby funkcyjne na stadionach nie były jeszcze opętane parciem na szkło. “Telwizyjne szkło” coraz bardziej wchodziło na arenę żużlową i rasowało charaktery. Pokazać się gdzieś, choćby na ułamek minuty, było na miarę imponowania. Z biegiem lat TV mościła sobie miejsce w żużlu i bardzo dobrze, bo nie tylko upowszechnia ten sport ale równocześnie wspomaga finansowo dzięki reklamowym ofertom. Biznes jest wielokierunkowy. Dziś żużlowe środowisko skażone pozytywnie telewizyjnymi przekazami nie wyobraża sobie życia bez obecności kamer TV na stadionach, pokazywania się na antenie i to różnych stacji. Nie lokuję towaru, więc zostaję bez marek.

Obserwuję sporty różne, speedway uwielbiam, lecz on nie jest osamotniony w miłości. Jakoś sobie nie wyobrażam, by prezesi wielkich piłkarskich klubów latali po murawie, odwiedzali szatnie. Obecni na stadionie w lożach władcy Realu, Barcelony, Bayernu, angielskich oraz włoskich klubów nobliwie śledzą, jak “ miliony dolarów” na boisku wykonują robotę. Nikt nie leczy kompleksów przez wbijanie się w oko kamery.

A speedway? Słaby musi a mocny może…

Nie neguję zachowań, każda osoba publiczna zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności pokazywania swojej twarzy. W każdym razie ewolucja, głównie prezesów, zmierza ku pozyskiwaniu popularności przez pokazywanie się na stadionach wszędzie i nie koniecznie w potrzebnym czasie. No tak, istnieje pewne ryzyko, że facet może być wygwizdany, publicznie obrzucony słowami, którymi obecnie wybrukowane są ulice. Popularność jak opalenizna szybko schodzi, powtarzam, ale serwuje sukcesy polityczne, awanse, które często jeszcze bardziej umacniają bohaterów klubowych w dążeniu do jeszcze większej aktywności bycia tu i teraz. Sława przemija jak każda powódź.

Na plecach sportowej kariery można wywindować się wysoko. Tak, tak…

Od dłuższego czasu umacniana jest tradycja prezentacji drużyn przed sezonem. Dobry pomysł dla kibiców, mają okazję atrakcyjnie zobaczyć swoich idoli, nowych zawodników i snuć rozważania, jaki będzie kolejny sezon. Niektóre prezentacje zamieniają się w kabaretowe występy prezesów, zawodnicy są pretekstem, tłem. Leczenie kompleksów jawne i powstaje pytanie po co wydawać pieniądze na prezentację szalejącego prezesa?! Środowisko jest dobrze zorientowane w słabościach klubowych władców. Przyjdzie czas na weryfikację takich postaw, na obnażenie słabości męskich. Pieniądze moi kochani nie lubią rozgłosu, to prawda od wieków.

Speedway z jednej strony buduje wizerunek bogatej dyscypliny, z drugiej mamy ścianę pod którą stoją potrzebujący każdej kasy. W blasku jupiterów tracimy nie tylko w sporcie rozsądek. Nie każdy jest Kamilem Stochem, który poprawi i moich kolegów jak wymaga tego sytuacja. Pycha jest zgubna, truizm, zarozumiałość jest wrogiem skromności.

Mamy początek sezonu, jednak pogoda tak łagodna w środku zimy, pokazowo dała kopa na swoje ostatnie dni. Damy radę? Słońce już daje znać. Turnieje indywidualne a potem liga, która rozbudzi emocje. Szansa dla latających prezesów, popychających motocykle zawodnikom, miotających się śmiesznie od kamery do kamery, od mikrofonu do mikrofonu. Bez dystansu. Lepko. Bezkrytycznie.

Garnitur Armaniego nie powstrzyma zapędów, wręcz odwrotnie, jak katalizator rozpali złe emocje. To w przypadku słabości charakterów. Trudno. Niech się dzieje.

Przed nami nie tylko wielkanocne uczty, tenże dowcipkujący Prima Aprilis i śmigus dyngus. Wiadro zimnej wody przydałoby się na głowy niektórych, by zrozumieli, że kabaret wymaga prawdziwych artystów. I jeszcze jedno, przypominam jednego z pisarzy Izaaka Babla, który napisał, że żadne żelazo nie może wejść w ludzkie serce z tak rażącą siłą, jak kropka w porę postawiona. Alleluja!

Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

Fanaberie

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23

MARZY mi się turniej, który będzie rewanżem za serial Grand Prix, startują ci sami zawodnicy/ bez ostatniej czwórki a może nawet szóstki/ i jadą… Na serio. Bez ulgowej taryfy, a moc może zapewnić tylko pokaźna nagroda np. w postaci efektownego auta /Ferrari/ Czy stać jakiś samochodowy koncern na taki wydatek? Myślę, że tak, bo spektakularne odbicie mityngu przekazywanego w świat via TV, ponadto będzie pomostem do dyskusji nad dalszym losem “połamanego” speedway’a. I to nie jest żadna fanaberia, ani filmowa fantazja w stylu Felliniego czy Allena. Po prostu brakuje hitowego, atrakcyjnego turnieju, więc dyskusję otwieram na przednówku sezonu. Na razie nie opatentowałem jeszcze tej idei, lecz wierzę, że przy konkretnym zaAngażowaniu, główna nagroda zwróci się bez problemów, tak jak kompensuje się się budżet wybrańców organizujących Ekstraligowe Mecze Największego Zainteresowania. Bo ligowa młocka firmowana przez Nice kruszy się powoli jak kra na wiosnę.

NA żużlowym przednówku rozpalają się rozmaitej treści dyskusje. Od czego zacząć?

Na tapecie raz po raz jest Gorzów, który organizuje jubileuszowy Memoriał Edwarda Jancarza. Nie tylko z tego powodu, bo środowisko tamtejsze jest związane z żużlem na zabój. Namaszczony na prezesa klubu przez senatora ziemi gorzowskiej Maciej Zmora pochwalił się, że z żużlem ma do czynienia już bodaj 14 lat. Co ma powiedzieć Jerzy Kaczmarek, poznański, emerytowany sędzia, który prowadził ponad 400 spotkań? Był działaczem, menedżerem, zapoznał dogłębnie z żużlowym, polskim salonem słynnego Duńczyka Hansa Nielsena i nie wymieniam lat działania Kaczmarka, bo nie chcę konfrontacji stażu prezesa Zmory. No tak, można być dwa lata i być wielkim, Napoleonem żużlowych pól bitewnych. Zmorę “trącił” Jan Krzystyniak, który ongiś był zielonogórskim objawieniem obok Huszczy, Olszaka, Jaworka… Falubaz ponad wszystko. Pan Janek z biegiem czasu zmieniał kluby, szkolił, speedway ma we krwi. Gorzów organizuje Memoriał Jancarza i nie ma na liście startowej nikogo z ekipy toruńskiej, a stalowcy jeżdżą ligowo po turnieju u siebie z pomorskim teamem. Lepiej ich nie zapraszać, bo zapoznają się z torem? Małostkowość prowincjonalna. Mocni ludzie nie boją się niczego, zwłaszcza, że w żużlu pogoda czasem krzyżuje plany. Nagle zawierucha, nagle niebiosa reżyserują widowiska albo wręcz je odsyłają na inny termin. Uroda tego sportu, mimo nadkomisarzy nad sędziami, losem, który perfidnie układa swoje plany. Prezes Zmora boi się a wygląda jak facet, który niczego się nie boi, tak go odbieram, mimo incydentalnych widzeń. Trochę empatii na Boga. Kiedyś pokutowała bzdurna zasada, kilkadziesiąt lat temu, że jeśli mamy ważny turniej międzynarodowy w mieście XYZ, to żeby nawet mury się waliły musi wystartować zawodnik miejscowy. “Bo na niego przyjdą kibice”… Nonsens, Tak “spalono” zawodników bez formy w tymże Gorzowie/ była taka dtrużynówka MŚ i zestresowany,miejscowy idol zdobył zaszczytny punkt/ JEDEN/, nie wymieniam kto ale tak było. Ośmieszono także zawodników w Lesznie czy Rybniku… Lansujący maniakalnie taką tezę i mający poparcie w klakierach z wazeliną już nie żyje. Teoria błędna, czasem niszcząca psychicnie będącego bez formy zawodnika.

Piszę o tym, bo fakty bywają okrutnym świadectwem głupoty, przechodzą do historii bez odpowiedzialności i wniosków.

Maciej Zmora nie powinien bać napić się piwa w trudnym towarzystwie. No cóż, robi swoje, może z kimś, budzi lęki, że coś nie jest tak z myśleniem.

KOLEJNY problem, tzw. kindersztuby zawodników. Z tym bywa różnie, bo dużo wynosi się z domu, sporo uczy życie ale generalnie trzeba mieć wrodzoną inteligencję, by zachowywać się jak należy. Speedway jest popularny, ludzie z innych sportów, zdobywcy olimpijskich medali zachowują skromność. Inteligencja nabyta nie wygrywa z tą wrodzoną. Speedway jest “dumnym” sportem i niektórzy uważają, że zjedli wszystkie rozumy zwłaszcza na wirażach. Znany zawodnik, kiedy wyczytał czy usłyszał pochlebną cenzurkę ode mnie, to kłaniał się z daleka, kiedy było odwrotnie unikał spotkania i najlepiej, gdyby przechodził z lustrem obok mnie. Po co patrzeć w lustro, skoro gęba krzywa? Tak napisał Gogol. Jeden z dziennikarzy w sieci wspomniał o górnolotnym zachowaniu wschodzącej gwiazdy polskiego żużla rodem z Częstochowy, na wrocławskim żołdzie. Nie daleko pada jabłko od jabłoni, pochlebstwami karmią się ludzie mali i mimo talentu brakuje im wychowania. Znam tylu świetnych asów nie tylko polskiego sportu; przez 50 lat mojej służby nazbierało się w albumie pamięci tylu zacnych postaci; zawodników, szkoleniowców. Kilka miesięcy temu próbował mnie ustawiać do pionu jeden z byłych szkoleniowców, megaloman, który cierpi na brak ofert. Pokracznie to zrobił, złośliwie, czekał długo na przywalenie. Biedny duchem, zawistny umysłem.

MAGIA parcia na szkło jest wielka, niektórym szkodzi ten fakt wyraźnie. Potykają się językowo, chichotem nadrabiają niedouczenie. Na dużych spotkaniach towarzyskich, konferencjach widzimy udawanie i leczenie kompleksów. Wcześniej czy później życie weryfikuje, obnaża wizerunek. Ono nie wybacza i bezlitośnie chłosta. Życie kocha normalność a likwidacja kompleksów jest przewlekłą terapią i wprawdzie nie boli ale innym dokucza. Na szczęście są szczepionki, choć jeśli pacjent nie chce się wyleczyć, medycyna jest bezradna.

KINDERSZTUBA, mania wielkości rodzi się w domu, przechodzi przez szkołę, klub i kiedy zostaje zgwałcona, gorączkuje, najzwyczajniej gnije, jak to jabłko, które zwykle spada nie daleko od jabłoni. Rzecz w tym, by czasem je zostawić tam, gdzie spadło a wiadomo, co potem ze zgniłkami się dzieje.

I to nie są żadne fanaberie.

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.

 

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.