TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

EROZJA kwarantanny

Będzie inaczej w tym felietonie, nie tylko z okazji wielkanocnych świąt, zwykle bardzo radosnych, wiosennych, symbolizujących życie. Wielkanoc w kwarantannie. Maciej Stuhr powiedział w TVN 24, że ktoś nam wyłączył na tym świecie wtyczkę i jesteśmy razem w domach. Zanurzyliśmy się, dodał, w rodzinnych kątach. W myślach, przeszłości, która determinuje przyszłość. Nie wiemy co wydarzy się z nami, ze światem, gdyż “już nigdy nie będzie jak było”. Każdy z nas ma swoje refleksje, których nie można schować do szafy. Na nocne rozmyślania nie reagują tabletki “nasen”. Mocny stres napędza zmory. Nagle sytuacja odmieniła nasze pospieszne życie, zamknęła w domach, telefony stały się przekaźnikiem co dobre, co złe, inne priorytety wyznaczają czas.

Dawno temu /ach, jak te lata przeminęły/, jeszcze w krakowskiej, uniwersyteckiej, młodości napisałem “Zakamarki” :

 

“Nie możesz zamienić co nasze

W pochodnie Nerona

W świeczniki szczęścia bo

Jesteś wtopiona na wieki

W skały i lasy szumiące

Dobrocią

Źródłami nadziei

Wielkiego życia

Jestem niczym wobec drzew

Kwiatów

Ptaków

I ludzkiego łkania”.

 

NIE wpadam w sztuczny etos. Pytają mnie czasem przy różnych okazjach o pesel, patrzą  a do mnie dociera przemijanie. Z jednej strony życie i praca. Wyobraźnia i realia.

Moje CV jest w dużej części związane z przygodami zawodowymi w obszarach sportu, choć nie tylko mocno zaznaczam. Speedway miałem wstrzyknięty bardzo wcześnie, nie wyssałem z mlekiem matki ale w czasach szkolnych uwiódł mnie aż do teraz. W okresie wspomnianych lat studenckich żużel nie był najważniejszym hobby. Miał karencję na inne problemy, potem także, bo priorytety w życiu każdy ma inne i zmieniają się niczym  pogoda. I nastał taki czas, że pochłonął mnie za bardzo, wybrnąłem, uważam, że nie za każdą cenę można tracić ważniejsze cele. Ale jednak tkwię w szaleństwie wyścigów, przeżyłem różne etapy polskich sportów motorowych, kadrowe przebieranki, sam kiedyś też uczestniczyłem w amoku żużlowej działalności i nie żałuję. Były doświadczenia, kontakty, niektóre przyjaźnie zostały do dziś, łatwiej być bardziej rozumianym poza granicami, niż na polskim rynku. Sprawa mentalna od wieków w polskim wydaniu oceny ludzi, lekceważnia, poniżania autorytetów, w czym jesteśmy mistrzami. Kompleksy rugują wiedzę. A teraz w czasie grozy cennik życia nie uwzględnia luksusu.

Muszę odetchnąć, słucham “Crazy” w wykonaniu Amerykanki/z Kalifornii, gdzie kolebka speedway’a USA/ romantycznej Lindy Ronstadt. Polecam Lindę na święta.

 

Wielkanoc anno 2020, bez zapachu metanolu? Drugi dzień świąt, czyli tradycyjny “lany poniedziałek” był przez wiele lat szumnym otwarciem ligowym “żużlowym mazurkiem”. W roku nieszczęścia koronawirusowego będzie inaczej, kibice muszą pozostać w domach, powspominać i być zdanym na przekazy archiwalne w TV. Dobre i to. Na speedway przy otwartej kurtynie przyjdzie nam poczekać bezterminowo, gdyż pandemia nie ma adoratorów, którym cokolwiek daruje. Trzeba pokory, cierpliwości, zrozumienia.

W swojej publicystyce, felietonach nie tylko na tych łamach, innych mediach, “wypuściłem” z duszy trochę rozmaitych pomysłów, walczyłem/ i dalej to robię/ z absurdami, które wirują w sporcie oraz naszej rzeczywistości. Chciałem i dalej marzę, aby speedway w skali europejskiej, światowej odzyskał grunt pod kołami. Betonowy mur trudno skruszyć słowami, potrzebny młot, ale co zrobić jak ten mur ciągle umacniają betoniarze? Empatia bez maski i rękawiczek czeka pilnie na reset. Żużel jest męską grą.

A więc drodzy miłośnicy jazd tylko w lewo: sponsorzy, ludzie “produkcji” tego sportu w różnym wydaniu od prezesów po ochroniarzy, róbcie na swoje możliwości jak chcecie i co chcecie, lecz niechaj skromność skutecznie poleruje wzniosłe ego. Czym różni się mózg od rozumu? Ten pierwszy każdy posiada, a co z tym drugim? No właśnie, deficyt, inflacja. Więc organizujcie ile wlezie, urządzajcie polski żużlowy rynek bezkrytycznie, acz wielką cnotą mieć w sobie chociaż odrobinę samokrytyki. Erozja głupoty niszczy co cenne. Obłudny chichot historii przewraca pożółkłe kartki pamięci. I co dalej?

Świat żużla a Wielkanoc jest okresem spowiedzi w różnych kwestiach, potrzebuje autorytetów z mądrymi decyzjami. Ten sport wymaga reform, nie tylko wobec deformacji kalendarza spowodowanej pandemią; powinien być powołany EXTRA SZTAB KRYZYSOWY/, z osobami kreatywnymi, bez tanich sloganów, zero oklepanych nazwisk, odkrywania tego, co już było. Oto np. jeden z byłych żużlowców, niegdyś Falubaz, lansuje nagle “swój” pomysł i sugeruje/ nie tylko on / na jednym z portali jednodniowy finał IMŚ. Szkoda, że nie wcześniej, potaniała odwaga na kanwie wirusa.

Analizowanie opinii jest wartością dodaną, lecz bez uprzedzeń personalnych. Polski speedway jako wiodący na świecie winien złożyć nową ofertę zagranicy. Słyszałem opinie, że bez importu zawodników/ a walczono kiedyś o to długo/ damy radę, otóż nie, bo nic tak nie uzdrawia jak uczciwa konkurencja. Asy zapewniają atrakcyjny poziom ścigania i nie jest to populizm, raczej pragmatyzm, choć w zaistniałej sytuacji polskie ligi będą ekonomicznie zmuszone do neokontraktów. Tak, jak było, już nie będzie… panie prezesie, panie wice, panie liderze i outsiderze, nie zbudujemy zamków na szkle. Jak ułożyć “klocki”? Zacząć od siebie? Speedway dotknie nieuchronnie recesja, która nie jest widmem a raczej twardą rzeczywistością z którą trzeba się zmierzyć. Nie ma zawodu o nazwie: sportowiec, żużlowiec. Pamiętam, kiedy pilnowano adeptów żeby nie zaniedbywali edukacji. Eskalacja zarobków i obfity kalendarz startów wywindował dyscyplinę wysoko i zlekceważono, co czeka nie tylko emeryta sportowego po zakończeniu kariery. Losowy, pandemiczny cios weryfikuje teraz brutalnie, bezlitośnie a niebezpieczny krach jest przykrym faktem. Wykonawcy żużlowego show, muszą realnie ogarnąć się wokół siebie, fani robili dla nich dużo /frekwencja/, a co oni teraz “dadzą” fanom? Cudu nie będzie, kwarantanny domowe zbliżają, oddalają, trwa bilansowanie budżetu i zdrowia. Świat żyje w strachu, niepewności jutra. Ludzie odchodzą na “drugi brzeg rzeki” w samotności głośnej ciszy, bez względu na wiek…Bezradność.

Chciałbym, żeby każde święta były rodzinnie radosne, bez ograniczeń liczby uczestników, by speedway znów zahuczał w wielkanocny śmigus dyngus. Marzenia? Wymknęło się ogromnie dużo spraw, które muszą odzyskać twardy grunt, bez ekstraligowego hurra optymizmu. Niektóre związki sportowe ratują kluby/ PZPN/, a żużlowe extra towarzystwo myśli… z czego dać. Kiedyś mówiło się, że Polski Związek Motorowy pożyteczny jest i zdrowy. To były czasy niezapomnianego prezesa Romana Pijanowskiego, stratega, auto –  moto dyplomaty. Skończyło się a nie wszystko jest na sprzedaż przecież. Co nam zostało z tamtych, lat?  Dyngus, lanie wody, tłumy na stadionach i radość spotkań na stadionach –  oto wspomnienia piękne i niezapomniane.

Jak powiedział Stuhr jr.? – “Ktoś nam wtyczkę wyłączył”… No tak, stało się i gnębi okrutnie. A najgorsze, że nie wiemy, strasznie zagubieni, jak jeszcze długo. Crazy.

Czarny tor

Ale zaraza, “pajęczyna” COVID – 19, uśmierca tysiące osób, jedna doba w Italii przyniosła prawie 800 zgonów. Dramat globalny otwiera i zamyka serca. Jednak chyba nie upośledza rozsądku? Tak by się wydawało, przykłady/ widzimy, słyszymy/ są inne. Pisałem w poprzednim felietonie, że serial Grand Prix nie ma szans w takiej konstrukcji. Optymistycznie zakładałem ewentualne 3 – 4 turnieje. Agresja wirusa zmienia jednak tragiczną sytuację. Jeśli jesienią dojdzie do złagodzenia tego śmiertelnego zagrożenia, proponuję absolutnie jeden turniej jako finał przykrego sezonu na otwartym stadionie z dobrą infrastrukturą, bezpieczeństwem higieny etc. Jaki to może być stadion? Tylko jedno wg mnie jest takie miejsce: VOJENS, w Danii  z bardzo przemyślaną liczbą publiczności. Fantastom różnego pokroju polecam lód na głowę, jestem polskim patriotą, lecz nie widzę innych szans na ochronę zdrowia, życia ludzkiego, a także kontynuacji procesu ratowania żużla. Polska strona tego sportu, lider na globalnym rynku, powinna zasugerować Międzynarodowej Federacji Motorowej/ prezydent Jose Viegas – Portugalia/ drogę ocalenia. Piszę te słowa z końcem marca 2020, po przykrych doniesieniach z całego świata. Nie ma jednak takiego jasnowidza, który przewidzi, co będzie za miesiąc, latem albo później. Brońmy się razem z empatią skutecznie, aby kiedyś cieszyć się wspólną obecnością na stadionach. Jutro, pojutrze… Przekładanie Grand Prix w Warszawie/ Stadion Narodowy/ z 16 maja na 8 sierpnia jest absurdem.

Kursowało ongiś/ nie wiem kto jest autorem/ takie powiedzenie: Polski Związek Motorowy/ PZM/ –  pożyteczny jest i zdrowy. Dedykuję żużlowej sztucznie podzielonej od dawna władzy, która “zamroczona” w utrzymaniu swojego bytu, jest liczona w narożniku. Jak utrzymać siebie kosztem zawodników i kibiców? Trzeba ratować życie a nie twarz. Wirus jest bezwzględny. Doświadczamy, że osłabia nie tylko płuca… Gorzej.

 

Czas zarazy, marzec 2020

Królewskie/ GB/ lekcje

GB… Great Britain, oznaczenia na samochodach. Wyspy, gdzie królowa rządzi a speedway sprowadzony został z podległej Australii. Pojechał na koniec świata Johnnie Hoskins i spodobały mu się wyścigi na motocyklach, więc postanowił spróbować jazd tylko w lewo i na motorach bez hamulców w Anglii. W północnym Londynie zaczęła się zabawa, która prawie 100 lat temu opanowała serca fanów, dirty – track, potem pojawiła się nazwa speedway, zaś u nas żużel, porywający dusze, wywołujący dreszcze emocji. Spleen. Anglicy od razu “kupili” ten rodzaj sportu, zaaranżowali na stadionach, zaczęła się walka, mistrzostwa, ligowe rozgrywki. Bary na stadionach zajęte, raz piwo, potem wyścigi, wieczorna pora dodawała fantastycznych wrażeń, sypały się iskry spod okutego stalą lewego buta. Covery muzyczne, kanapka, piwo, jazdy szalone na torach o różnych parametrach. Karambole, puchary, hity płytowe i okruchy żużlowej nawierzchni na twarzach, ubiorach. Festyny, fajerwerki wciągające jak gąbka wodę. Urodził się kult. Odrębność. Speedway był trendy. Gazety GB opisywały zdarzenia futbolowe, golfa, lekkoatletykę, gonitwy koni i psów, krykieta, speedway miał swoje, mniejsze miejsce, bez specjalnego  szumu medialnego, pierwszym, legendarnym bastionem był stadion Wembley, ikona sportowych obiektów światowych, Mekka piłkarskich fantastycznych szczytów, zaciekłe gonitwy chartów – hazardu bez końca, no i speedway’a, który gromadził ponad 90 tysięcy fanów. Zamieniali oni stadion oraz okolice w niecodzienny jarmark rozmaitości. Obrazki niepowtarzalne, wyścigi ściskające serca, wywołujące niemal ekstazę, bo ogłuszający doping wciskał wykonawców na murawie, na torze –  w ziemię. Show. Extrema bajeczna.

Warto było mi to przeżyć, choć tylko trzy razy/ 1975, 1978, 1981/ jeszcze na starym Wembley, gdyż po liftingu speedway tam nie wrócił. Pamiętam szczegóły dokładnie. Unosiła mnie fala euforii, wracałem napompowany super żużlową estradą. Londyn był długo miejscem, gdzie kończył się sezon międzynarodowy z koronnym finałem mistrzostw świata. Opisywałem w jednym z poprzednich felietonów, jak na Wembley dokonywały się mistrzostwa, zapoczątkowane jeszcze przed II Wojną Światową. Pierwszym poza Wyspami finałem był turniej w Szwecji, w Malmoe/ 1961/ i wyrastaniem/ wcześniej wygrał MŚ w Londynie/ gwiazdy Ove Fundina. Potem przyszła kolej też na Polskę, bo moi rodacy byli aktywnymi działaczami z autorytetem, potrafili zorganizować nie tylko we Wrocławiu finał marzeń a żużlowcy z orłem na piersiach wygrywać, nie tylko tam.

Zanim jednak wyląduję w rodzimym krajobrazie, zatrzymam się jeszcze w Anglii, bo dała ona żużlowo światu, choć nie była kolebką tego sportu, kulturę, ukształtowała styl widowisk. Wciągały magnetycznie. O ile na Antypodach trudno było o regularną ligę, to na Wyspach pomyślano gibko o rozgrywkach, które przyciągały kibiców, funty promotorom wpadały do kieszeni, zbudowano system do powielania. Nie myślano za wiele o unifikacji torów, miały geometrię zróżnicowaną, dzięki temu jazdy były porywające, atutem był refleks zawodnika, uparta walka od startu do mety, bo nie koniecznie wygrywał ten, kto wystrzelił pierwszy spod taśmy. Ograniczenia przyszły potem. Regulaminy są potrzebne, dbałość o bezpieczeństwo, lecz wyszukiwanie rygorów  prowadzi przesadnie do eliminacji piękna imprez. Jakości, ponieważ oprócz równania toru, polewania wodą obserwujemy np. na polskim gruncie do znudzenia niezrozumiałe powtórki startów. Patologia zjawiska irytującego zawodników i obserwatorów.

W polskiej lidze na podstawie spuchniętych regulaminów obsesją arbitrów są starty. Co to znaczy, że ktoś ukradł start? Jest taśma, zielone światło, każdego adepta uczy się cierpliwie, żeby był jak indiańska strzała. Ile razy sędziowie karzą żużlowca za piorunujący start?! Ile powstaje kontrowersji, ile traci widowisko na powtórkach, nie tylko w polskiej lidze, także na gruncie Grand Prix. Komu służą idiotyzmy powtórek?  Przy obecnych środkach technicznych, elektronice, sędziowie psują show, okradają zawodnika z refleksu pod taśmą, publiczność nie wytrzymuje takich numerów. A więc pytam, dlaczego tzw. wstrzelenie się zawodnika w przycisk sędziego jest notorycznie karane, jest recydywą “niewolnictwa regulaminu”. Sport jest piękny ale może być brzydkim zjawiskiem za pieniądze, które wykładają kibice. Wcale mi nie ulżyło, lecę na Wyspy Brytyjskie, które od początku nie dobijały żużla regulaminowymi bzdurami Zawsze liczyła się walka, ciasne jazdy, z loterią zwycięstwa do końca. Oczywiście są sprawy wymagające elastyczności, lecz musi być show: sportowy, organizacyjny. Oto motocyklowa corrida na dwóch kółkach, bez ograniczeń psujących atmosferę.

Tor na Wembley miał swoją specyfikę, zdobyć tam mistrzostwo było sztuką, nie tylko ze względu na klasę uczestników. Poziom zróżnicowany, żużlowcy ze strefy tzw. zachodniej mieli lepszy sprzęt od tych zza “żelaznej kurtyny”. Ale w sporcie liczy się jeszcze brawura i fantazja. Wembley było zagadkowe, pierwszy łuk wąski jak przesmyk, więc start był bardzo ważnym momentem, ciasna jazda  na całym dystansie, każdy wiraż inny, nawierzchnia do uporczywej walki, plus, minus 300 metrów bitwy bez hamulców. Cenna była jakość sprzętu, dobór przełożenia. Kilka rzeczy dzieliło jednych od drugich; zawodnicy ze strefy środka i wschodu Europy przegrywali batalię, podglądano mechaników, rozdawano ulubiony czysty alkohol, on jednak nie regulował różnic, dawał tylko na pocieszenie szanse towarzyskie. Podium było tradycyjnie na Wembley trudnym do zdobycia królewskim “pudłem”. Finały MŚ jednodniowymi igrzyskami.

Dlaczego Anglia była takim miejscem kultowym, o którym marzono z kontynentu aby tam się ścigać? Atmosfera. Nauka. Lekcje procentowały. Warto było korzystać z korepetycji. Wyspiarska liga nic nie dawała? To był prawdziwy, męski uniwersytet czterech okrążeń. Eskapady na mecze międzynarodowe były zwykle porażkami sportowymi. Kto mądry starał się jednak permanentnie o wyjazd do angielskich klubów, Polaków bardzo ceniono;  Edwarda Jancarza, Antoniego Worynę, Zenona Plecha, Romana Jankowskiego… innych. Płacono funtami bez złoconych portfeli. Oni chcieli, bo tam była nauka i świat. Po kryzysie w Szwecji, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych cwany coach Bo Wirebrand zebrał młodziutkich chłopaków z talentem i jeździł na test mecze, aż się ukształtowali mistrzowie – Per Jonsson, Tony Rickardsson. A co zrobił Duńczyk Ole Olsen? On dobrze wiedział ile daje angielska liga, więc Hans Nielsen, Erik Gundersen and company podbijali giełdę. Dziś sytuacja w brytyjskim żużlu, jak na świecie z koronawirusem/ wyjątek diamentowy Tai Woffinden/. Wspominam o złotej przeszłości angielskiej, bo obecnie w speedway’u, w sporcie zrobiło się bardzo smutno, globalne zarażenie COVID – 19 powoduje sytuację z której nikt nie wie, kiedy świat się wygrzebie. Syndrom roku przestępnego 2020 wbił nóż w serca, potargał kalendarz i zdewaluował kontrakty. Polskie ligowe bankomaty będą musiały zrewidować wypłaty, niektórym rozpieszczonym asom mentalnie kryzys wyjdzie chyba /acz nie jestem pewny/ na zdrowie. Kto będzie miał pomysł na przetrwanie tej pandemii uratuje sport. Polskie Eldorado pn. Speedway, znormalnieje?  Żadna praca nie hańbi, oto prezes X może nim nie być, wreszcie skasuje szyderczy uśmieszek, zaś gwiazda, której kometa spaliła szare komórki zacznie organiczną pracę. Tam gdzie start, jest meta. To speedway tak ma. Co powiedział kiedyś autor tekstów piosenek pamiętanych Jonasz Kofta? “Pospolitość najwyższą cnotą”.

A moje wspomnienia z dawnych lat może pozwolą w czasie kwarantanny/ mogą trwać bardzo długo/ na rozluźnienie napięcia nerwowego, jakie nas dopadło. Nagle, wyjątkowo groźnie, z niepewnością jutra. Narody mają teraz zupełnie inne priorytety, walczą o inne wartości, w trudnych sytuacjach zwykle mocne charaktery rokują nadzieję. Sito historii odstawia/ nie zawsze/ plewy, daje szanse /nie zawsze/ prawdzie.

Człowiek z panoramicznym horyzontem pisarz, publicysta Leopold Tyrmand, który ofensywnie lansował skutecznie w Polsce jazz w czasach siermiężnych i zakazanych muzycznych trendów, napisał, “prawda najbardziej dotyka tego, który ją wypowiada”. Czy ja się boję? Zgadnijcie.

Marka KIBIC tanieje, ZDROWIE drożeje

 

 

Nie ma fantazji, nie ma fałszu, jest prawda. I liczy się wyobraźnia. Amen? Jest walka. Głos jednego z byłych prezesów gorzowskich Stali, który raz po raz zabiera głos ale niestety czegoś mu brakuje, zapowiadał niedawno, że będzie walczył o mecze żużlowe z kibicami. O laboga… Zgubił poczucie rzeczywistości. Taka wada jak grypa.

Sytuacja z szalonym koronawirusem dynamicznie rozwinęła sieci na całej planecie. Z początku bagatelizowano problem, lecz kiedy okazało się, że zbiera śmiertelne żniwo a w szpitalach zaczęło brakować miejsc, państwa sukcesywnie zaczęły organizować front walki z groźną chorobą, która przede wszystkim najbardziej zagraża starszym wiekiem. A zatem prezesie uwaga.

W poprzednim felietonie sygnalizowałem problem i liczyłem, że żużlowy panteon podejmie mądrą taktykę wobec zbliżającego się niesamowitego sezonu. Zresztą każdy projekt z zewnątrz bazy, jaki by nie był, jest wyraźnie “olewany”, powielanie zadrosnych twarzy, pomysły odrzucane jak zaraza. Panowie vel działacze zrozumcie wreszcie, że nie jesteście niezniszczalni i będziecie trwać w okopach aż do ostatniej kropli wody.

SPORT jest dziedziną, która bez kibiców umiera, oni dają moc, tworzą spektakle. Nigdy nie będziesz szedł sam… słynny hymn piłkarskiego Liverpoolu bije jak dzwon! Jak wypełnić pustkę? Światowa gospodarka, finanse przeżywają ciężkie chwile. Straszne w wielu przypadkach. Zdrowie, życie ludzi zostało wystawione na próbę wojny z koronawirusem. Raczej zdeterminowany bój o przetrwanie. Obyczajowość, tradycja, przyzwyczajenia są elementami, które wtopione w codzienność wydają się nie do ruszenia. Los jednak zawrotnie, bez ceregieli weryfikuje harmonogramy, przyspiesza czas, nie liczy się z nikim i niczym.. “Będę zabiegał o kibiców na trybunach…” Litości. A kto zabezpieczy i zagwarantuje zdrowie, życie…? Sprawiedliwie.

Koronawirus dotarł do Polski i wywraca nasze życie skutecznie. Sport nie jest pod specjalnym nadzorem, jak każda inna dziedzina naszego bytu, muszą być decyzje, które mądrze wybiorą z troską o dobro. Wspólne DOBRO. Empatia, finanse są bezcenne.

Oglądałem onegdaj dramatyczny, fantastyczny mecz Ligi Mistrzów w Liverpoolu, gdzie The Reds przegrali z Atletico Madryt. Ten pojedynek odbył się przy pełnych trybunach/?!/, chyba już ostatni w takiej konstelacji mecz LM: przyjechało ponad 4 tysiące Hiszpanów. Głupota będzie drogo kosztować. Włoska liga piłkarska odwołana, konkursy skoków narciarskich o MŚ zakończyły sezon w Norwegii, oświadczono słusznie, że trochę za późno. Tak. Koncerty, imprezy są odwoływane. Na kiedy? Tego nie wie nikt, nawet niebiosa. Na rynku żużlowym robi się lament a ostateczne decyzje ligowe zapadną w tym tygodniu. Wkrótce premiera sezonu, sparingi drużyn zostały odwołane do końca marca. Nie łudźmy się, tsunami wirusa paraliżuje bezlitośnie, nie oszczędza nikogo. W dalszej perspektywie sezon mistrzostw świata i premiera/ok. 50.000 fanów/ w Warszawie pn. Grand Prix, na Stadionie Narodowym. Ktoś palnął, też prezes ale innego fasonu, że nie wyobraża sobie tego turnieju bez udziału publiczności. A wyobraża skutki pandemi? Nawet VIP –y muszą być pokorne. Nie chcę być złowieszczy, ale chwieje się mocno kalendarz imprez motorowych, marka KIBIC leci na łeb na szyję, a ZDROWIE drożeje jak dolar. Giełda rozmaitości naszej codzienności zmienia obraz. Matowieje tło. Kalejdoskop wydarzeń zacznie chyba hulać bez reklam. Panowie –  umiejętność przewidywania powinna być nominowana na skalę Nobla. Kto szybko daje, dwa razy daje. Ktoś kiedyś mnie obśmiał za ten wers, chytrość go zgubiła.

Szef światowego żużla Armando Castagna mieszkający w najbardziej zagrożonej części Włoch/ północ/, ba, Europy, już puścił sygnał na łamach londyńskiej “ Speedway Star” dotyczący serialu Grand Prix. Armando and company, idźcie po rozum do głowy i zróbcie wreszcie rewolucję; ograniczcie liczbę turniejów, 3 -4 z finałem! BSI da radę, tyle lat brali, mogą raz dołożyć. Krach dotknie innych, potrzebna odwaga i stanowczość.

Nagle kluby płaczą, że zbankrutują bez kibiców a tak prawdę mówiąc, czy kokietowali  bez fałszywek, życzliwie, fanów? Tłumy płaciły, solidarnie, nie raz, nie dwa sugerowałem, że kibiców trzeba dopieszczać…Wszak dają na klubową tacę. Teraz same maski nie wystarczą, nadal mamy brudne foteliki, toalety krzyczące o pomstę, a na mydle nie można się poślizgnąć. Brak samokrytycyzmu rajcuje pychę. “Misiu” tylko kasa?

Trudna piekielnie sytuacja bez wystrzałów i bomb. Oto błyskawicznie napłynęła chińska fala Wuhan i zrobiła ferment jakiego do tej pory świat nie widział. W mega rozmiarze, bez granic, bez szacunku dla każdej populacji, płci i wieku. Wyroki zapadają drastyczne.

Komunikaty codzienne nie są optymistyczne, speedway nie jest osamotniony, inne sporty zmuszone obiektywnymi warunkami podejmują bolesne decyzje. Dla każdego, bo kibice dla sportowców są porywającą rzeką emocji, dają siłę. Bez nich stadiony są martwe, przypominają treningowe sesje. Już zrobiło się szaro, nijako, bezdusznie. Przeczekać? Straty warto obliczać, one już są i nie będą maleć, bo WHO nie widzi na razie kresu dramatu. Oglądałem w TV mecze przy pustych trybunach, bezpłciowe, sportowcy w takiej aurze tracą animusz. Siedzenie w domu jest okupacją telewizji, radia. Drastyczne kwarantanny wywołują arytmie serca. Liczy się jednak finał. Jaki będzie?

Jak aranżować widowiska sportowe, z czego zrezygnować, a co ocalić. Decydujcie.

Błąkają się myśli rozmaite, kalendarz żużlowy musi być zweryfikowany, przekładanie imprez ma drugie dno, bo zabraknie dat. Polski speedway liczy na cud, trwa ciąża decyzji, gdyby żył Rościsław Słowiecki, którzy rządził ongiś żużlem, mielibyśmy już jasność, nie konsultował kto/ Jerzy Szczakiel/ ma pojechać z Andrzejem Wyglendą w finale MŚ par w Rybniku w 1971 roku. Arbitralnie podjął decyzję/taki był/ i obaj wygrali. Słaby zawsze szura nogami. Medytuje a pociąg historii nie czeka i odjeżdża bez gwizdka. Tematy zastępcze cechują charaktery o wątpliwych postawach. Brrr…

Ograniczenie serialu GP jest szansą na jego…  prestiżowe wzmocnienie. Odwołanie bzdurnego turnieju Pucharu Narodów zbawieniem, bo ta impreza jest powszechnie krytykowana, wyrzuciła za burtę atrakcyjne drużynowe mistrzostwa świata. Nikt nie będzie beczał po odwołaniu, wręcz odwrotnie. Czasem los nagle weryfikuje głupoty.

Historia pokazuje, że podejmowane strategiczne decyzje/ jak na wojnach/ albo przegrywają, albo wygrywają batalie. Kompromisy zostawiają niedosyt. Ból głowy.

SPEEDWAY ekscytujący w swoim wizerunku, tradycjach, emocjach, szalonej popularności w polskiej egzystencji musi za każdą cenę przetrwać wirusową nawałnicę; futbol, F- 1, inne dyscypliny sportu, elastycznie zareagowały, bo balansowanie na krawędzi życia i śmierci nie ma sensu. ROZUM jest darem. Na spowiedź przyjdzie czas.

F. Getty

Brutalna proza życia

 

Jakie będzie żużlowe “wesele” anno 2020? Lekka zima, zgrupowania, przymiarki do sezonu kadrowe już wczesną jesienią, ba nawet w trakcie jeszcze ligowych meczów, odliczanie czasu do premiery, swoistego “wesela” speedway’a, gdzie zawodnicy i kibice mają czas radości. Jak będzie teraz w nowej konfiguracji sytuacji życiowej w Europie, którą niespodziewanie zaatakował wirus i sieje zamęt, jakiego dawno świat nie widział. Skutki widać okrutne. Odwoływane są gremialne spotkania, zbiorowiska ludzi, nowy sezon w speedway’u musi być przygotowany na nieoczekiwane wyzwanie i zajęcie mądrego stanowiska. Jest  poważny problem. Władza żużlowa nie powinna czekać na cios. Kombinowanie vel “drabikowanie” niczego dobrego nie przyniesie.

MOTTO: Myjcie ręce/ przed i po…/. Proza stadionowa jest taka, jaką jeszcze nie tak dawno spuentował sześciokrotny mistrz świata, szwedzki artysta żużlowych jazd, wzór technicznego zaplecza oraz infrastruktury nowatorskiej w tej dyscyplinie. Oto co powiedział Tony Rickardsson: Kiedy mam wejść do toalety na stadionie w Polsce, chce mi się…  Co się zmieniło przez minione lata? Trochę. Ale niech prezesi nie zapominają, że toaletami nie są żywopłoty na stadionach, jeśli jest kilkanaście tysięcy kibiców na obiekcie, albo więcej, konieczne jest wyliczenie potrzeb łącznie z normalnym dojściem do umywalki aby umyć ręce.

PROZA życia jawi się brutalnie. Nie ma żadnej proporcji. Jest sukces kasowy, wyniki, prozaiczne sprawy leżą niestety odłogiem. Niektórzy pseudointelektualiści żużlowi gromili ongiś stadion Ole Olsena w Vojens, że jest na wsi, pamiętam opinię w jednej ze stacji TV, niech autor sobie przypomni… Otóż na tej “wsi”, na stadionie Ole Olsena jest duży pawilon, gdzie może wejść sporo ludzi na jeden rzut do WC, bez problemów leci woda, są umywalnie, skandynawska czystość. Wieś? Może. A nasze stadiony żużlowe z WC? Obrazki nie do powielania. Proszę uderzyć się w piersi organizacyjne i stłumić pychę. Wreszcie. Opad na ziemię ubitą. Odnoszę wrażenie, że klubowi bossowie mają zaćmę. A więc?

OGROMNIE dużo jest do zrobienia teraz, jak najszybciej przy okazji koronawirusowych, chorobowych zawirowań. Przykro, że los wywołuje do tablicy.

XXXX

Nad szczepionką pracuje intensywnie sztab naukowców; zespołem w niemieckiej firmie biofarmaceutycznej CuroVac, założonej w Tibindze, kieruje skromna i zdolna Polka, biolożka dr Mariola Fotin Mleczek. Firma powołana została w roku 2000 do prac nad szczepionkami w zwalczaniu raka oraz chorób rzadkich. Inwestorem jest m. inn. amerykańska fundacja Melindy i Billa Gates’a. Można być dumnym, że Polkę wybrano na szefa teamu wybitnych naukowców odpowiedzialnych, ogólnoświatowych do trudnych laboratoryjnych zleceń. Za 2- 3 miesiące powinna być szczepionka na wirusa SARS – CoV – 2, który tak ostro wywołuje chorobę COVID – 19, która zbiera śmiertelne żniwo na całym świecie a zaczęło się z końcem ubiegłego roku w Chinach, od miasta Wuhan. Szczepionka jest cudem technologicznym/ rodzaj platformy/ wykorzystuje działanie kwasu rybonukleinowego. To rodzaj pendrive’a, zapisuje, odczytuje… Niesamowite. Otóż dokonuje się zastrzyku domięśniowego a super nowoczesna szczepionka przekazuje info o tym, które białko wchodzące w skład wirusa należy rozpoznać jako obce i skutecznie zneutralizować. Dr Mariola Fotin Mleczek czytelnie przekazuje informacje. Zespoł nie liczy zmęczenia, czas szybko ucieka, wirus jest agresorem śmiertelnym. Ekipa z Tibingi chyba nie śpi… Każdy meldunek o ataku  koronawirusa zaraźliwie mobilizuje. Świat potencjalnych pacjentów rychło oczekuje zbawienia. Czekamy…

W zamieszaniu globalnym, Polska nie jest przygotowana na skutki niezwykle groźnej grypy.

SPORT nie jest  wolny od zagrożenia, imprezy nie mają przecież charakteru konspiracyjnego. Premiera sezonu żużlowego była zawsze wydarzeniem, które zbierało komplety fanów w różnym wieku na stadionach. Pamiętam czasy totalnie wypełnionych obiektów obojętnie od pogody, frekwencja z biegiem lat nieco zmalała, lecz pierwsze mecze mają, zwłaszcza ekstraligowe, widownie godne zazdrości przez inne sporty.

Więc ponawiam pytanie jak będzie niebawem w roku 2020? Rozwiązanie musi być rozumne, traktujące obie strony sprawiedliwie czyli wykonawców widowisk i obserwatorów. Ostatniego marca planowany jest kolejny Memoriał Edwarda Jancarza w Gorzowie Wlkp. Prestiżowy turniej, wyczekiwany, w obsadzie gwarantującej emocje. Decyzje mogą być bolesne ale muszą gwarantować troskę o zdrowie. W tej chwili świat liczy już straty, frekwencja w samolotach spadła drastycznie. To nie jedyny przykład, choć są inne; intratnych interesów na towarach, których poszukują klienci w handlu, bo grożące kwarantanny ludzi chorych zmuszają do robienia zapasów domowych. Panika? Nie można dziwić się niczemu wobec tragicznych sygnałów. Obszar ataku wirusa paraliżuje po kolei segmenty naszego życia.

Mamy już przykłady odwoływanych wydarzeń sportowych, europejskich, światowych. Obojętnie od rangi. Nie ma litości wobec grasującego wirusa. Warto zrozumieć ludzi odpowiedzialnych za nasze zdrowie i życie, nie można upierać się przy ustalonych terminaach, budżety trzeba niestety korygować. Ba, one podlegają weryfikacji obiektywnej sytuacji jaka zapanowała dynamicznie na całym świecie. I z jednej strony mamy sygnały o słabnięciu mocy agresora, z drugiej obawy rosnącej siły w innych obszarach globu. Rozum musi jednak wygrać z emocjami, tradycjami, trzeba pochylić się na wartościami bezcennymi i zrezygnować z ryzyka. Finanse są drugorzędne, aczkolwiek nie obojętne dla przyszłości oraz egzystencji. Konsekwencje jawią się mało wesołe.

Procedury walki z wirusem poznał już cały świat, może najmniej Afryka, w Polsce kroi się terminowa premiera ligowa, potem w maju start indywidualnych mistrzostw świata w kokonie Grand Prix. Wydarzenia związane z ekspansją choroby zmuszają do drastycznych refleksji. Bezpieczny pozostaje przekaz telewizyjny, radiowy, a gdzie widownie i szał? Gdzie atmosfera, która  na żużlu jest reżyserem, scenografią – o jakiej marzą fani. Coraz więcej imprez bez udziału publiczności. Smutno. Kiedy panują frontowe sytuacje notowane są straty, one dokuczają, bolą ale lepiej, gdy zdrowo przetrwamy, czytaj: wygramy. Cywilizacja rozgrywa ważny mecz.

Zatem… myjmy ręce przed i po. Czujność jest inwestycją opłacalną a jeszcze bardziej liczy się wyobraźnia. Lepiej późno, niż wcale.

Wirus i odlot na Wembley

2020 rok, przestępny, mój ojciec zawsze mówił, że taki rok niesie nieszczęścia, przestrzegał: “oby trwał tylko miesiąc”, zapamiętałem frazę jako dziecko, dziś powtarzam swoim bliskim. Historia nie kłamie. Przeklęty wirus, który szaleje na naszej planecie oblepiony jest strachem i tragediami. Profilaktyka była lekceważona, obawy nie zmyją brudu. Trzeba złamać stereotypy i spojrzeć prawdzie w oczy. Żyć należy nie w strachu a w realiach świata, który zakręcił nami globalnie.

Zostawiam decyzje w sporcie żużlowym rozsądkowi decydentów, do sezonu coraz bliżej, cisza nie może być złowroga. Myślę, że bagatelizowanie tego, co się dzieje może być zgubne. Czeka nas przecież otwarcie sezonu z tłumami fanów. Nie ma żartów z diabłem.

****

Odskakuję o tych smutnawych refleksji. Zostawiam na boku bieżące zacierki klubowe, personalne przepychanki, bo życie weryfikuje ten “kocioł” skutecznie. Warto mieć wyobraźnię. A życie jest także umiejętnością przewidywania. Wyobraźnia powinna być.

Przerzucam zatem kartki pamięci, sięgam do tego, co w żużlu było kilkadziesiąt lat temu. Lecę nad Tamizę.

Londyńskie WEMBLEY było stadionem, który budował historię speedway’a, sprowadzonego przez Johnnie Hoskinsa na Wyspy z Antypodów. Historyczny transfer.

W 1936 roku pierwszy finał światowy wygrał Australijczyk Lionel Van Praag, za nim ulokował się Anglik Eric Langton, trzeci był Blue Wilkinson, czwarty Amerykanin Cordy Milne. Te nazwiska będą potem się przewijały w kronice mistrzostw świata. Dziesiąty był Jack Milne, brat Cordy’ego. Anglicy zdominowali listę startową, poza grupą wyspiarzy i Australijczyków, wbił się jako 11. Duńczyk Morian Hansen. Finał rozegrano na początku września, i długo tak się utrzymywało, rodziła tradycja. Finały indywidualne MŚ miały więc daty pierwszych dni wrześniowych. Wembley było dla żużla przyjazne, atmosfera wyjątkowo emocjonalna na trybunach, speedway śmiało wjeżdżał w mentalność nie tylko wyspiarzy. Mityczny stadion dla futbolu, żużla.

Za rok wygrał na Wembley Jack Milne, mocny zawodnik, zaliczył komplet pkt, podium całe dla Yankesów, drugi Wilbur Lamoreaux/ nota bene takie imię ma nastoletni syn Grega Hancocka, który jedzie śladem ojca i trenuje w Kalifornii/, trzeci Cordy Milne. Za podium Anglik Jack Parker, a siódmy złoty medalista z roku 1936. Dwunaste miejsce Duńczyk Hansen, ani śladu poza tym żużlowców zza kanału La Manche. Anglicy w dominacji, podium dla Amerykanów. Rewanż w 1938 roku zakończył się glorią “Błękitnego” Wilkinsona, za nim cienie USA: Jack Milne,/ ur. w Buffalo, zm. w Pasadenie 1995 /poznałem go w 1975 roku na Wembley, gdzie uhonorowano byłych żyjących mistrzów świata, brązowy medal dla Lamoreaux’a. Na liście startowej zabrakło Hansena, rezerwowym natomiast był… Kanadyjczyk Jimmy Gibb.  To było w roku 1938; kanadyjski speedway nie rozwinął jednak skrzydeł, jakoś w ostatnich latach ani z FIM, ani z BSI nikomu nie przyszło do głowy by dokonać resetu, namówić usportowionych Kanadyjczyków/ mają m.inn. tor F – 1 w Montrealu, gdzie wygrał ongiś Robert Kubica/ a igrzyska olimpijskie, letnie, zimowe/ Calgary, Monteral/ były wspaniałymi wydarzeniami dla sportowego świata, rywalizacją niezapomnianą, polskimi medalami z Mazurkami Dąbrowskiego. Hokej na lodzie z Liściem Klonowym w herbie jest zjawiskiem kultowym; gwiazdorska liga/ NHL/ z najwyższymi notowaniami/ grał tam przecież Mariusz Czerkawski, 12 sezonów/, NHL podobnie czczona, jak amerykańska koszykówka NBA, w której występował/ również chyba 12 lat/, niedawno zakończył barwną karierę –  Marcin Gortat! Może, kiedy stacja TV Discovery za dwa sezony przejmie władzę nad światowym żużlem, odżyje symboliczny, “klonowy liść” na torze. Były dawno temu próby Roberta Słabonia/ korzenie Lublin, starty Wrocław/, lecz zabrakło w Kanadzie kreatywnego lobby tego sportu. Szkoda, bogaty kraj.

W EUROPIE, na kontynencie zbierały się coraz bardziej czarne, no… raczej brunatne chmury nazizmu. Wybuchła II Wojna Światowa, finał zaplanowany na 7 września nie odbył się a zakwalifikowali do turnieju m.inn. bracia Milne, Lamoreaux, złoty medalista z 1936 roku, dalej Kanadyjczyk Eric Chitty, Amerykanie w normie, także Anglicy, Australijczycy. Wojna skończyła się i w 1949 roku speedway pojawił na Wembley. Wyspiarze wzięli srogi rewanż za minione lata. Nie popuścili, mniej Australijczyków, tylko jeden “kowboj” Lamoreaux! Triumfował Tommy Price, za nim rodacy Jack Parker i Louis Lawson, czwarty Norman Parker, piąty wspomniany wyżej amerykański jedynak o imieniu Wilbur.

*****

Następne, powojenne finały indywidualnych MŚ miały arenę bez przerwy na Wembley aż do roku 1960. Niesamowite, prawda? Pierwszy finał poza Londynem odbył się dopiero w szwedzkim Malmoe w 1961 roku, gdzie obronił złoty medal z Wembley, z roku poprzedniego super as “Trzech Koron” Ove Fundin. Od jakiegoś czasu pięciokrotny mistrz świata gości z ciekawymi materiałami na stronach FB, trzyma się krzepko, jeździł multum razy w Polsce, był zawodnikiem prawie perfekcyjnym. “Pobił” go wpierw w ilości tytułów mistrzowskich nowozelandzki as Ivan Mauger/ 6 razy złoto/, a potem wyrachowany technicznie rodak Tony Rickardsson/ 6/.

WEMBLEY i LONDYN, 1949 – 1960. Pierwszy Polak pojawił się na tym nieregularnym torze, stadionie z wulkaniczną wprost ekspresją kibiców, głownie angielskich, w 1959 roku bydgoszczanin Mieczysław POŁUKARD. Wielki mag. Startował także na lodzie, zginął na macierzystym torze w wypadku, kiedy prowadził trening i poturbowany został na murawie przez motocykl. Głupi przypadek. Był pierwszym polskim żużlowcem na Wembley, zdobył 5 pkt, zajął 12 miejsce, wygrał z kompletem punktów, rewelacyjny Nowozelandczyk Ronnie Moore, przed Fundinem, Barry Briggsem/ NZL/ i Szwedem Olle Nygrenem. Ósmy był rudowłosy Anglik Peter Craven, gwiazda z Manchesteru, który zginął na torze. Za Połukardem uplasował się Niemiec Josef Hofmeister, z bawarskiego Abensbergu, tam jego dom i zdobycze, ikona, sygnatariusz solidnego, niemieckiego żużla. Rezerwowym, który jednak nie wystartował na Wembley był Florian Kapała, świetny polski zawodnik, późniejszy trener. Florek sympatyczny, podobnie jak Mieczysław –  tworzyli zręby polskiego żużla, który z czasem ozdobiły medale IMŚ i DMŚ. Wembley nie oddawało tronu stadionowego, po Malmoe było nadal miejscem, gdzie trudno wygrać i od 1962 z przerwami ten obiekt stał się nobilitującą areną o której marzyli wszyscy by wystąpić, zderzyć się z silną energią kompletu kibiców, którzy dają show na trybunach rzadkiej urody, choć miejsca na podium zwykle “rezerwowano” dla extra aniołów światowego żużla.

Drogie w sercu Panie!!! Życzę z okazji pięknego DNIA KOBIET – SATYSFAKCJI Z KAŻDEJ CHWILI ŻYCIA, KWIATÓW bez ograniczeń W RADOŚCI I SŁOŃCU!

Gdyby jutra nie było…

No tak, bardzo smutno, zmarł współtwórca kultowej Budki Suflera, niebanalny kompozytor ROMUALD LIPKO/ ur. 1950, Lublin/. Świetny muzyk tej ikonowej kapeli, która wrosła mocno kulturowo w świat piosenki. Utwory Romualda Lipki wykonują wybitni artyści polskiej estrady, fragmenty tekstów stały się obiegowe/ bo do tanga trzeba dwojga/, solista Krzysztof Cugowski, razem z Romualdem byli fanami żużlowego Motoru. Bodaj dwa lata temu spotkałem się z Romkiem na rynku w Kazimierzu Dolnym, gdzie miał swoją przystań i rozmawialiśmy o tekstach. Zmarł, choroba była silniejsza. Kompozytor miniatur nieśmiertelnych, Jolka, Jolka pamiętasz, Bal wszystkich świętych, Takie tango, Za ostatni grosz, Malinowy król, Dmuchawce, latawce wiatr, To nie tak miało być… Bagaż utworów jakże piękny we wzruszeniach, kiedy się słucha… LIPKO. Lublin. Gdyby jutra nie było… jeden z ostatnich utworów, jeszcze nie tak sławny jak Jolka/ emigrowałem z objęć twych nad ranem, dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem/, czy Takie tango albo Nic nie może wiecznie trwać…

Ale wracam do “ bo gdyby jutra nie było”…  Znany autor tekstu Marek Dutkiewicz, no i kompozycja rockowa, jakby przesłanie, Romuald Lipko. Hymn, symbolika? Premiera rok temu… Oto treść, “słychać” w niej emocje, muzykę dusz.

 

Wyobraź sobie, że to ostatni nasz dzień,

Ślepa ulica nas tu prowadzi

Naprawdę szkoda łez

Nie ma planety B

Na święto ognia nic nie poradzisz

Ostatni pociąg w ostatni rusza lot

Słońce zachodzi, idzie noc

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez

Niech nie rdzewieje nadzieja, ocalić trzeba wspomnienia

I wierzyć trzeba, że znów obudzimy się.

Jeśli to tylko sen

Nie może spełnić się

Niechaj nie porwie nas wir cyklonu

Czy jesteś gotów by pakować brudne sny?

Nie bać się błysku ani gromu.

Niech czarna cisza nie dopadnie nas.

Serce zabrania nam się bać.

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez…

 

XXX

 

Muszę dać odpoczynek mojemu sercu, które wzruszeniem zaczęło bić nadmiernie. No chwila, już, spokojnie. CDN…

Ile razy jestem na stadionie warszawskiej Legii hymn kibiców tej drużyny “Sen o Warszawie”, kompozycji Czesława Niemena ze słowami Marka Gaszyńskiego śpiewany na stojąco przez kilkadziesiąt tysięcy kibiców wywołuje arytmię, leci tam pieśń jak burza z trybun nad Wisłę, w stronę nobliwych Łazienek. Pięknie, to element uwertury obojętnie jakiego poziomu piłkarskiego show. Ale Niemen wybrzmiewa silnie.

LIVERPOOL. Piłkarze The Reds mają swój kultowy na całym globie hymn “Nigdy nie będziesz szedł sam”… You’ll Never Walk Alone, kilkadziesiąt tysięcy fanów ze łzami w oczach śpiewa słynny na świecie utwór. Ciekawa jego historia, stworzony na nowojorskim Broadway’u w 1945 był poświecony więzom rodzinnym, po zakończeniu II Wojny Światowej o synach, którzy nie wrócili z Europy do USA. Autorami byli kompozytorzy klasycznych musicali Rogers i Hammerstein II. Piosenka zyskała błyskawicznie popularność, wykonywali ją takie oto sławy: Presley, Sinatra, Streisand, Jones, Franklin, Charles, Garland, Humperdinck. Od 1963 roku upowszechnił w Europie Gerry Mardsen nad company. Niesamowite zjawisko, ten utwór jest kultowy, uwielbiany przez świat w każdym zakątku. Legenda. Pieśń nad pieśniami, spleciona także tragiczną historią kibiców. Słynne kluby piłkarskie/ nie tylko/ mają swoje hymny, Manchester City z Blue Moon, Barcelona wyciska z oczu do sucha łzy, Włosi mają melodyjne emocje… każdy swoje marzenia zanim zacznie się sportowa walka. “Krocz, krocz dalej z nadzieją w sercu a nigdy  nie będziesz sam,, nigdy nie będziesz szedł sam”…Kultowy diabelnie klub The Reds, prowadzony przez niemieckiego, charyzmatycznego trenera Juergena Kloppa. Piłkarskie i muzyczne zaułki Liverpoolu, The Beatles story.

Speedway jest ubogi w takie wydarzenia, nie dość, że nie ma ustabilizowanej empatii w stosunku do kibiców, choćby tych najmłodszych, przedziwna sprawa, jakaś antypatia wobec serdeczności? A co buduje więzi? Już chyba mamy dość nienawiści po kątach.

TEN felieton dedykuję prezesowi Motoru Lublin – KUBIE KĘPIE oraz wiernym KIBICOM, którzy potrafią stworzyć niesamowitą atmosferę na stadionie, mają w sercach empatię, nagradzają wygranych, przegranych, w stosunku do gości zachowują się bardzo fair. Naśladujcie więc lublinian, schowajcie nienawiść. Skąd bierze się właśnie tam serdeczna bitwa, w Lublinie? Często zastanawiam i jednocześnie cieszę z takiej postawy fanów.

To ich zachęcam, by na premierę extraligowego sezonu 2020 przygotowali hymn GDYBY JUTRA NIE BYŁO, kompozycji Romualda Lipki. Uwierzcie, będzie dobrze, przejdziecie do historii, Krzysztof Cugowski pomoże, utrwali, będziecie mocno zbudowani taką uwerturą przed każdym meczem, jeszcze na starym stadionie, gdzie tyle już spłynęło łez szczęścia. Nie bójcie się nowych wyzwań, Kuba daj szansę dzieciom i niech zawodnicy wyprowadzą ich do prezentacji , wszyscy razem, będzie rodzinnie jak nigdy, bez patosu, normalnie, zwyczajnie.

Pierwotnie, zaraz po śmierci Romualda Lipki pomyślałem o piosence “Jolka, Jolka pamiętasz”, lecz nieśmiała sugestia zmieniła radykalnie front i jestem przekonany, że wersja z utworem “ Gdyby jutra nie było”, będzie bardziej zwartym w zbiorowym wykonaniu przebojem stadionowym Motoru. BUDKA SUFLERA jest wasza, lubelska, stadion zamieni się jeszcze bardziej w serdeczny dom.

Hm, życzę powodzenia; Motor wjeżdża na obroty, konkurenci także, zapowiada się ostra gra o podium DMP a LUBLIN, nie tylko żużlowo jest miejscem wyjątkowym. Tam toczy się sportowy spektakl, brawurowy show, “aktorzy” naturalni, spontaniczni. Luz.

 

XXX

 

Starania za każdą cenę mocodawców o wybielenie nieokrzesanego życiowo młodzieńca Maksyma Drabika przypominają mi sytuacje, kiedy rodzice bronią na siłę syna, choć ten rozpuszczony na maxa bryka i gra niewiniątko. Sumienie jest tylko w bankomacie? Wychowanie nie polega na darowaniu, SPORT musi uczyć pokory; jeśli jest wina powinna być i sprawiedliwa kara. Bez ulgi, bo jak uczy historia nie tędy droga do kariery. Nie chodzi o bicie a sztuka w kształtowaniu charakteru, jeśli ktoś zbłądził. Brak mi słów, sygnuję zero tolerancji, bo “promocyjne” ułaskawienia dają zaraźliwy przykład innym. Disce puer. Krętactwa zwykle mają krótkie nogi i mszczą się okrutnie, obojętnie kto i jakim sposobem “kręci” lepkie, ciepłe lody.