Diamenty i popioły

 

 

Zmarł wybitny reżyser filmowy Andrzej WAJDA / 90 lat/ i nie mogę obok tego faktu przejść obojętnie. Artysta stworzył 40 filmów i za całokształt otrzymał Oscara. W swoich filmach prezentował polską rzeczywistość historyczną, jej wady, sukcesy, walkę o wolność. Kochał Polskę. Kochał kino a ludzie podziwiali jego dzieła. Popiół i Diament, Kanał, Lotna, Wesele, Ziemia Obiecana, Człowiek z żelaza, z marmuru, z nadziei… Brzezina, Pan Tadeusz. Twórczość Andrzeja Wajdy wywarła na mnie od lat szkolnych duże wrażenie, kształtowała pewną świadomość i zrozumienie rodzimych losów. Kino światowe i polskie straciło wielkiego reżysera, człowieka, który potrafił trafić ekranem nie tylko w polskie serca.

andrzej-wajda-feature

Andrzej Wajda

00049zizfn03gyhk-c122-f4

Umarł. ANDRZEJ WAJDA. Oscarowy reżyser filmowy, człowiek kochający Polskę, kino, aktorów, życie, historię, Kino, to sztuka obrazów powiadał. Jego filmy kształtowały moje widzenie świata, moją wyobraźnię. Wbijały się w świadomość i prowadziły przez życie, aż do teraz, choć ostatniej produkcji Powidoki nie widziałem. Popiół i diament, Kanał, Brzezina, Ziemia Obiecana, Lotna, Wesele… 40 filmów! Umarło kawał polskiej rzeczywistości, wielki człowiek, który chciał aby w tej Polsce było jak najlepiej. Swobodnie i bez podziałów, wolność zawsze była polskim marzeniem.

Andrzej WAJDA miał 90 lat, pogrzeb odbędzie się na krakowskim cmentarzu na Salwatorze. Płacze światowe kino, ludzie, którzy odnajdywali w filmach reżysera polską historię, trudną czasami do zrozumienia. Zrobiło mi się strasznie smutno i tak jakoś dziwnie. Dlaczego? Bo wiem, że już nie powstanie żaden film Andrzeja Wajdy a z drugiej strony jest nadzieja, gdyż można przecież sięgać po twórczość wybitnego reżysera i przekonać się, że takie dzieła nie umierają nigdy.

Wspomnienie o Doktorze Janie…

800px-Jan_Kulczyk2009

Szok! W wieku 65 lat zmarł JAN KULCZYK, największy polski przedsiębiorca, wielki przyjaciel sportu, w tym żużla. Poznaliśmy się/ byłem tam z synem Maciejem/ po finale indywidualnych mistrzostw świata w bawarskim Pocking w 1993 roku, kiedy Jan Kulczyk przyleciał z rodziną obejrzeć zawody. Spotkanie było niemal rodzinne, sympatyczne a sportowo ozdobione udziałem wschodzącej gwiazdy Tomaszem Gollobem. Był też obecny m.inn. Mieczysław Wachowski, ówczesny szef gabinetu prezydenta RP Lecha Wałęsy, którzy zaszczepili się speedway’em w Bydgoszczy.

JAN KULCZYK robił zawsze wrażenie, elegancki, wszechstronnie wykształcony, otwarty na biznes na całym świecie. Imponował pracowitością i wyobraźnią, mówiono powszechnie o nim z uznaniem Doktor Jan.

Miał czas i nie tylko czas dla sportu, wspomagał ruch olimpijski, sponsorował, bywał na igrzyskach, dopingował i cieszył się sukcesami biało – czerwonych. Podobnie było z żużlem i kiedy w 1995 roku wystartował serial Grand Prix, to Kompania Piwowarska Lech była głównym sponsorem imprez. Uratował finansowo ten projekt, kiedy angielscy organizatorzy nie dawali rady. Pomagał sukcesom Tomasza Golloba, oglądał turnieje. Był postacią szanowaną, która swoją skromnością imponowała. Budował konsekwentnie imperium biznesowe w skali globalnej i potrafił dzielić się z ludźmi nie tylko na arenie sportowej ale i w przestrzeni kultury. Kiedyś podczas spotkania z Michaiłem Gorbaczowem zapytał co w życiu jest najbardziej ważne… usłyszał wtedy: “ŻYCIE”.

JAN KULCZYK zmarł niespodziewanie dla wszystkich w wiedeńskiej klinice, będzie niezastąpiony i choć każdemu życzę tradycyjnie 100 lat, to Dr Jan powinien żyć grubo ponad sto! Cześć Jego Pamięci!

Łzy cierpienia i radości

Taki tytuł w finale sezonu? Ano tak. Żadna łza nie ugasi cierpienia, żadna. Bywają także inne łzy, gdy z oczu płyną ze wzruszenia i radości. Jaka jest cena tych ludzkich oznak?

Speedway jest naszpikowany od zarania dramatami, znaczony tak sukcesami, jak i tragediami. Dotykają one zawodników i rodzin. Czas dramatów bywa długi i krótki, zawsze jednak zostawia rany, blizny. Trudno je zagoić, ciężko wytracić pamięć tragicznych sekund, minut a czasami i lat. A radość? Przychodzi znienacka, jak i wypadki. Oblicze żużla jest bardzo złożone, skomplikowane, barwne i fenomen tego sportu polega na niesamowitym nagromadzeniu adrenaliny, która w sekundzie eksploduje albo dramatem na torze albo wybuchem radości na podium, smakiem medalu i szczerym wzruszeniem podczas słuchania narodowego hymnu.

Nie tak dawno odbył się Kongres Kobiet, na którym polskie panie obradowały nad swoim losem. Ich udział w życiu ulega coraz większemu poważaniu. Instytucjonalne zauważenie pozycji kobiet, ich awanse i często na siłę wynoszenie na ołtarze niech się wartko toczy, taki syndrom obecnych czasów. Kto docenia kobiety w ciszy domowych kątów jest chyba najważniejsze. Symptyczny Krzysztof Kasprzak, z rodu żużlowego ile razy ma okazję być przed kamerą TV pozdrawia swoją mamę a ostatnio dodał, bo ma z nami siedem światów i to wszystko jakoś wytrzymuje. Krzysztof miał na uwadze także swojego tatę Zenona i brata Roberta. Kobiety w obrębie żużla; babcie, mamy, żony, narzeczone, kochanki i fanki uwielbiają ten sport i zarazem cierpią.  Boją się o zdrowie swoich ukochanych. Czy mają satysfakcję? Czasami, lecz gdyby można było zważyć stres i radość, nie wiem czy byłaby równowaga.

Żużlowy świat zdominowany jest przez mężczyzn, wiadomo zawodniczo i w przestrzeni mechaników, działaczy i za sędziowskim pulpitem. Tylko widownia nie zawodzi ze swoim obliczem kobiet od dziecka po wiek dojrzały. Kobiety chciały jeździć na torach ale napotykają na betonowe bandy. Zostaje im dopingowanie a incydentalne próby wyjazdów na tor mają charakter widowiska.

Żużel jest sportem ekstremalnym i dlatego wywołuje emocje zenitalne. Ten sport ma na swoim sumieniu zawodników okaleczonych mocno przez los. Los niektórych skazał na ostateczność, innym podarował cząstkę życia na innych warunkach i z tym muszą się godzić, być pod opieką najbliższych. Wózki inwalidzkie są wpisane w życiorysy wielu zawodników. Część z nich wybrnęła z opresji zawodowo; mają zajęcia, są i tacy, którym charakter nie dał szansy powodzenia.

Okrutne i prawdziwe zderzenie z rzeczywistością, kiedy los w ułamku sekundy daje jeszcze szansę. Ważne bowiem, gdzie i kiedy dochodzi do wypadku i pomoc jest błyskawiczna i skuteczna. Czy to nasz kraj, czy inny… Trzeba mieć we wszystkim szczęście. Czy kraj jest sterylny czy nie. Ważne gdzie dochodzi do wypadku, bo wówczas odszkodowanie i potem renta z zagranicy mierzona jest w kilku tysiącach euro albo pozostaje polska nędza ZUS – owska. Diametralnie inny wymiar na koncie. Mamy takie przypadki i wtedy mówimy w tym nieszczęściu o …szczęściu.

Jaka jest pomoc dla poszkodowanych z obszaru sportu? Kto analizuje sprawiedliwość losu? Nie ma takiej i jednym jeszcze dosypują tyle, że większości okaleczonych nie mieści się to w głowie. Nie ma sprawiedliwości, wyznał jeden z młodych niegdyś zawodników, którego okrutny los wykluczył nie tylko ze sportu, lokując go w wieku niemal nastoletnim na wózku. Zapominamy o tych bohaterach, którzy poświęcili swoje zdrowie, bo chcieli zrobić coś w sporcie.

Czy mamy choć jeden turniej w sezonie, w dobrej obsadzie, którego dochód przeznaczony byłby na pomoc dla tych najbardziej poszkodowanych, dla wyrównania sprawidliwości choć na chwilę, raz do roku?! Jakoś nikt nie wpadł na taki pomysł, wprawdzie zdarzają się na gorąco charytatywne turnieje, lecz potem następuje cisza a ludzie nie umierają i muszą żyć. A wiecie jak żyją? Zwracam się do działaczy, zawodników, którym los dał i daje szanse. Czy można czasem podzielić się chlebem? Nie dramatyzuję, w tym brudnym świecie pychy chciałbym odnaleźć trochę serca i zrozumienia dla innych.

Proszę mi więc wybaczyć takie stwierdzenie Oscara Wilde‘a, który powiedział, że „im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta“.

Po letnich igrzyskach w Londynie odbyły się podobne paraolimpijskie. Dla niepełnosprawnych. Polska reprezentacja zdobyła 36 medali i zrobił się wielki szum, ponieważ telewizje zapomniały o przekazach. Jedna z celebrytek /w programie Tomasza Lisa/  Karolina Korwin – Piotrowska palnęła w TVP, że „ daliśmy d…“ Niech mówi za siebie; język w mediach staje się brutalny i brzydki jak zapyziałe dzielnice miast. Nagle dostrzeżono tych ludzi, którzy wielkimi wyrzeczeniami wywalczyli start w igrzyskach a potem sięgnęli po medale. Niektórym było więc wstyd.

W gronie złotych medalistów znalazł się Rafał Wilk, były zawodnik rzeszowskiej i krośnieńskiej drużyny, trener, którego los powalił z mocą na koniec kariery, niemal tak jak Australijczyka Leigha Adamsa. Rafał zdobył dwa złota w wyścigach rowerowych, jest bohaterem jak i jego koleżanki i koledzy, którzy walczyli do upadłego na obiektach Londynu. Rafał Wilk pokazał, że można, nie robił wokół siebie aury i nie popisywał się w światku żużlowym, nie obnosił, nie udawał kogoś innego. Miał cel i wywalczył złote medale, pojechał fantastycznie. Brawo.

Jaka jest cena szczęścia w nieszczęściu? Jaka? Świat bywa obłudny; potrafi odebrać i potrafi dać, acz nie wszystkim i jest okrutnie przewrotny, czasem do bólu bezduszny. Nasze życie obfituje w łzy cierpienia i radości. „Nadzieja umiera ostatnia a wiara nic nie kosztuje“ powiedział ostatnio mistrz kierownicy Robert Kubica. Tak. I żadna łza nie ugasi cierpienia, choć są i takie łzy, które wypływają z oczu strumykiem radosnego ukojenia.

Bolesne złudzenia

Włoski poeta Dante Alighieri, który napisał poemat „Boska Komedia“, który dzieło tworzył przez całe swoje życie, jest autorem takiego oto stwierdzenia: „ Nie ma większego nieszczęścia, niż wspominać dni szczęśliwe w czas nieszczęścia“. Polscy żużlowcy nie obronią w tym sezonie złota, które przykleiło im się przez trzy ostatnie lata. Byli głównymi aktorami w drużynowych rozgrywkach o mistrzostwo świata i mogli wystawiać nawet dwa teamy walczące o podium. Tak było ale się skończyło. Na razie.

Chwila, po kolei. Nie rozpaczajmy, bo nie zawsze świeci słońce, bywają burze mniej czy bardziej gwałtowne. Polacy pod wodzą Marka Cieślaka wcale nie wygrywali złota na luzie z dominacją bohaterów epoki. Bywało różnie i nie przychodziło im wcale łatwo, choć rodzime tory robiły swoje. Przegrywali, podnosili się z kolan, błota i stawali na podium w świetle jupiterów. Byli boscy tak, jak teraz nasi siatkarze. W żadnym sporcie jednak nic nie trwa wiecznie, bywają przypadki losowe, kontuzje a zmiany pokoleniowe są normalnym zrządzeniem losu. Duńczycy zostali znów mistrzami świata!!!

Reprezentacja Polski została pozbawiona kontuzjowanego Jarosława Hampela i osłabienie tego rodzaju jest ogromnym obciążeniem in minus. „Wysypał się“ także  Janusz Kołodziej. Jak wybrać czterech wspaniałych? Robi się duszno.

Marek Cieślak ma świadomość, że drużynę trzeba odmłodzić i nie można tego robić na siłę. Zanim doszło do ostatecznej przegranej na torze w szwedzkiej Malilli, był turniej półfinałowy w Bydgoszczy i trener namaścił do walki o punkty Grzegorza Walaska, który jeszcze nie tak dawno jeździł w tamtejszej Polonii a teraz punktuje i to nieźle w Rzeszowie. Miał do wyboru jeszcze stylistę Krzysztofa Buczkowskiego, który jeździ w Bydgoszczy. Postawił na doświadczenie Walaska, który jednak kompletnie zawiódł. Zawodnik ten potrafi pojechać cudownie i wygrać z najlepszymi oraz dać „ ciała“ z powodów tylko jemu znanych. Nie raz i nie dwa zastanawiają mnie jego jazdy, takie postawy w sporcie. Walasek niestety zdobył tylko dwa punkty na torze, który dobrze zna i został zaszczycony reprezentacyjną nominacją. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały wcześniej, że wyskoczy z kevlara by nie zawieść nikogo. Zawiódł.

Bo Wirebrand szwedzki szkoleniowiec z Vetlandy, człowiek związany z żużlem „Trzech Koron“ od lat, mag, który pod koniec lat siedemdziesiątych zaczął odbudowywać szwedzki speedway po regresie spowodowanym tragicznym wypadkiem Tommy Janssona dał światu mistrzów świata i drużynę, która wygrywała z najlepszymi. Wirebrand nie potrzebuje rekomendacji, jest wybitnym znawcą żużla od kuchni. Tenże szkoleniowiec powiedział wprost: Polacy przegrali finał na swoim torze w Bydgoszczy. I dodał, że jest mu bardzo przykro z powodu absencji naszych żużlowców w decydującej batalii.

W Bydgoszczy nasi zawodnicy przerżnęli finał jednym punktem z Rosją. Fatalnie. Późniejszy baraż w Malilli był dramatyczny, zaczęło się kiepsko ale charakter drużyny pokazali i pod wodzą kapitana Tomasza Golloba pokazali, że można odrobić straty. Zabrakło tego, co stracił kapitan na początku. Duńczycy byli lepsi o cztery punkty a mogło być odwrotnie. W tejże Malilli wystartował w miejsce Walaska wspomniany Buczkowski i pokazał, że inwestycja w niego, także w Macieja Janowskiego jest kapitałem nie marnowanym.

Dlaczego Walasek pojechał tak źle pozostanie jego słodką tajemnicą, lecz nie wiem dlaczego Marek Cieślak charyzmatyczny trener pomylił się w ocenie szans reprezentantów. Bywają takie rozdroża i nie ma co do tego wracać, choć porażka i odjazd z finału DMŚ są bolesne. Nie śpiewajmy bynajmniej: „ Polacy nic się nie stało“, bo stało. Przyzwyczaili nas żużlowcy do ostatecznych jazd na krawędzi, do hymnu i wzruszeń. Tym razem pozostaje nam żal.

Wracam zatem jeszcze do początku tego felietonu i autora „Boskiej Komedii“, poety, który żył na przełomie XIII i XIV wieku, jakże dawno… Słowa bywają nieśmiertelne.

Nic nie dzieje się na darmo, wnioski z czyśca trzeba wyciągnąć i oby tylko Marek Cieślak nie padł na kolana, bo nie on zawalił sprawę. I niech jego rywale nie używają sobie, popatrzą szczerze na swoje dokonania. Polskie casusy porażek są radością dla konkurencji, która żyje z doładowań wpadek.

Złoto uciekło, srebro się wymknęło, brąz poleciał gdzieś daleko. Tak sobie myślę, gdybyśmy jednak awansowali do finału, jakby to było? Potrzebny byłby Hampel, lecz kontuzjowany… A gdyby był w pełni sił Patryk Dudek, więc taki zespół pod wodzą kapitana Golloba przypominałby mi czasy lat osiemdziesiątych, kiedy wspominany Bo Wirebrand ćwiczył szwedzką reprezentację a tam młodzieńcy tacy jak Tony Rickardsson, Jimmy Nilsen, Per Jonsson i Henka Gustafsson pędzili zawadiacko do mety i stawali na podium. Z ambitnymi szwedzkimi juniorami coach Bo ścigał się z Amerykanami, Anglikami, Australijczykami i Duńczykami na brytyjskich, trudnych torach. „ Trzy Korony“ stawały się szybko perłami na medal.

Niczego absolutnie nie sugeruję, choć marzy mi się team spirit PL ze skrzydłami młodości, nikomu nie ujmując doświadczenia i rutyny. Powiązanie jednego z drugim czyni czasami cuda. Prysznic bydgoski i szwedzki nie pójdzie chyba na marne, tak wierzę, gdyż Polacy nadal mają team, którego zazdroszczą inni, choćby taki nowy coach australijskiej ekipy Mark Lemon czy weteran Wirebrand, którego kiedyś wyleczyłem z bólu żołądka po wypiciu „sety“ polskiej czystej wódki z pieprzem. I to nie była boska komedia, to było wtedy życie bez złudzeń, że po męsku bez barażu trzeba zawalczyć, żeby było zdrowo i na medal. A gwiazdy świeciły nie tylko nocą.

Rozpalone lato

Kanikuła. Jeszcze nie podliczyliśmy do końca futbolowego EURO a już mamy na horyzoncie Londyn i letnią olimpiadę. Wydarzenie niesamowite i wierzę, że złote medale, inne medale polskiej reprezentacji osłodzą nam sportowe życie. W tegorocznym konglomeracie wydarzeń, które wyraźnie dominują w świadomości, bo przecież igrzyska olimpijskie są zjawiskiem oczekiwanym z nadziejami, emocjami i niosą z sobą przeżycia jakich się nie zapomina a speedway jedzie obok.

Przypomnę niedawno zmarłą królową komedii romantycznej, scenarzystkę i reżyserkę Norę Ephron z Nowego Jorku, nominowaną trzy razy do filmowego Oscara. Tak oto mówiła: „Większość z nas żyje życiem pozbawionym momentów nadających się do kina“. Dodam przy okazji, że jej ostatnim mężem był scenarzysta /„ Chłopcy z ferajny“ reż. Martin Scorsese / Nicholas Pileggi, a burmistrz Nowego Jorku oświadczył, że śmierć Ephron jest wielkim spustoszeniem dla środowiska artystycznego NYC.  Ale do rzeczy… Czy nie mamy życia na… kino? Wszystko zależy od tego jak się rozumie to KINO. Ono istnieje w przestrzeni obok nas. Na poważnie i śmiesznie.

Oto jadę autem i nagle słyszę, że prezes PZPN Grzegorz Lato będzie jednak ubiegał się o reelekcję. Krytykowany prezes, obśmiewany na lewo i prawo jakby nie słyszał głosów i brnie w zaparte. Dla mnie to bardzo symptomatyczne zjawisko i WIELKIE KINO. Co jeszcze trzeba napisać, żeby prezes ten czy tamten się zawstydził, miał honor, poza tym, że trzyma się kurczowo stanowiska i zarobków. Podobno jest projekt by rozwiązać PZPN. Już poprzedni prezes Michał Listkiewicz także bronił się rękami i nogami żeby tkwić w fotelu władcy polskiej piłki. Pani minister sportu liczyła na abdykację szefa PZPN, jednak nie doczekała się i nie ma siły na tych ludzi kopanej.

Prawo jest takie a nie inne, od kilkudziesięciu lat modyfikowane za sprawą prezesów na rzecz umacniania władzy. Poszczególne punkty statutów bronią tych, którzy tkwią w zaklętym kręgu. Chyba, że sami zrezygnują albo jaskrawo zlinczują prawo. Jeśli ktoś umiejętnie lawiruje może tkwić na stanowisku dożywotnio. Zgadzam się, bywają tacy władcy sportu, którzy dobrze działają i wyniki oraz osobista kultura i jasne horyzonty na przyszłość umacniają ich w poszczegółnych związkach. Nie wyobrażam sobie jednak dalszej egzystencji bez kadencyjności i statutowych zmian.

Inne przykłady.

Władza spod znaku PZM jest nie do ruszenia, bo zabiegi socjotechniczne są staranne i obwarowują ją bezgranicznie. Klakierzy prezesów jeśli są umiejętnie dobierani bronią swoich synekur, ich lojalność bywa fałszywa i co tu gdybać wywołuje reakcje po kątach na miarę opozycji. Jednak włdza nie słyszy takich głosów, jest głucha i niewidoma. Warto więc prezentować takim ludziom białe laski. Nie żartuję. Twierdza PZPN jest  „wzorem“ dla innych związków sportowych, które mogą się powoływać na taki casus.

Kadencyjność władzy jest sankcjonowana mimo wyborczych reguł w wielu dziedzinach naszego życia i dobrze służy demokracji.  Nie ma ludzi niezastąpionych i nie ma takich, którzy są genialni. Porzyspawanie się do stołków powoduje przykre wynaturzenia.

Martwi mnie bardzo, że statuty polskich związków sportowych uchwalone kilkadziesiąt lat temu, liftingowane umiejętnie przez sprytnych prezesów służą umocnieniu władzy, choć społeczny odbiór jest bardzo krytyczny. Wspominany Lato, kiedyś świetny strzelec bramek, powiedział, że nigdy nie oddał meczu walkowerem. Każda władza przykleja się do foteli, do pensji i trudno jej zrezygnować. Sytuacje bywają komentowane tak „Polacy, nic się nie stało…?“ Czyżby. Przyśpiewki są dobre na stadionach. A co kibice wykrzykują? „Jeb… PZPN“. Polacy nie wyszli z grupy i brakowało im sił. Atmosfera jest podła. Organizacyjnie na EURO wypadliśmy super, sportowo za takie pieniądze beznadziejnie, Franciszka Smudę przerosła ta funkcja, bo reprezentacja to nie Odra Wodzisław, niestety… Podobno Ryszard Czarnecki europoseł chce być prezesem polskiego futbolu. Nie cytuję słów w tej sprawie posła Jana Tomaszewskiego.

A Agnieszka Radwańska gra na korcie jak z nut. Zaliczyła cudny Wimbledon. Siatkarze ograli Brazylijczyków! Granie koncertowe. A tu…

Kanikuła. Nie mam już sił sygnalizować np. absurdów wokół turniejów Grand Prix, kalendarza przeładowanego do maksimum ludzkiej wytrzymałości. Niektórzy zadają sobie takie pytanie co jest gorsze: dżuma czy cholera? Obie!

Pani minister Joanna Mucha przejdzie do historii, jeśli zajmie się porządkowaniem poszczegółnych związków sportowych, bo PZPN  jest szczytem góry. I niech się nie łudzi wynikami ekonomicznymi. Ile miał nieruchomości kiedyś PZM a ile ma teraz po konsekwentnej likwidacji, a co się robi na rzecz bezpieczeństwa ruchu drogowego, statutowego zapisu, który wyniósł kiedyś na wyżyny były prezes Roman Pijanowski. Wyniki żużla, sportowe efekty są jak cukierek, który trzeba lizać.

Wybory w poszczególnych związkach sportowych są starannie przygotowywane, głosy krytyczne wycinane, osoby niewygodne, które mają swoje zdanie deprecjonowane. Cel jest jeden, utrzymać się przy intratnej władzy. Rozumię maksymalnie trzy kadencje, ale dożywocie? Poza tym nikt nie bierze pod uwagę, że taki system obronności foteli nie dopuszcza młodych ludzi z ambicjami, nie daje im absolutnie szans, kastruje konkurencyjność, która jest przecież motorem postępu. Po prostu zwykła kicha.

A zatem w kanikułę jaka zapanowała tego lata, pisanie o takich problemach dodatkowo stresuje i podnosi niebezpiecznie temperaturę. Więc z tym życiowym kinem nie przesadzajmy. Mamy niespotykanie tropikalną aurę, no i środek sezonu żużlowego. Zbliża się nieuchronnie czas na plony… I zbiory medali?

No cóż, rozpalona letnia fura czeka.

Już jutro w Tarnowie „ Szybkość nie wybacza nikomu“!

W niedzielę, 22 kwietnia wielki mecz o godz. 17.00 pomiędzy Unią Tarnów a Włókniarzem Częstochowa! Będę tam z moja książką i podpiszę dedykację każdemu! 160 stron opowieści i kulis żużlowego życia dostępne będą w klubowym sklepie. Do żobaczenia!