Kij, marchewka i lubelski hit

Speedway_start_1

Pokutuje taka opinia od dłuższego już czasu, że polska liga, ta extra jest najlepsza na świecie. Ze speedway’em na świecie przesadzają okrutnie, raczej ten sport domyka się w obrębie Europy i incydentalnie rejestrujemy go poza Starym Kontynentem, na Antypodach, śladowo w USA, w Kalifornii. Każdy zawodnik, który chce w żużlu czegoś dokonać startuje w Europie. Speedway, który z Antypodów przywędrował  do Anglii kilkadziesiąt lat temu od dłuższego czasu na Wyspach Brytyjskich przeżywa regres z którego może go podnieść utalentowany Tai Woffinden. Zawsze wcześniej czy poźniej w sporcie pojawia się jakiś orzeł, który dopinguje swoim talentem oraz umiejętnościami i winduje dyscyplinę sportu w górę. Nie zrobił tego Scott Nicholls ani Chris Harris.  “Przeleciał” przez tory Mark Loram, który został mistrzem świata. Teraz mamy Woffindena. Czy liga angielska jest lepsza od polskiej? Jest na pewno inna, nie tak tłumnie odwiedzana, chociaż frekwencja u nas systematycznie z roku na rok się obniża. Wyspiarze mają inne tory, trudniejsze do jazdy, promotorzy nie rozpieszczają zawodników, którzy na polskim gruncie mają wikt i opierunek niespotykany gdzie indziej. Gdyby odcedzić polskie ligi z zagranicznych żużlowców ten sport zdziadziałby od razu. Polscy prezesi narzekają i płacą bez ograniczeń. Mają gest i rozpuszczają, choć nie wszystkich z taką samą estymą. Mają swoje widzimisie a polskie kluby nazywane są bankomatami, które nigdy nie zamykają swoich sejfów przed gwiazdami. Nie raz już prezesi zżymali się na pustostany zimą, nie płacili , lecz wobec groźby utraty licencji regulowali zaległości, które zwykle mają wobec polskich zawodników, zaś przed zagranicznymi czapkują w podskokach. Dziwna sytuacja, polska transformacja gospodarcza uruchomiła na początku lat 90 – tych ogromne zasoby pieniężne. Ale to już było i trochę jest. W takim tyglu działalność ligowa musi być mocno skoordynowana, Logistycznie wyrachowana z żelaznymi regułami gry by towarzystwo nie fikało. A fika od początku. A kto w Polsce tak nie robi, pytanie rzeka.

Ostatnie wydarzenia i walkower w finale Ekstraligi w Zielonej Górze, odmowa startu przez kaprysy torunian miały już prapremierę w Lesznie, kiedy goście z Rzeszowa odmówili startu. Wówczas ukarani zostali dotkliwie i kontrowersyjnie uniści. Marma z Rzeszowa poniosła mniejsze straty, w końcu spadła z najwyższej półki.

Polską ligą zawiaduje spółka dobrze opłacana, nad nią czuwa bogaty Polski Związek Motorowy, który w swoim łonie ma jeszcze statutowo biedną Główną Komisję Sportu Żużlowego. Trzy ciała a jakby jedno z gniazdem  w stolicy pod szyldem PZM. Władzę trzyma krzepko Pezetmot z Andrzejem Witkowskim, żelaznym prezesem od wielu lat. Reszta jest obok niego tylko tłem. Niby trzy struktury a jedna faktycznie władza, bo szefem Rady Nadzorczej w ekstrakligowej spółce/ zarządzanej przez torunianina/ jest prezes PZM. Koniec, kropka, mysz się nie preślizgnie pod tak czujnym okiem. W tym doborowym towarzystwie zasiada również Władysław Komarnicki były prezes gorzowskiej stajni żużlowej. Czyją stronę teraz trzyma demokratycznie gorzowski przedsiębiorca? Krążą domysły…

Klubowi władcy ostro/ słusznie/ negują spółkę ligową z toruńskim prezesem. Chodzi o kasę. PZM  lubi też kasę. I prezes Witkowski także oraz inni jego podwładni, to wszystko ma bardzo ładnie wyglądające oblicze, powiedziałbym procedury, modne ostatnio słowo w polskiej przestrzeni, obok jeszcze takiego “kolokwialnie” mówiąc. Proste słowa są owijane… kolokwialnie. No i mamy jeszcze nieruchawe zawodnicze związki pn. Metanol z Krzysztofem Cegielskim. Towarzystwo nieliczne ale śliczne.

Co do skandalu w Zielonej Górze, ekstraligowa spółka wszczęła po incydencje… procedury, czyli dała sobie czas na rozstrzygnięcie sprawy. Kto szybko daje, dwa razy daje mowi przysłowie. A co w takim przypadku było deliberować, gdy skandal jest ogromny jak księżyc w pełni. Czas jest potrzebny… czasami. Dzwoni do mnie pewien gość po tej drace z Unibaxem i powiada, że on wie, kto za tym stoi… otóż znany ojciec w sutannie z Torunia. A to heca… ludzie dorabiają od razu wygodną ideologię. Nie żartujmy. Menago toruńskiego klubu  Sławomir Kryjom tłumaczył incydent, bo torunianie zwołali konferencję medialną. Społeczność żużlowa oczekiwała szybkiej reakcji, no ale skoro wdraża się procedury, trzeba poczekać cierpliwie.

W Polsce są winy ale niestety nie ma kar i dlatego mamy takie syuacje, recydywy i zastanawiam się co jeszcze muszą zrobić np. futbolowi kibole żeby wreszcie ponieść dotkliwe kary. Cackanie się ze z jednym czy drugim” Staruchem” daje upust do następnych ekscesów.

Mamy skandal nad skandale i walkower /!/ w finale Ekstraligi. Zostają głębokie refleksje na zimę, rozbieranie tematu na drobne części. Polski żużel dryfuje niebezpiecznie, choć sportowo jest medalowy, taki paradoks.

Zwykle nic tak nie boli jak finansowe grzywny. Zawodnik może otrzymać żółtą albo czerwoną kartkę i co dalej? Co zrobić, jeśli zawodnik pojedzie celowo na faul i “zdemoluje” rywala? Czerwoną kartką nie uzdrowi się poszkodowanego, dlatego sugeruję żeby nie mieć litości dla wywożących w  “płot” zawodników, którzy kaleczą nie tylko siebie, lecz przede wszystkim niszczą zdrowie przeciwnika i jego karierę. Kary w takich przypadkach powinny być surowe by ustrzec przed celowymi najazdami na rywala. Życie jest tylko jedno! Postuluję jeszcze aby stosować punkty karne za faule, tak jak jest w  “drogówce”. W tym sezonie mamy sporo przykrych kontuzji, więc szkoda zdrowia zawodników, cierpią również na tym widzowie, bo mają ograniczone emocje z powodu absencji gwiazd.

XXX

To tyle w tym felietonie i aby nie było ponuro, tak toruńsko cierpko, jakże przyjemną imprezę szykują w Lublinie Krzysztof Cugowski z Markiem Kępą. Będzie mecz Polska /mistrzowie świata/ kontra mistrzowie świata i przyjedzie m. inn wielki, duński as Hans Nielsen, który poprowadzi zespół gwiazd. A z drugiej strony wyjadą wybrańcy, polscy mistrzowie świata pod kierunkiem Marka Cieślaka. Hit, parada, sportowy koncert. Tego Lublin jeszcze nie widział i żywię nadzieję, że taka “Budka Żużlowa” raz do roku na lubelskim torze pobudzi tamtejszy speedway do sukcesów jak bywało dawniej. Lublin jest pięknym miastem, ma tradycje żużlowe i animatorzy turnieju 12 października chcą wskrzesić to, co było kiedyś porywająco dobre. Super! Dochód z widowiska będzie wzmocnieniem dla tych wszystkich, którzy ucierpieli na żużlu. Piękna idea do kontynuacji. Do Lublina wybiera się ciekawe grono gości, które wzmocni szlachetny cel, jakiego podjęli się znany artysta i były, prężny żużlowiec. Organizatorzy… suflerów nie potrzebują, wiedzą jak zagrać, żeby było przyjemnie i cel spełniony. Lubelski arcymecz może być finałem finałów tego sezonu i zostać w pamięci, tak jak każdy przebój “Budki Suflera”. Będzie tango! Speedway to nie tylko draka ale i zabawa.

Nasze Betlejem

ilpg

Wigilia, biały obrus, opłatek i na stole do jedzenia same pyszności, które przywołuje tylko ten dzień. Czas rozmyślań i nadziei. Jest tylko jeden taki dzień w roku. Szkoda. Czas pojednania, zapomnienia złych spraw. Marzenia skupione w gwiazdkach na niebie. Śnieg. O każdej porze dnia i nocy smakuje inaczej. Jego iskierki dodają nam życia. Pachną sosna, jodła, świerk. Święta gromadzą bliskich i dalekich, nie odddalają, zbliżają.

PCG_x_mas

Wigilia żyje w naszych sercach i duszach a świąteczne dni niosą z sobą nadzieję lepszych dni, nowego roku bez łez, trosk, z optymizmem, który jest jednak towarem deficytowym w czasach połamanych zasad. Żyjemy, pracujemy, marzymy i świętujemy. Niech się zdrowo darzy w każdym domu a szczęście nie pozostaje poza progiem.

Parasolki i golizna

„W maju jak w raju“ mówią zakochani. A niektórzy dodają przekornie „nie tylko w maju“.

Niech tak będzie.

Karuzela żużlowych widowisk i emocji zaczyna kręcić się coraz szybciej, nie brakuje wrażeń i nabieramy coraz więcej adrenaliny. Pompowanie trwa!

Serial Grand Prix miał premierę we Wrocławiu w 1995 roku i dobrze pamiętam jakie były nadzieje na nowy projekt, w którym uczestniczył duński internacjonał Ole Olsen. Angielska firma BSI i jej szef, który już sprzedał prawa do tej produkcji, bawi się teraz w odzieżowe ewolucje. Zarobił spore pieniądze niejaki John i na polskiej organizacji. Serial przechodził różne koleje losu, początki były siermiężne w tasiemcowym trwaniu imprez, choć część zawodników szybko brała prysznic, mogła pakować manele i jazda do domu. Wyeliminowano te szybkie „odpady“ i teraz mamy w miarę ukształtowany projekt serialu GP, który mimo wszystko w liczbie organizowanych turniejów wlecze się przez cały sezon plus minus z dwutygodniowymi interwałami. Mordęga. Kiedy już serial dobiega ¾ całości zmęczenie uczestników jest nadto widoczne i brak świeżości. Ten cykl nie jest okrawany a wręcz odwrotnie ciągle mamy plany jeszcze większej liczby imprez. Do upadłego? Można i tak. Jak nawięcej kasy Mr. Paul Bellamy? Ten gość zarządza turniejami GP i jest zadowolony. Ilość a nie jakość? Mnie to się nie podoba i już, bo wolałbym serial zwarty, żadna tam brazylijska telenowela, tylko coś takiego co zostawia raczej niedosyt, niż przesyt do cna.

A teraz coś lżejszego.

Pamiętam zgraną pakę polskich dziewczyn, bodaj rodowodu wrocławskiego, które na starcie urodą i kolorami niekoniecznie parasolek wskazywały, gdzie zawodnicy pod taśmą mają się ustawiać. Czy rozpraszały uwagę urodą i cielesnością? Zakontraktowano je nie tylko na polskie edycje GP, jeździły także poza rodzimy kraj i sławiły hasło, że Polki „grzeszą“ urodą na żużlu. A speedway idealnie nadaje się do pokazywania, co kobiety mają i gdzie, i czym tak naprawdę różnią się od płci brzydkiej. Ano różnice są kolosalne. Czy długość nóg ma wpływ na rozproszenie uwagi zawodników pod taśmą, zanim ona podniesie się do góry, a dziewczyny pokażą co mają do pokazania.

A więc pokazywałylecz ten udany team się skończył i mamy inne układy „ parasolek“.

Utarło się od dawna już, że na starcie mają być dziewczyny, pokazywać co mają najlepsze i trzymać kolorowe parasolki. I machać tymi parasolami i kręcić pupami, bo tak lubi męska część żużlowej widowni.

Niech tak będzie.

Czy na starcie mogą być tylko dziewczyny rozebrane jak należy i kusić walorami jakie mają? Pytanie retoryczne.

Specjaliści od technik pokazywania się na estradach nie zawsze upierają się na tym, żeby quasi erotyka była dominującą prezentacją na stadionie. Dlaczego nie dziewczyny w regionalnych strojach dla przykładu? Wychodzę na zgreda? Coś co kusi bywa zakrywane umiejętnie, takie są tajemnice emocji podsycanych przez kobiety. One wiedzą najlepiej jak skusić męski ród, od czasu raju, Ewy i jej jabłka podarowanego Adamowi. Jabłko nie było zresztą najważniejsze chyba wtedy. I tak jest do dziś.

Ogromnie mi żal cziliderek na żużlowych stadionach, które wyginają się na starcie w zimnie i deszczu. Wszystko co jest robione na siłę nie wywołuje dreszczy rozkoszy. One leżą gdzie indziej. Nie jestem zwolennikiem pewnego toruńskiego radia podnosząc temat golizny obok startowych maszyn na żużlowych stadionach. To nie tak. Podnoszę temat, bo widzę, że sztampa i rutyna wbiła się na dobre w speedway i wszędzie gdzie jesteśmy parasolki i dziewczyny skąpo ubrane dominują obok kierownika startu i oczywiście zawodników, którzy specjalnie nie mają czasu na ocenę tych, które wskazują im kolory. Daltonistów nie mamy w tej grupie.

Czy może być „grupa startowa“ mieszana czyli męsko – damska? Czy musi dominować płeć piękna odziana jak na Hawajach? U nas bywa zimno. I bywa, że leje deszcz.

A więc namawiam do złamania kodu zgranego już jak stuletnia karta. Mogą być dziewczyny ale czy zawsze? Obdzielmy wszystkich widzów sprawiedliwie.

Obserwuję ogólnie zjawisko zrutynizowanej organizacji imprez żużlowych i mało jest rozrywki towarzyszącej, zwłaszcza kiedy traktory równają tor a polewaczka go zlewa.  Nawołuję zatem do ożywiania zawodów, bo widzowie chcą zobaczyć obok sedna żużla także coś innego. Dla oka. Nie tylko piwo i grillowane jadło, potrzebne reklamy. Choć co to kiedyś Doda reklamowała? Lody, lody…

Brakuje doprawdy oryginalnych scenariuszy, które obok sportu mogą przyciągać widzów w różnym wieku. A więc? Konkurs na najlepiej zorganizowaną imprezę roku?

Porządkując sprawy żużlowych widowisk, żeby nikt nie odniósł wrażenia, że jestem przeciwny cziliderkom i dziewczynom na starcie, które skąpo ubrane wyginają się do kamer i publiczności bardzo zwinnie… Podniecenie bywa zdrowe, zarówno tym co dzieje się sportowo na torze jak i tym, co nie wiąże się ze sportem a raczej z tym, co opisywał psychoanalityk Freud. Bez kobiet świat byłby nudny, bez ich walorów jeszcze bardziej. Zawsze jednak trzeba wiedzieć, gdzie, co i jak pokazywać, umiejętnie i ze smakiem. Nie zawsze odkrywanie podnieca tak, jak przykrywanie tego, co od czasów raju podkręca emocje bardziej, niż marne czasami jazdy. Szaleństwa są widzom potrzebne ale muszą być wkomponowane w ramy jak obrazki. To tyle na dziś; nie tak znów goło, ale niech będzie wesoło.

Gęganie za plecami

Tytuł jest krótki, problem szeroki. Oddaje mentalność działaczy, w ogóle ludzi, którzy najlepiej się czują kiedy “szyją buty,” jak to się mówi popularnie, za plecami. Metoda stara jak świat, perfidna. Trudno powiedzieć wprost w oczy więc uruchamia się  “umyślnych”, którzy wypuszczają informacje i badają grunt. Potem najlepiej decyzje przekazać jeszcze przez kogoś innego. Decydenci pozostają  z czystym kontem. Najgorzej, że tak im się tylko wydaje. Osad się gromadzi. Podstępnie za plecami uruchamia się decyzje. Nie chcę dociekać rodowodu takich postępowań, zna je historia aż za dobrze. Funkcjonują.

Od kilku miesięcy albo i więcej słychać na żużlowej wokandzie, że szykuje się zmiana na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Szkoleniowcem nr 1 jest Marek Cieślak, intuicyjny trener o którym można dużo mówić ale wyniki świadczą, że potrafi zgrabnie zestawić  zwycięską drużynę. Ma sukcesy klubowe i reprezentacyjne. Jako zawodnik rodem z częstochowskiego Włókniarza był rewelacją, tamtejszy klub miał wówczas dobrą kondycję finansową, zacnych opiekunów i talenty pod ręką. Cieślak takim był.

Nie zawsze najlepszy zawodnik, kiedy chce być trenerem takim się staje. Trzeba umieć “czytać grę”, umiejętność raczej wrodzona. Marek Cieślak “przeorał” różne tory w te i wewte, startował w lidze angielskiej. Zna środowisko a ono jego.

Wielu zawodników próbowało trenerskiego chleba i wydawało im się, że udana kariera zapewni szkoleniowe ABC. Niestety jak życie pokazuje tak nie jest i nie chodzi tylko o żużel, również inne sporty. Trenerski zawód poza istotną wiedzą musi posiłkować się instynktem. Dobrzy trenerzy mający “ czuja” z marnymi składami potrafili zdobywać laury. Księżycowe teamy pod wodzą sławnych byłych zawodników – instruktorów nie zdobywały tytułów i mimo potężnych nakładów finansowych projekty kończyły się fiaskiem. Mam dawać przykłady?

Rynek szkoleniowy w żużlu nie tylko w Polsce jest ubogi. Najczęściej tym zajęciem parają się byli zawodnicy. Ilu mamy trenerów z dyplomami? Serdecznie mało. Aby taki “papier” zdobyć trzeba mieć niestety maturę.  W środowisku żużlowym każdy kto zdobędzie dyplom uczelni jest już guru. Teoretycznie.  Wielkim guru był przed laty dr Ryszard Nieścieruk z Gorzowa Wlkp., potem trener we Wrocławiu. Zrobił doktorat na uczelni sportowej. Wyjątek żużlowy. Mankamentem u niego była jednak skłonność do kaperowania zawodników. W sumie miał jednak sukcesy, no i ten doktorat na AWF.

Cieślak tego nie ma jest typowym samorodkiem. Ma wyczucie jak jego piękne psy.

Z dyplomem uczelni sportowej jest natomiast jeszcze niedawny zawodnik Rafał Dobrucki.

Obu, tzn. Cieślaka i Dobruckiego kojarzą wirujące wersje zdarzeń, że młodszy zastąpić ma starszego. Ten pierwszy ma umowę na prowadzenie reprezentacji do końca sezonu. Od jakiegoś czasu jakby czekano na jego potknięcie i wtedy Polski Związek Motorowy oraz Giekażet mieliby czystą sprawę, bo jak szepczą “króliczki” posadę trenera nr 1 ma objąć wykształcony ten drugi. Jakie ma osiągnięcia trenerskie? Startuje. Namaszczony został w mistrzowskim teamie Falubazu, gdzie startował i zakończył karierę z powodu kontuzji. Karierę bogatą i bardzo pechową. Poprzednio prowadził zielonogórski zespół Cieślak. Następca zatem wchodzi w przetarte ścieżki i być może spadnie na niego splendor z rozpędu. Sport jest jednak zagadką wielką jak ocean, nie mówiąc już o szkoleniowych meandrach.

Cieślak powędrował do Tarnowa i wydaje mi się, że złapie przyjazny klimat do restaurowania mistrzowskiej Unii. Gdzie osiadł było dobrze. Taki farciarz.

Pojedynek Cieślak – Dobrucki trwa, podkręcany przez wersje przyszłych zdarzeń. Podobno prezes PZM lansuje linię odnowy na reprezentacyjnym stołku i jakże wygodnie byłoby dla  niego, gdyby trener reprezentacji sam zrezygnował. A tak jest hardy trener, który jednak nie lubi plątać się w problemy.  Czy wytrzyma presję? Reprezentacja Polski pod jego kierunkiem zdobyła trzy razy z rzędu mistrzostwo świata i broni w tym sezonie złota na obcym terenie. Nie będzie lekko.

W środowisku żużlowym mówi się, że Dobrucki zna swoją ofertę a z Cieślakiem mimo wielu okazji nikt z PZM nie rozmawiał. Dziwne jeśli prawdziwe. Tak?

Tomasz Gollob, także inni zawodnicy z reprezentacji stoją murem za obecnym trenerem. Kuriozalna sytuacja, wiruje w powietrzu coś, co jakby towarzysko degraduje następcę, natomiast podtrzymuje na duchu obecnego szkoleniowca. Czy to jest zdrowe warto zapytać psychologa. Albo w siedzibie PZM vel Giekażet u źródła.

W dobie sukcesów reprezentacyjnych krążą od dłuższego czasu słuchy, że konieczna jest zmiana pokoleniowa. Oficjalnie nic nie wiadomo, zbliża się sezon, brakuje odwagi.  Podstawą w sporcie sa rezultaty. Nie zawsze dyplom zapewnia sukces, choć tak niektórym się wydaje. Trzeba mieć jeszcze ten wspomniany instynkt, no i autorytet. Ten ostatni tworzą wyniki sportowe, ciężka praca klubowa etc. etc., harówka wielu lat, bo “chleb” trenerski bywa z zakalcem i nie zawsze duże pieniądze zapewniają medale.

Polacy są mistrzami w psuciu atmosfery i potrafią ostro mącić, tworzyć koterie i gęgać za plecami. Nieładnie.

To nie jest obrona Marka Cieślaka, to jest krytyka złych praktyk, które nie powinny mieć absolutnie miejsca na każdym szczeblu a tym bardziej reprezentacyjnym.

Szukam w pamięci, mam…Woody Allen znakomity reżyser filmowy, scenarzysta, muzyk i aktor powiedział:  “Dobrzy ludzie śpią lepiej niż źli ale złym lepiej się wstaje”.

Drzazgi

Były dni okute mrozem, bo zima dokuczyła solidnie i nie można mieć do niej pretensji. Jak zima, to musi być zimno, jak mawiają wtajemniczeni. Były dni okupione smutnymi wieściami. Oto noblistka z Krakowa, poetka Wisława Szymborska zmarła w wieku 89 lat i świat sympatyków jej wierszy pokrył się kirem. Zrobiło się zimniej, smutniej a jeszcze kiedy rozległa się w czasie pogrzebu “Black Coffee”w wykonaniu ulubionej przez zmarłą  Ellę Fitzgerald, płatki śniegu intensywnie pożegnały poetkę, która była mistrzynią prostych szczegółów podawanych strofami. Było dużo ludzi na krakowskim cmentarzu i jak to mówiła Wisława Szymborska kiedy widziała na ulicy tłumy, pewnie idą na mecz. No cóż…

 

“Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka kilku wierszy.Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia…”

Proste pisanie z życia wzięte. Szymborska, noblistka, pożegnał ją ze łzami świat.

O ponad 40 lat młodsza Whitney Houston, jedna  z największych gwiazd popu lat 80. i 90. została znaleziona martwa w hotelowym pokoju w Los Angeles. Szok. Wielki głos jak dzwon, przeboje jak ptaki leciały z Whitney, gdy śpiewała dramatyczny song “I Will Always Love You” czy późniejszy utwór ”My Love is Your Love”.

Potężny pięcioktawowy głos przestał być żywy, zrobi się teraz pustka na estradach ale nie umilkną stacje nadające  płyty z jej przebojami, które wzruszają serca na całym świecie.

Przypominam odejścia wybitnych postaci, bo nie można być obojętnym obok tych zdarzeń, które zmuszają do głębokich refleksji i jeszcze bardziej chłodzą serca od tego, co się dzieje zimą za oknami.

Drzazgi, okruchy, które docierają do każdej duszy czy to sportowej czy nie.

Zmieniają się pory roku, nastroje, czas ucieka jak mgła przed słońcem. Do sezonu coraz bliżej; ostatnie karnawałowe tanga zostały w pamięci, smak pączków i plebiscytowe rozstrzygnięcia. Dla najlepszych trofea, dla przegranych gorzko. Samo życie bez dogrywek.

Zbliża się nieco postponowany Dzień Kobiet, niesłusznie zresztą wyciskany z kalendarza, jako relikt dawnych “niedobrych” lat. Hołubione Walentynki mogą być, lcz nie dajmy się amerykanizować na siłę, negować święto kobiet i wynosić na szczyty walentynkowe serca. Zakochani są wśród nas a świat bez kobiet byłby marnym bytem, Dlatego one są i będą, kobiety, dziewczyny, narzeczone, matki, babcie.

Rodzą przyszłych sportowców, żużlowców, karmią, wychowują, martwią się i czekają na dobre wieści. Szanujmy więc tradycję i pielęgnujmy.

Speedway okrążony jest przez świat kobiet, one uwielbiają ten sport, widać je na trybunach, w parkingach, uczestniczą w życiu sportowym i poza nim. Obecne aktywnie. Szczęśliwe i okropnie zmartwione, gdy dramatyczne losy kaleczą kariery. Pomagają, uwielbiają, są pięknym tłem i ozdobą. Kobiety tego sportu nie uprawiające żużla, lecz tkwiące w nim bez reszty.

Pigułki życia, okruchy. Do sezonu coraz bliżej.

Mamy okazały i bardzo drogo/ prawie dwa miliardy złotych/ zbudowany Stadion Narodowy w Warszawie. W stolicy był speedway i zagorzali tamtejsi sympatycy nie mają żużla na codzień. Czy ktoś pomyślał, żeby przy “ okazji” tak ogromnych finansowych nakładów zaplanować obok futbolu także żużlowy tor uruchamiany np. na Grand Prix. Byłoby to wspaniałe i do pamiętania. Były ostatnio draki z tym obiektem i nawet minister sportu Joanna Mucha zaczęła wokół tego stadionu biegać. Nie zabrakło infantylizmu przy okazji a zabrakło profesjonalizmu, bo na sporcie niby każdy sie zna, a jak dochodzi do konkretów, to zaczyna się proza trudna do tłumaczenia.

Mamy na EURO – 2012 bombonierkowe stadiony, nie wszystkie jeszcze zapięte na ostatni guzik, nie wszystkie pomyślały przyszłościowo o żużlu, bo nie tylko futbolem w Polsce się żyje. Lobby żużlowe w Warszawie jest towarzystwem, które nie ma domu. Ostatnie podrygi na Gwardii są wspomnieniem; wtedy w latach 90 – tych lobby tego sportu sięgało aż prezydenta Polski. A dziś? Kogo dotyka, kogo cieszy a kogo boli?

Jak jest w innych miastach gdzie zbudowano super stadiony na EURO? Liczę, że najszybciej na nowych obiektach pojawi się speedway w Gdańsku i we Wrocławiu. Obawiam się, że w stolicy zepchnięty zostanie z toru, tak jak to się stało na kultowym Stadionie Śląskim, który gościł najlepszych żużlowców świata kilka razy. Wspominają pobyty na Śląsku zawodnicy i kibice. Polscy fani i zagraniczni. Nie doceniają tego niestety włodarze tego regionu i liczą, że będą konkurować futbolowo z innymi obiektami typu EURO. Nie pomyśleli o alternatywie dla kosztownego obiektu i brną torem straconych złudzeń.

Drzazgi, okruchy. Drastyczne i bolesne, radosne i szczęśliwe.

Jaki będzie ten rok przestępny kalendarzowo i tak bogaty sportowo?  Wpierw mamy piłkarski szczyt europejski i Polska po raz pierwszy będzie na takim sportowym topie. A potem letnie igrzyska w Londynie. Nader bogaty rok!

I obok będziemy mieli żużlowe szaleństwa, które warto “sprzedać” kibicom. Czy myśli się o takiej alternatywie i zademonstrowaniu polskiego hobby bez opamiętania futbolowym fanom, wśród których na pewno jest wielu sympatyków żużla? Polecam zatem tę  “pigułkę” Giekażetowi spod wezwania PZM.

Czasu już wprawdzie jest serdecznie mało na takie projekty a sygnalizowałem je przecież wcześniej; niestety zimą niektórym śpi się błogo, zwłaszcza, gdy mrozy mocno zamykają okna i drzwi. Jeszcze można jednak pomyśleć i pokazać Europie, iż nie samym futbolem Polska żyje i że speedway jest tutaj  mocno emocjonalnie wrośnięty w krajobraz od Lublina po Gorzów, od Gdańska po Tarnów.

Drzazgi, pigułki… śnieg otulił stadiony ale nie zakrył tego, co nam w duszy gra.

Piękny ten przebój “My Love is Your Love”. Kończę ten felieton już, kropka i koniec.

Nie każdy jest Justyną

Trener znakomitej polskiej biegaczki narciarskiej Justyny Kowalczyk, Aleksander Wierietelny powiedział, że nie raz jest mu żal kiedy jego podopieczna wstaje z bólami i na przekór wszystkiemu i wszystkim zbiera się na ciężki trening, katorgę jak sama oświadcza. Ten początek dnia bywa trudny, potem świetna sportsmenka rozkręca się i walczy z sobą na treningu mając w głowie starty, biegi, podbiegi, zjazdy i mety, podium, medale, wspaniałych kibiców z dopingiem i polski hymn. Jak sama oświadcza, warto dla takich chwil ciężko pracować latem, by potem zimą być na podium: „Wiem, że te katorżnicze treningi procentują potem na zawodach“.

Kowalczyk ma charakter twardej góralki, jednak nie pozbawiona jest słabości ludzkich, kobiecych, wyrzekła się dla sportu normalnego życia i jak mówi nie żałuje, haruje i dostarcza kibicom pięknych wzruszeń. Zachęca do biegania na nartach i do przeżywania radości z tego sportu, wyzwalając w nas emocje sięgające zenitu. To piękne i niezapomniane. Mega gwiazda na biegowych trasach i poza nimi.

Każdy sportowiec wie, że nic nie przychodzi samo z siebie. Nawet geniusz musi pracować. Sporty są różne i charaktery rozmaite. Nie raz wystarczy błysk talentu, szczęścia i jest medal, grają hymn skropiony łzami wzruszenia. Wojciech Fortuna, zakopiański farciarz jednym ślicznym jak gejsza skokiem zdobył złoty medal olimpijski. Miał nie jechać do Japonii na igrzyska a pojechał i skoczył jak mistrz, lecz potem wiodło mu się już różnie. Bywa w sporcie z karierami bardzo rozmaicie. Ludzie pękają.

Justyna Kowalczyk jest przykładem sportowca, który bezgranicznie oddaje się treningowi by potem dyskontować laury. Nic nie spada z nieba, jak mówi białoruski trener, urodzony nb. w Finlandii, który mimo kuszących ofert tworzy z polską biegaczką tandem mistrzowski. Nie ubiera słów ani zdań w girlandy obietnic, wali prosto z serca jak  jest w codziennym życiu. Czy to w Polsce, Nowej Zelandii, w górach Hiszpanii powyżej Granady, czy na skandynawskich trasach w pocie czoła wypracowują sukcesy.

Nie tylko panna Justyna haruje, bo przecież są sporty gdzie wczesny ranek treningowy  szybko styka się z nocą. Taki jest grafik współczesnego wyczynu sportowego.

CZY w żużlu wszyscy harują zimową przerwą by potem nie spadać w połowie sezonu z motocykli? Mam niestety wątpliwości. Dużo się zmieniło w porównaniu z tym, co było kilkadziesiąt lat temu, kiedy żużlowcy wierzyli w moc motocykli i nie obchodziły ich treningi w czasie zimowej przerwy. Ufali talentowi i organizmowi. A kiedy nie dawali rady, zwalali winę na motory. Nie było tyle startów w sezonie, ligowych startów poza Polską. Jak okazuje się teraz, bez kondycji i przygotowania zimą można spaść  latem z motocykla. Żużlowy sezon jest mocno przeładowany, obok monstrualnego serialu Grand Prix od marca do października, zawodnicy mają uporczywe ligowe starty w kilku krajach. Skracają wprawdzie podróże samolotami, jednak głównie poruszają się autami. Męczące trasy. Noce są słabo przespane a jazdy wg. kontraktowych zapisów bardzo wymagające. Nie jest łatwo i bez odpowiedniej higieny życia nie każdy zawodnik kończy sezon w formie.  „Męskie końcówki“ bywają męczące i słabo wydajne. Ten tryb, często idiotyczny w chaosie startowym, gdzie tylko się da, powoduje zmęczenie organizmów, zdarzają się więc wywrotki i kontuzje przykre w konsekwencji.

Nie każdy jest panną Justyną i ma taki hart ducha a poza tym narty, to nie motocykle. Nie żartujmy jednak i nie dajmy się omamić łatwizną, bo dobrze przepracowana zima, mądrze treningowo, wysiłkowo, dietowo daje moc na cały sezon.

Podziwiam ponad 40 – letniego Amerykanina Grega Hancocka, aktualnego mistrza świata, który zaimponował kondycją i już po zakończeniu startów w Grand Prix w ostatnim meczu ligowym w Zielonej Górze, gdzie Falubaz zdobył mistrzostwo Polski, pokazał, że mistrz nie daje za wygraną do końca. Niech młodzież uczy się i bierze przykład z Grega. Ilu mamy takich Gregów?

Słabości sportowców w sezonie są różne i dopadają każdego, lecz treningowy zapas sił daje poczucie swobody, luzactwa i pewności siebie. Treningowy reżim pozwala na pewno zachować się odpowiednio w czasie wypadków na torze, bo zwinny człowiek inaczej upada i potrafi uchronić się przed niebezpieczeństwem. Nie zawsze tak bywa, gdyż zdarzają się wypadki, które trudno zrozumieć.

Do sezonu już blisko, powietrze martcowe pachnie emocjami. Niech zatem każdy żużlowiec zrobi sobie treningowy rachunek sumienia, bo jak zwykle nie będzie łatwo. Wymagania ciągle rosną, wypadki upadki, kontuzje były i będą. Organizmy muszą być przygotowane na najgorsze i nie ma na to recepty, poza jedną…  dobrym wytrenowaniem.

Znakomity piłkarz Gerard Cieślik, zapytany o receptę na strzelanie bramek, odpowiedział wprost, że recepty są u lekarzy, potem realizowane w aptece, a na strzelanie goli nie ma recept. Piłkarze nie dosiadają motocykli, speedway nie żartuje.

Obecne przygotowanie żużlowców do sezonu jest nieco inne, niż dawniej; instruktorzy, zawodnicy mają inną mentalność. Warto jednak ciągle doskonalić „technologię“ przygotowań do ekstremalnych sytuacji, których przecież na żużlu nie brakuje. Premiery nie muszą być więc dramatyczne, podobnie jak i finały, które powinny być w takiej samej formie jak…premiery.