Napisali. Z „Tygodnika Żużlowego”.

„Adam Jaźwiecki i jego książki

Pierwsza była już dawno, na początku lat dziewięćdziesiątych i to był zbiór dziennikarskich przygód oraz spotkań z asami sportu żużlowego. Tytuł: „Speedway bez kurtyny“. Potem była przerwa autora na kolejne, reporterskie doznania w obszarach żużlowych, redakcyjna praca i zbieranie materiałów oraz uprawianie ulubionego gatunku dziennikarskiego czyli felietonu. Kilkaset tego rodzaju prac ukazało  się z nadtytułem TYLKO W LEWO, wpierw w „ Sporcie“ a następnie co tydzień są do poczytania w TYGODNIKU ŻUŻLOWYM.

Kilka lat temu autor o zainteresowaniach nie tylko sportowych opublikował tomik wierszowanych refleksji zatytułowany OGRÓD PAMIĘCI. Pisze też teksty piosenek.

Obrazek

Ponad rok temu katowicka oficyna wydawnicza #Videograf wydała książkę Adama Jaźwieckiego pt. SZYBKOŚĆ NIE WYBACZA NIKOMU, kulisy żużlowych zakamarków, wybrane felietony traktujące speedway bez pobłażania ale z miłością.

Nie tylko sportem żużlowym autor żyje więc z czasów krakowskich, studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim wracają sentymenty i dawne znajomości, bywanie w Piwnicy pod Baranami. Spotkania przyjacielskie z charyzmatycznym piosenkarzem Mieczysławem Święcickim/ odkrywca Aleksandra Wertyńskiego/ znajdują efekt w postaci książki NIE MA ŻYCIA BEZ ROMANSU, Mieczysław Święcicki i Piwnica pod Baranami. Oto mamy galerię postaci z Ewą Demarczyk i Zygmuntem Koniecznym na piedestale, skrzętnie odkryte angedoty i ciekawostki artystyczne krakowskiej Bohemy. Tę książkę atrakcyjnie wydaną znów sygnuje Videograf, gdzie można ją zamówić: tel.32/ 348 31 33 lub 35, fax 32/348 31 25. Tamże jest nadal do nabycia SZYBKOŚĆ NIE WYBACZA NIKOMU.

Adam #Jaźwiecki nie poprzestaje na tym, przygotowuje na nowy sezon żużlowy niespodziankę dla czytelników, taki bilans swojej kariery autorskiej ale o tym na razie cichosza… A na razie zaprasza regularnie do lektury swoich felietonów „Tylko w lewo“ na łamach Tygodnika Żużlowego, bo jak zawsze oświadcza „nie ma życia bez romansu i żużla“.”

Fajnie było to przeczytać w „Tygodniku Zużlowym”. Pozdrawiam Was wszystkim – Adam. 

Ja tobie a ty mnie

Niedawno przejechali „kolorowo“ przez Polskę kolarze różnych grup sponsorskich w ramach Tour de Pologne sygnowananego przez niezmordowanego zawodowca od sportu i marketingu, interesów i budowania wizerunku z zaufaniem czyli Czesława Langa. Spec nad spece stworzył imprezę, która w tym roku wiodła z Włoch do Polski i pokazała, że takich jak Lang mało, a w Polsce to już na lekarstwo. Na razie konkurencja go nie może ugryźć ani zawiść wykończyć i Czesław Lang niegdyś znakomity kolarz prezentuje nam co roku imprezę o której można marzyć. A więc oglądam nie tylko Tour de Pologne ale również inne wyścigi kolarskie, gdzie taktyka jest starannie wypracowywana w każdym dniu. Sam bohater na rasie wiele nie zwojuje, wcześniej czy później pochłonie go grupa. Jak w życiu, solista nie przetrwa Himalajów. Do czego „piję“? Ano do rozważań na temat polskiego zwycięstwa w drużynowym Pucharze Świata na torze w Pradze. Dwa zespoły były zdolne sięgnąć po złoto i ostatecznie wytargane ono zostało przez biało – czerwonych. Na łamach „Tygodnika Żużlowego“ Zbigniew Rozkrut z Tarnowa, znający speedway od dziecka, fan i hobbysta nieprzeciętny rozważa polskie zwycięstwo z dylematem taktycznego wariantu tzw. Jokera, czyli możliwości zdobyczy punktów razy dwa a przede wszystkim takiego wymanewrowania przeciwnika aby różnica pomiędzy drużynami wyniosła sześć punktów obojętnie za jaką cenę, byle można było zastosować właśnie wspomnianego Jokera. Tak było w Pradze, kiedy Krzysztof Kasprzak taktycznie zrezygnował z walki zaś manewr Jokera idealnie zrealizował Jarosław Hampel. Zwycięzców się nie sądzi. Duńczycy przegrali minimalnie i do historii wpisana została polska gloria.

dsc_2872-a-copy2

Foto: Zbigniew Szarzyński

Powstaje zatem dylemat jak gramy: ideałami sportu, czy manipulujemy taktycznie. No chyba tylko… w pchnięciu kulą nie ma taktyki, a już w skokach o tyczce opuszcza się kolejki, co może się opłacić. Jak sięgnę pamięcią zawsze nie brakowało w sporcie kalkulacji, by nie wspomnieć futbolu odcedzając oczywiście korupcję. W wyścigach kolarskich sprzed wielu lat przypominam konflikt pomiędzy Janem Szozdą a Ryszardem Szurkowskim, kiedy „jechano“ w Wyścigu Pokoju „na Szurkowskiego“. Nie wszystkim to było w smak ale realizowano plan taktycznie. Nie zawsze jest fair gdy na bieżni ktoś jest „zającem“ tylko po to, by zwyciężył ten drugi. Ja tobie a ty mnie potem. Takie układy. Oczywiście powstaje zawsze rozterka czy to sport z ideą czy zimna kalkulacja. Zawodowcy oświadczają, że liczy się ostateczne zwycięstwo i nie ważne na jakich schodach zdobyte.

Rozumię oczywiście rozdarcie duszy Zbigniewa Rozkruta zakochanego w żużlu tarnowianina i jemu podobnych fanów, lecz nie wiem czy nie zrodziłby się w wyniku przegranej Polaków inny artykuł, kogoś zdegustowanego brakiem taktyki polskiego trenera. Bywało i tak przecież.

Marek Cieślak czasem coś mało taktycznie chlapnie, po prostu szczerze i wtedy jest boruta na całego. Dyplomacja bywa bezcenna, jakże często widzimy „całusy“ polityków by potem zobaczyć ognie w ich oczach. Hipokryzja towarzyszy nam na każdym kroku.

Na żużlu „puszczanie“, defektowanie na zawołanie było i będzie. Nie pochwalam, lecz nie ma na ten proceder siły. Często w przeszłości mówiło się w parkingu o funtach szterlingach placonych za punktową przysługę w rywalizacji na torze. Kogo o takie fakty zapytać? Hm… nikt się nie przyzna, bywało tak i na mistrzostwach świata.

Zawsze może wydarzyć się defekt albo zaistnieć inny „wariant“ na torze. Trener w swojej pracy ma wkalkulowane ryzyko taktyki i szkoleniowiec, który szybko myśli i  błyskawicznie realizuje plan, wygrywa bitwę. Jedno z przysłów powiada, że „łatwiej jest powiedzieć, co się myśli, niż wykonać, co się mówi“. A jeszcze inni oświadczają bez żadnych ceregieli: „Kto pierwszy strzela żyje dłużej!“.

No tak, po wielu latach zrozumiałem wiele spraw, które dzieją się w każdym sporcie a speedway nie jest wolny od życiowych boków. Kiedy byłem „mały“ też okrutnie denerwowała mnie, jako reportera „ Sportu“ każda „ustawka“ na boisku, torze, w hali i na stadionie. Czasem jednak można popatrzeć w inną stronę, choć nie powinno tak być, lepiej jednak gdy sport zwycięża w krystalicznej wodzie. I jest „przeźroczysty“ bez granic przekraczania wyrachowania. Nie jest lekko, prawda?

Polskie złoto w Pradze przeszło do historii. I defekt Kasprzaka i efektowny Joker Hampela, no i fart Cieślaka. Fart… Ilu jest trenerów z takimi metkami?

Upalne mamy lato…

Do historii przechodzą kary klubowe dla Leszna i Rzeszowa, zmniejszone znacznie przez Wysoki Trybunał Pezetmotowski, choć ostrze skierowane zostało z dużą mocą na leszczyński klub, który został obarczony zasadniczą winą. Czy jednak słusznie?

Grzebanie w takich sprawach prowadzi czasem do drugiego dna.

Zostawiam te problemy na chłodniejsze dni, na razie zaczyna się długi finisz żużlowego sezonu i wysokie napięcia przed nami. Walka o solowe mistrzostwo świata zapowiada się ekscytująco, bo Emil Sajfutdinow minimalnie prowadzi przed wytatuowanym Tai‘em Woffindenem. Na „brązowym miejscu“ MŚ/ GP jest Jarosław Hampel. Powinien wytrzymać tak do końca, stać go wszak na więcej.

W ligach gorączka ma niebezpieczną temperaturę. W jej cieniu pozostaje weteran Tomasz Gollob i nie widzę żadnego problemu poza medialnym dmuchaniem balona.

Taki jest obraz żużlowej sceny na której nie przejmujmy się nadto ceną / cieszmy się!/  polskiego złota wywalczonego w Pradze. Wiecie co? Złoto jest złotem ponad wszystko i o tym wie choćby były mistrz świata /1983/ Niemiec Egon Mueller, który teraz szaleje na Facebooku i warto sobie przypomnieć jaka była cena jego gold medalu w Norden. Okoliczności, zwłaszcza zwycięskie, nie zacierają blasku medali, tytułów, bo historia i fani kochają i uwieczniają mimo wszystko ostateczne fakty.

Nie lubimy siebie…

az234

Żyjemy w czasach okrutnie pogmatwanych i mało ustabilizowanych. Przyglądając się temu, co dzieje się na świecie dochodzimy do wniosku, że wszystko wisi na włosku. Ogromne różnice w poziomie życia wywołują społeczną destabilizację,; z jednej strony ludzie targani są przez nędzę, bezrobocie; z drugiej strony mamy takich, choćby w sporcie, którzy zarabiają milion euro tygodniowo. Szalone dysproporcje powodują animozje i nie brakuje przemocy. Świat nie jest spokojny.

A Polska?

Nagle w mgnieniu oka wysłane maile spowodowały olbrzymi zamęt w instytucjach, szpitalach i doszło do masowych ewakuacji ludzi zagrożonych wybuchami. Straszny kłopot i koszty jeszcze większe. Mamy do czynienia z wybrykiem, który wywołany został kliknięciami komputerów. Strach wyziera raz po raz i tragiczne zdarzenia budzą głębokie refleksje.

Świat jest podzielony, ludzie przestają siebie lubieć.

A Polska jaka jest? Czy my lubimy się?

Krytyczne głosy na łamach, głoszone przez tęgie głowy w radiu i telewizji,  oracje przepojone nienawiścią człowieka do człowieka budzą już nie zdziwienie, lecz odrazę. Eskalacja wypowiedzi nasączonych jadem nienawiści nakręcana jest systematycznie i mocno.

Jak reagujemy zatem w takim szambie słów na krytykę? Na głosy dyskusyjne, na postulaty słuszne mniej czy więcej?! Różnie! Jedni zwyczajnie olewają krytykę i robią swoje dalej wypowiadając opinie niezbyt przychylne pod adresem konstruktorów odmiennych zdań.

Jak jest w polskim żużlu?

Znałem działacza, który zawsze stwierdzał ze złością i przekorą, że nie czyta gazet ani nie słucha tego, co w mediach elektronicznych wypowiadają dziennikarze. Lekceważył do cna wszystkie opinie. Oświadczał, że nie przejmuje się tymi zdaniami. Nie czytał, nie słuchał i nie oglądał a doskonale wiedział o co chodzi. Kłamał. Postponował „z buta“ krytyczne głosy, obojętnie jakie by nie były. Czysty fałsz i pospolite zakłamanie.

Kiedyś mówiono, że nie ma demokracji, szaleje cenzura i brakuje tolerancji, dziś jest demokracja i każdy wali prosto z mostu co mu ślina na język przynosi, bez jakiejkolwiek węwnętrznej cenzury ale i bez taktu oraz elegancji.

A zatem lubimy się czy nie? W tych trudnych czasach budującej się demokracji, europejskości bez granic i sloganów często bez pokrycia. Bez cenzury.

Był czas w polskim żużlu bez krociowych apanaży, chociaż i tak speedway nazywano zawodowym. Dlaczego? Bo oficjalnie mówiło się o wypłatach za zdobyte punkty. W innych sportach „kwitło“ amatorstwo wynagradzane przez fikcyjne zatrudnienie w zakładach pracy. Wszystko było cacy. Takie “misiowate“ towarzystwo.

A dziś? Sponsorzy i reklamodawcy ustalają swój świat sportowego biznesu.

Zawrotne zarobki w żużlowym świecie nie budzą respektu, gdyż w stosunku do piłkarzy czy tenisowego świata są one „drobnymi“ kwotami, biorąc pod uwagę zagrożenie życia w każdym wyścigu i na każdym wirażu. Starzy mistrzowie żużlowego rzemiosła oświadczają: „szkoda, że tak wcześnie urodziliśmy się“, widząc roczne milionowe  zarobki dzisiejszych asów. Pierwszy mistrz świata rodem z Polski Jerzy Szczakiel zarobił na tytule drobny procent tego, co dziś zgarnia mistrz globu.

Czy wielkie pieniądze krążące po świecie i Polsce na żużlowych torach są właściwie wydatkowane?

Czasy się zmieniają i nie można porównywać mistrza Szczakiela z mistrzem Tomaszem Gollobem. Jakże inne czasy, lata:1973 i 2013.

Jak reaguje młodzież na ten nowy świat? Czy jest lepszy? Bez animozji? Życzliwie czy z pogardą, z zawiścią w oczach czy kompromisem…

Mamy zwichrowany, niespokojny świat i polski układ. Z jednej strony wdzierająca się demokracja, która wcale nie jest łatwa i dysproporcje majątkowe, które obnażają słabość systemów panujących na świecie. I w Polsce.

Warto czasem, nawet latem zastanowić się dokąd zmierzamy, z kim i z czym. Jakie mamy autorytety, które są mentorami. Trudny ten tekst, prawda? Inny, wybaczcie. Nie zawsze żyje się punktami, tabelami. Życie w swojej prozie nie jest pozbawione obaw o przyszłość. Wystarczy mail, by zakłócić byt. Wywrócić ład. Wzbudzić nienawiść.

Świat sportu w finansowej karuzeli zatracił proporcje i dzieli apanaże niesprawiedliwie. Ktoś musi nad tym zapanować by nie było kontrowersji, które wywołują burze.

Nadal twierdzę, że w polskim żużlu brakuje autorytetów, które swoim dorobkiem tamowały by wybryki tych, którzy wierzą w potęgę pieniądza. Potrzeba nam ciągle mądrych decyzji i budowania szacunku.

Głosy krytyczne powinne być zrozumiane z ufną wiarą w lepszy żużel. Zadufanie zwykle marnie się kończy. Tak uczy historia.

Kończę kwestią, która dotyczy tasiemcowej walki o indywidualne mistrzostwo świata. Mamy raz po raz krytyczne głosy, jednak nie mamy takich, którzy by mądrze i odważnie powiedzieli stop kilkunastu turniejom. Po co nam taki rozbuchany serial? Niech będzie, lecz bez męki zawodników, z radością dla uczestników po obu stronach bandy. Komercja wzięła kiedyś górę i tak buszuje a inni bezkrytycznie przyklaskują jak to fajnie. Otóż nie. Fajnie nie jest!

Jeszcze jeden ból…Frekwencja na polskich stadionach spada. Dlaczego? Transmisje TV odbierają widownię. Kibic jest uboższy i wygodniejszy więc kiedy ma wybór decyduje się na domowy fotel, swój bar i przekąskę. Znajomy twierdzi, że już za niedługi czas będziemy mieli tylu widzów na stadionach ile Skandynawowie. Oby do tego nie doszło, aczkolwiek na tym zwariowanym, „demokratycznym“ świecie wszystko jest przecież możliwe.

Ale może być inaczej. Pokazali to Janowicz i Kubot na Wimbledonie.

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Szef Crump mówi good bye GP

Nie tak daleko spada jabłko od jabłoni. Tak to jest moi drodzy, a więc po kolei. Ojciec Jasona Crumpa, trzykrotnego mistrza świata, Philip/ Phil/ urodził się w australijskiej Mildurze, gdzie był tor żużlowy/ stamtąd pochodzi inny słynny żużlowiec Leigh Adams/. Crump senior skończył 60 lat i jest dumny, że jego syn godnie zastąpił go na żużlu. Phil miał niespełna 20 lat, gdy zaczął startować w Anglii na torach. Mocny jak drwal, mało rozmowny ale solidny jako sportowiec. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie w 1976 roku zdobył brązowy medal indywidualnych mistrzostw świata, wygrał wtedy fenomenalnie jeżdżący Anglik Peter Collins. 80 tysięcy widzów oglądało te zawody, to był drugi finał IMŚ na „śląskim stutysięczniku“ po pamiętnym turnieju w 1973 roku, kiedy zwyciężył Jerzy Szczakiel. Phil Crump był czołowym zawodnikiem reprezentacji Australii i startował w wielu finałach mistrzostw świata różnej kategorii. We wspomnianym roku 1976 w Londynie na White City Australijczycy zdobyli złoty medal a w ekipie jeździł Phil Crump. Srebrny medal w mistrzostwach świata par w Manchesterze wywalczył z Johnem Boulgerem w roku 1974 a wygrali Szwedzi. Crump senior jest czterokrotnym mistrzem swojego kraju. Wystarczy? Nie każdemu.

Zaraz, zaraz… nie daleko pada jabłko od jabłoni. Kiedy w 1976 roku Phil zaliczył udany rok na torach żużlowych, malutki syn Jason miał rok. Urodził się w Bristolu, jego dziadkiem był Neil Street, zawodnik, mechanik, świetny menedżer, który uwielbiał wnuka i bardzo chciał aby został żużlowcem. Marzenia nie zawsze się spełniają, lecz czasami mają realny kształt. Tak było z małym Jasonem. Dziadek uwielbiał wnuka a wnuk dziadka, pomiędzy nimi był ojciec, który oczywiście chciał mieć następcę. Czego nie dokonał tata, zrobił trzy razy syn. Został mistrzem świata. To piękne jak australijskie obrazy.

I ojciec i syn prezentowali, prezetują styl niezbyt finezyjny ale skuteczny, agresywny styl jazdy. Zodiakalny lew Jason zrobił swoje a mając bardzo udaną rodzinę postanowił ograniczyć bujną karierę. I ten sezon będzie ostatnim w serialu GP i nie tylko mnie jest szkoda, bo w żużlowym pejzażu brakować będzie solidnego Crumpa jr. na którego jego wierny mechanik Darek Sajdak mówi zawsze „mój szef “. A zatem bye szefie… Tylko w GP, bo po urlopie na Antypodach okaże się, gdzie jeszcze wystartuje Mr. JC.

Nie mogłem wspomnieć na wstępie tego felietonu jak spadają jabłka od jabłoni. Dziadek, ojciec, wnuk. Jason ma żonę Melody i córkę Mia – Lilly i syna Setha. Urodziwi, jeżdżący razem, rodzinnie, wspomagający głowę rodziny. Jest kogo pilnować i pilnowany ceni swoje “zaplecze“.

Dziadek zaszczepił u niego dbałość o sprzęt, gdyż był niezłym tunnerem. Neil był bardzo lubianym człowiekiem, zmarł nie tak dawno i pozostawił po sobie wspomnienie fachowca, uczynnego i zatroskanego o speedway nie tylko australijski. Jason uwielbia swoją rodzinę, lubi wypoczywać na Mauritiusie, w Australii, ojczyźnie ojca. Jeździ na GM a na czterech kołach Audi. Zaprezentował się bogato w serialu Grand Prix/ ponad 2000 punktów jak nikt/, triumfował, dawał szczerą satysfakcję widzom. Hymn australijski grano ponad 20 razy dzięki niemu właśnie. W jego boksie często można było spotkać znakomitego kierowcę Formuły – 1  Marka Webbera. Przyjaźnią się i wspomagają dwa różne moto światy.

Crump postanowił w pełnej chwale zakończyć jazdy na szczycie. W reprezentacji Australii pojawili się jego następcy, pierwszoplanową postacią jest rodem z Sydney 25 – letni Chris Holder, młody „kangur“, który śmiało kroczy mistrzowskim torem jak niegdyś król Crump.

Czy Jason mógł jeszcze jeździć w GP i satysfakcjonować kibiców? O tak, 37 lat to jeszcze nie tak dużo patrząc na Tomasza Golloba czy Amerykanina Grega Hancocka, którzy po czterdziestce śmigają w serialu GP jak gazele. Decyzja Crumpa jest jednak suwerenna i na pewno rodzinnie przemyślana, i jak znam żużlowe bractwo Jason nie odjedzie daleko, jeszcze mamy ligowe zmagania. Jaka będzie wiosna europejska?

Zawsze kiedy gwiazda sportu zjeżdża ze szczytu robi się żal. Czegoś będzie brakowało, bo nazwisko zrosło się z elitą bardzo mocno. Postać, charyzma, bez sportowej złości, choć na początku Jason wcale nie pobłażał. Zna swoje rzemiosło i warsztat, na ten temat Darek Sajdak może powiedzieć soczyście, rozumie się z szefem doskonale.

Familia Crumpów poznała Polskę dobrze, ostatnio Jason dojeżdżał na moje ulubione Podkarpacie do Rzeszowa. Koleżeński? O tak. Każdy zawodnik jest nieco inny na początku kariery a inny kiedy ma za sobą doświadczenie. Wsiąka się powoli, smakuje, walczy, speedway nie jest dla mięczaków i takim Jason nie był. Choćby z postury. Ma charakter mieszańca australijsko – angielskiego „kangura“. Gdzie jego serce? Przy żużlu? Rodzinie? Przypomina mi świetnego aktora amerykańskiego Johna Wayne‘a z westernów; mówi co trzeba i jeździ szybko, bo… „kto pierwszy strzela żyje dłużej“.

Ostatni turniej GP dla Jasona w Toruniu na okazałej Motoarenie. No cóż, dobry aktor nie schodzi ze sceny tak szybko, bo publiczność go kocha, bisuje, nie brakuje kwiatów i szprycy szampanów, fajerwerki na niebie jak kolorowe gwiazdy, piękne załączniki, których nigdy się nie zapomina. Puchary na podium są jak kontuzje, towarzyszą wszystkim, w różnych okolicznościach. Jason miał tego wszystkiego po trochu; nie brakowało mu złota, srebra i brązu, bo szczęście drepcze uparcie z bólem pod rękę, taki  jest ten speedway, któremu czasem trzeba powiedzieć good bye! I zjeść spokojnie  jabłko.

Vojens Ole!

Szkoda tego miejsca i żal, że speedway światowy traci Vojens dla dużych wydarzeń. Vojens znaczy… Ole Olsen. Kto przed 35 laty słyszał o takiej miejscowości?! Kiedy w 1975 roku guru duńskiego żużla zdobył drugi tytuł mistrza świata na klasyku postanowił zainwestować w stadion. Urodził się w Haderslev, kilkanaście kilometrów od Vojens, w rodzinnym domu sprzedawał z drugiej ręki samochody Honda i BMW. Mały domek, także niemal muzeum wyposażone w trofea Ole. Bywałem tam zanim przeniósł się do okazałego domu niedaleko Haderslev i Vojens. Olsen miał przyjaciela Aage Sondergaarda i razem obmyślili stadion stricte żużlowy w małej miejscowości, liczącej kilka tysięcy mieszkańców/ dziś jest kilkanaście tysięcy/. Pierwsze zawody na nowym stadionie odbyły się w 1977 roku i były to mistrzostwa Europy juniorów w których zwycieżył Duńczyk Alf Busk. Nie było jeszcze głównej trybuny, projekt realizowano w etapach. Lubiałem jeździć do Vojens, długa droga przez dawne NRD, potem skok przez Hamburg, Flensburg i zaraz za niemiecką granicą było duńskie żużlowe królestwo, które przez niektórych polskich malkontentów nazywane było… wsią. Jakby nie byli często ze wsi, polskiej.

W Haderselv w hotelu “Norden”, małym i przytulnym nad stawem z dzikimi kaczkami, w hallu obok recepcji stał pozłacany motocykl Jawa, który dostał duński internacjonał Ole w Czechach.  Wygrywał tam “ Zlate Prilby” w Pardubicach, przyjeżdżał na polowania do Czech. Vojens szybko robiło karierę, było nowością zarządzaną przez mistrza, w 1978 roku Olsen zdobył trzecie mistrzostwo świata na Wembley w Londynie i był to cudowny finał, gdzie mistrzowi na podium towarzyszyła nie tylko żona Ulla ale i miss świata Mary Stavin. Zostawmy urodę turnieju oraz pań. Polećmy do Vojens. W 1979 roku w finale mistrzostw świata par polski duet Edward Jancarz i Zenon Plech zdobywają brązowy medal a wygrywają Duńczycy Olsen z Hansem Nielsenem, srebro dla Anglików, piąte miejsce z 14 punktami zdobyła wschodząca gwiazda żużla Amerykanin Bruce Penhall, który w solowej jeździe ogrywał rywali jak chciał i rozdawał punkty. Kelly Moran doznał kontuzji na treningu. Bobby Schwartz nie doleciał, zawody zostały przesunięte o dzień , bo lało jak z cebra. W ogóle pogoda lubi tam kaprysić. Byłem na tym turnieju, badano motocykl Plecha. Polacy pojechali medalowo. Dotarłem na zawody czerwonym “ Maluchem” i była to wyprawa, której nie zapomnę ze względu na blisko 3000 kilometrów i nie tylko z tego powodu. Wróciłem. Było głośno na trasie a kręgosłup trzeba było masować fachowo.

Vojens “zaskoczyło” w kalendarzu FIM, organizowano na przemian finały interkontynentalne drużynowe oraz indywidualne MŚ. Sędziował tam często torunianin Roman Cheładze. Turnieje były zazwyczaj przedwczesnymi finałami światowymi, ich dramaturgia była wyczerpującym widowiskiem dla fanów, którzy stawiali się w liczbie kilkunastu tysięcy. Dziś  może ten stadion pomieścić ponad 20 tysięcy. Polakom wiodło się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, narzekano zwykle na tor a moim skromnym zdaniem w erze polskich torów “lotnisk” były kłopoty z geometrią. Stadion Olsena i Sondergaarda mocno zaktywizował senne Vojens, ożywił gospodarczo to miasteczko. Nie przypuszczałem, że dojdzie kiedyś do konfliktu z gminą i Vojens w 2012 pożegna się z żużlem, choć nie wierzę w taki obrót sprawy i może po krótkiej przerwie znów będzie tam gorąco podczas prestiżowej imprezy. Na razie wieści z południa Danii nie są najlepsze i miejscem pewnym dla Grand Prix będzie stadion Parken w Kopenhadze ze sztucznym torem.

Uczestnicy wielkich turniejów w Vojens mieszkali w okolicznych miejscowościach, żelaznym punktem pobytu były wyprawy do Billund, gdzie usytuowany jest Legoland. Tamtejsze klocki symbolizują Danię, podobnie jak zamek Hamleta czy buty firmy Ecco. A duńscy żużlowcy nie potrzebują reklamy i Hans Nielsen/ Brovst/, Erik Gundersen  /Esbjerg/ czy Jan O.Pedersen albo Nicki Pedersen są symbolami jazd w lewo w mistrzowskim wykonaniu. Artyści na motocyklach i guru Olsen, były dyrektor cyklu Grand Prix od początku, jeden z inicjatorów, a teraz dyrektor sportowy na etacie Międzynarodwej Federacji Motocyklowej. Jest ikoną światowego żużla, charyzmatyczny, który swój pierwszy sukces na żużlu odniósł w wieku 17 – lat zostając mistrzem Danii. Jakże zmienił się styl jazdy chłopców z tamtych lat w porównaniu do dzisiejszych  czasów. Czarne kombinezony ze skóry bez reklam były diaboliczne, bo dziś na żużlu jest kolorowo w kevlarowo – reklamowym zestawie. Inne motory, inne ubiory. I styl jazdy.

W 1988 roku odbył się w Vojens finał indywidulany mistrzostw świata, który wygrał Erik Gundersen, przed swoimi rodakami Hansem Nielsenem i Janem O. Pedersenem i duńska armada święciła triumf bezapelacyjny. Wtedy też po tych zawodach doszło do rozłamu pomiędzy Olsenem a Aage Sondergaardem, który potem prowadził etnograficzne  muzeum pomiędzy Vojens a Haderslev. Poszło nie o kobiety a pieniądze.

Duńskie stadiony żużlowe charakteryzuje kameralność, o choćby takie Holsted położone w bezmiarze pól i łąk farmy. Hoteliki ze skandynawską dbałością o szczegóły i słynne piwa, których smak jest niepowtarzalny ze słynnym Tuborgiem na szczycie. W Vojens  Center króluje Faxe, sponsor wielu imprez i gaszenie pragnienia piwoszy, którzy jeśli przekroczą litraż kufli widzą zawody we mgle. Najgorzej nie jest, atmosfera cool.

VOJENS jest kultowe, wyrobiło sobie markę przez ponad 35 lat z Ole Olsenem w tle. I nie mówmy o wsi, co jest zwykłym obciachem i doprawdy mało takich miejsc, gdzie w historii tyle działo się na małej przestrzeni w światowej elicie na poziomie o jakim mogą inni pomarzyć, mimo atutu stadionowych kolosów. Małe bywa czasami piękne i to nie jest wcale frazes. Ole!

Łzy cierpienia i radości

Taki tytuł w finale sezonu? Ano tak. Żadna łza nie ugasi cierpienia, żadna. Bywają także inne łzy, gdy z oczu płyną ze wzruszenia i radości. Jaka jest cena tych ludzkich oznak?

Speedway jest naszpikowany od zarania dramatami, znaczony tak sukcesami, jak i tragediami. Dotykają one zawodników i rodzin. Czas dramatów bywa długi i krótki, zawsze jednak zostawia rany, blizny. Trudno je zagoić, ciężko wytracić pamięć tragicznych sekund, minut a czasami i lat. A radość? Przychodzi znienacka, jak i wypadki. Oblicze żużla jest bardzo złożone, skomplikowane, barwne i fenomen tego sportu polega na niesamowitym nagromadzeniu adrenaliny, która w sekundzie eksploduje albo dramatem na torze albo wybuchem radości na podium, smakiem medalu i szczerym wzruszeniem podczas słuchania narodowego hymnu.

Nie tak dawno odbył się Kongres Kobiet, na którym polskie panie obradowały nad swoim losem. Ich udział w życiu ulega coraz większemu poważaniu. Instytucjonalne zauważenie pozycji kobiet, ich awanse i często na siłę wynoszenie na ołtarze niech się wartko toczy, taki syndrom obecnych czasów. Kto docenia kobiety w ciszy domowych kątów jest chyba najważniejsze. Symptyczny Krzysztof Kasprzak, z rodu żużlowego ile razy ma okazję być przed kamerą TV pozdrawia swoją mamę a ostatnio dodał, bo ma z nami siedem światów i to wszystko jakoś wytrzymuje. Krzysztof miał na uwadze także swojego tatę Zenona i brata Roberta. Kobiety w obrębie żużla; babcie, mamy, żony, narzeczone, kochanki i fanki uwielbiają ten sport i zarazem cierpią.  Boją się o zdrowie swoich ukochanych. Czy mają satysfakcję? Czasami, lecz gdyby można było zważyć stres i radość, nie wiem czy byłaby równowaga.

Żużlowy świat zdominowany jest przez mężczyzn, wiadomo zawodniczo i w przestrzeni mechaników, działaczy i za sędziowskim pulpitem. Tylko widownia nie zawodzi ze swoim obliczem kobiet od dziecka po wiek dojrzały. Kobiety chciały jeździć na torach ale napotykają na betonowe bandy. Zostaje im dopingowanie a incydentalne próby wyjazdów na tor mają charakter widowiska.

Żużel jest sportem ekstremalnym i dlatego wywołuje emocje zenitalne. Ten sport ma na swoim sumieniu zawodników okaleczonych mocno przez los. Los niektórych skazał na ostateczność, innym podarował cząstkę życia na innych warunkach i z tym muszą się godzić, być pod opieką najbliższych. Wózki inwalidzkie są wpisane w życiorysy wielu zawodników. Część z nich wybrnęła z opresji zawodowo; mają zajęcia, są i tacy, którym charakter nie dał szansy powodzenia.

Okrutne i prawdziwe zderzenie z rzeczywistością, kiedy los w ułamku sekundy daje jeszcze szansę. Ważne bowiem, gdzie i kiedy dochodzi do wypadku i pomoc jest błyskawiczna i skuteczna. Czy to nasz kraj, czy inny… Trzeba mieć we wszystkim szczęście. Czy kraj jest sterylny czy nie. Ważne gdzie dochodzi do wypadku, bo wówczas odszkodowanie i potem renta z zagranicy mierzona jest w kilku tysiącach euro albo pozostaje polska nędza ZUS – owska. Diametralnie inny wymiar na koncie. Mamy takie przypadki i wtedy mówimy w tym nieszczęściu o …szczęściu.

Jaka jest pomoc dla poszkodowanych z obszaru sportu? Kto analizuje sprawiedliwość losu? Nie ma takiej i jednym jeszcze dosypują tyle, że większości okaleczonych nie mieści się to w głowie. Nie ma sprawiedliwości, wyznał jeden z młodych niegdyś zawodników, którego okrutny los wykluczył nie tylko ze sportu, lokując go w wieku niemal nastoletnim na wózku. Zapominamy o tych bohaterach, którzy poświęcili swoje zdrowie, bo chcieli zrobić coś w sporcie.

Czy mamy choć jeden turniej w sezonie, w dobrej obsadzie, którego dochód przeznaczony byłby na pomoc dla tych najbardziej poszkodowanych, dla wyrównania sprawidliwości choć na chwilę, raz do roku?! Jakoś nikt nie wpadł na taki pomysł, wprawdzie zdarzają się na gorąco charytatywne turnieje, lecz potem następuje cisza a ludzie nie umierają i muszą żyć. A wiecie jak żyją? Zwracam się do działaczy, zawodników, którym los dał i daje szanse. Czy można czasem podzielić się chlebem? Nie dramatyzuję, w tym brudnym świecie pychy chciałbym odnaleźć trochę serca i zrozumienia dla innych.

Proszę mi więc wybaczyć takie stwierdzenie Oscara Wilde‘a, który powiedział, że „im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta“.

Po letnich igrzyskach w Londynie odbyły się podobne paraolimpijskie. Dla niepełnosprawnych. Polska reprezentacja zdobyła 36 medali i zrobił się wielki szum, ponieważ telewizje zapomniały o przekazach. Jedna z celebrytek /w programie Tomasza Lisa/  Karolina Korwin – Piotrowska palnęła w TVP, że „ daliśmy d…“ Niech mówi za siebie; język w mediach staje się brutalny i brzydki jak zapyziałe dzielnice miast. Nagle dostrzeżono tych ludzi, którzy wielkimi wyrzeczeniami wywalczyli start w igrzyskach a potem sięgnęli po medale. Niektórym było więc wstyd.

W gronie złotych medalistów znalazł się Rafał Wilk, były zawodnik rzeszowskiej i krośnieńskiej drużyny, trener, którego los powalił z mocą na koniec kariery, niemal tak jak Australijczyka Leigha Adamsa. Rafał zdobył dwa złota w wyścigach rowerowych, jest bohaterem jak i jego koleżanki i koledzy, którzy walczyli do upadłego na obiektach Londynu. Rafał Wilk pokazał, że można, nie robił wokół siebie aury i nie popisywał się w światku żużlowym, nie obnosił, nie udawał kogoś innego. Miał cel i wywalczył złote medale, pojechał fantastycznie. Brawo.

Jaka jest cena szczęścia w nieszczęściu? Jaka? Świat bywa obłudny; potrafi odebrać i potrafi dać, acz nie wszystkim i jest okrutnie przewrotny, czasem do bólu bezduszny. Nasze życie obfituje w łzy cierpienia i radości. „Nadzieja umiera ostatnia a wiara nic nie kosztuje“ powiedział ostatnio mistrz kierownicy Robert Kubica. Tak. I żadna łza nie ugasi cierpienia, choć są i takie łzy, które wypływają z oczu strumykiem radosnego ukojenia.

Smuta na całego

Węgierski sędzia nie zaliczył na EURO piłkarzom Ukrainy prawidłowej bramki. Wstyd. Teraz jest na piłkarskich boiskach jest pięciu sędziów, w tym główny. Strategiczny sędzia „był chyba ślepy“ piszą w mediach. Ukraina pod wodza Olega Błochina grała z polotem i zasłużyła na gola, zdobyła, piłka wpadła ewidentnie do siatki, wprawdzie wybita, ale była poza linią, lecz nikt nie uznał z grona sędziowskiego zdobyczy Ukraińców.

Co robić w pomyłkami arbitrów, które zdarzają się na każdej arenie, selekcjonowani ludzie popełniają rażące i krzywdzące decyzje, które niweczą kilka lat pracy, wywołują gorycz i złość.

Co robić? Przede wszystkim korygować i nakazytwać powtórki i nie patrzeć na konsekwencje czasowe, bo gorszy jest sportowy ból. A bywa ogromny i nie trwa chwilę. W piłce nożnej, ręcznej, tenisie, żużlu  oraz innych sportach zdarzają się raz po raz sędziowskie byki. Sztaby szkoleniowców opracowują metody eliminujące wpadki i niestety nadal mają one miejsce. To co wydarzyło się w Doniecku na imprezie, wysoce prestiżowej jest mega skandalem. A jednak.

Co robić? Bicie się w piersi po fakcie nic nie daje, odsuwanie od następnych sędziowań sprawców nieszczęść nie daje satysfakcji poszkodowanym. Szybka reakcja i nakaz powtórki jest jedynym rozwiązaniem chorych incydentów.

Przypominam sobie 1973 rok i niemieckiego sędziego, który po finale indywidualnych mistrzostw świata w Chorzowie został odsunięty od pulpitu za tzw. lotne starty. Nie specjalnie protestowała polska strona, bo mistrzem świata został Jerzy Szczakiel. Georg Transpurger z bawarskiego Pocking już nigdy nie prowadził finału mistrzostw świata, choć marzył o rehabilitacji. Teraz w Doniecku na EURO skompromitował się węgierski sędzia i oczywiście UEFA, która nie dopuszcza technicznych środków sprawdzających  kontrowersyjne wydarzenia. Ma się to zmienić po 5 lipca. W żużlu po karambolu sędzia zerka na ekran monitora i jeśli nie jest kąpany w gorącej wodzie podejmuje słuszną decyzję, choć bywają tacy, którzy raptownie, przekonani o swojej nieomylności, wydają werdykt, który potem bywa wygwizdany przez widownię, a zawodnika doprowadza do sportowego szału. I nie tylko sportowego. Kopie, pluje i złorzeczy. Warto zatem dłużej rozpatrzyć incydent, obejrzeć dokładnie aby nikogo nie krzywdzić.

Futboliści pod wodzą Franciszka Smudy nie wyszli z grupy i powiało smutkiem. Ogromnym jak Polska długa i szeroka. Prezes PZPN Grzegorz Lato zbiera cięgi za ten stan i pokazuje, że ma skórę twardą jak żelazo. Nie do zdarcia. Wylewane kubły pomyj nie bardzo prezesowi przeszkadzają i nie chce abdykować. Nie przypominam sobie faceta, który w sporcie znosiłby tyle inwektyw. Przyspawał się do fotela i koniec. I nikt nie daje mu rady, jest odporny i nadal błyszczy perlistym uśmiechem. Gość rzadkiej urody i jak to powiedział jego kolega z boiska Zbigniew Boniek, był świetnym piłkarzem ale jest najgorszym prezesem w historii. No i co? No i nic!

Skąd my to znamy obserwując motorowe środowisko, żużlowe, które nie jest wolne od krytyki. Zwłaszcza teraz przy nowych regulaminach, zmianach, karach nakładanych przez żużlową władzę. Krosno obarczone karą rezygnuje z rozgrywek. Nie przepadam za szantażami, lecz w trudnych sytuacjach można wylać dziecko z kąpielą. I tak żużlowe Krosno wylane zostało do Wisłoka. Przykre. W ogóle dni kiedy odpadli biało – czerwoni z EURO, zrobiły się smutne a dodatku tak upalne, że przypiekanie było nader dotkliwe.

Słucham w radiowej „ Jedynce“ wywiadu z prezesem NBP Markiem Belką i były premier indagowany o inicjację EURO mówi o tym i tamtym, o grupie ludzi, którzy zaangażowali się w początki tej wielkiej imprezy i wspomina Jerzego Ciszewskiego, z grupy „pijarowskiej“ zaznaczając, że to… syn Jana Ciszewskiego słynnego komentatora sportowego. Panie premierze, na Boga, legendarny „ Cis“ miał jedynie córkę, która mieszkała w Katowicach i nadal chyba mieszka. Błędy zdarzają się takiej klasy bankowcom, więc co tu mówić o sędziach sportowych. Oby Markowi Belce nie pomyliły się stopy procentowe…

Nie myli się tylko ten, kto nie robi nic – mówi wyświechtany slogan. Błędy bywają małe i bywają jak wielbłądy. Kiedy w wyniku złej decyzji niweczy się wysiłek wielu miesięcy, wypacza wynik, rujnuje kariery musi winowajca ponieść konsekwencje adekwatne do pomyłki. Szybka reakcja poprawia wizerunek sytuacji. UEFA popełniła gafę historyczną raniąc Ukrainę, bramka jasna jak słońce nie została uznana. W żużlu mamy sędziego i potem zbiera się JURY, ale co nam z tego, że… potem. Potem to można zjeść tylko kanapki. Przyznać się od razu do pomyłki i naprawić krzywdę natychmiast powinno być celem nr 1. Nie potem, nie następnego dnia czy za tydzień. To już wtedy przysłowiowa musztarda po obiedzie. Niesprawiedliwość boli okrutnie, niszczy charaktery, podważone jest zaufanie i krzywda wywołuje długą gorycz, często nie do zapomnienia.

Jak zaradzić?

Drastycznie przez zastrajkowanie, przez wycofanie się, przez zlekceważenie władzy?

Za historyczne sportowe błędy winne są federacje, uchwalone regulaminy i brak konsekwencji. Lekceważanie wysiłku, wydanych pieniędzy, skopana jest sama idea sportu. Głowa prezesa do dymisji? O tak. Honorowo. To też. Ale dodam na koniec tych smutnych dywagacji, że honor już dawno zaginął na salonach różnych szczebli by nie wspomnieć o sportowych. Liczy się teraz nie honor tylko kasa. Przykre i prawdziwe.

A więc?

Jak możemy do diaska mówić o szlachetnej rywalizacji, która powinna być dla wszystkich piękna i krystalicznie czysta a bywa zalewana gorzkimi łzami. Życie ciągle pokazuje, że sędziowie są omylni i muszą być korygowani czy to się im podoba czy nie. Nie są papieżami sportu, na Boga! I dlatego ogarnia mnie coraz większa smuta.