Zdarzenia mało codzienne

Kończy się rok 2018. Jeszcze trochę i go nie będzie, wejdzie w nasze życie nowy …Czas pędzi jak szalony. Cofam się… chcę coś przypomnieć, nie przenosić tej historii na 2019.

Był rok 1990, polska transformacja gospodarcza, która zdarza się tylko raz. Kto był mądry przetrwał, dziś jest zabezpieczony finansowo do trzeciego pokolenia nawet. Lata bujały łatwością obracania pieniędzmi, kontakty rodziły się na pniu, nowe projekty budowały konta. Szumiało w głowach. Rakiety tenisowe stały się pasją, w świetnych markowo autach rakiety były widoczne za tylną szybą. Bieganie nie było wtedy modne. Jednak z biegiem czasu kruszyły się fundamenty. Polski speedway skusił zagranicznych zawodników i tak markowych, jak samochody, którymi wożono ich na mecze. Era Bizancjum na torach PL! Kontrakt duńskiego mistrza Hansa Nielsena bajeczny, pierwszy mecz na wiosnę ligową w Lublinie był wydarzeniem takiego formatu, jak koncert Budki Suflera w Nowym Yorku. Bo do tanga trzeba dwojga, więc zaczęła się wirówka, Hans z krańca Polski wylądował w Pile i pomógł Polonii wyjechać z dołka na ligowy szczyt. Niesamowita atmosfera gorącego pieniądza, zachwyt kibiców, bo mogli dotknąć arcymistrzów torów. Tomasz Gollob podbija światowy rynek, mamy super lans. Kolorowo, głośno, buńczucznie. Polacy lubią zadęcie, skromność została za płotem.

1. Rybnickim klubem zawiaduje po mecenacie górnictwa człowiek, który nie wiadomo skąd się wziął. Biznes miał taki, że mocno szalał. Zawodnicy mieli przedsmak raju, bez spowiedzi i pokuty. Towarzystwo klakierów obnosiło pychę prezesa. Zapach mimozy nie był kwiatowy. Nic nie trwa wiecznie, każde konto bez kontroli kurczy się niebezpiecznie.

2. W Zielonej Górze w tym okresie nowy prezes, który nie szukał węglowych faktur, znalazł inne w lesie, gdyż runo bywa czasem złote. Jestem w Goeteborgu na Ullevi, finał IMŚ i zielonogórski biznesmen przylatuje z ekipą pochlebców samolotem prywatnym. Ogłasza, że u siebie zrobi rewanż za ten finał z nagrodą 100 tysięcy dolarów. Szok! Nowozelandzka ikona na emeryturze – Barry Briggs pyta mnie, co to za człowiek. Zdziwienie ogromne. Rewanżu jednak nie ma, trzeba spaść na oraną ziemię. Rybnicki prezes wpada w długi, faworyzowani zawodnicy zawodzą jego męską dumę. O polskim żużlu mówi się, że jest bogaty i nie ma umiaru, bo 2000 niemieckich marek za punkt fruwało pod i nad stołem. Kluby płacą różnie, zwichrowane lata uciekają jak woda w górskich potokach. Obywatel Gollob wjeżdża triumfalnie na stadiony, jest rozchwytywany jak hollywoodzki aktor. Wygrywa, rośnie w siłę a z nim polski speedway. Polscy kibice widoczni są wszędzie, jak na skoczniach narciarskich kiedy fruwał Adam Małysz, po zjedzeniu bułki z bananem.

3.Każda bajka ma koniec, bardzo różny, bo normalność nie jest w gatunku bajek. Inny sort ludzi wymienia tych, którym woda sodowa zamąciła głowy. Jest tak jak jest, polscy zawodnicy, wyrobnicy czekają na wypłaty, bo elita zagraniczna bez kłopotów szantażuje i nie jest przyzwyczajona do czekania na honorarium. Eldorado zostaje porysowane; to co było w cenie, staje się kłopotem. Speedway notuje regres w Anglii, Dania ligowo jest cienka, bez szaleństw, Szwecja gospodarnie przyciąga na pikniki, Polacy chętnie za Bałtyk wyjeżdżają, taki mały “potop” w drugą stronę. Każde życiowe etapy mają różny przebieg, nie ma idealnych sytuacji. Na tyle jesteś bogaty, ile zaoszczędzisz.

Formuje się polska Ekstraliga, dwie pozostałe ligi wegetują i liczy się przetrwanie. Żużlowe życie między Bugiem a Odrą kształtuje swoją egzystencję. W klubach panują odmienne warunki, budżety wirtualnie konstruowane zimą padają w połowie sezonu. Jeśli w Szwecji czy Anglii organizatorów zadawała podczas ligi kilka tysięcy fanów, to w Polsce poprzeczka finansowa szacuje się w elicie na ponad 10 tys. kibiców. Absurdy. A bywa przecież więcej. Mało? Rosną koszty utrzymania żużla, staje się on sportem nowoczesnym technicznie, lecz drogim. Przygotowywanie silników jest kosztem pokaźnym Dają jakoś radę. Sponsorzy wspomagają reklamami pod warunkiem udanych wyników. Bez ulgi. Układy, kompromisy, sztukowanie, pozorowanie. Jedni udają, że nie widzą zjawiska, drudzy z zazdrości kapują gdzie trzeba. Świat wariuje poza torami. Polska elitarna liga ściąga najlepszych zawodników, ci dobrze wiedzą, że tylko u nas można zarobić. Polski rynek staje się dominujący, dalej bessa. Jak długo?

Żużlowa władza światowa wskutek hołubienia turniejów Grand Prix działa bez wyobraźni. Polska chcica organizowania GP psuje międzynarodowy plac. Nie można przecież budować monopolu, jest mało atrakcyjny w treści. No ale show musi trwać, więc nie brakuje klakierów, którzy przyczepieni do żużla rozpowiadają, że kochają ten sport od dziecka. Widzimy gołym okiem ignorantów, którym wydaje się, że wszystko jest cacy. Otóż nie. Polska koniunktura na speedway jest globalnym fenomenem. Nie zgłębiono dotąd socjologicznie zjawiska, które leci w chwale i sławie z sezonu na sezon już kilkadziesiąt lat /choć kibiców w niższych ligach coraz mniej/. Niektóre kluby przeżywają upadki, podnoszą się, ratują prestiż przed lokalną władzą. Inni bezradni. Hallo, hallo, SPORT nadal jest nośnikiem reklamy wielu celebrytów, miast, regionów. Prezesi jak narcyz na wiosnę mizdrzą się na antenach TV a nie zawsze im do twarzy. W emocjach głupota ma skrzydła. Kłusuje. Gorszy łasi się do gorszego. Ortografia fatalna.

XXX

Oj, tak. Nie wyobrażałem sobie, że historia powtórzy się sprzed wielu lat. Oto w Rzeszowie mamy analogiczną sytuację, choć inny czas, inne warunki, pesele też. Charaktery powtarzają się w innych marynarkach, butach a mentalność podobnie ulepiona. Nie mogę uwierzyć jak można dopuścić kogoś na klubowy salon, kto tylko chce być prezesem klubu? Kto wydaje licencje na organizowanie imprez, które fatalnie psują wizerunek sportu? Komisja śledcza polskich władz motorowych powinna skontrolować rzeszowską glebę. Nie masz kasy, nie pchaj się na afisz. Klakierzy bywają wszędzie i fałszywie grają na plus albo minus. Gdzie zatuszowano normalność? Jak można kalkulować imprezę z budżetem byle jakim. Kabaret nad Wisłokiem ma nie tylko humorystyczne oblicze. Oto wdowa po tragedii męża oczekuje w Ostrowie Wlkp. na zaległe pieniądze. Dramatyczny wstyd, niestety kodeks karny nie obejmuje bezczelności. Gdzie honor ale przede wszystkim kontrola klubowego podwórka, które “hula” jak chce? Temu dać, temu nie zapłacić a dziwaczne plany emitowane są w świat. O powodzeniu firm, ich marce decydują ludzie, zgrane, normalne działania w zespołach. Rzeszowski klub jak stal w tradycji kiedyś wielosekcyjnej nie jest wprawdzie marką, jak… Bayern Monachium. Inny BAJER podkarpacki. Klub zwinął niegdysiejsze “ folie”, nie jest obecnie przedsiębiorstwem, które budzi zaufanie. Dziwny geszeft z odłamkami wątpliwości. Bolą. Tak nie można. Nie znam osobiście prezesa Ireneusza Nawrockiego i wcale nie “tęsknię”, choć kocham od urodzenia Podkarpacie.

Na początku felietonu wymieniłem rybnicki i zielonogórski klub; w pierwszym prężył muskuły Roman Niemyjski, w drugim zbierał leśny susz na klubowe, wystawne życie Zbigniew Morawski. Teraz mamy nieporadny rzeszowski casus, który jest przykładem kuriozalnego prowadzenia klubu z soczystą historią przecież. Co tam jeszcze można spier…

Same chęci i nieobliczalne ego niestety nie wystarczą. Trzeba liczyć siły na zamiary. HONOR błąka się nędznie, problemy spiralnie oddalają ich załatwienie zwyczajnie po ludzku.

WYOBRAŹNIA jest darem, jej brak powoduje konflikty a cnota uczciwości deptana. Już dość blamażu w mieście, w którym długo i mądrze rządzi prezydent. STOP.

Polski plac żużlowy cz. 1

Nie tak prędko, spokojnie przejedziemy całą Polskę, odwiedzimy kluby, których zmartwieniem jest budowa formacji na nowy sezon. No i zasłużone wakacje, zachód Polski, Ziemia Lubuska – tamtejsze derby wycisnęły adrenalinę na maxa do beczek.

GORZÓW Wlkp. Stal jest jak stal. Kraina talentami płynąca, Edward Jancarz zasłużył na fakt nazwania jego imieniem stadionu. To on razem z Zenonem Plechem stawali na podium mistrzostw świata w różnych kategoriach. Sukcesorem tych zwycięstw jest Bartosz Zmarzlik; wyrósł fizycznie, psychicznie zmienił się, sportowo udoskonalił. Ma brązowy medal i srebrny indywidualnych mistrzostw świata, brawurowo pokonuje tory, ściga fantazyjnie, może jeszcze brakuje wyrachowania, typowego cwaniactwa. Będzie wcześniej czy póżniej mistrzem świata. Stal w historii jest wielokrotnym drużynowym mistrzem Polski, rywalizowała na tym tronie z rybnicką stajnią. Trener Stanisław Chomski doprowadził team do wicemistrzostwa Polski, bo Unia Leszno była równiejsza, kompletniejsza. Gorzowianie od dawna mieli profesjonalny klub w oparciu o firmę przemysłu maszynowego. Nie można martwić się o następców Zmarzlika, taki fighter działa na wyobraźnię chłopców. Derby Ziemi Lubuskiej zawsze były klasykiem, oto Stal walczyła z Falubazem Zielona Góra na krawędzi ryzyka. Czasy zmieniły się ostatnio, bo Falubaz cierpi, posypało się tam trochę spraw ale chyba odsypie.

ZIELONA GÓRA. Fani tego klubu wszędzie widoczni. “Myszki Miki” z Patrykiem Dudkiem na czele, którego kontuzja wyeliminowała z pewnego podium tegorocznych MŚ. Ma już srebro, medale Polacy zgarniają jak kasztany. Atmosfera na stadionie zielonogórskim jest gorąca, hasła malownicze, doping zagłusza tych, co chcą mówić głupoty. Ostro, bardzo ostro. I jest tam mag, weteran z tamtych stron o przeszłości bujnej jak jego broda, Piotr Protasiewicz. Nie jeździ z zamkniętymi oczami, ma za dużo do stracenia, jako kapitan znaczy wiele, jak na statku. Falubaz w swojej historii klubowej ma “na sumieniu” znaczących wychowanków, którzy jako młodzi robili rewolucję w polskim żużlu. Wymienić? Brakuje miejsca. Na drogowskazie mam inny plac.

WROCŁAW. Miasto bogate i atrakcyjne turystycznie. Od lat 60 – tych byli tam działacze, którzy zawzięli się, by w trudnych momentach naszej rzeczywistości urządzać dla świata mistrzostwa. Udawało się znakomicie, sympatyczni przesiedleńcy ze wschodnich dawnych terenów Polski. Lwowiacy. Kiedy pytano kogoś, gdzie mieszka a ten mówił, że we Wrocławiu, to słyszał a… czyli we Lwowie. Sparta ma markę niekwestionowaną w polskim żużlu, sportową, organizacyjną. Stadion jeszcze z czasów przedwojennych uszykowany na letnie igrzyska w Berlinie został niedawno przebudowany. Presja na ligowy wynik w Sparcie jest bezwzględna, nie zawsze jednak sport jest w stanie pokonać bariery. Wrocław był i będzie areną imprez z pięcioma gwiazdkami. Miasto sprzyja dużym wydarzeniom. Klub owiany jest legendą.

OPOLE. Kolejarz. Stadion ciasny z mikro atmosferą wyłącznie dla żużlowych wyścigów. Obok duże zakłady naprawcze taboru kolejowego. Stamtąd pochodzi kilka cennych nazwisk, Andrzej Grodzki działacz marki międzynarodowej, syn sędzia, Marian Spychała był szkoleniowcem reprezentacyjnym. Jak na tak mały stadion dużo się działo. Reanimacja klubowa trwa. Wytrwałość grupy podtrzymującej “tlen”… może okazać się skuteczna, by”pacjent” dawał nadzieję na przetrwanie. Trzeba jednak więcej.

RYBNIK. Skarbnica polskiego żużla, ba! Europejskiego, światowego nie może ominąć tego miasta. Kuźnia ścigantów, historia jest nauczycielką życia. Podobno. Ile z tego wzięli obecni sygnatariusze klubowi? Pukają do elity, chcą, kibice są wierni a talenty “szprycują” od lat inne kluby. O Rybniku mówi się i będzie mówić. Tam organizowano turnieje rangi mistrzostw świata. Robiono z górniczą atencją, dziś mamy inne patronaty, które powinny widzieć w żużlu szansę na sportową sławę. Futbol gdzie? Koszykówka, lekka atletyka? Był tenis stołowy, dżudo… Klub dawniej wielosekcyjny. Na wypalonej ziemi speedway jest okazją dla podniesienia sportowej rangi tego miasta, które zasługuje na mecze elitarne, turnieje honorowane globalnie. Litania nazwisk rybnickich sław żużlowych zobowiązuje; Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda, bracia Tkoczowie… Czy wnuk Antka Woryny, Kacper byłby lepszy, gdyby dziadek żył? Na pewno potrzebuje mentora, bo maturę zdał, czas na uniwersytet i dyplom na torach. Wnuk jest kokietowany przez inne kluby, wierność ma swoją cenę.

CZĘSTOCHOWA. Pielgrzymki żużlowe jeszcze do Włókniarza nie chodzą. Ale mogą. To jest klub, który spadł z wysokiego drzewa i podniósł się bez większych okaleczeń. Owszem były bóle, niewłaściwe płynne dowodzenia. Dziś jest logistyka i plan aby wjechać na podium ligowego szczytu. Teraz nie udało się, częstochowianie kochają speedway jak Jasną Górę. Marek Cieślak wrócił po peregrynacjach klubowych do swojego matecznika i mimo upływających lat z takim doświadczeniem powinien zaakcentować swoją obecność kolejnym medalem do worka. Ten worek jest już ciężki a złoto prześwituje wyraźnie. Włókniarz, ze lwami w herbie montuje ekipę na play – offy, prezes Michał Świącik nie daruje niczego. I nikomu. Każdy talent wart jest medalika.

KRAKÓW. Dawna Nowa Huta ze stadionem Wanda. Robią co mogą aby nie wypaść z nurtu. Miasto ma ogrom sportów, dominuje oczywiście futbol i trudno przebić się z niszowym żużlem pod Wawelem. Może znajdzie się wreszcie sponsorski król. Jak długo na Wawelu brzmi Zygmuntowski Dzwon… Historyczna Wanda nie chciała kiedyś Niemca i wpadła do Wisły, mam nadzieję, że wegetujący klub uratuje swój byt.

TARNÓW. Legenda. Unia w dzielnicy Mościce i koncern Azoty a stadion miejski marny. Byli mistrzowie Polski obsunęli się w dół, elita nie dla nich. Szkoda. Duch Szczepana Bukowskiego błąka się po zakamarkach tego klubu, bardzo zasłużonego dla polskiego sportu. Tarnów i okolice nie mogą istnieć bez ścigania na torze. Dewizą zwykle byli eksportowi gracze spod taśmy. Janusz Kołodziej “popłynął” do Leszna, choć nad Dunajcem lepsze powietrze. Kto wskrzesi speedway na poziomie zbliżonym do czasów, kiedy startował Tomasz Gollob a bracia Rempałowie fruwali między bandami. Wydaje się, że problem nie tkwi w kasie tylko w kierowaniu przedsiębiorstwem, bo takim jest dziś każdy klub. Unia to marka, firma w herbie z Jaskółką, gdzie uciekła moc skrzydełek?

XXX

“Za rzekami i górami” dawno temu w pobliskiej Machowej, wsi podtarnowskiej – Piotr Rolnicki zbudował stadion ze świetnym torem. Taka perełka nie tylko szkoleniowa. Niestety nie dał rady finansowo, “zjadła” go jeszcze dodatkowo liga. Brakuje takich miejsc! Z tego wszystkiego jest jednak “ślad”; Patryk Rolnicki, syn, który zaczyna karierę w Tarnowie. Po torze w Machowej zostało pole i hula tam wiatr.

ŁÓDŹ. Żużel nie jest w centrum zainteresowania. Jak to zrobiła familia Skrzydlewskich, że miasto ma nowy stadion żużlowy? Fenomen na miarę popularnej Prezydentki! Piłka nożna jest na ustach, choć firmy ŁKS i Widzew nie grają, jak za czasów Zbigniewa Bońka. Speedway w cieniu, Witold Skrzydlewski, który ma potężną władzę nad duszami, człowiek wyluzowany nie szasta swoimi walorami pieniężnymi. Ostrożnie działa, w odróżnieniu od tego co robił Karkosik w Toruniu. Łodzianie jak przystało na tradycje przemysłowe tego miasta tkają nie w szklanych domach. Skrzydlewscy wiedzą co czynią, bez szumu robią swoje. Mają swoje zdanie w polskiem żużlu i tego się trzymają.

KROSNO. Nowa – stara twarz. Zniknął czarny pył kominowy z toru. Jest czysto a jak będzie z wynikami pokażą działania nowych władz odmienionego w strukturze klubu. Nadziejami nikt nie utrzyma się przy życiu, potrzeba nie tyle rozgłosu, co drużyny. Krosno ma swoją przeszłość, dawne czasy braci Owoców i potem zawodników komponowanych na miarę skromnego budżetu. Miasto na Podkarpaciu ma kilka znaczących firm, które powinny wspomóc inicjatywę odbudowy. Kameralny stadion w mieście potrzebuje widowisk o których będzie się mówiło w okolicy.

RZESZÓW. Nowa władza, Ireneusz Nawrocki wije się z kasą, speedway wyżyma co się tylko położy na stole, nie ma zmiłuj się! Rzeszowianie podskoczyli wyżej w lidze, kiedyś byli na topie, lecz tamte dzieje zawinęły się w folie. Amerykański weteran wojen żużlowych Greg Hancock jest twarzą Stali, mistrzem długowieczności jazdy na torze. Czym skuszono Grega do Rzeszowa pozostaje tajemnicą prezesa. Nawrocki ma asa i wydatki, i będzie miał coraz większe, jeśli chce sprostać ambicjom. Prezydent miasta Tadeusz Ferenc jest ikoną na tym fotelu. Miasto wspiera żużel, kibice wierzą, że będzie lepiej, nie zawsze wiara czyni cuda, Harry Potter potrzebny do szaleństw. Ostrożnie jednak, Hancock to nie drużyna.

LUBLIN. Bo do tanga trzeba dwojga. Do tańców wielu. Lublin awansował do ścisłej elity a tam nie ma żartów. W elicie rządzą mocni gracze, składy zmontowane na filarach finansowych nie od parady. Cieszy awans lubelskich animatorów, ale też mobilizuje całe środowisko do zebrania się w siłę, która pokaże w Polsce, że awans jest dopiero początkiem kłopotów w ustawieniu strategii. Oczekiwania nad Bystrzycą są ogromne, ostatni mecz barażowy z rybnickim zespołem pokazał charakter zwycięstwa. Udało się a co dalej wydarzy zobaczymy. W Lublinie jak w motorze wrze, ambicji nie można schować do pudełka, buzują, więc liczy się wszystko i każdy, który dołoży do budżetu. Zbudowanie składu zespołu jest sztuką na miarę pozostania na dłużej, niż jeden sezon w gronie najlepszych. Sukces nie jest tani, kosztuje, czasem tanie bywa w końcu drogie.

XXX

W Świętochłowicach ma powstać nowy stadion na Skałce, w ślad za tym idą tendencje narodzin nowej drużyny. Trudna sztuka, nowe ściany i ludzie. Od nich zależeć będzie powodzenie projektu. Tradycje świętochłowickie nie zaczynają i kończą się na rodzinie Waloszków, z Pawłem, niedawno zmarłym, jako mistrzem nad mistrzami. Zgoda działaczy, całego środowiska pokaże czy można zbudować coś atrakcyjnego.

XXX

Mamy też światowe wizytówki stadionowe, bez udziału ligowej rywalizacji. Warszawski Stadion Narodowy gości turnieje Grand Prix. Przyjemności stolica dostarcza nie tylko przy okazji żużla. Komplety widzów świadczą, że centralne, wygodne położenie wygodnego stadionu, sztucznego toru, ściąga kibiców z całej Polski.

Odżył w podobnej konstelacji chorzowski Stadion Śląski. Też ze sztucznym torem. Dwa giganty stadionowe.

“Śląski” ma historię sportową bogatą i barwną, w tym żużlową zapisaną sukcesami organizacyjnymi z frekwencją rekordową w ramach starego stadionu, bo aż 100 tysięczną publicznością. Spektakularne wydarzenia ze Śląska obleciały cały świat.

“Narodowy” w stolicy tworzy księgę, którą akceptują kibice gremialnie, oto na przyszłoroczny turniej Grand Prix w maju sprzedano już ok. 30 tysięcy biletów. Będzie w znów spektakl, który nie pozostaje bez echa w atmosferze żużla, któremu nie grozi starość. Kibice w Polsce znający się na żużlu lubią takie spektakularne wydarzenia.

NIE odbierając niczego Toruniowi, ale właśnie WARSZAWA powinna wieńczyć koniec każdego sezonu finałem Grand Prix; taki “bal” żużlowy należy się światu i Polsce tylko na “Narodowym”. Warunki wyśmienite a stolica dodaje splendoru różnej barwy i treści.

Cdn.

Bryła, Oliver, Buffon

Zrzut ekranu 2018-04-17 o 09.52.15

Jak co roku, niezmiennie, mamy premierę ligową w Polsce z głowy. Była ona/ znaczy się głowa/ mocno naładowana emocjami. Mecze Ekstraligi na remisy, zacięte do ostatniego wyścigu i o to chodzi w sporcie, by trzymać w napięciu do ostatniej sekundy walki. Słyszę raz po raz słowa jak wytrychy, że speedway jest nieprzewidywalny, podobnie, jak i że, piłka nożna nieprzewidywalna… Nie używajcie do znudzenia tego pojęcia, bo jaki sport jest przewidywalny? Szachy? Brydż? Golf ? Całą zimę można było usłyszeć z terenów narciarskich, że skoki są nieprzewidywalne, powtarzał ten slogan i Adam Małysz. Nieprzewidywalny…Przewidywalny…

Istotą sportu jest niepodzianka, tego oczekują kibice, przychodzą na zawody i nie wiedzą kto wygra, jaki będzie wynik. Typują a bukmacherzy proponują. Kiedy na polskim rynku bukmacherskim pojawiły się zakłady tego typu, nie było żużla w zestawie, gdyż istniało przekonanie, że o ile nie bardzo wiadomo jaki wynik padnie w meczu piłkarskim, to w żużlu można było przewidzieć. Pamiętam czas w jednej ze sportowych gazet, kiedy śmiało i bez ceregieli funkcjonowało na rynku tzw. “fryzjerstwo”, wówczas przewidywaliśmy tytuły na pierwszą stronę i nie myliliśmy się; logistyka pracy była ułatwiona, zwłaszcza w niedzielne późne wieczory, kiedy do czasu zamknięcia produkcji gazety były dosłownie minuty, a harmonogram relikwią niemal. A tak zwane “fryzjerstwo” wzięło się od panów, którzy “ustawiali” wyniki meczów, nie wszyscy z czarnego ludu kupowali ten “towar”, inni nie mieli wyboru.

Na żużlu raz jeden zdarzył się incydent historyczny, nie chodziło o wygrane bukmacherskie a o układ tabeli i spadek, kiedy Unia Leszno sensacyjnie zremisowała w Rzeszowie ze Stalą. Skandal był wielki jak Pacyfik i kary, Unia straciła tytuł mistrzowski. Kibice w Rzeszowie rzucali pieniądze na tor, oni nie lubią, gdy robi się ich w konia. Incydent jest już historią, trudno było wtedy zremisować na żużlowym torze, zawodnicy hamowali wtedy rozpaczliwie nogami przed metą, żeby spełnić obietnice. Za ile? Nadal mamy dziwne przypadki nawet na światowym forum, otóż dwa lata temu Greg Hancock w Melbourne, podczas Grand Prix Australi zrobił fiku miku dla Chrisa Holdera. Oj nieładnie było wtedy. Znam zdarzenia niekonwencjnalne z dawnych lat, gdy dogadywano się w parkingu a flaszka polskiej wódki była słabym atrybutem w chwilach decydujących o ważnych sprawach awansu, medalu… Funt brytyjski czy marka niemiecka miały wówczas cenę konkretną w bezszelestnych konszachtach. Kto wie, to wie… Coraz ich mniej.

Sport jest grą nieprzewidywalną? Byli tacy zawodnicy, którzy umiejętnie szachowali, robili wszystko na torze by nie zawieść promotorów. Kiedy istniał wyraźny podział na Zachód i Wschód, strefa zachodnia miała przebicie bardzo kuszące. Czy teraz krąży “diabełek”? Pokusy były, są i będą, dopóki pieniądz w grze. Niestety. Trzeba być bardzo czujnym.

W tym kontekście wyrósł inny poważny problem środków dopingujących, “po drodze” klasyczny alkohol został wyeliminowany. DOPING, to zmora, która nie daje spać tym, którzy stosują oraz tych oszukujących czysty sport. Mimo surowych kar, odbierania medali, tytułów, nadal usilnie szkoleniowcy próbują wzmocnić organizmy podopiecznych by osiągnąć cel. Brudna robota jest tropiona a jednak wypadki snują się po arenach. Dyskwalifikacje są ryzykiem a jednak mamy walkę zła z dobrem.

KURTYNA LIGOWA w górę, było gorąco, tory w miarę dopisały, pogoda także a wszyscy udziałowcy imprez wyposzczeni na wyścigi. Było więc co oglądać i tak już zostanie. Show, wyścigi, gryzienie paznokci i rzuty. W stronę Krzysztofa Kasprzaka w Gorzowie poleciało wyrwane krzesełko na tor, lecą także butelki. Na szczęście nie szklane. Klatki ZOO dla kibiców przeciwnych drużyn są chyba monitorowane, ten kto rzucił powinien mieć wyrok i zakaz wstępu na mecze. Kibole, bandyci, bez wyobraźni i zasad moralnych. ZŁE emocje biorą górę i buzuje zwierzęca krew. Kiedyś na żużlu tego nie było…

Nie było też komisarzy od torów. Kursują odmienne zdania; jedni chwalą, drudzy ganią. Tory wcale nie są lepsze ani gorsze niż dawniej. Wzrosły tylko koszty utrzymania meczów. Mam nadzieję, że nie zostaną powoływani kontrolerzy komisarzy, choć władza lubi wydawać nie swoje pieniądze. Toromistrz i sędzia ongiś wystarczali, bywały tory jak kartofliska i gładkie jak płyty lotnisk. Co się zmieniło? Nie ma ideałów i trudno zrozumieć, że nadal mówi się o nawierzcniach a temat nie został zamknięty przez komisarzy. Trwa bitwa o takie funkcje, które często są zajmowane przez dziwnych “fachowców”. Z jednej strony gość mówi pozytywnie o komisarzach a potem za chwilę jakby stracił pamięć i oświadcza, że gospodarze przygotowali tory pod siebie. Przypadki podobne jednemu ministrowi “specowi” od katastrof lotniczych.

Oberwało się w Grudziądzu sędziemu z dużym stażem Ryszardowi Bryle. Tak, nie był bez winy w tym meczu, potępienie zewsząd spadło ostre. Nie wiem dlaczego ARBITER z takim doświadczeniem podejmuje błędne decyzje, klarowne przy obejrzeniu sytuacji na ekranie. Z sędziami ciągle jest problem, jeszcze komputery nie podejmują decyzji za ludzi. Liczy się człowiek ale potrzebuje technicznej pomocy i taką ma, a jednak zdarzają się błędne oceny wypaczające sens walki, siejące ferment. W futbolu już pięciu arbitrów pracuje podczas meczu, jest system Var /powtórki na ekranie/ i nadal mamy horrendalne pomyłki. Kontrowersyjna w ostatniej chwili decyzja angielskiego arbitra M. Olivera/ bez VAR/ w meczu LM pomiędzy Realem Madryt a Juventusem Turyn, obnażyła jego bezduszność i ukarała boleśnie heroizm Włochów, pogrążyła piękno sportu. Trzeba mieć serce i patrzeć w serce, mimo paragrafów. Krzywda zostaje raną na całe życie. Biorę w obronę wyrzuconego bramkarza Juve, GL Buffona i jego gorące słowa na temat sędziego. Może nie popieram wszystkich słów ale rozumiem wiadro goryczy.

Ryszard Bryła na pewno premiery ligowej nie zaliczy do udanej, pozostaje mu powrót do zapisu meczu i gonitwa myśli. Będzie lepiej? Nie wiem, bo jak się okazuje rutyna niczego nie zapewnia do końca. Nawet słynnej Barcelonie zdarzają się wpadki historyczne w postaci bolesnej porażki w Lidze Mistrzów w Rzymie! No, ale Grudziądz nie Rzym a futbol nie speedway. Jedziemy!

LEGENDA JANCARZA

 

CqkmhcCXYAAxfNZ

Nie ma Edwarda Jancarza/ rocznik 1946/ i nie ma jego czerwonego Mercedesa GOE 2882. Styczniowa noc 1992 w jego domu okazała się ostatnią w życiu. Druga żona sprowokowana przez Edwarda pchnęła w emocjach nożem i żużlowiec skończył życie. Bogata kariera; gdyby dziś żył byłby w cyklu Grand Prix, takim zawodowcem jak Greg Hancock. Eddy był solidnym zawodnikiem, stylowym, znał tajemnice silników, wywodził się przecież z renomowanej stajni żużlowej Stali Gorzów, a tam nie tylko, podobnie jak w Rybniku, wykluwali się reprezentanci Polski, również warsztat żużlowy był na poziomie zapewniającym sprzęt pierwszej jakości.

EDWARD JANCARZ. W kilka miesięcy po tragicznej śmierci odbywają się Memoriały czczące jego zasługi sportowe. Stadion nosi jego imię, ma pomnik i ulicę, pozostaje w pamięci nie tylko gorzowian, jako żużlowiec z charyzmą, ciekawym, barwnym towarzysko, który zrobił karierę światową.

A nie było łatwo, przebić się do angielskiej ligi, dostać zgodę klubu, który magazynował drużynowe mistrzostwa Polski a duet Zenon Plech i Edward Jancarz śmigali po medale mistrzostw świata. Gorzów, Rybnik, jeszcze Leszno czy Bydgoszcz wyznaczały kurs polskiego żużla, Wrocław organizował dzięki sprawnym, inteligentnym działaczom imprezy rangi światowej, które miały opinię wzorowych. Miasto gościnne do dziś.

A nie było łatwo, bo żeby coś zrobić na poziomie trzeba było umiejętnie zdobywać to, czego tu nie było a gdzie indziej zbywało. Sztuka, której teraz młodzież nie pojmuje.

Wspominam Edwarda z którym odbyłem kilka podróży na ważne turnieje – łatwiejsze, trudniejsze, poznałem/ tak mi się wydaje/ nie łatwy jego charakter – z tego okresu przed wypadkiem z młodym Włochem Valentino Furlanetto i po wypadku, który o mało nie zakończył się tragicznie, gdyż zawodnik był nieprzytomny przez dłuższy czas. Znałem faktycznie… dwóch Jancarzów, ten “drugi” był trudniejszy pod każdym względem.

Miał 22 lata, kiedy w Goeteborgu/1968/ w finale indywidualnym mistrzostw świata wywalczył brązowy medal.

A było to tak, z kompletem punktów/15/ wygrał jeszcze wtedy nie as ale rokujący bogatą karierę Nowozelandczyk sprytny Ivan Mauger, za nim uplasował się jego rodak przedsiębiorczy Barry Briggs/ 12 pkt/; obaj zapisali bogaty rozdział historii w światowym żużlu. Antypodowe talenty na europejskim gruncie. O brązowy medal trzeba było rozegrać baraż, pod taśmę podjechali Edward Jancarz i Genadij Kurylenko/ obaj mieli po 11 pkt/ z ówczesnego Związku Radzieckiego. Wygrał Polak! Sensacja. Eddy w Szwecji w tym finale nie był jedynym Polakiem, bo piąty był pracowity i skromny Paweł Waloszek /Świętochłowice/ – 10 pkt, /miał w pierwszym starcie upadek/, dwunasty Antoni Woryna/ Rybnik/ – 5 pkt./, czternasty Jerzy Trzeszkowski/Wrocław/ z 3 pkt. Szwedzi jeździli u siebie, elegancki Anders Michanek był siódmy a dziewiąty już as, bożyszcze dziewczyn Ove Fundin. Rezerwowym w tym finale była rosyjska blond torpeda Igor Plechanow. Niespodziewany mistrz Szwecji /wygrał z Fundinem/ Gunnar Malmqvist zajął dziesiąte miejsce. Wyniki obrazują sukces Jancarza, jego talent, który z biegiem lat dostawał orlich skrzydeł. W tym okresie indywidualne MŚ, zanim urodził się serial Grand Prix, który promowano z hukiem jako nowoczesny projekt wyłaniania króla, miały mocno rozbudowaną strukturę eliminacyjnych turniejów i szczytem był awans do najlepszej 16 – tki świata. Serial GP po kilkunastu latach miotania się nie spełnia oczekiwań, rozmywa skutecznie jednorazowy ładunek emocji /nawet narciarski Turniej Czterech Skoczni wydaje się morderczym, zwartym maratonem dla skoczków/ i nie pozyskał nowych “rynków”. W tasiemcowym serialu GP mamy kilkanaście turniejów a wystarczyłoby może tylko sześć! Rutyna potrzebuje czasem szoku. Zresetowania.

Ale miało być o Jancarzu. Otóż finał kontynentalny, kwalifikujący ze strefy wschodniej zawodników do ostatecznego turnieju IMŚ wygrał wspomniany Kurylenko, przed Waloszkiem, IV był Jancarz, V Trzeszkowski/ wyjechał potem do Szwecji, do Goeteborga i tam go po latach spotkałem/, VI Woryna, VIII Konstanty Pociejkowicz, IX Jerzy Padewski. Startowali jeszcze Andrzej Wyglenda, Zygmunt Pytko, Jan Mucha i Joachim Maj. Wyraźnie silna grupa biało – czerwonych na trudnym torze w siermiężnym okresie żużlowej walki o sprzęt dorównujący Zachodowi. Grupa “ kont” miała jednak ułańską fantazję i ogromną ambicję zwycięstwa i zakwalifikowania się dalej, gdyż ten akt nobilitował sportowców pod każdym względem. Przedostatnią zaporą /potem go zniesiono/ był finał europejski, gdzie spotykały się dwa światy: Zachodu i Wschodu. W pamiętnym dla dziejów Polski roku 1968 taki finał rozegrano we Wrocławiu. No i co? Zwyciężył śląski “chop” Paweł Waloszek, przed Woryną, Trzeszkowskim, czwarty był Mauger, za nim Biriggs, za jego plecami Kurylenko i Jancarz. W takim systemie rozgrywania mistrzostw IMŚ ładunek adrenaliny sprytnie kumulowano, by eksplozja nastąpiła w ostatecznym finale, który był wydarzeniem nr 1 dla całego świata żużlowego. Tego brakuje chyba nie tylko mnie. Mam dowody. Dziś inny “tort” podzielony jest na drobne kawałki. W tej chwili obserwuje się znużenie rutyną organizacyjną, brakuje świeżości i należytego prestiżu. Środowisko pozorami oszukuje samo siebie.

JANCARZ. Jest postacią zasłużoną dla polskiego, światowego sportu żużlowego. Był 10 razy w finałach światowych, indywidualnie. 7 razy w finałach MŚ par, zdobył srebro z Piotrem Bruzdą /wrocławianin, który wyjechał do Szwecji/, jeszcze srebrny i dwa brązowe medale z gorzowskim rodakiem, zawadiaką Zenonem Plechem. Dwukrotny mistrz Polski, zdobywca 3 Złotych Kasków i jednego Srebrnego jako junior. Dziewięć razy startował w finałach drużynowych MŚ, miał złoto, srebra, brąz. Kolorowo. Bogato. Ścigał się po medale mistrzowskie w lidze, Stal Gorzów zdobyła/15 medali DMP/ i była marką/ nadal jest/, która gwarantowała stabilność, dopływ talentów. Nie ważne do końca EDDY był w Gorzowie popularną postacią, mozolnie budował legendę, wzmacniał ją osiągnięciami na londyńskim WIMBLEDONIE. Szanowano tam jego profesjonalizm, styl i znajomość żużlowego fachu. FATALNY splot zdarzeń w Gorzowie i wypadek z Furlanetto/ Włoch najechał na niego/, pozostawiły jednak trwały ślad w codziennym życiu; odeszła żona Halina, druga Katarzyna popełniła tragiczny czyn. Wcześniej po zakończeniu kariery /1986/ Eddy próbował sił jako szkoleniowiec w Gorzowie, Krośnie, niestety nie radził sobie życiowo.

t_ep1_174

LEGENDA trwała i trwa, dramat z 1992 roku wstrząsnął żużlowym światem i nie tylko, kiedy ginie tak znana postać nie sposób zapomnieć niczego. Gorzów nie zapomniał i nie zapomina do dziś. Tak, jak dziś pamiętam, kiedy Edek wysiada z czerwonego Mercedesa i mówi przed gorzowskim stadionem “jestem gotowy jedziemy na angielsko – szkockie tournee”. W Dover był niespodziewany strajk dokerów, męczące, nerwowe czekanie na promie a na Wimbledonie mijał termin meczu Anglia – Polska. Kibice nie opuszczali trybun. Wyniosły John Berry z BSPA poganiał. Coach reprezentacji Edward Jancarz znając na skróty drogę do Londynu poprowadził spóźniony team na stadion. Mile uciekały i czas. Przegraliśmy niestety mecz, tournee nie było łatwe, m.inn, szkocki Edynburg, górnicze Stoke… Edward Jancarz był na Wyspach znany i lubiany, miał cenioną markę, podobnie jak i gorzowski klub. Popularności nie kupuje się za nic.

Anglia była dla niego atrakcyjnym drugim domem, ten pierwszy, gorzowski – zamknął się nagle i dramatycznie na zawsze.

Mikrofonowe dary niebios

Bohdan-Tomaszewski-szerokie-klapy-i-miękkie-ramiona

Za oknem pada gęsty śnieg, jest noc, płatki lecą majestatycznie i zmiękczają ziemię. Urokliwe widoki nie tylko z okna. Malarstwo bez sztalug. Pięknie, choć nie każdy lubi takie pejzaże. Trudno. Każdy jest inny, inne ma spojrzenie na świat. Inny głos, jego barwę i emocje.

Nie tylko sport wydobywa emocje, koncerty muzyczne także, teatr, widowiska, które wirują przed oczami, zapadają w pamięci głęboko. Czasem na zawsze. Relacje ze sportowych wydarzeń mają swoich herosów.

Kiedy byłem mały a telewizji jeszcze nie było, to z wypiekami na twarzy słuchałem transmisji z mistrzostw świata, Europy, igrzysk olimpijskich. Komentatorzy wybudzali ze mnie wyobraźnię i kiedy Wojtek Fortuna w japońskim Sapporo leciał jak tatrzański wiatr po złoty medal, głos Bohdana Tomaszewskiego i jego poetyckie a zarazem konktretne opowieści roztaczały przed słuchaczami obrazy przenikające do duszy. I jej głębi. A te jego lekkoatletyczne komentarze? Sztuka i magia. Koncert słów. Zapominało się, że czajnik na piecu już wypalony dawno. Nie chcę przypominać zacnych żołnierzy mikrofonu, ba generałów, którzy mimo telewizji nie stracili wyobraźni w przekazywaniu relacji. Fascynowali nadal fanów, przyciągali jak magnes, sztukmistrze, „pieścili“ głosem i malowaniem obrazów słowami, mocą wiedzy i fantastyczną gradacją emocji.

Miałem przyjemność obcowania z magiem mikrofonu Janem Ciszewskim, który karierę rozpoczynał w katowickim radiu i na rybnickim stadionie w roli spikera żużlowych imprez. Siedział tam przy biurowym stoliku, opodal maszyny startowej w lotniczej pilotce. Takie były początki WIELKIEGO „CISA“. Byłem wtedy w szkole. Długo potem jako młody reporter katowickiego SPORTU współpracowałem ze słynnym komentatorem, zapracowanym na różnych frontach telewizyjnych transmisji z największych wydarzeń sportowych na całym świecie, z igrzyskami olimpijskimi włącznie. Jan Ciszewski dawał z siebie wszystko, zarówno, gdy trzymał mikrofon w ręce albo kiedy hazardowo stawiał na konie. Imponował mi nie tylko magicznym, ciepłym głosem. Naturszczyk z Sosnowca, kiedy prowadził transmisję, to czasami panie gotujące w kuchni zostawiały kotlety i leciały przed telewizory. Przyciągał. Wzruszał. Kupował głosem ludzi.

4f7586b4e195c_o,size,933x0,q,70,h,7e02ab

Byłem z nim m. inn. trzy razy na londyńskim Wembley. Liczyłem punkty, bywało pokazywałem dramatycznie na kartce, że nie ten zawodnik jedzie, którego wymieniał „Cis“, lecz on był w transie, upajał się imprezą, zanurzał w niej na całego i czasami się mylił ale robił to sympatycznie, więc wybaczano mu „pełny komplet“. Prowadził także estradowe imprezy w Polsce, poza granicami. Lubiany był bardzo, szanowany, podziwiany. I kiedy był już bardzo chory i głos mu się łamał, nie dawał za wygraną.

0006LPRLT2TXBNE1-C122-F4

A Włodek Szaranowicz, kiedy żegnał na skoczni Adama Małysza przekazał swoje emocje słuchaczom i widzom. Zwyczajnie, serdecznie i popłakał się ze wzruszenia. Bez cudów dawał ludziom satysfakcję, dzielił się sercem nie tylko na pół. Sztuka? O tak. Generałowie, żołnierze mikrofonów przechodzą do historii. Odgrzebuje ich historia a nowi adepci z talentem tworzą kolejną historię.

Jest takie powiedzenie, które słyszałem od włoskiego przyjaciela, że…“ to wino jest dobre dla kobiet, które piją z uwielbieniem mężczyźni“. I jeszcze coś innego, też z Italii: „Kochanie dwóch kobiet przez mężczyznę to nie grzech a wielki pech“.

Dygresje. Wracam do radiowych, telewizyjnych relacji; nie przegadać, przekazać, wzbudzić emocje, stworzyć atmosferę. Rzetelnie, z wiedzą, bez krzyku, ze stopniowaniem emocji, które targają sercami kibiców. Jakby tam byli. Artyzm?

Oglądam w sezonie speedway nie tylko na żywo i na ekranie. Futbol w każdym wydaniu, europejskie ligi oraz inne wydarzenia sportowe ze szczytów marzeń przeżywania. Widzę i słucham. Goście z tamtej strony ekranu są różni, jedni pracują nad sobą, drudzy bazują na tym, co im natura ofiarowała. A nic nie jest na zawsze. Bywa odbierane, kiedy człowiek nie nadąża albo traci grunt pod nogami z różnych powodów. Ekran wymaga silnych charakterów, nie każdy wytrzymuje ciśnienie popularności. Niektórzy marzą o wielkości, zazdroszczą a ci, którym tak lekko przychodzi czarowanie głosem czasem nie doceniają, że mogą spaść z urwiska. Szczęściem jest nie mieć pecha, powtarzał mi znajomy, który kilka razy uratował życie w czasie wojny.

Jestem recenzentem żużla od dawna, w przyszłym roku mam jubileusz okrągły jak globus, przeleciał ten czas jak piorun z nieba. Z jednej strony radość, z drugiej odpowiedzialność coraz większa. Pamięć to cudowna rzecz. Wiem o tym i wiem, że dużo jeszcze nie wiem.

635328437257198882

W Canal +, w NC + pracuje od kilku lat Tomasz Dryła, rocznik 1984. Młody człowiek z ambicjami. Mieszka z rodziną w Warszawie, „słoik“ z Lublina, zakochany po uszy w motorach różnego gatunku, w żużlu ocywiście też, a sport od małego zaszczepiał mu tata. I tak już zostało, zaszczepił. TOMASZ DRYŁA pracował w radiu lubelskim, akademickim, zgłębiał wiedzę o motorach i on ją ma. I ma talent, fantazję, no i jeszcze dużo do zrobienia. Plany oryginalne w wykonaniu, skonkretyzowane w oparciu o różne losy Polaków i ukochane motocykle. Oryginalny w swoim wizerunku, ubiorze, w tym co mówi prywatnie i ciekawie, rzetelnie, gdy relacjonuje serial Grand Prix. Twierdzi, że to nie jest trudne zajęcie, taki gość. Ma niewątpliwy talent, wygrał casting i pracuje w stacji TV, która nie tylko sportowo ma duży prestiż. Tomasz potrafi przekazać kibicom z drugiej strony ekranu stany emocjonalne największego napięcia. Przygotowuje się do transmisji, ma wiedzę, którą wspomagają także wybrani ludzie żużla z różnych stron. Z nimi bywa różnie, ale Dryła trzyma fason i jest w porządku. Ma oryginalną barwę głosu, gwarantującą dobry odbiór w domu. Tak mówi, jak się ubiera, bez tanich dodatków, które niektórzy komentatorzy uwielbiają, kokietując kibiców i lecząc kompleksy, siląc się mocno na poufałości. Komentator radiowy, telewizyjny rośnie w siłę, czasem bardzo szybko wzrasta jego popularność i trzeba sobie z tym radzić mądrze, bez wygłupiania się z mikrofonem i poza stadionem. Autorytet jest jak dowód osobisty.

A dar głosu? Dar niebios? Dojrzewa jak wino, emanuje, wibruje, przyciąga. Tomek Dryła młody człowiek ma szansę dojechać do elity; ma paszport na kolorowe, porywające sprawozdawanie tego, co oglądamy a czasem nie widzimy czegoś na ekranie. Ot, co! Malowanie słowami, amplituda uczuć, utożsamiamy się z zawodami. Jest pięknie. Tak?

Za oknem wciąż śnieg pada i pada; do świąt coraz bliżej, może się utrzyma. Chciałbym.

Sport nie istnieje ?

hate_sport_no_sport_allowed_sign_statement_classic_round_sticker-r3c84213e771a468484128564ee4b3df6_v9waf_8byvr_324

To ja dodałem pytajnik do tytułu. A pod takim książkę napisali Jan Sowa i Krzysztof Wolański. Można polemizować, choć nie z wszystkim.

Czy istnieje doba społeczeństwa spektaklu i logika aspiracji? Autorzy oświadczają, że polityka też nie istnieje. Sport ma mainstreamowy charakter. Powołują się na chorwacką pisarkę, która dorzuciła, że nie istnieje także literature, tylko rynek książki.

Kończę ten wątek i snuję swój, może subiektywny, dodam – w oparciu o kilkadziesiąt lat dziennikarstwa, pracy w sporcie jako obserwator i recenzent oraz jako działacz też.

Raz po raz ktoś odkrywa jak Kolumb Amerykę zjawiska współczesnego życia, które są powielane w innej postaci. Ale to już było, tylko inaczej… Doba społeczeństwa spektaklu? A jaka to była era walk gladiatorów? Jakie zienteresowanie i zmuszanie do morderczego końca i wywoływanie nieprawdopodobnych emocji. Jedni walczyli o życie, drudzy delektowali się katorgami. Starożytny Rzym i dzisiejsze bitwy na ringu, w klatkach, rzucanie przeciwników na dechy z hukiem, poszukiwanie sztuczek by przyciągnąć jak największą widownię.

Polityka i sport. Kiedyś i dziś. W epoce Edwarda Gierka sport był postrzegany jako wsparcie sukcesów władzy. Nigdy i żadna władza nie wyprze się sukcesów sportu, już w starożytnej Grecji olimpijskim zwycięzcom stawiano pomniki. Ze sportowymi mistrzami dziś spotykają się bardzo chętnie i prezydent, i premier, wprost wyrywają sobie zwycięzców i chcą być pierwszymi z władzy, którzy pokażą się ludycznie w otoczeniu uwielbianych gwiazd.

Sport potrzebuje władzy a władza sportowych sukcesów.

Zaprezentowania, że sukcesy są w części udziałem rządzących. Hm… i czasem robi się przykro, kiedy mistrzyni olimpijska i świata pokazuje, w jakich warunkach trenuje. A ktoś nie ma gdzie trenować łyżwiarstwa szybkiego, więc musi wyjeżdżać poza granice, żeby zostać mistrzem nad mistrzami o ułamki sekund. Paradoksy, upadki i wzloty.

SPORT istnieje, on jest w każdym czasie pod innym parasolem. Uwielbiamy od zawsze centralne widowiska, świetnie zorganizowane, wzbogacone o scenografię, reżyserię, muzykę, która zostaje wspomnieniami do końca życia. Każda władza chce mieć jak najlepsze imprezy, najwyższej rangi a kogo stać na prowincji na wydarzenia nobilitujące region oraz tamtejszą władzę zaciekle ubiega się o przyznanie organizacji imprez. Normalne i ludzkie. Jest chuć logiki aspiracji.

Mamy raz po raz do czynienia z grupami ludzi, którzy odnoszą się z pogardą do sportu, uważając tę dziedzinę życia za coś gorszego od kulturalnych wydarzeń. Kiedy przygotowywałem jedną ze swoich książek z życia krakowskiej cyganerii, a byłem jej cześcią, tamtejsi celebryci z niedowierzaniem i dużym leceważeniem odnosili się do ustalonego projektu, no bo jak ktoś z związany z dziennikarstwem sportowym, motorowym może wtrącić się w ELYTĘ. To przecież wyższa SKWERA. Zawistni bez granic z kompleksami.

Pewne grupy społeczne zazdroszczą popularności sportu, olbrzymiej zjawiskowości wydarzeń, które gromadzą na stadionach Barcelony, Paryża, Mediolanu czy Londynu komplety kilkadziesiąt tysięcy widzów. Tak istnieje logika aspiracji; ludzie chcą mieć widowiska, być na stadionie, dotknąć mistrza, zrobić selfi. Na domowej kanapie nie ma atmosfery jaką produkuje spontanicznie ponad 50 tysięcy ludzi, zaopatrzonych w akcesoria barw narodowych, śpiewających gromko narodowy hymn i ocierający bez wstydu łzy, kiedy idol wygrywa bądź przegrywa. Wzruszenia migotania serc.

Sport w akcji jest sam w sobie nieprzewidywalnym reżyserem. Magia niespodzianek.

Gol strzelony w ostatnich sekundach odwraca los meczu, centymetr dalej i pewny złoty medal musi oddać ten, który już wyobrażał sobie trofeum na piersiach. Cudne zjawiska wyciskające z ludzi emocje, jak sok z cytryny.

Wybaczcie osobisty wątek. Otóż miałem żonę artystkę sztuk pięknych, której środowisko nie rozumiało sportu a Ona nauczyła się lubić “mój” sport poznając go od podszewki. Nie jest mi obca sztuka i nigdy nie zatrzaskiwałem, i nie zamykam się przed wydarzeniami, które jak koncerty Rolling Stonesów gromadzą tłumy fanów, zafascynowanych długowiecznością trwania tego zespołu. Obok jest malarstwo, film i muzyka genialnego Ennie Morricone, literatura Hrabala, Singera i Głowackiego To uwielbiam. Obok, poezja, wiersze, które czasami i ja produkuję. Mieszanka jak tlen.

Sport w kopercie z napisem KULTURA. Istnieje! Widowiska światowej rangi, milionowe spektrum podziwiające zdobywanie medali. Piekło i niebo.

SPEEDWAY ma odbiorców w każdym przedziale społecznym, bywają na turniejach prezydenci i premierzy, ministrowie i prezesi prestiżowych korporacji. Sportem interesują się ludzie różnej zawodowo konfiguracji. Ciągle zmienia się obraz sportu, bo życie jest inne, jego potrzeby, komercja, świat internetu penetruje dusze, wszechobecna sięć zbliża problemy i wcale ich nie wyostrza, lecz spłaszcza przez łatwiznę dostępu do informacji. Piekielna szybkość i brak odpowiedzialności za słowa.

Sport dopasowuje się elastycznie do współczesności. Inny mamy rynek książki, jest literatura ale i nowe czytanie w sieci, skróty myślowe eliminują wyobraźnię. Inne bajki ale emocje te same, treści wyprane schematami, ankietowymi decyzjami. Świat błyskawicznego komunikowania i wyrażania opinii na oślep. Łupu – cupu!

Mieliśmy społeczeństwa spektaklu i mamy. W przyszłym roku mamy mistrzostwa świata w piłce nożnej w Rosji. Wydarzenie po igrzyskach olimpijskich najważniejsze. Putin walczył o te mistrzostwa jak niedźwiedź syberyjski, wcześniej zdobył zimowe IO w Soczi. Sport nobilituje nie tylko państwa, władców, miasta i prowincje. Pop sport? Kiedyś oglądałem transmisję z kolarskiego Tour de Pologne z metą w Katowicach a TV pokazała z góry ile zieleni ma to miasto i region przemysłowy. Niesamowity obraz, zmieniający opinię krajobrazu hut i kopalń. Katowicki Spodek był miejscem światowych imprez i nie tylko sportowych. Obok niego wyrosło wspaniałe, współczesne centrum kultury rangi światowej. Muzyka, sztuka, sport przeplatają się jak polityka przez gałęzie ludzkiej ciekawości. To wszystko dynamicznie pulsuje tu i teraz! Jest dobrze? Jest inaczej.

“Terrier” Cieślak kocha psy i złoto

csre_07_09_2016

Jechał na rowerze, codziennie pokonuje kilkadziesiąt kilometrów. Zwolnił, porozmawiał. Niezmordowany, wyluzowany, choć czasem w parkingu jest spięty, kiedy dochodzi do niespodziewanych rozstrzygnięć na torze. Kiedyś spotkałem go na londyńskim White City, dziś już nie ma tego stadionu w centrum stolicy Anglii, a był alternatywą dla Wembley. Dwa lata tam jeździł, częstochowski, macierzysty klub dostał za transfer cztery silniki. MAREK CIEŚLAK. Trener tak skromny, jak wybitny.

CZĘSTOCHOWA. Włokniarz, klub, który w żużlowej historii ma zacne miejsce, tam talenty wyrastały jak grzyby po deszczu. Zdzisław Jałowiecki ma ponad 80 lat, to pierwszy wychowawca i trener Marka Cieślaka, ktory był objawieniem w klubie, zwinny i utalentowany, nie zapominał o szkole, uczył się pilnie i uczył żużla. Nauczył jednego i drugiego. Znamy się od wielu lat, nie chowałem krytyki, kiedy trzeba było do szuflady, taki jestem, a redakcja SPORT – u nauczyła mnie obiektywizmu i szanowania reguł w dawnych latach. Kiedy to było? Nie podaję, ale jedno dorosłe życie strzeliło jak błyskawica.

Cieślak, ma intuicję trenerską jak Kazimierz Górski, Hubert Wagner, Adam Nawałka, Andrzej Pogorzelski, kiedyś też w żużlu. Poczet polskich trenerów byłby ogołocony bez Marka. Nie wnikam w szczegóły, nie lubię statystyk, życie weryfikuje liczby, choć one także są ważne.

“Psy są lepsze od ludzi, mają swoje drogi, uczciwe, proste, nie oszukują” – mówi trener kadry reprezentacji Polski, jednocześnie szkoleniowiec Falubazu Zielona Góra. Już tam kedyś był i rozegrał partię po mistrzowsku, w ogóle gdzie trenował odnosił sukcesy. Piszę o Marku Cieślaku w kontekście kolejnego finału drużynowych mistrzostw świata, Pucharu Świata im. Ove Fundina, Szweda, pięciokrotnego mistrza świata.

Leszno, sobota, 8 lipca polska reprezentacja jest faworytem i tylko pech może pozbawić tego tytułu drużynę biało – czerwoną. Na tym stadionie im. legendarnego Alfreda Smoczyka Polacy ongiś w przekładanym turnieju z powodu pogody, podnieśli się z błota po złoto. Cieślak, kocha medale tego koloru tak, jak swoje psy/ponad 10/ rosyjskie terriery, medalowe jak właściciel. Piękne hobby, super gromada psów robiących wrażenie na prestiżowych pokazach. “Terrier” Cieślak, jako zawodnik zaliczył dwa medale w roli reprezentanta Polski: srebrny i brązowy.

Trenerem repezentacji Polski jest od 2007 roku; byli tacy co przepowiadali jego odejście ale wyniki obroniły mistrza. Potrafi czytać grę, kiedyś obruszył się, gdy napisałem w książce, że ma chłopski rozum. To komplement, każdy chciałby taki mieć. Wielcy zawodnicy chcieli być trenerami, nie podołali, nie umieli dostosować swojego ego do zespołu, choć wyrastali przecież w teamach. Marek Cieślak daje super radę i jeździ na rowerze, prawie codziennie… taki życiowy przerywnik. Zdrowy, kondycyjnie wspomagający organizm. 28 czerwca szkoleniowiec reprezentacji Polski skończył 67 lat. Brawo, w takiej kondycji tyle świeczek na torcie?! I zdmuchnął, jak wicher. Prostolinijny i nie owija w bawełnę zwykłych spraw.

Kocha psy i złoto. Proszę, oto 10 medali w blasku złota za drużynowe finały mistrzostw świata, 2 srebrne i 1 brązowy. A w kategorii juniorów “tylko” 5 złotych i po jednym srebrnym i brązowym. Dodając jego osobiste 2 medale w reprezentacji, mamy dorobek 20 medali na koncie. Kapitał trudny do pobicia, bo przecież warunki w sporcie bywają różne. Trzeba mieć… zdrowie i… rower, i… psy. Mieszka pod Częstochową, ma swoje włości i relaks. Cieślak, który był w swoich pierwszych startach na torze w barwach Włókniarza rewelacją. Śmigał odrzutowo, nie zawsze było dobrze, sport nie lubi stagnacji zarówno na górze, jak i na dole, dlatego amplitudę doznań ćwiczy regularnie.

“ Moim sukcesem w tym roku /do tej pory przyp. aj/ jest Jarek Hampel, mówi Marek, odnalazł siebie, wrócił i będzie rezerwowym w finale DMŚ w Lesznie. To bardzo ambitny zawodnik, mądry, inteligentny. Wrócił po ciężkiej przecież kontuzji na tor”. Obok niego czterech uczestników serialu Grand Prix: rewelacja sezonu Patryk Dudek, z Falubazu, gdzie trenuje Cieślak, dalej Maciej Janowski, doświadczony, wszechstronny, szkoła polska i angielska, ubiegły rok taki sobie, teraz jedzie ze skrzydłami, Bartosz Zmarzlik, gorzowski talent, fruwający na łukach jak ptak, zadziwiający szczęśliwie “lotnictwem” na torze. No i miejscowy idol Piotr Pawlicki, z “tych Pawlickich”, którzy mają speedway we krwi, jak hrabiowie podobno błękitną…

Zapowiada się w Lesznie, które w historii już tyle widziało koncertowego żużla jeszcze jedno widowisko, które powinno dodać do kolekcji Marka Cieślaka jeszcze jedno złoto. To już prawie worek…

Finały drużynowe mają dramaturgię; pamiętam ten z Leszna, gdzie podnieśliśmy się z kolan i ten z Pragi, gdy jednym punktem pokonaliśmy Duńczyków. Wspaniałe wydarzenia, które utwierdzają nas w przekonaniu, że speedway jest wyjątkowy w swojej ekspresji, urodzie ścigania się biodro w biodro.

Jak ocenia szanse trener reprezentacji? Otóż ma cichą nadzieję, że… Nie nalegam na wyznania, kibice oczekują hymnu narodowego, gospodarze kompletu na “Smoczyku”. Będzie walka i jazdy na krawędzi. Jarosław Hampel jest na każde skinienie, taki ojciec kapitan, który wie, gdzie i jak pojechać na maksa, oferuje kredyt zaufania a czterech reprezentantów z serialu Grand Prix ma główne oparcie w trenerze, który jakby wyluzowany a we wnętrzu gorąco myślący do końca “co i jak”. Sztukmistrz.

Poczet wybitnych polskich trenerów bez wątpienia nie może obejść się bez Marka Cieślaka; pamiętam go jako zawodnika częstochowskiego Włókniarza i White City. No i nie myślałem, kiedyś, że stanie się osobowością polskiego żużla, ba! światowego. Jakoś bez fanfar, konsekwentnie schodek po schodku i tak latami dojechał do 20 medali i czeka na 21. Kocha swoje psy i kolekcjonuje z żużla medale, głównie złote, bo one mają blask połączony z hymnem narodowym, no i wieńczą dzieło biało – czerwoną flagą. Jakież miłe obrazki i totalne wzruszenia serc na stadionach całego świata. Czekam na Leszno.

Nie ma świętych, czyli życiowa maskarada

olYL15Ea

1.No, no… mój znajomy już się obraża, bo twierdzi, że tacy są… Gdzie? Na tablicach, pomnikach, w partiach? Życie nie jest świeżą kromką chleba, bywa czerstwe cholernie. Wygłaskane ikony bywają od środka zmurszałe, grają na dwie strony a nawet więcej, życiowa maskarada trwa od wieków, nie inaczej jest “tu i teraz”. Koronkowe słowa wylatują z ust jak jaskółki przed burzą. A więc lecimy i kręcimy ósemki.

Ciągle słyszę wbijanie do głów, że Ekstraliga PL jest najlepsza na świecie. Zgoda, speedway jest w głębokim kryzysie. Mistrzostwa Wielkiej Brytanii na torze Belle Vue przypominały frekwencyjnie i poziomem mecze polskiej pierwszej ligi sygnowanej Nice. Aż cud, że na Wyspach jeszcze speedway, który został sprowadzony kilkadziesiąt lat temu przez Johnnie Hoskinsa jeszcze kołacze się w obrosłej tradycji super wydarzeń na kultowym londyńskim Wembley. Indywidualne mistrzostwa Wielkiej Brytanii były dokumentem/ Tai Woffinden zrezygnował ze startu/ na fakt znikającego punktu z horyzontu. Wygrał miejscowy fighter Craig Cook, który dostał dziką kartę na turniej Grand Prix w Cardiff, po drużynowych mistrzostwach świata z finałem w Lesznie/ 8 lipca/. Mecze ligi angielskiej bywają zacięte, tory przygotowane do walki bez betonowego podłoża, lecz widać gołym okiem jakie jest zainteresowanie i wsparcie tego sportu. I jeśli zestawimy finał indywidualny mistrzostw Polski, który odbędzie się 2 lipca w Gorzowie, zobaczymy różnicę naszej specjalności żużlowej z dzisiejszym angielskim speedway’em. Oceniajmy realnie sytuację międzynarodowego żużla, bez owijania w różowe szmatki i nie róbmy maskarady. Dziś speedway opiera się mocno o polskie ściany; jest Ekstraliga, która karmi elitę zagraniczną, a za plecami wloką się dwie ligi, z której ta ostatnia jest potwierdzeniem, że pacjenta można jeszcze czasem utrzymać przy życiu.”Kroplówka” GKŻ nie działa skutecznie. Mamy ligowe niebo i żebraczy cyrk.

  1. Mecz w Toruniu pomiędzy miejscową drużyną a Falubazem z Zielonej Góry rozgrzał widownię, która nie przypominała tej ze starego stadionu Apatora, gdzie zawsze był full. Piętnasty wyścig przeszedł do histori, jako fascynująca, pełna ekspresji walka od startu do mety. Uroda takiego wyścigu pozostaje w pamięci niezapomniana. To jest speedway jakim można delektować się przy każdej okazji. Leczy kaca. Były też inne wydarzenia, oto pogubiony Adrian Miedziński nadrabiał jazdy jak rozbijaka, sam narobił sobie niezłego bałaganu, nie pierwszy zresztą raz. Nerwową jazdą na krawędzi, wręcz idiotyczną, poszukuje siebie sprzed lat. A tyle mówi się o bezpiecznej jeździe, szanowaniu rywala i nadal nic nie dociera do głów. Zawieszone gdzieś w górze wózki inwalidzkie czekają na desperatów i pół biedy, gdy sami jadą na sygnale do szpitala, gorzej, kiedy boleśnie okalaczają konkurentów. To nie jest normalny speedway i tacy delikwenci powinni być pod specjalnym nadzorem. I jeśli porównamy ten zacięty fair wyścig piętnasty z tego meczu z jazdą na oślep, mamy bardzo mieszane uczucia. Co zrobić z kaskaderami, którzy stwarzają zagrożenie życia na torze i jadą jak rozpędzone TIR- y na polskich drogach?! Nikt nie może ostudzić takich jazd z kompleksami?
  2. Inna półka. Nieprzyjemna sytuacja powstała między polskim zawodnikiem Dawidem Stachyrą a argentyńską nadzieją Cristianem Zubillagą. Chciał jeździć w polskiej lidze i czuje się oszukany przez zawodnika opolskiego Kolejarza. Nazewnictwo użyte w stosunku do polskiego zawodnika przez Argentyńczyka jest paskudne i w zasadzie sąd powinien wydać wyrok. Żużlowiec zza oceanu dał pieniądze a one gdzieś uleciały… Takie mgliste interesy motają wizerunek sportowca, który wziął i oszukał. Sprawa jest prokuratorska i powinna być wyjaśniona. No cóż, niestety nie ma świętych na świecie, nawet jak oceniają innych z ekranu.

W tym fragmencie felietonu nie mogę pominąć wywiadu/ TŻ/, jakiego udzielił Leszek Tillinger, bydgoski działacz, który życie związał z Polonią; zna ten klub jak mało kto, był świadkiem i organizatorem ważnych wydarzeń na stadionie im. Mieczysława Połukarda. Dziś bydgoskim klubem rządzi Władysław Gollob, który dawniej zwykł mocno narzekać na motorowe środowisko. Na lewo i prawo. Nie ma on łatwego charakteru i teorie wygłaszane przed laty nie bardzo sprawdzają się teraz. Klub dołuje i nie wyczuwa się poprawy. Leszek Tillinger czytelnie obnaża faktami Władysława Golloba w jego poczynaniach. Nie ma świętch i nie ważne, czy jest się ojcem ikony polskiego żużla, gdyż działania każdego działacza powinny podlegać społecznej ocenie. Obrzucanie się błotem w imię klubowego przywództwa jest przykre i dla młodzieży, i dla starszych, zarówno dla zawodników, jak i działaczy. Sława i chwała nikogo nie upoważniają do dwuznacznego postępowania. Polonia Bydgoszcz jest marką klubowego żużla bardzo znaczącą, stadion wryty w historię speedway’a światowego. Bydgoszcz była zacnie i skutecznie promowana poprzez klub i wydarzenia na stadionie. Ubolewam, że dzieje się tam źle a prognoza jest kiepska. Nie ma winnych? Gollob senior dostał nie pierwszą szansę reanimacji drużyny. Wyszło szydło z worka jak widzimy po wynikach zespołu. Koncepcje marne, czas ucieka, konkurencja bezlitośnie wykorzystuje słabości. I gdyby odtworzyć tezy wypowiadane niegdyś przez Golloba seniora, dzisiejszy jego obraz jest kiczowaty. Życiowy realizm konkuruje z maskaradą a worek nadziei jest pusty. Łatwo być krytykantem innych, trudno udowodnić, kiedy jest szansa, że autorski projekt jest genialny. Narcyzm jest zjawiskiem znanym od czasów antycznych a pokora wielką zaletą. Łatwo zdeformować, podeptać, trudniej uderzyć się w swoje piersi i odbudować. A bydgoskie tradycje pachną przecież kultowo.

XXXXX

No to tyle na gorąco w upalne dni. Sezon wkracza w centrum wydarzeń, nie weźmiemy urlopu od pogody, nie wyciągniemy szczęścia z szuflady. Marzenia bywają deptane. Oby więcej takich wyścigów jak ten nr 15 na toruńskiej Arenie. Taki speedway odświeża i daje nadzieję.