WORYNA, dziadek

fbfpi_9bc297121b60791f70885afe9fd7311b

1. Postaci klubowe przechodzą do historii swoimi osobowościami, pracą, wiedzą. W rybnickim klubie długie lata pracował Antoni Fic. Poznałem go, kiedy miał już swoje lata, lecz nigdy nie szczędził czasu na rozmowy o żużlu, prowadził z klasztorną dokładnością kronikę, gromadził zdjęcia i gdy ktoś czego nie wiedział, szedł do sympatycznego starszego pana. Przeżył kilku prezesów górniczego klubu, z pionierem rybnickiej drużyny Tadeuszem Trawińskim dobrze się rozumieli, fachowiec z fachowcem zawsze dojdą do porozumienia, gorzej kiedy ignoranctwo chce wygrać, wtedy porażka jest tylko kwestią czasu. O Antonim Ficu mówiło się, że miał słabość do swojego imienia i każdy chłopak zgłaszający się do szkółki o imieniu Antoni miał pierwszeństwo. Legendy rodzą się z faktów niebanalnych.

Do szkółki trafił ANTONI WORYNA, imię miał bardzo słuszne ale co tam, najważniejszy przecież talent. A Woryna miał. Ponadto nosił w sobie nie tylko ambicje lokalne, chciał być mistrzem świata. Kiedy paszport był talizmanem przy wyjazdach na Zachód a liga brytyjska była świętością dla każdego żużlowca, Antoni konsekwentnie z zachowaniem dyplomatycznych lokalnych powiązań realizował swoje plany życiowe.

2. Zadzwonił do mnie rybnicki kolega z klubu Józek Cycuła i powiedział, że Antek Woryna zmarł. To był grudzień 2001, blisko świąt. Szok. A miał już wyjść ze szpitala w Jastrzębiu. Urodził się w Rybniku 15 lutego 1941 roku, dorobił się sportowego, bogatego życiorysu. Śmierć przyszła za wcześnie i nagle.

3. Poznaliśmy się poza stadionem dzięki Jerzemu Kubikowi, który był sprawnym kierownikiem rybnickiej drużyny. Antek wtedy bardzo chciał pojechać do Anglii, by startować w lidze brytyjskiej. Początek lat siedemdziesiątych… najlepiej siedzieć w domu, nie było łatwo uzyskać zgodę na zagraniczne starty. Woryna był uparty, widział dla siebie szansę w najlepszej lidze świata, która przygarniała talenty i edukowała twardymi acz atrakcyjnymi warunkami. Atmosfera żużlowych stadionów w Anglii, Walii, Szkocji była szalenie wciągająca, komu buzuje adrenalina i jest zakochany w sporcie, angielskie stadiony żużlowe zapamięta na całe życie. Antek miał oczywisty talent, wrodzoną inteligencję, ciekawił go świat, zawsze tak było a znaliśmy się przez długie lata, także ze wspólnych podróży. Rozmawialiśmy nie tylko o żużlu, z nim można było. Kariera bogata, barwna, obfitująca w medale różnego koloru i rangi imprez.

4. Szef polskiego żużla wojskowy pułkownik Rościsław Słowiecki nie był malowanym przewodniczącym, miał chłopski, frontowy rozum i dostrzegał to, czego inni nie widzieli. To on zdecydowanie w 1971 roku wskazał na młodego chłopaka Jerzego Szczakiela aby na rybnickim stadionie w mistrzostwach świata par wystartował razem z innym rybnickim talentem do ścigania s na torach Andrzejem Wyglendą. Trafił celnie, jak snajper. Para opolsko – rybnicka zdobyła komplet punktów zostawiając za sobą takich asów jak Nowozelandczycy Barry Briggs i Ivan Mauger. To był fantastyczny finał, górnictwo potrafiło pod okiem fachowców zadziwić organizacyjnie świat. Górnik, potem ROW, to była marka, tradycje, które potem były idiotycznie rozmieniane na drobne.

No ale wracamy do Antoniego Woryny, gdzie przez jego ojcowiznę, mały dom przy wylocie z centrum Rybnika przewinęło się wiele osób. Gościnny dom, od ulicy gęsto obsadzony wysokim żywopłotem, jak mówił Antek by nie widzieć złego świata.

57e4f35a42c497_39297277

Był pierwszym Polakiem, który zdobył medal mistrzostw świata; 1966 rok Goeteborg, tam gdzie dwa lata później stanął na podium Edward Jancarz. Przyjaźnili się, speedway w polskim wydaniu miał silne korzenie klubowe i zmiana barw przyszła późno, długo zawodnicy związani byli ze swoimi kątami klubowymi. Potem nagle ruszyła kawalkada zmian, oferty finansowe zmiotły dużo zasad w żużlowych matecznikach.

W tymże 1966 roku, kiedy zdobył brązowy medal w Goeteborgu wygrał mistrzostwo Polski na swoim torze, gdzie się wychował i nie zmienił barw do końca. Fenomen? Mało takich. Szczęśliwy to był rok 1966, bo złoto wywalczyła reprezentacja w Wrocławiu. Rok wcześniej też to zrobili w bawarskim, małym Kempten. Rozpędzona machina, silna paka. Brązowy medal IMŚ padł indywidualnie jego łupem we Wrocławiu w 1970 roku. Drużynowo ma w dorobku pięć medali, poza wymienionymi: 1967 w Malmoe, dwa brązowe w Londynie 1970 i rok później we Wrocławiu. Miasto miało wybornych działaczy, znających się na tym sporcie, organizacyjnie ćwiczyli różne warianty a nie było łatwo. Stadion wygodny a miasto atrakcyjne dla kibiców brytyjskich, niemieckich i skandynawskich. Było imprezowo.

Na polskim gruncie z rybnicką drużyną w lidze Antoni skompletował 12 medali; 9 złotych, srebrny i dwa brązowe. Dwa razy “machnął” prestiżowy wówczas Zloty Kask. Wspomniałem o jego mistrzowstwie indywidualnym w1966 roku w Rybniku, za rok był drugi na tym stadionie a w 1970 trzeci.

Bardzo chciał jeździć w Anglii, tam był żużlowy uniwerstytet, zdawał sobie z tego sprawę, ostatecznie dostał zgodę władz górniczych, choć w klubie nie bardzo chcieli go wypuścić. Dwa lata w Poole, ustawiły go językowo, technicznie, nabrał przekonania, że różnorodność torów, ich charakter, atmosfera są konieczną wyprawą do królestwa nad Tamizą.

5. Po zakończeniu intensywnej kariery próbował szkolenia w Polsce, także na Węgrzech. Nie zawsze wybitni sportowcy zostają udanymi trenerami. “Czytanie gry” jest kolejną tajemnicą. Został działaczem w żużlowej centrali. Lubił palić fajkę i opowiadać ciekawie. Dziadek Antoni Woryna dziś byłby bardzo pomocny udanemu wnukowi Kacprowi /rocznik 1996/ , który jest utalentowany, ma jednak łatwiejszą drogę, niż protoplasta rodu. Na sukcesy składa się pasmo nie tylko zwycięstw, także porażek, potrzebna naturalna rozwaga w młodym wieku, przewidywalność, gdyż ekstremalny speedway nie jest łatwy.

57d50655aff735_66398327

ANTONI Woryna i KACPER Woryna – dwa światy i trudno je porównywać; ważne by w kolejnym wcieleniu rodzinnej sagi wnuk nie utracił tego, co zbudował medalowy dziadek.

Numer 110

Nicki_Pedersen_&_Tomasz_Gollob

Świat jest sceną śpiewał Elvis Presley, trzeba umieć na niej grać. SPORT jest i estradą, i teatrem, oglądamy, podziwiamy mecze, turnieje, pojedynki i walki mające nadmiar emocji. Wrzask radości, hymny, łzy wzruszenia i rozpacz, która kwili w kącie. Scena, Estrada, teatr. Kochamy adrenalinę aplikowaną podczas każdej imprezy. Aktorami są sportowcy o różnych kolorach skóry. Oprawa często gigantyczna, fantazyjna, bajkowa, bo poza rytuałami, tradycyjnymi obrazkami doznajemy nagle wybuchającej spontaniczności. Nie ma powtarzalności, ciągle coś nowego, choć czasem irytująca jest zgrana rutyna, łatwizna w scenariuszach imprez. Widownia na stadionie i fani przed telewizorami oczekują przyjemnych niespodzianek. Igrzyska Olimpijskie, mistrzostwa świata, Europy wywierają nacisk na organizatorów, aby zadziwić, zaskoczyć czymś nowym. Nie zawsze tak jest. Uczestnicy, “aktorzy” widowisk mają różne charaktery, ale nawet najspokojniejszego adrenalina porwie bez opamiętania przy sukcesie, który wywołuje euforię. Kochamy showmenów, podążamy za nimi, uwielbiamy, podtrzymujemy na duchu, kiedy wpadają w depresję wynikową. Wybaczamy, acz nie zawsze do końca. Taka jest natura wielbicieli. Zagrzewamy do walki i złorzeczymy SPORT jest sceną, na której “aktorzy” wywierają ambiwalentne uczucia, nie ma bowiem w karierze sportowców formy, która gwarantuje żelazną stałość. Życie umiejętnie dyryguje wyczynem. Mamy układnych, grzecznych sportowców i mamy takich, którzy swoją “grą” wywołują mieszane uczucia z ekstazą podziwu. Więc kogo lubimy bardziej – tych spokojnych bez bólu czy tych niepokornych do bólu?

Historia sportu jest wypełniona treściami rozmaitymi, sukcesami bez skazy i ze skazami, nadużywaniem popularności, nałogami, wybrykami. Grę oceniają surowo kibice, recenzenci bez skrupułów, rozpaleni jak wulkan i zimni jak lód.

Z nowym wybranym numerem w serialu Grand Prix wystąpi Duńczyk NICKI PEDERSEN. Oznaczył się jako 110 i nie wiem dlaczego, gdyż nie miałem okazji zapytać. Zwykle za każdą liczbą kryje się od dawna jakaś tajemnica, która albo jest czytelna dla ogółu albo zagadkowa. 110?!

O Pedersenie krążą różne wersje; początki kariery “załatwiły” mu opinię rozbijaki, zawodnika, który po starcie rozpędza rywali na wszystkie strony świata. Mówiono o nim źle, “jakiś rolnik” z Danii jeżdżący na oślep. 4 kwietnia Nicki przekroczy 40 – tkę, to rocznik 1977 i jak oświadcza czuje się w pełni sił by walczyć o mistrzostwo świata. Jego referencje są bogate w medale, wydarzenia, przykre kontuzje. Miejsca na podium i incydenty wykluczające. Niechęć do Duńczyka na początku kariery brała się może i z jego obcesowego zachowania. Permanentnie w karambolach winą obarczano w pierwszej chwili właśnie jego. Miał etykietę prawie żużlowego gangstera, który jedzie bezpardonowo do celu. Ta etykieta z biegiem czasu wypłowiała.

Nicki Pedersen cieszył się z sukcesów i także znosił swoje cierpienia. Ostatnie urazy z kręgami szyjnymi mocno dały mu się we znaki. Jak mówi, te dwa przypadki, po konsultacjach z lekarzami, przekonał go, że po raz trzeci mogą być katastrofą. Mr. Nicki zdaje sobie sprawę ze swojego wieku ale i doświadczenia, z posiadania rodziny i możliwości. Z chęci korzystania z życia, kiedy już nie wyjedzie na tor.

Obserwowałem go wiele razy, jego zgrany, ustawiony profesjonalnie team. Przekaz telewizyjny bezlitośnie wyłapywał w parkingu niecne zachowania Nickiego po incydentach. Kopał z furią w skrzynie z narzędziami, przewracał co było po drodze, wyrzucał z siebie złą energię bezpardonowo. Wracał do normy szybko, naturę ma wulkaniczną, erupcja nie trwa jednak wiecznie. Jak szybko wybucha, tak rychło gaśnie.

Był trzy razy mistrzem świata, kilka razy z duńską drużyną zdobywał złoto/4/, był mistrzem Europy, wywalczył Zlatą Prilbę w Pardubicach, mistrzem Danii był siedem razy, stylowo, technicznie wygrywał turnieje Grand Prix, ścigał się fanatycznie bez specjalnych zahamowań na wszystkich torach. Królował, defektował, leczył rany.

Jakiego chcielibyśmy widzieć Nickiego?

Z biegiem kariery doroślał, reprezentuje Danię/ pochodzi z Odense/, konsekwentnie gromadził kapitał z myślą jak wygrywać na torze i jak “wygrać” życie po zakończeniu kariery. Kontrowersyjny na pewno i skuteczny, bez patentu na szczęście czyli na omijanie pecha i kontuzji. Szanowany, nie przez wszystkich lubiany.

Nickiego Pedersena pamiętam sprzed wielu lat, kiedy przyleciał do Dubaju na wręczenie złotego medalu za zdobycie mistrzostwa świata, był tam także Jarosław Hampel, mistrz świata juniorów. Pokazowa gala, wcześniej na wydmach jazdy na quadach. Prywatnie, towarzysko był prawie nienaganny, miał i ma wizerunek otwartego człowieka, który nie przypomina zawodnika z toru, który gazu nie zamyka. Wolę/ choć potępiam naganne postawy/ zawodnika z sukcesami kopiącego swoją skrzynkę z narzędziami, niż bez emocji na twarzy, skrywającego w sobie zawiść do konkurentów. Na torach nie ma róż, ekstrema ma w sobie podium i kliniczne łóżko. Speedway ma odcienie piękne i brutalne.

Sędziowie często ulegają, kiedyś bardziej/ presji widowni podczas kontrowersyjnych wydarzeń na torze. Obecnie mniej dzięki obejrzeniu na ekranie TV zdarzenia na torze. Ocena jest weryfikowana sprawiedliwe jeśli nie podejmowana raptownie. Nicki Pedersen bardzo często występował w głównej roli karamboli, bo on nigdy nie grał tzw. “teatralnych ogonów”, taki żużlowy hazardzista z hasłem: “zawsze może coś się wydarzyć”. Jak w grand kasynie Monaco. Wygrać albo przegrać. Ale nie wszystko!

Nie kryje tego co było i nie ukrywa, że chciałby resztę życia zdyskontować wygodnie na miarę swoich osiągnięć i możliwości. Lubi komfort, podróże, klimat luksusowego Monte Carlo i zadziorny speedway z maxadrenaliną. Znów go zobaczymy w serialu Grand Prix i w barwach Unii Leszno. Nicki kolekcjonuje złoto, jest spełnionym, hardym, myślącym zawodowcem i czas zweryfikował sporo złych opinii o nim.

Czy sportowiec mało charakterny może mieć na koncie taki dorobek jak Nicki? Pytanie raczej retoryczne. Sport potrzebuje “żołnierzy”, którzy mogą zostać generałami.

W jakiej formie wyjedzie na tory w nowym sezonie numer 110? Ekstraliga w polskim wydaniu wymaga charakteru bez spekulacji i bez obciachów, zaś piekielny i długi serial GP powoli odpycha weteranów. Oni trzymają się uporczywie, dzielnie i z duszą rutynowanych jeszcze mogą pokazać młodszym, gdzie ich miejsce w szeregu.

No właśnie, a Nicki Pedersen jeszcze może.

Koncert na Narodowym i Chopin w Łazienkach

 

Zrzut ekranu 2017-05-28 o 12.29.28Stolica, to stolica. Warszawa. Bogaty weekend. W sobotę szczyt speedway’owski na Stadionie Narodowym, następnego dnia piłkarze Legii rozgromili Termalikę a romantyczny hymn legionistów “Sen o Warszawie” w ten słoneczny dzień leciał daleko z Łazienkowskiej, w tym mniej więcej czasie słuchałem w pełni słońca, przy pokaźnym audytorium koncertu chopinowskiego pod pomnikiem kompozytora w Łazienkach.

Co było najlepsze? Speedway i Chopin, i myślę, że za taki wybór nikt mi nie dokopie.

Stadion Narodowy, sportowa bombonierka na Powiślu. Korki dojazdowe nieziemskie, drugi turniej z tegorocznego serialu Grand Prix. Pierwszy odbył się na naturalnym torze w słoweńskim Krsku. Z układanymi torami bywają trudności i wymagają one kunsztu. Narodowy ma dach, zakrył niebo, otworzył widowisko na długo do pamiętania. Spotykam Adama Olkowicza, który był guru przy piłkarskim Euro 2012 a stadion odsłonił wtedy swoje oblicze. Adam może być dumny, ale to skromny człowiek. Warszawska Grand Prix ma swoją historię, organizatorzy wyciągnęli wszystkie wnioski i stworzyli żużlowy koncert na 274 metrowym torze, na widowni prawie 50 tysięcznej. Były szef światowego żużla Norweg Roy Otto przyleciał nad Wisłę, obok niego działacz węgierski Janos Nadasdi, który długo działał na forum żużlowym, choć dużo mu zawdzięczaja rodacy przy promocji wyścigów F – 1 na torze pod Budapesztem. Na imprezie było pokaźne grono działaczy, byli rozmaici celebryci i byli kibice, którzy zobaczyli świetne wyścigi. Spektakl off Broadway nad Wisłą.

Polacy nie wygrali, niektórzy z nich byli zawiedzeni. Nie dziwię się, mogli zdominować podium. Zwyciężył szybki jak rakieta Szwed Fredrik Lindgren, który w finale ograł Macieja Janowskiego, jednego z pięciu polskich zawodników. Kosmicznie “latał i obijał” się o bandy Bartosz Zmarzlik; chciał wygrać wszystko, ostatecznie nie pojechał w finale. Bracia Pawliccy: Piotr i z “dziką kartą” starszy od niego Przemysław byli nierówni, wprost przeciwnie do niemal idealnej nawierzchni toru wypracowanego przez trzykrotnego mistrza świata Duńczyka Ole Olsena, korzystającego z podpowiedzi nie tylko Zenona Plecha. W poprzednim turnieju w Krsku Patryk Dudek był trzeci, tym razem zabrakło mu dojazdu do finału. Lindgrenowi przygotował silnik ”zegarkowy” Szwajcar Marcel Gerhard, który specjalizował się w jazdach na długim torze i był mistrzem świata, silnik jak gazela a zawodnik mocno doświadczony. Jest w gronie kandydatów do tytułu mistrza świata. Anglik Tai Woffinden, który ma ciało wytatuowane od stop po szyję, jeszcze nie złapał rytmu, potrafi i jeszcze pokaże, gdzie należy nosić kolczyk a lubi je mieć. Warszawska Grand Prix była wielkim sygnałem dla ikon światowego żużla czyli trzykrotnego mistrza świata Duńczyka Nickiego Pedersena oraz czterokrotnego mistrza globu Amerykanina Grega Hancocka. Nie liczę lat, Jankes ma 46. Jeszcze chce, jeszcze i jeszcze ale jak długo można? Filozofia sportowców z żelaza bywa refleksyjna, gdyż albo odchodzi się ze sceny w glorii, albo goni rozpaczliwie uciekającą młodzież. Zarówno Nicki, jak i Greg mają medale, rutynę, ambicje nie wygasają i na pewno nie odpuszczą, potrafią jeszcze pogonić młodszych rywali, jednak dostają sygnały, że udany koniec wieńczy dzieło.

Oglądanie pleców jest miłe, lecz dotyczy raczej płci pięknej. Podprowadzające na starcie   urodziwe panie ubrane seksownie w obcisłą czerń nie były obojętne wzrokiem, poruszały się, jak na wybiegu modelki a maszyna startowa nie zawodziła. Perfekt. Ryszard Opara, który ongiś promował wyścigi na lodzie w ramach Grand Prix na warszawskich Stegnach, razem z siedzącym obok aktorem Stefanem Friedmanem, mieli co podziwiać. Prawie wszystkie wyścigi na styk, mijanie, gonitwy i ryk widowni, barwnej, “podjaranej” na maksa od startu do mety. Ktoś to przewidział? Zaplanował? Absolutnie; sport jest niespodziankowy, wzruszający i urokliwy zwłaszcza pod dachem, kiedy pogoda nie reżyseruje sceny walki. Tak było teraz. – “ Super wyścigi, fajna impreza”, powiedział mi pierwszy/ 1973/ polski mistrz świata Jerzy Szczakiel/w opolskiej formie/, który oczywiście przyjechał na “Narodowy”.

Dla wszystkich, którzy zjawili się na speedszczyt w Warszawie, był to wieczór do filmowania, utrwaleniem w pamięci z nadzieją, że za rok znów odbędzie się tutaj koncert w wykonaniu żużlowej elity. Organizatorzy mają chyba wyobraźnię i podpiszą kontrakt na następne lata, bo stolica za trzecim razem zaakceptowała taką imprezę i wpisuje do kalendarza na przyszłość. I radzę, żeby dla gości zrobić jeszcze po turnieju towarzyską imprezę, zabawę/ żeby się działo na 100 fajerków/, w ogromnym namiocie poza stadionem, aby tam wyszumieć, wygadać, wyśpiewać wszystkie emocje, z dobrą kapelą, jedzeniem i piciem. Taka impreza potrzebuje przedłużenia, bo też tempo /sprawny sędzia szwedzki Krister Gardell/ było OK. Rozmawiałem z wieloma przybyłymi po raz pierwszy na takie zawody, którzy oczarowani, przeżyli niespodziewane emocje w atmosferze afrodyzjakowego zapachu żużla. “Fantastycznie i bajkowo, znów będziemy, bo mamy zakodowane doznania niesamowite”. Dziewicze i prawdziwe opinie, bez gnuśnego zrzędzenia malkontentów w stylu, że woda za mokra. Live na stadionie załatwia zawsze przekaz bez suflerów. Realnie, bez złośliwych, kanapowych uwag.

Idealny byłby finał serialu Grand Prix w październiku na Narodowym a nie w dalekim Melbourne, kiedy zawodnicy już mają dość sezonu. Wnosiłem taki projekt, bo jak już na Antypodach, to tylko na wiosnę, kiedy w Europie zima jeszcze mocno dokucza. Firma BSI z Londynu zarządzająca serialem powinna tak zrobić, co byłoby logicznym układem turniejów GP. Prezes PZM Andrzej Witkowski, zarazem wiceprezydent Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/, musi postawić warunki na ostrzu brzytwy angielskim dzierżawcom. Można zazdrościć takich zawodów w Warszawie, co potwierdzało sporo ludzi żużla, w ogóle koneserów sportu, którzy nie omijają imprez, dużo widzieli i mają porównania ze świata. Potwierdzam, turniej był inteligentnie, sprawnie zorganizowanym widowiskiem. Z Pragi przylecieli czescy organizatorzy GP, którzy mają zawody 10 czerwca; u nas 50 tysięcy ludzi, oni stadion pięć razy mniejszy. Atmosfery nie ogranicza jednak wielkość stadionu, potęguje wielkość, na pewno, lecz sztuką jest zrobić “żużlowy koncert” w każdych warunkach. Czeska stolica ma inne przyciągające walory, polska stolica daje światu imprezę w stylu Rolling Stones, którzy wyruszają znów na podbój Europy. Przyznam nieskromnie, że widziałem w życiu różnej rangi sportowe widowiska od Azji po USA, acz speedway na starym, legendarnym Wembley mam zawsze przed oczyma, no i GP warszawskie: pierwsza/niestety/ i ostatnia /super!!!/, także zalogowały mi się na lata, bez bicia piany nadaremnie. Ostatnie, warszawskie wydarzenie miało dreszcze, duszę, obrazki, teatr na torze i na trybunach. I hołd dla Tomasza Golloba.

Kończę, bo dopadł mnie katowicki świt, nie nadwiślański a pachnący zielonym majem.

Dwa koncerty w dwa dni; speedway na Narodowym i plenerowy Chopin w Łazienkach Królewskich. Świetne wyścigi, showmax i muzyka Fryderyka, która nie przeminie nigdy. Jak poruszająca pieśń/ hymn stołecznej Legii/ o Warszawie Niemena ze słowami Marka Gaszyńskiego, która równie dobrze może być hymnem dla następnych żużlowych Grand Prix na Powiślu. I to jest mój kolejny, kolorowy sen.Tylko sen?

Za wielkie marzenia? Kobiety mówią, że dorośli mężczyźni mają chłopięce marzenia.

  1. “Urywam” więc jeszcze kawałeczek z książki Jurija Andruchowycza pt. “Dwanaście kręgów”; filozoficzny, życiowy: “Wszystko, czego sobie życzymy, o czym marzymy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej”. Przewrotne diabelnie… Nie mogłem więc tego nie wspomnieć, taki już jestem.

Ole, jak to krótko powiedzieć?

 

ole_olsen_470

Ładne miasteczko na południu Danii. Haderslev. Cicho, spokojnie, przystań z której bezszelestnie wypływają w morze jachty. Obok hotelu “Norden”, który reklamował się pozłacaną Jawą, motocyklem żużlowym, który trzykrotny mistrz świata Ole Olsen, dostał od Czechów za zwycięstwa w kultowym turnieju w Pardubicach “Zlata Prilba”, duży staw na którym można podziwiać kąpiele kaczek. Haderslev, tu urodził się Ole Olsen, przytulny domek, w którym, zanim Ole nie przeprowadził się do Vojens, był w środku ozdobiony trofeami z triumfów Olsena, tam mieszkał i pilnował biznesu handlowego używanymi samochodami.

Ale to już było…

Ole, lat 71. Miał żyłkę do interesów, w Vojens wybudował stadion, niektórzy dziwili się, że w takim małym misteczku. Byli tacy w Polsce, którzy wyrażali opinię o stadionie na …wsi. Bzdura. A jednak tam jeździli. Olsen razem ze swoim przyjacielem do pewnego momentu prowadzenia interesów z Aage Sondergaardem, organizowali prestiżowe turnieje mistrzostw świata. Kilka imprez sędziował polski arbiter Roman Cheładze. Finały kontynentalne indywidualnych mistrzostw świata, drużynowe, zażarte ściganie się na czerwonym torze. Powiększano miejsca, kibiców przybywało, angielscy fani przylatywali na piwo Faxe i Tuborg, niemieccy entuzjaści mieli bliżej autami, a ich apetyty nie tylko na grilowane kiełbaski rozbudzał wówczas charyzmatyczny, blondwłosy Egon Mueller. Takich postaci potrzebuje każdy sport, gdyż bez idoli, rodzących się ikon sport po prostu marnieje. Vojens bogaciło się dzięki turniejom, no nie tak jak pobliski Legoland, który na kibicach żużlowych też zarabiał. Było optymistycznie i pięknie. Duński speedway na szerokie wody wyprowadził guru Olsen, armada żużlowych Hamletów z Hansem Nielsenem, Erikiem Gundersenem, Tomy Knudsenem, Janem O. Pedersenem zdobywała medale mistrzostw świata. Kiedy Ole zakończył karierę nie poprzestał na stadionowym interesie, razem z angielskimi promotorami narodził się nowy projekt pt. serial Grand Prix, który zastąpił strukturę rozgrywania MŚ. Początki były fatalne, długie turnieje, koncepcja była modyfikowana, przybywało turniejów, niektóre zaplanowane rynki nie przyjęły speedway’a. W żużlu można zawsze liczyć na polskich kibiców i sponsorów. Kompania piwowarska Lech Jana Kulczyka ratowała sytuację serialu na początku, bo groził krach. Anglicy mieli apetyty finansowe, drenaż organizatorów poszczególnych turniejów nie zawsze zapewniał stabilizację. Polacy psuli rynek, mieli z czego dawać, z frekwencji, ze sponsorów. Wszystko ma jednak swoje końce, nie tylko początki. Nie jestem zwolennikiem takiego nadętego rozgrywania mistrzostw świata. Ale ten projekt jest powielany, bo nie ma na razie alternatywy, nie ma takich co zaproponują modyfikację starego systemu z jednodniowym wielkim finałem wieńczącym sezon. Takie jednodniowe igrzyska, taki trzydniowy jazd wszystkich sympatyków żużla, którzy kochają ten sport. Olsen został dyrektorem serialu Grand Prix. Miał różne przygody, nie zawsze udawało się zrobić sztuczny tor, choćby wspomnieć Goeteborg czy Warszawę. Doświadczenia z ”materacami” psuły wizerunek turniejów rangi mistrzostw świata. Olsen ma dwóch synów, starszego Jacoba kreował na swojego następcę na torach, nic z tego nie wyszło, bo nie zawsze dzieci mają taki talent jak rodzice. Młodszy Torben, innego charakteru, jest teraz jednym z dyrektorów firmy BSI, która dzierżawi serial GP od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Tata już nie pełni funkcji dyrektora serialu, ma następcę, który nie jeździł na żużlu, ale senior Ole nie może żyć bez żużla, który jest jego treścią życia, był i będzie. Przyjął na “klatę” trzy lata temu wpadkę na Stadionie Narodowym z torem, który rozpadał się jak stara wykładzina, a maszyna startowa była nieposłuszna wyjątkowo i szwankowała raz po raz. Człowiek uczy się całe życie. Prawda bywa bolesna ale zawsze dla ambitnych lekcją do odrobienia. Pieniądz nakręca koniunkturę. Olsen nie robi niczego za darmo, podpisuje kontrakty, buduje tory. Czy na Stadionie Narodowym Polak nie potrafiłby? O…, odpowiedź na takie pytanie zostawiam sobie na inną okazję.

Dlaczego wracam felietonowo do rodziny Olsenów, bo senior “napisał” duży rozdział tego sportu. Być trzy razy mistrzem świata jest wielkim sukcesem, zostać animatorem po zakończeniu kariery, serialu i oblatywać stadiony, pilnować, pracować kilkanaście lat, jest także wyjątkowym rozdziałem. Nie każdy wielki sportowiec zachowuje taką kondycję, ma talent do robienia pieniędzy na tym, co było podstawą w sportowej karierze. Znam Olsena od 1975 roku, od pamiętnego zwycięstwa na Wembley. W 1978 roku znów tam wygrał. Był może nie tak efektownym zawodnikiem ale efektywnym! Podobnym jemu był Hans Nielsen, obaj spokojni, wyważeni, bez nałogów, sportowcy dla których kariera była fundamentem budowy dalszego ”domu”. W Vojens byłem wiele razy i w Haderslev, również w rodzinnym domu, gdzie pamiątki żużlowej kariery przyciągały wzrok. Było tego “towaru” sporo, a ile jeszcze bez prezentacji, bo dla wielkich mistrzów brakuje miejsca na trofea. Olsen ma jeszcze jedną pasję obok żużla, myślistwo. Polska nie była jednak dla niego łowieckim rajem, raczej Słowacja, Czechy. Ole Olsen był rodzinny, żona Ulla, dzieci, dom. Ma w Vojens pomnikowy stadion. Wykreował Torbena na dyrektora, nazwisko Olsen jest w obiegu międzynarodowym, senior działa w FIM. Nigdy tego nie wspominałem, ale był taki finał indywidualny na Stadionie Śląskim i po treningu razem jeszcze z Aage Sondergaardem zaprosiłem ich do siebie, do mieszkania w katowickiej Superjednostce. Była wtedy największym budynkiem w Polsce. Niestety, nie wszystkie windy w tym momencie były czynne, ale daliśmy radę a duńskim gościom bardzo smakował krupniok i tyskie piwo. Mieszkanie było małe, ale nie służbowe, jak… sądzili moi przyjaciele.

Takie to były fajne czasy, a ja bardzo lubię duńskie klimaty.

  1. Udał się tor przygotowany na Stadionie Narodowym w Warszawie na GP. Prawie idealny a jak na tor pod dachem, nawierzchnia układana, to świetny, do walki wszędzie, brawo!

Nie ma życia bez…

 

kuba1

Bez czego? Bez wielu rzeczy, sytuacji ale dla kibiców żużlowych nie ma życia bez speedway’a. Tak to jest i basta. Globalne ocieplenie ma różne odcienie i czasem sypnie śniegiem, coś tam zamarznie, no bo jak jest zima, jest zimno, prawda? Kiedyś już jesienią przygotowywano sie na nadejście zimy, które były srogie w mrozach, wiosna przeciągała premierę a ponieważ utarło się w polskiej tradycji tego sportu, że klasyczne otwarcie ligowego sezonu następuje w drugi dzień Wielkanocy, w Śmigus Dyngus, start zależał w dużej mierze od tego, kiedy ten dyngusowy dzień wypadnie; czy w marcu czy w kwietniu. Treningi na torze były utrapieniem, nie było problemów z jazdami na nartach, ćwiczeniami w hali, ale wyjazdy na tor zawsze są zagadką dla metereologów. Wyjazdy poza granice Polski, na południe Europy graniczyły z cudem, nie było wtedy takich mocnych. Aż tu nagle w małym włoskim LONIGO grupa zapaleńców zrobiła czerwony tor a wiosny pod niebem Italii są przyjemnością dla serca i oka. W pobliżu tego kameralnego miasta, na wsi w manufakturze zaczął się proces robienia silników przez Giuseppe Marzoto, ekscentrycznego zawodnika, kochającego motolotnie, startującego w lidze angielskiej jako Charlie Brown. No, bo jak na Wyspach wypowiadać nazwisko Marzotto? Brown OK. Włoch skończył karierę, był przeciętnym zawodnikiem, bo też speedway w jego kraju jest traktowany jak u nas plus minus szachy. Może trochę przesadziłem, więc proszę o pokutę. Pokutą za grzechy było w Polsce planowanie premiery ligowej, no bo jak Wielkanoc wypadała w połowie marca, to zimna sprawa. A święto ruchome, nie zawsze jest w połowie kwietnia… Lonigo stworzyło zatem szansę na treningi w normalnych warunkach. Polacy mieli tam preferencje z tytułu sympatii. Tego tam wiele razy doświadczyłem. Chętnie przyjeżdżali np. Niemcy albo Duńczycy, bo w Skandynawii mroźno i mało sympatycznie wczesną wiosną. U Marzotto w Monticello di Fara kupował silniki GM dla Wojciecha Żabiałowicza sponsor, nieżyjący już, Edward Walczak. U niego w Toruniu były zimą pomidory pod folią a w Lonigo silniki robiące furorę i jazdy treningowe. Reprezentanci Polski mieli więc dobre przygotowanie we włoskich warunkach. Próbowali też jazd w Chorwacji. Sielanka treningowa trwała dość długo i jak w życiu bywa, wszystko zależy od ludzi. Dziś LONIGO już nie przyciąga żużlowcówa a były tam kiedyś super zawody, turnieje rangi mistrzostw świata. Mały stadion, trochę ludzi, raczej więcej przyjezdnych spoza Włoch, podobna sytuacja zresztą, jak w Pradze na stadionie Marketa. Lonigo zrzekło się praw organizacji Grand Prix na rzecz Terenzano, na przedmieściach Udine. Ale i tam kontakt się wypalił, po prostu Włochy kochają motocykle tylko na dużych szybkościach, rodzą się talenty i na torach Imola, czy Monza śmigają jak gazele. A jaka widownia, no proszę, o ile radowano się, gdy przyszło 10 tysięcy widzów, zaś na wyścigach dziesięć razy więcej! Takie jazdy! W Lonigo skończyły się kariery Armando Castagny, Armando dal Chiele i Valentino Furlanetto, który ma na sumieniu fatalne poturbowanie Edwarda Jancarza. Włosi mieli sprzęt marki GM, szybkie motory, ale trzeba mieć otrzaskanie by je opanować na łukach. A liga włoska, podobna była czeskiej, niemieckiej. Mizeria nie popieprzona. Z Lonigo pochodzi Renzo Giannini, który był szefem światowego żużla przez kilkanaście lat a schedę po nim przejął rodak Castagna. Włosi uwielbiają takie przekazywanie władzy. Lonigo padło, podobnie inne w odbiorze i sympatyczności Terenzano/ Tomasz Gollob został tam mistrzem świata w 2010/.

Czasy się zmieniają wraz z działaczami, rosną bankowe konta albo plajtują. Dawniej, kiedy sport był dotowany przez zakłady pracy, organizowano zgrupowania zimowe w domach wczasowych i to kosztowało tyle, co nic. Komercja jednak zatrzasnęła drzwi przed darmochą. Ale nie jest tak źle, reprezentacja Polski ma zgrupowania w górach, najczęściej w Szklarskiej Porębie, gdzie już dawniej bywali żużlowcy innych klubów. Tym razem była niezła zima, treningi są potrzebne i bez przygotowania kondycyjnego nie ma co wyjeżdżać na surowy tor i łamać kości. No więc bogatszych stać na narty w warunkach*****, biedniejszych w gorszych a zupełnie gołych na treningi w hali, basenie. Zawsze jeszcze można jeździć na rowerze a taki przykład daje non – stop trener kadry seniorów Marek Cieślak. Ten ma zdrowie nie tylko do psów. A młodszy trener, od młodzieżowki Rafał Dobrucki też potrafi wycisnąć pot z delikwentów. Inni klubowi szkoleniowcy bywają nie gorsi.

Żyjemy sezonem, toteż romans z żużlem na progu, już ruszyła machina i kibice poczuli   adrenalinę. Powoli, będzie czas na atrakcyjne wyprawy i doznania. Hitem Ekstraligi będzie na początek mecz w Toruniu ze Stalą Gorzów. Będzie bitwa. Dawniej transfery grzały głowy zimą, teraz wszystko jest posprzątane do końca roku, jeszcze sezon stary się nie skończy a już mamy finalizowanie kontraktów. Brakuje zatem dreszczy w dyskusjach zimową porą, usychają emocje. STOP. Najgorsze mamy za sobą, dyrygenci przygotowują klubowe orkiestry, bo premiera żużlowa w Polsce była zawsze mega wydarzeniem i pamiętam czasy frekwencji w meczach/ łącznie/ najlepszych drużyn na poziomie blisko 100 tysięcy widzów. Gdzie te czasy, “gdzie te prywatki”? Ano odleciały w siną dal. Speedway tradycyjnie przebijał bez trudu futbolistów, a proszę ostatnio dwa mecze ekstraklasy piłkarskiej obejrzało 80 tysięcy kibiców! Mamy wygodne stadiony, mamy konkurencję i świat sportu zwyżkuje, kiedy jaśnieją gwiazdy, idole wygrywają, to oni windują wyczyn, budują atmosferę widowisk niezapomnianych. Dzisiejszy speedway nie jest tak mocny frekwencyjnie, jak dawniej. Bajka się skończyła. Mimo wszystko nie wszyscy ale pędzimy na stadiony, bo przed ekranem TV ten sport nie pachnie, nie pasi. Mamy przedbiegi a wszystko co najlepsze przed nami: LIGA, potem grand mistrzostwa świata i tak będzie do jesieni. Cudownie.

Wypadki przywracają pamięć

 

rempala_rip-660x330Speedway raz po raz okaleczony zostaje brutalnie przez wypadki. Brawura nie oszczędza nikogo. Młodych i rutyniarzy. Co zrobić, żeby upadki w tym sporcie nie miały łez?

CZAS pędzi nieubłaganie szybko. Jak wicher wywołuje zamieszanie, wywraca, powoduje bóle głowy. Będzie trochę w tym felietonie nie po kolei. Bohaterem jest Szwed Tommy Jansson. Gdyby żył miałby dziś 64 lata. Zginął na torze w Sztokholmie jadąc angielskim Weslake, niemal na rękach ojca. Miał 24 lata i karierę na miarę legendarnego Ove Fundina, pięciokrotnego mistrza świata. Wypadek wstrząsnął sportowym światem, w żużlowym środowisku zostawił głęboką wyrwę. Trudno taką zasypać szybko… Tragiczne zdarzenie miało miejsce 5 maja 1976 roku.

19 czerwca 1976 jest planowany finał mistrzostw świata par w rodzinnej miejscowości Tommy Janssona w hutniczym mieście Eskilstuna, gdzie można przeżyć białe noce. Do finału MŚ par zakwalifikowały się duety Anglii, Danii, Szwecji, Australii, Nowej Zelandii, Szkocji i Polski. Rok wcześniej finał odbył się we Wrocławiu i wygrali Szwedzi 24 pkt, a startowali Anders Michanek 17 pkt, rutynowany zawodnik, as „Trzech Koron“ i młody talent Tommy Jansson 7 pkt. Drugie miejsce zajęli Polacy 23 /Edward Jancarz 15 i wrocławianin Piotr Bruzda 8 /. Trzecie miejsce wywalczyli po barażu Duńczycy 20 + 3/ Ole Olsen aż 18 + 3 i Jan Henningsen 2/ Duńczycy byli na progu nowej ery i już w kuluarach kręcili się młodzi zawodnicy, którzy wkrótce pod wodzą koncepcyjnego Olsena będą wjeżdżać na podium MŚ. Czwarte miejsce we Wrocławiu przypadło Anglikom 20+2 /John Louis 12+2 i Peter Collins 8/. Pozostałe miejsca zajęły ekipy Australii, RFN/ Niemcy/ i Austrii. To było w roku 1975 na torze we Wrocławiu. Rok później mamy wyprawę do Szwecji, która była m. in. „sprawcą“ razem z Polakami mistrzostw świata par. Do Eskilstuny daleko. Polskim żużlem /Giekażet/ dyrygował wtedy wrocławianin Zbigniew Flasiński, ekipa została zmontowana w składzie: Edward Jancarz, Zenon Plech, rezerwa Jerzy Rembas. Gorzowianie z urodzenia. Trasa prowadziła z Gdańska przez Bałtyk promem do Sztokholmu i dalej dwoma samochodami do Eskilstuny. Szefem wyprawy był inż. Flasiński. W Gdańsku żegnał ekipę przyjaciel szefa Giekażetu Bronisław Ratajczyk, wrocławianin, organizator imprez, działacz i mieszkaniec Trójmiasta. Na Bałtyku nocą rozszalał się sztorm i ogromnym promem rzucało jak szalupą. W stolicy Szwecji słońce, za nami /byłem w tej ekipie jako reporter „Sportu/ Bałtyk po sztormie i masa ludzi zmaltretowanych chorobą morską. Na niebie samoloty transparentami ogłaszały, że wkrótce odbędzie się ślub szwedzkiego króla z hostessą letnich igrzysk olimpijskich z Monachium/ 1972/. Do dziś panują na tronie. Po drodze wszędzie informacje na temat ożenku i sterty rozmaitych pamiątek. To samo w Eskilstunie, gdzie jest klub Smederna. Ekipa dotarła na miejsce, Plech przyleciał samolotem z Londynu, bo startował w Hackney. Białe noce piękną, czerwcową nocą nie dają absolutnie spać. W Eskilstunie na każdym kroku z jednej strony kolorowe dowody, że król już nie będzie kawalerem a z drugiej żałoba po tragicznej śmierci Tommy Janssona. Wstrząs. Żałobne opaski nosiła młodzież bez wyjątku. Zderzenie tego co było a co będzie dosyć trudne do pogodzenia. Kolor i czerń. Smutek i radość. Samo życie jak na obrazach starych, holenderskich malarzy.

Zbigniew Flasiński proponuje mi uczestnictwo w pochówku Tommy Janssona, bo uroczystości żałobne w kościele odbyły się niemal w manifestacyjnej formie już wcześniej. Teraz nastąpi na cmentarzu złożenie urny do grobu. Poznaję rodziców Tommy’ego. Jesteśmy zaproszeni do mieszkania, skromnego, w bloku, Tommy miał jeden pokoik wypełniony trofeami od podłogi po sufit. Międzynarodowe towarzystwo snuje wspomnienia o tragicznie zmarłym, jego zdjęcia w Eskilstunie przeplatały się wszędzie z królewskimi podobiznami, gadżetami jak na jarmarku.

Finał MŚ na małym stadionie sędziował Norweg Tore Kittilsen; wygrali Anglicy 27 /Louis 17 i Malcolm Simmons 10/, przed Duńczykami 24/ Olsen 16, Finn Thomsen 8/ i Szwedami 22/ Bengt Jansson 11 i Pernt Persson 11/. Dalsze miejsca Australia 16/Phil Crump 10 i Billy Sanders 6 / Nowa Zelandia 15 /Ivan Mauger 8 i Barry Briggs 7/, Szkocja 12/ Jim McMillan10, George Hunter 2/ i POLSKA 10/Jancarz 7, Plech 3/. Polacy walczyli, nie były to jednostronne pojedynki, niestety przegrywali na mecie. Szef polskiej ekipy był bardzo sfrustrowany. Powrót na szczęście bez sztormu na morzu.

DRAMAT Tommy Janssona wywarł silne piętno na szwedzkim żużlu, młodzież cofnęła się od speedway’a. Młody zawodnik o charyzmatycznej osobowości, z burzą włosów na głowie, o sympatycznej twarzy był wielką nadzieją tego sportu. Zapowiadał się znakomicie, był dwukrotnym mistrzem świata par/ 1973, 1975/. Odważny piekielnie, grał też w hokeja na lodzie w Eskilstunie, potem ścigał na żużlu. Był idolem młodzieży, która straciła nagle błyskotliwą ikonę. Speedway w Szwecji załamał się na kilka lat. Po regresie z mozołem i taktycznym zmysłem zaczął odbudowywać wiarę w ten sport Bo Wirebrand, świetny coach. Zebrał talenty, których nie brakuje w Skandynawii. Per Jonnson, Jimmy Nilsen, Tony Rickardsson szlifowali jazdy na angielskich torach, test – mecze z elitą dawały efekty. Szwecja wróciła po śmierci Tommy Janssona do grona medalistów MŚ w mistrzowskim wydaniu. Wypadek, który zdarzył się 40 lat temu w stolicy Szwecji zrobił duży wyłom w historii tamtejszego żużla, jednak dzięki rozważnej koncepcji Wirebranda „Trzy Korony“ wróciły do gry o medale. Nie bez łez. Tragiczne incydenty niestety wpisane są w historię żużla i oto mistrz świata Per Jonnson startujący w Toruniu po koszmarnym wypadku kończy karierę i porusza się na wózku inwalidzkim. Znowu załamanie, które rozświetla Tony Rickardsson, sześciokrotny mistrz świata, strategiczny facet, który prezentuje inny, elegancki styl bycia w środowisku. Zwycięski.

TRUDNO uciec na zawsze od przykrych zdarzeń na torach, wywołują raz po raz lęki. Ostatnia tragedia Krystiana Rempały/ z licznej, kultowej rodziny żużlowej/ 18 – latka z Tarnowa na rybnickim torze nie daje spokoju. Życie jest wartością, której nie można lekceważyć. Sport nie ucieknie, życie niestety tak. Los nie zna litości, żużel wymaga technicznej, pilnej korekty, ograniczenia mocy silników dla wszystkich. Speedway jest gladiatorski! Młodzi dosiadają zbyt mocnych motocykli. Rodzicom zostawiają rozpacz.

Wracam jeszcze do Eskilstuny, niezwykle klinicznie czystego miasta, rodzinnego dla Tommy Janssona, który pozostanie symbolem dramatu ale i zarazem aktem wskrzeszenia po kryzysie wielkości szwedzkiego speedway’a. Jest w tej historii pewna mądrość, że nie można poddawać się nigdy, i z jednej strony pamiętać a z drugiej nie ulegać, choć często bezradność pozostaje tylko cierpliwą modlitwą.

Plus minus

 

1

Nic na siłę jak mówiła moja babcia. Życie pisze scenariusze bez podpowiadania i układania. Speedway jest sportem wyjątkowym w oglądalności od samego zarania i mimo szalonej konkurencji innych sportów, wzrostu medialnych przekazów, tendencja popularności utrzymuje się w granicach poważania. Tak, nie jest sportem powszechnym przez swoją trudną specyfikę uprawiania. To nie jest tak, że weźmie się trampki, piłkę i pójdzie na boisko, klepisko czy piach. Kopać każdy umie? Pewnie. Z motorami jest inaczej i kółka trzeba opanować, umieć poprowadzić maszynę i choć niektórzy mają wrodzony talent do uprawiania żużlowego “procederu”, życie mocno koryguje ich kariery. Kiedy słyszę o tym, że speedway może być u nas sportem narodowym mam duże wątpliwości. Po pierwsze o narodowości jakiegoś sportu stanowi jego tanie uprawianie, dostęp i oczywiście popularność. Niszowość i popularność mogą pędzić w parze. Od dawna słyszę o jednym i drugim bez zastanowienia się nad sensem. Pół biedy, gdy takie opinie wygłaszają incydentalnie osoby, które ulegają raz po raz urokowi imprez przy wypełnionych trybunach. Nie ma ich niestety tam, gdzie wiatr zamyka bramy stadionów a woda w kranach nie jest nawet letnia.

Nic na siłę a jednak…

Mówi kibic będący w zażyłości z żużlem od lat kilkudziesięciu i zafascynowany potęgą rodzinnej tradycji uprawiania tego sportu przez dziadka, syna, wnuka…”Imponuje mi przekazywanie motorowych “genów” młodszemu pokoleniu. Obserwuję i podziwiam nawet sytuacje, gdy ktoś w rodzinie ginie na torze. Nie odstrasza dramat, ba, nawet jakby bardziej umacniał chęć pokazania się w walce na torze. Imponujące jest zjawisko żużlowych więzi rodzinnych”.

Władysław Gollob, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych wprowadzał na tory żużlowe młodszego syna Tomasza wiedział co robi i chce uzyskać. Nie wszystkim podobała się zadziorna, fachowa determinacja wodza familii. “Tomek będzie mistrzem świata” powtarzał jak mantrę. Nie było łatwo, gollobomania podbiła jednak stadiony Europy i napędziła z biegiem czasu koniunkturę na speedway. W cieniu Tomasza był starszy z Gollobów Jacek. Ojciec wierzył jednak w niego. Sytuacje były niecodzienne. Jeden syn spał w hotelu, drugi w samochodzie. Jeździli razem busem po Europie. Mijały lata, kariery różnie się toczyły. Dziś jeden jest milionerem, drugi trenerem w Bydgoszczy, gdzie klubem zawiaduje ojciec. Tomasz ma córkę, Jacek syna Oskara. I tenże Oskar jakby wdał się stylem w wujka Tomasza. Robi postępy i chyba będzie satysfakcja nie tylko dla dziadka.

Nic na siłę? Tak. W tym przypadku fakty przemawiają za kochanym życiem na plusie.

Inna jest sytuacja w rodzinie wielkopolskich Pawlickich. Leszno jest miastem z krajobrazem ozdobionym żużlowymi motocyklami. Piotr, ojciec, uległ wypadkowi. Dwóch synów; starszy Przemysław i młodszy Piotr/określany jako “F -16”/ nawet w wodzie mają oktany i robią karierę jaka ojcu chyba czasami tylko się śniła. Życie przebiło sny. Jak rozwiną się kariery pokaże czas, ponieważ są różne zagrożenia a życie uczy pokory. Młodość jest walorem, fantazja urokiem a moc walki wymaga rozwagi. Nie zawsze logistyka biegnie zgodnie z normami. Martwimy się, by kochane życie nie spłatało figla, bo lubi takie numery robić, zwłaszcza na żużlu.

Szczęściu warto pomóc, talentowi dać szensę rozwinięcia i pamiętać, że speedway tak jak bywa bajeczny, tak okazuje się okrutnym katem.

Patryk Dudek ma ojca rozważnego. Młody zielonogórzanin został mistrzem świata juniorów, podobnie jak i wspominany powyżej Piotr Pawlicki jr. Sławomir Dudek, ojciec jest doradcą i mechanikiem. Mama spontanicznie reaguje na poczynania syna. Nie ustrzegli się razem faktu, że syn miał czas na karencję po wykryciu “konsumpcji” niedozwolonych środków. Odcierpieli a początek sezonu pokazuje, że Patryk ”Duzers” Dudek /ksywa z kanadyjsko – amerykańskiego serialu animowanego/ jest w sztosie. Wygrał w Gorzowie Wlkp. prestiżowy XIII Memoriał Edwarda Jancarza, wcześniej w turnieju par na toruńskim torze pokazał, że nie stracił czasu a karencja dopieściła… głodem i skalą formy. Mam nadzieję, że również refleksjami nad tym, co sportowcowi wolno a co jest mu zakazane na zawsze. Falubaz ma szczęście do talentów i tamtejsza atmosfera sportowa wybija speedway w górę, choć przecież nie tylko żużlem winogronowe miasto żyje. Inne wszak sporty zielonogórskie/kosz/ wpisane są w krajobraz a dawny ośrodek pięcioboju nowoczesnego w Drzonkowie był kiedyś znany w całym świecie.

Nic na siłę…

Sławomir Drabik był talentem, miał nerw żużlowca i zaliczył częstochowskie nauczanie rzemiosła “tylko w lewo”. Pamiętam na stadionie jego syna brzdąca, który z mamą i babcią był zabierany na żużel i patrzył jak tata ściga się na obiekcie owianym tradycją wielkich mistrzów. Bywa tak, że synowie przerastają ojców. Maks Drabik jako reprezentant Polski juniorów robi postępy i jest zawodnikiem na medale. Kibice zmierzą i ocenią walory ojca i syna, potrafią wydać trafne opinie.

Wracam na koniec znów do Leszna. Mamy tam choćby klan Kasprzaków z ojcem Zenonem i Krzysztofem, który zdobył solowe srebro mistrzostw świata. I klan Jankowskich, z ojcem Romanem, którego synowie próbowali jeździć. Nie udało się. Pecha miał zielonogórzanin Andrzej Huszcza, którego córki były i są fanami żużla na amen. Następca weterana Huszczy nie narodził się a kobiety w Polsce nie mają prawa żużlowania, szkoda, piszczą więc z wrażenia tylko na trybunach. A panie przecież grają w hokeja na lodzie, skaczą na nartach, boksują i ekstremalnie wyżywają gdzie tylko można. Na żużlu ścigają się jedynie od święta.

Nic na siłę? Kto ma rację?

Ach. Proza życia jest ciągle nieprzewidywalna i zaskakuje czasem na minus a czasem na plus. Czego jest więcej?

Plech

 

Zenon_Plech_310376

Po prostu Plech. Zenon. Jest rok 1973. Zawodnik gorzowskiej Stali ma 20 lat i jest obok klubowego kolegi Edwarda Jancarza nadzieją w finale indywidualnych mistrzostw świata, w premierze żużlowej Stadionu Śląskiego, wypełnionego ponad 100 tysięczną widownią. Atmosfera wspaniała. Sport jest obdarzony bogactwem niespodzianek, które fascynują, radują albo pogłębiają w rozpaczy faworytów i kibiców. Władze śląskie „wypucowane“ na głównej trybunie, podobnie cały stadion i urozmaicony park, w którym usytuowany jest obiekt o którym zagraniczne media będą trąbiły, że oto: „narodził się gigant dla speedway‘a z wulkanem publiczności“. Wszystko układa się dobrze, kibice z całej Polski zadowoleni; do dziś wspominają pobyt na tej imprezie osoby, które wtedy były razem z dziadkiem albo ojcem. Czas szybko leci. W katowickiej telewizji po turnieju szok, bo jest nowy mistrz świata Jerzy Szczakiel, który doczeka się następcy dopiero w 2010 roku /Tomasz Gollob/. Niewiarygodnie długa „ciąża“… Opolanin jest rewelacją finału i wygrywa z legendarnym Ivanem Maugerem po barażowym wyścigu, w którym Nowozelandczyk przewraca się bezradnie na wirażu. „Wstawaj chłopie, już po imprezie“ mówi do niego po polsku jeden z wirażowych, Mauger rozumie tylko jedno, że nie będzie mistrzem świata. Nie odgrywa znaczącej roli Edward Jancarz ale zawadiacko walczy w tym turnieju ZENON PLECH, chłopak jak lebioda, chuchro panuje nad motocyklem. Zdobywa brązowy medal! Sukces w cieniu złota Szczakiela. Ten finał zapamiętałem jak „Pana Tadeusza“. Tak oto zaczyna się kariera gorzowskiego chłopaka w świecie żużla, który stał się niepowtarzalnym serialem, podziwianym i pamiętanym od Gorzowa, przez Gdańsk, od Wielkiej Brytanii po Antypody.

Za rok na stadionie w Chorzowie Polacy przegrywają wszystko w finale drużynowych MŚ. Prezes Polskiego Związku Motorowego Roman Pijanowski, zacna postać w naszej motoryzacji i na arenie międzynarodowej, nie ukrywa zażenowania. Organizatorzy ze Śląska i PZM walczą o następne imprezy na Stadionie Śląskim. W 1976 roku znów finał indywidualny MŚ. Nowozelandzki mistrz bez barier Barry Briggs jest zafascynowany obiektem, goście zagraniczni zadowoleni ze śląskiej gościnności. Imprezy towarzyszące finałowi przechodzą do historii jako barwne, huczne i zabawne. Mistrzostwo zdobywa w brawurowym stylu Anglik Peter Collins, Mauger jest czwarty a Plech piąty. Wcześniej na londyńskim Wembley w finale IMŚ Zenon Plech zdobywa tylko cztery punkty a wygrywa Duńczyk Ole Olsen. Byłem na Wembley w 1975, 1978 i 1981, pierwszy wiraż był wąski, taki przesmyk. Kto wygrał start pędził jak szalony do mety. W 1977 w Goeteborgu na Ullevi Mauger zdobywa kolejny tytuł mistrza świata, piąty, zrównuje się z legendarnym Szwedem Ove Fundinem, który gratuluje Ivanowi. Plecha w tym turnieju nie ma. Za rok na Wembley także, gdzie Jerzy Rembas był o krok od podium. Zabrakło gorzowianinowi rutyny, szczęścia. Nikt nie miał takiej szansy.

Mamy rok 1979. Chorzów. Plech przyjeżdża z Anglii, gdzie startuje w londyńskim Hackney u Lena Silvera. Nie poznaję go, bo jest przygotowany jak nigdy. Rozdaje naklejki, uśmiechnięty i mówi w parkingu z pewnością w głosie: „Będę mistrzem świata“. Wierzyć, nie wierzyć? Z żużlowcami miałem migotania przedsionków serca nie raz i nie dwa. Motocykle Super Zenona lśnią, rywale nie od parady i znów ten nieobliczalny, czujny Mauger. Plech z nim przegrywa, spóźnia start. Ivan ucieka. Srebrny medal jest sukcesem Polaka, który wędruje na pierwsze strony gazet. Plech nigdy nie stronił od wywiadów, choć nie był łatwym rozmówcą, ma charakter, filozofię daleką od mizdrzenia się i udawania. Opuszcza rodzinne strony Gorzowa Wlkp. Afera wielka, bo dawniej nie tak łatwo zmieniało się kluby. Wybiera Gdańsk, lepsze powietrze; tam malaryczne nad Wartą a teraz Bałtyk atrakcyjnie pachnący nie tylko jodem. Po tym „sztormie“ transferowym szybko robi się spokojnie. Zenon jest etatowym reprezentantem Polski, razem od dawna w parze medalowej mistrzostw świata z Edwardem Jancarzem. W duńskim Vojens brąz, w słoweńskim Krsku srebro. I tak leci. Kocha Anglię i przygody. A one jego. Potrafi jechać do końca a potem wylewa z buta krew z poranionej nogi, jak było w Leningradzie w finale kontynentalnym DMŚ. I gdzie indziej podobnie. Męska gra, bez litości dla zdrowia. Bywałem i opisywałem w „Sporcie“ kawaleryjskie szarże i jego, i Jancarza. Było groźnie ale i czasami szalenie przyjemnie. Bez hipokryzji.

Cofam czas. We wspomnianym 1979 roku przed finałem w hotelu „Katowice“ w kawiarni klezmer grał na fortepianie pod palmą powojenne, sentymentalne szlagiery; kawa pachniała, herbata bez cytryny, leniwie ale owocnie: cinkciarze wypatrywali cudzoziemców a prostytutki swoje “ofiary“. Fani pilnie zbierali autografy uczestników turnieju. Samo południe. Oto naprzeciw mnie siedzi szwedzki mistrz, dystyngowany Anders Michanek a ja „robię“ wywiad dla macierzystego wówczas „Sportu“ i na koniec pytam o Plecha. –„ Będzie mistrzem świata, jeśli wcześniej się nie zabije“, mówi chłodno skandynawski mistrz jazdy technicznej i wyrachowanej. Zadumałem się a za kilkanaście godzin gratulowałem Zenkowi srebrnego medalu, który nie mógł przeżałować złota. Ivan okazał się raz jeszcze chytrym lisem. W Chorzowie zdobywa szósty tytuł mistrza świata! Niesamowity facet z Christchurch. Sprytny na startach, instytucja poza torem. Marka światowej promocji żużla owiana legendą niczym motocykle Harley‘a. „Ajwen“ nie do zdarcia; firmuje książki Petera Oakesa, robi interesy z alkoholowym koncernem Ricard.

W 1980 roku w niemieckiej, hanzeatyckiej, bogatej Bremie jest finał kontynentalny DMŚ. Polski team pod wodzą Plecha wygrywa. Zenek przyjeżdża srebrnym Fordem z Anglii razem z Romanem Jankowskim, który zalicza rewelacyjny debiut w Hackney. Plech z papierosem w ustach zasypia w aucie, koledzy budzą go a pet wypala dziurę w siedzeniu. Brema jak z obrazka jest fajnym epizodem drużynowym. Nie jedynym.

W tym samym roku w Krsku razem z „Eddym“ w finale par MŚ przegrywa tylko z Anglikami. Przyjechali razem autem z Anglii w ostatniej chwili a „wypruli“ z siebie wszystko. Na medal. I jak nie wybaczyć swobody życia, skoro za tym stoi podium?

1983 Rybnik, udany pod każdym względem finał „kont“ i premia do niemieckiego Norden. Plech zwycięża a potem przegrywa sromotnie w finale IMŚ; sprzęt ma źle przygotowany a złoto zgarnia Egon Mueller, niemiecki gwiazdor torów i dyskotek. Huśtawka Plecha. „Wolę z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać“ i wiem co piszę. Kiedyś z ligi angielskiej do polskiej zawodnicy, a było ich mało, jeździli samochodami i promem via skalisty Dover, śliczną jachtami Ostendę i nie było na trasie czasu na odpoczynek. Wariacka jazda i tuż przed Gdańskiem nad ranem Plech Mercedesem wylatuje z drogi. Kierowca jest niezniszczalny, ma szczęście i charakter. Fruwa na torach i poza nimi. Kontuzje go nie omijają, nie szanuje zdrowia, które nie lubi lekceważenia. Szarpie punkty, wygrywa, przegrywa, „firma“ godna reklamy wszędzie. Plech nie pech.

Czas nie jest przyjacielem człowieka, przypomina błędy i bywa w korektach bezlitosny. Zenon Plech w Trójmieście jest od dawna. Nigdy, powtarzam, nie dbał o zdrowie, liczył się zawsze sport, stadion, treningi, warsztat, wyścigi, objechał świat, nazbierał medali i laurów worek, nie podaję i pomijam obszerną statystykę, tylko Tomasz Gollob pobił go w zdobyczach mistrzostw Polski. Był jednak inny czas dla Plecha a inny dla Golloba. Inne mentalności, spryt, intuicja, inne charaktery sportowe, towarzyskie, biznesowe. Plech jest /byłym/ zawodnikiem fantazyjnie traktującym karierę sportową, pieścił go talent, rewanżował się walecznością na granicy ryzyka. Prezentuje fachową, gorzowską szkołę mocno podjaraną morskim klimatem. Teraz odzywają się rany, wspomnienia.

Były prezes gdańskiego Wybrzeża i były minister zarazem, HENRYK MAJEWSKI, postać barwna i finezyjna, powiada, że takich sportowców jak Zenon Plech trzeba chronić, dbać i szlifować jak bałtycki bursztyn. No i co mam powiedzieć na takie dictum? Minister Majewski ze sportową, mentorską duszą i życiowym doświadczeniem ma „niestety“ rację, niczym filmowy James Bond. No tak, Plech dla Wybrzeża i Polski jest marką nie do podrobienia. Koledzy z londyńskiej “Speedway Star“ uwielbiali naszego „diabełka“. Towarzyski, filozoficzny i dowcipny. Miał armię kibiców na świecie. Mówili Zeno albo Plek, włóczyli się za nim angielscy i polscy fani, doceniali klasę i brawurę. Sport jest też i swoistym „aktorstwem“ nie do podrobienia. „Zatańczyć“ na torze nie każdy umie i przenieść adrenalinę poza stadion. Kibice kochają takie balety.

Przypomniałem wyrywkowo, może trochę zbyt emocjonalnie i chaotycznie, zdarzenia z udziałem ikony światowego i polskiego żużla, choć mógłbym jeszcze przywoływać „ku pamięci“ wiele innych zdarzeń i przygód, które były zwykle pożytecznym fermentem /radością a czasem i kłopotem/ dla mojego, skromnego dziennikarskiego żywota. Bywałem w tym „kotle“ nie od parady. No cóż kochani, jak mówią Czesi, to „se ne vrati“. Kończę więc i idę napić się czegoś mocniejszego, już po historycznej godzinie 13.00. A kto zresztą tę magiczną, „Wyborową“ godzinę z PRL – u pamięta? Dziś godziny nie grają już żadnej roli i panuje luz blues. Cześć.