Nadzieja jak rzeka

  • *Ballada

Ta nadzieja jest jak rzeka, wiosną, latem zawsze wszędzie
Spacer w tłumie radość niesie, hasła rozmaite
Jakie piękne mówi babcia, co wojenne schrony zna
Nikt nie kryje swoich wzruszeń, łzy spływają po policzkach

Idzie córka, idzie siostra, idą babcie nawet dwie
I kuzynka planszę niesie z hasłem zgrabnym na sto dwa
Jeszcze pani siwowłosa co to kwiatki w oknie ma
Idzie ojciec, brat i szwagier, dwóch sąsiadów kibicuje

Dziadek żwawo spaceruje, pokrzykuje jak młodzieniec
Dwóch kolegów śpiewa gromko, plansze mają dwie
Koleżanki z lewa, prawa pozdrawiają rozbawione
Uśmiechają, oczy płoną, twarze jak poranne zorze

Ta nadzieja jest jak spacer, który nie tak szybko kończy metą
Ta nadzieja jest jak rzeka, która nie zatopi byle czego
Jest nadzieja kobiet, dziewczyn i kibiców nikt nie zliczy
Jest słoneczna wiara w sukces, który serca zmienia w szczęście

Już nie zginie ta nadzieja, ona w sercach wszystkich tkwi
Przykład kobiet jest spacerem, który niesie z sobą ład
Słowa nie są takie ważne, ważny jest ten wielki ruch
Więc idziemy razem zgrabnie i tępimy zgniłe zło.

Adam Jaźwiecki/

  • Napisane 1 grudnia 2020, Katowice

Wigilia jak matka

Wigilia jest jak matka
Przytuli i pogłaska
Czasem łezkę cicho uroni
Kiedy błyśnie pierwsza gwiazdka

Christmas homemade gingerbread cookies
Christmas homemade gingerbread cookies on wooden table

Zatroskana o bliskich równo
Żeby zdrowia nie brakowało
I wszystkim pysznie smakowało
Odświętna i zapracowana
Szczęśliwa i radosna
Gdy jest cała rodzina
Nigdy nie dzieli i sercem przygarnia
Ogrzewa blaskiem cudnej choinki
Szczerym słowem i białym opłatkiem
Kolędowaniem i nadzieją
Rozpala dusze zmarznięte
Zwyczajnie czule jak matka
Jest darem niebios dla każdego
Bywa raz krócej a raz dłużej
W pamięci zostaje jednak na zawsze
Wigilia… sen dzieciństwa i czas przemijania.

Żużlowcom nie grozi Katar /na razie/  

Bresil/Angleterre - Match Amical

Speedway jest sportem w Polsce szalenie popularnym a mimo wszystko zazdrościłem zainteresowania piłką ręczną nawet przez kibiców nie koniecznie zafascynowanych “handbalem”. Brązowy medal jest wielkim sukcesem! Mecze polskiej reprezentacji w Katarze na mistrzostwach świata wywołały niesamowite emocje. Z jednej strony złożyły się na taki stan dramatyczne wygrane końcówki z utytułowanymi rywalami, z drugiej mecz ”drukowany” przez sędziów z gospodarzami finałów MŚ Katarem. Przegraliśmy a poseł Jan Tomaszewski, któremu sport jest bliski sercu, jak piłka nożna i… tenis stołowy, wyraził opinię, że Katarczycy ukradli nam medal srebrny lub złoty. Będzie protestował w światowych instancjach. Katar ma pieniędzy tyle ile piasku. Państwo arabskie/ wielkości woj. świętokrzyskiego/ nie jest duże ale bogate w produkt, który służy każdej gospodarce. Bogactwo z ziemi zamienia się w skarby bankowe. Katarczycy zakochali sie w sporcie i chcą być światową stolicą w tej dziedzinie. Płacą i ubiegają się o organizację imprez najwyższego gatunku, kontraktują zawodników w wybranych dyscyplinach i jak szejk coś przy lampie Alladyna wyśni, spełniają się sny jak wejścia do haremu. Reprezentację w piłce ręcznej stworzyli na zasadzie wydania paszportów, bez obywatelstwa, bo to “grozi” przywilejami a nie są skłonni do dzielenia się bogactwem naturalnym. A więc oferują sumy zawrotne “na katarski paszport”. Kokietują trenera Bayernu Monachium Hiszpana “Pepa” Guardiolę, byłego szkoleniowca Barcelony, któremu ostatnio nie wiedzie się dobrze. Arabowie są w stanie obalić każdy kontrakt. Piłkarze Barcy mają na koszulkach logo Qatar Foundation. Bramkarz reprezentacji ręcznej jest importowany z Barcelony. Kontrakt Qatar Foundation z 2014 roku opiewa na 30 mln euro. Fundacja została założona przez emira, szejka Hamada Bin Khalifa Al Thaniego 20 lat temu i wspiera m.in. edukację, naukę. Barca zarobi do 2016 roku 225 mln euro. Piękne i prawdziwe, jak wyprawa Krzysztofa Kolumba, który ze stolicy Katalonii wypłynął małą “Santą Marią” do wielkiej Ameryki.
“Draka” na MŚ w piłce ręcznej dotknęła Polaków boleśnie, acz trzeba przyznać, że nie zagrali w tym meczu koncertowo. Ściany zwykle pomagają gospodarzom i żużlowe środowisko ten temat ma zgłębiony od bandy do bandy.

Katar na razie nie grozi żużlowcom, co najwyżej… zwykły katar związany z przeziębieniem. Nie żartujmy jednak z petrodolarów. Jesienią 1978 roku brytyjska reprezentacja żużlowa wybrała się do Egiptu, Emiratów i Kuwejtu na pokazówki. Wspominali, że szklanka soku pomarańczowego w hotelu była droższa od galonu paliwa. Kilka lat temu w Dubaju miałem okazję być na gali Międzynarodowej Federacji Motocyklowej wieńczącej sezon w sportach motorowych, gdzie gościli również mistrz świata Duńczyk Nicki Pedersen i mistrz świata juniorów Jarosław Hampel/2003/. O sile arabskiej presji na realizację swojego planu, można przekonać się tylko tam! Zjednoczone Emiraty mają mega ambicje, także Arabia Saudyjska, Bahrajn i Katar, który wymyśla raz po raz imprezy, że w głowie się kręci. Anglicy zaprezentowali piaskowy speedway z Peterem Collinsem na czele/ wygrał w Kuwejcie/ ale nie wciągnęli do tej gry Arabów. Kiedy byłem w Dubaju minister sportu powiedział, że jest zafascynowany polskim motocyklistą Markiem Dąbrowskim, który pokonywał trasy rajdu Paryż – Dakar. O żużlu nie miał pojęcia. Zawodnicy, którzy przylecieli na galę jeździli na piaskowych wydmach quadami a tańce brzucha oglądali w oazie na dywanikach przy księżycu.

Arabowie mają wyśnione tory F -1 i bajeczny hotel zbudowany w nowoczesnej metropolii Abu Zabi/ 50 lat temu było wioską/ w środku obiektu, po którym śmigają najszybsi kierowcy świata. Angielski, sławny architekt Norman Forster znany ze śmiałych projektów na całym świecie/m.in. nowe Wembley, Metropolitan w Warszawie/ oświadczył, że to było największe wyzwanie w jego karierze. Powstało cudo, które na pewno nie jest ostatnim w świecie arabskiej rzeczywistości.
O ile można zamówić najsławniejszych architektów, inżynierów, lekarzy etc., to “zakupy” w sporcie muszą mieć moralne plecy. Dlatego Polacy na MŚ w piłce ręcznej mieli tak dużo pretensji do serbskich arbitrów w meczu z gospodarzami. Sędziowie finału oświadczyli, że byli pod ogromną… presją/?!/. Katarczycy nie wygrali, bo Francuzi byli lepsi od dolarowego sejfu. Aspekt moralny sędziowania w każdym sporcie ma potężny wymiar. Sędziowie żużlowi też mają problemy z sobą, jak sięgnąć w historię. Duża presja panowała na stadionie Ole Olsena w Vojens, w dramatycznych turniejach MŚ a mówił mi o tym nieżyjący toruński arbiter Roman Cheładze. A jak bywało na londyńskim Wembley? A w Norden, gdzie tor w 1983 roku został spreparowany ewidentnie pod Niemca Egona Muellera. O Stadionie Śląskim nie wspominam, już opisywałem szczęśliwy dla nas 1973 rok i bawarskiego arbitra Georga Transpurgera, który potem cierpiał za swoje błędy. Nadal mamy kontrowersje mimo, że obraz telewizyjny ułatwia korekty. Z jednej strony mamy ułomności ludzkie, z drugiej tzw. “drukowanie”. Nie można łączyć tych spraw, lecz w ferworze emocji krew buzuje bez kontroli i uruchamia ciśnienie kibicom na granicy zawału.
Pieniądze z krajów arabskich bez żadnych filtrów penetrują i finalizują sportowy rynek europejski. Nie tylko zresztą sport jest obszarem aneksji i wobec ofert, jak w przypadku wspominanego świetnego Guardioli ośmiocyfrowej sumy, trudno zrezygnować, bo los fortuny bywa kapryśny i nic dwa razy się nie zdarza.
Na razie speedway nie jest w kręgu fantazji arabskich szejków, może dlatego, że go nie znają, lecz gdyby zagościli na Grand Prix w polskim wydaniu może coś by z tego wynikło. Kto myślał, że szalona F – 1 będzie obecna w Bahrajnie, Emiratach? Dla tej części świata, gdzie najśmielsze projekty powstają w baśniowej scenerii, niemożliwe staje się możliwe. Gdyby tak się stało, speedway miałby lokalizację wyjątkowej urody fantastycznie promującą ten sport. Wszystko zatem w głowach szejków.
Marzę, choć na razie Katar żużlowi nie grozi, że kiedyś spełni się i moja wizja na miarę bajkowego turnieju z gwiazdami na torze i niebie.

Bez grandy

sportowcy

Ale z Grand Prix…Zaraz, zaraz, jesteśmy po świętach, dniach relaksu i refleksji. No i mamy na plecach nowy rok, który zawsze jawi się na początku w polskiej rzeczywistości jako wielka niewiadoma. Nie ma takiej rozterki co podrożeje a co stanieje, fakty mocują w świadomości tylko to pierwsze – co pójdzie w górę. Złośliwi, których jakby coraz więcej oświadczają, że WSZYSTKO! Przesada również od lat nie tanieje.

W polskim sporcie sypnęło medalami różnego koloru na prestiżowych zawodach, zaczynając od zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi. Bogaty rok i trudno zmieścić się w dziesiątce najlepszych, jest w czym wybierać, spekulować kto wyżej a kto niżej. Mamy gotowego do super grona Krzysztofa Kasprzaka. Ten rok obfitował też w zaskakujące przypadki, jeśli wziąć pod uwagę zwycięstwo polskich piłkarzy nad Niemcami na warszawskiej murawie “Narodowego”. Siatkarze w katowickim “Spodku” zdobyli złoto, by za jakiś czas dowiedzieć się, że prezes związku i jego zastępcę zgarnęła za walizkę łapówki CBA i wylądowali w areszcie. Nieprzyjemna, wstydliwa sprawa, gorzka, bardzo brudząca wcześniejszy ogromny sukces polskiego sportu.

Proza życia przynosi niespodzianki różnego kalibru a polska scena nie jest wolna od “kolorowych jarmarków”. Imponuje mi exbokser Dariusz “Tygrys” Michalczewski, który walczy o równouprawnienie orientacji seksualnych, a w zasadzie nie walczy, on uznaje i uważa, że Polska powinna być wreszcie normalnym, tolerancyjnym krajem pod każdym względem. A nie jest i sporo elit na politycznym podłożu założyło swoiste spółki z oo. Michalczewskiego zazdroszczę boksowi nie tylko z powodu wspomnianego narożnika jego działalności, lecz dlatego, że jest człowiekiem, który wie czego chce od życia i potrafi porozmawiać nie tylko o boksie. Gdyby taki znalazł się w żużlu…”Tiger”jest przykładem dla wszystkich polskich sportowców, dla normalnych ludzi. Od małego chciał być najlepszy i bogaty! I tak się stało, bo rozumie drugich i umie się dzielić. Trudna sztuka dla chytrych, którzy jak mówi przysłowie tracą dwa razy z powodu skąpstwa. Dariusz Michalczewski rodem z Trójmiasta byłby może i żużlowi potrzebny…Zjeżdżam po tej refleksji, no i jestem wreszcie na polach speedway’a.

Miniony rok w polskim żużlu był dobry i nie ma co wybrzydzać sportowo. Oby tak dalej. Każda ekipa spakowała do plecaków medale. A złoto świeci najbardziej i nie chcę wracać do historii. Ani się obejrzymy a spotkamy w Warszawie na premierze toru Stadionu Narodowego i progu walki o mistrzostwo świata w solo jazdach. Spodziewam się kompletu widzów i nadkompletu osób z politycznych elit, celebryckich, którzy ten EVENT będą chcieli zobaczyć, pogadać a przede wszystkim, jak w Warszawie bywa pokazać się ”na wybiegu” w atrakcyjnym towarzystwie. Paparazii będą mieli huk roboty. Trendy “after party” nie do ogarnięcia dla normalnych; oj, będzie się działo, będzie zabawa.

Zanim na “Narodowym” zawarczą motocykle, na początku stycznia poznamy w stolicy 10 najlepszych polskich sportowców ”Przeglądu Sportowego” i mam nadzieje, że speedway zostanie w extra gronie sprawiedliwie zaakcentowany. A zaraz po tym wydarzeniu w Lesznie następny plebiscyt i 25 lat “TYGODNIKA ŻUŻLOWEGO”. Bal nad bale i szampanów bąbelki, Boże jak ten czas leci, na łeb i szyję. Powinno być tam ciekawie, nie tylko towarzysko, bo jubileusz Familię ZAJĄCÓW, wydawców “TŻ” mocno zobowiązuje. Plebiscyt, plebiscytem, lecz przy tej okazji nie brakuje zwykle kuluarowych, barowych pogaduszek z których lecą na cztery strony świata prawdy i nieprawdy. Tłumiki, silniki, GP a SEC, kto kogo “ wy…”

Życie towarzyskie made in Poland pod koniec roku ożywiło się w różnych aspektach, nie tylko dzięki wojażom poselskim i “madryckim trzem tenorom”. Doszli inni spece od “kilometrówek”, radzę prezesom klubów zajrzeć w delegacje a prezesom kto sprawdzi? “Praca” posłów bardzo potaniała w opinii społecznej i pałaszowanie na głodzie posiłków w parlamentarnych ławach dziwi nawet przedszkolaków. Kultura polityczna /stul pysk, siadaj kurduplu, spieprzej dziadu/ poszła w kąt a kultury osobistej “nima”…Takie chamstwo panie i panowie… I znów wybaczcie mi dygresję, że na przełomie roku wracam do różnych sytuacji życiowych na lewo i prawo, gdyż nie sposób uciec od tego, co nas dotyka codziennie. Raduje i bulwersuje, buduje i dewastuje. Horror i komedia.

ROK 2015 już się nakręca, jeszcze wiosenna zima a myślami jesteśmy w klubach i przy reprezentacyjnych roszadach. Ambicją jest odzyskanie Pucharu Świata w drużynowych MŚ a finał mamy w duńskim Vojens. Złoto straciliśmy w Bydgoszczy, jest wprawdzie srebro, lecz mamy tradycje piękne jak bajki Andersena. Mam nadzieję, że radykalnie odmłodzona polska drużyna nawet jak nie sprosta np. obrońcom tytułu Duńczykom, pokaże, iż moc oraz przyszłość w niej jest na lata. Ale z młodymi nigdy nic nie wiadomo mówią weterani.

Czego oczekuję realnie w nowym roku na żużlu?

O juniorów jestem spokojny. Malkontenci do kąta. W drużynowych mistrzostwach świata seniorów może być różnie a indywidulanie polski tercet stać na wiele; na tyle, że nie chcę zapeszać, gdyż kontuzje /odpukać/ krążą jak szalone. Organizacyjnie na imprezach kibice napędzają koniunkturę a jak są robione turnieje, o tym może innym razem, bo rutyna grozi nudnościami. Sztampa nie wzbogaca widowisk. Niestety.

Światowy speedway jest w regresie, tłumikowe wojny nie rozwiązują merytorycznie problemów, bo wyłazi na wierzch prowincjonalne myślenie w CCP FIM. Co wnosi międzynarodowo polska strona? OBECNOŚĆ, bo podróże do XYZ są atrakcyjne. A jak toczą się dyskusje i jaka jest dyplomacja owiewa słodka tajemniczość. Ostatecznie sprawy kalendarza okazują się dobre jak wytrych na każdą ocenę delegacji.

CHCIAŁBYM, żeby w 2015 roku nie zdarzyło się na torach nic złego a jazdy były pod wysokim napięciem i fair play, tory przygotowane bezpieczne dla każdego i by zaiskrzyło więcej tolerancji i życzliwości o jakiej mówimy, nie tylko przy okazji świąt. SPEEDWAY jest twardym sportem, trudnym, męskim ale i pięknym w swojej zadziornej urodzie ścigania się i oglądania dla każdej płci w wieku od lat…3 do…103!

Wierzę wbrew nadziei

erik_gundersen

Będzie inaczej; okolice sportu i żużla. A w środku samo życie. Przełom roku i trochę luzu zmuszają do wariacji myślowych na temat tego co było w starym roku i tego, co nas czeka w nowym. Poza sportem katastrofy lotnicze o zagadkowych okolicznościach były tematem dramatyczych dyskusji, bo człowiek czasem nie jest w stanie wyobrazić sobie skali tragedii. Cały świat w przestrzeni przeszyty jest korytarzami, którymi setki samolotów transportują miliony ludzi z jednej strony globu na drugi. Czas wyznacza bieg historii, współczesny świat pędzi na złamanie karku i w tym olbrzymim chaosie mamy czasem łzy wzruszeń powitalnych i łzy żalu pożegnań na zawsze. Łzy mają dla wszystkich jednakowy smak, nie znają wrogów ani przyjaciół, są ponad wszelkimi podziałami politycznymi, rasowymi a w obliczu tragedii łączą się w ocean smutku. Sportowy świat korzysta z globalnej komunikacji i nie jest pozbawiony łez w swojej istocie przypadków radosnych, jak i smutnych zarazem. Łacińska sentencja mówi: “Wierzę wbrew nadziei”. Głęboka myśl odżyła, kiedy zamarzniętego “na kość” chłopczyka uratowali krakowscy lekarze i nie tracili nadziei by uratować mu życie mimo beznadziejnej sytuacji. Udało się, “stał się cud”, jak to określił prof. Janusz Skalski, znakomity kardiochirurg opiekujący się poszkodowanym. Cuda. Zdarzają się na przekór.

Ile takich przeżyliśmy w sporcie? W żużlu? Pech, cud, szczęście w jednym worku.

Styczniowy czas jest niejako dla zawodników ulgowy, choć nie wolny od treningów wytrzymałościowych. Sezon wymaga piekielnej kondycji, jeśli ma się ambicje ligowe i międzynarodowe. Inaczej wyglądało przygotowanie do sezonu 30 – 20 lat temu, inaczej dziś, gdyż eksploatacja organizmu jest ileś razy większa i żeby nie spadać z motocykla w drugiej części sezonu trzeba przygotować się na wielu frontach. Kto zlekceważy zimową przerwę zrewanżuje mu się natura bezbłędnie. Przygotowanie kondycyjne na miarę sukcesów wymaga wyrzeczeń, zapewnia jednocześnie psychiczny luz, odblokowuje opory, jakie przynosi niepewność sztywnego kręgosłupa. Jak mawia jednak pewien trener ”wszystko jest w głowie”. Dodam, że chyba nie tylko.

Wymyka mi się jednak w tym felietonie temat “cudów” z żużlowych torów. Odkurzam więc pamięć. Wspominam dramatyczny wypadek Edwarda Jancarza, kiedy potrącony przez włoskiego zawodnika długo leżał w szpitalu nieprzytomny. Ocalał. Organizm uporał się z trudną przeszkodą.

Duńczyk Erik Gundersen na torze w Bradford tuż po starcie w DMŚ wyleciał w powietrze i nie dawano mu szans. Żużlowy świat modlił się o życie dla małego Erika. I on tę szansę w końcu dostał. Bóg bywa czasem łaskawy. Nie dla wszystkich. Nie zawsze.

Jancarza nie uratowało jednak potem nic, kiedy został przez żonę pchnięty nożem. Był początek stycznia, karnawał, sprzeczka rodzinna okazała się tragiczna w skutkach i drugi raz już cudu nie było. Limit się skończył. Szok morderstwa w środowisku był tematem nr 1 na długo. Speedway skrywa także bolesne samobójstwa. Depresje, dziką rywalizację.

Mistrzostwa Polski w Gdańsku i młody Roman Jankowski, wschodząca gwiazda z Leszna, oczarowująca angielskich fanów nie tylko w Hackney, gdzie startował, nie ma miejsca na wirażu z Zenonem Plechem. I uderza mocno w bandę. Nie lubię takiej ciszy na stadionach żużlowych, bo wwierca się w głowę okrutnie. Tak było na stadionie Wybrzeża; ambulans odwozi “Jankesa” do kliniki, trwa walka o uratowanie jego życia. Udaje się, lecz okoliczności tego zdarzenia są tajemnicze, gdyż nie ustalono sprawcy. W sporcie zwykle tolerancja bierze górę nad sprawiedliwością. A łzy mają w takich chwilach różne smaki. Ten wypadek miał kolosalny wpływ na dalszy przebieg niesłychanie utalentowanego Romana Jankowskiego.

Niemal pewny złotego medalu Tomasz Gollob w starciu na wrocławskim torze z Piotrem Protasiewiczem wylatuje jak z katapulty poza tor, mija słup i pada jak rażony. Cisza aż dzwoni w uszach, cudem reanimowany Gollob obolały, prosto ze szpitala jedzie do Danii by podtrzymać zdobycz punktową i zadowolić się ”tylko” srebrnym medalem. Yes, yes, yes. A gdyby trafił w słup? Opatrzność była chytra: zabrała złoto, ocaliła życie.

Zawodnicy mają swoje sympatie i antypatie. Nie oszukujmy się, że wszyscy kochają się i jadą fair play. Nie twórzmy hipokryzji. Ona ciągle krąży i często nie stać speców na wygłoszenie prawdy. Wiecie jak to jest? W studio TV w przerwie mówi się o zawodniku X niepochlebnie a ten sam “mówca” za chwilę głosi na antenie zupełnie coś innego/?!/. Zakłamanie puchnie. Wstydu nie przykryje żel na włosach. Charaktery bywają różne ale trudno czasem zrozumieć obłudę. Pełno jej i obwiesza amatorów oraz zawodowców. Pieści zło, niszczy dobro. Żyjemy w takich scenariuszach zachowań i trwamy.

Na żużlu zdarzają się wypadki, które w pierwszej chwili mrożą krew w żyłach ale po dłuższej chwili niemocy wywołują brawa. Zawodnik wstaje o własnych siłach, choć zdarzenie wyglądało makabrycznie. Mały cud. Mamy przypadki, kiedy niewinnie wyglądający karambol czy pojedyńczy upadek kończy się urazem na całe życie i kaleczy zawodnikowi karierę dozgonnie. Cud ciężko “kupić” na kredyt. Nie ma takiego banku!

Na żużlu młodość, jak w każdym sporcie oraz życiu ma swoje fantazje a brak doświadczenia powoduje konsekwencje przykre dla “bohaterów”. Bywają jednak osoby mające szczęście; albo inaczej… omija ich zwykle pech, co jest absolutnym właśnie szczęściem. Ile zależy w dramacie od faktu, gdzie się wydarzył i kiedy przyszła pomoc? Przywracam więc to credo, które umieściłem w tytule. Wierzyć wbrew nadziei. Zawsze.

Speedway jest sportem kaskaderskim, często z fałszywym szczęściem oraz podstępnym pechem. Jakże fatalnym splotem okoliczności był po zakończeniu kariery przez znakomitego Australijczyka Leigha Adamsa wypadek motocyklowy, na crossowej trasie, poza torem, stadionem i już poza metą pięknej i barwnej kariery. Zabrakło happy endu, cudu, którego byśmy życzyli wszyscy. Sympatyczny Leigh szuka jeszcze nadal szansy, która ucieka. Nie on jeden i nie ostatni… nie zapominajmy: “contra spem spero”, wierzyć wbrew nadziei.