Delikatne serce do ostrej jazdy

Ile razy zastanawiam się co spowodowało taki krok w życiu Łukasza Romanka, dochodzę niezmiennie do jednej myśli znając go tylko wyrywkowo, acz odbyłem z nim kiedyś podróż autem na Grand Prix w Pradze. To spotkanie wtedy z Łukaszem dało mi dużo do myślenia. Ułożony chłopak, chłonny świata, jakby stojący nieco z boku tych spraw, które brutalnie rządzą nie tylko sportem, nie tylko żużlem ale kręcą całym światem. Delikatne serce, krucha psychika do realnej codzienności. Szczęściem i nieszczęściem w jego życiorysie było wejście w świat żużla, bo może gdyby to była inna dyscyplina?! Ale Łukasz wychowany niedaleko rybnickiego stadionu nasiąkał tym sportem od małego i miał wielki talent do speedway’a. Okrutność losu. Z jednej strony mentalność chłopca do tenisa stołowego, z drugiej zderzenie ze sportem, który raz po raz dawał mu radość ale powalał psychicznie w kontaktach codziennych. Nie mógł sobie poradzić z tym wszystkim, bo rytm ligowy, turniejowy narzucał ostry reżim. Upatrywanie tragedii w słabych wynikach prowadzi do nikąd. Miał swoje życiowe zasady i raz po raz zderzał się z czymś innym. Walczył z sobą, kotłowało się pewnie w głowie: być takim samym, czy zostać innym, odrzucić coś zakodowane na zawsze, czy przyjąć postawy innych.

Łukasz Romanek nie dał rady, pętla jego myśli nagle zacisnęła się okrutnie.

Straszny ból kiedy młody człowiek przed którym całe życie skraca drogę, która mogła przynieść dużo dobra dla niego oraz innych. Łukaszu, zostawiłeś pytania i ogromny żal. 

416 m udręki bez ekstazy

Tak, udręki. Bardzo źle zasypia się po takich zawodach, po karkołomnych wyścigach. Bombonierkowy stadion Ullevi w Goeteborgu okazał się strasznie obciachowy i niebezpieczny dla uczestników  trzeciego turnieju z serii Grand  Prix. Po trzech  godzinach walki kiedy około godziny 22.00 jeszcze niebo było w dziennym błękicie turniej stał pod znakiem zapytania. Kiedy normalnie impreza taka się kończy, w Goeteborgu czekało nas niewiadome zakończenie.

A zaczęło się od wspominek od faktu położenia sztucznego toru już kilka tygodni temu, mając w pamięci niegdysiejszy horror na rwącym się jak nie umocniony brzeg rzeki torze i powtórce z rozrywki pod już przykładne dyktando dyrektora serialu GP Duńczyka Ole Olsena i nawierzchni czerwonej jak tor w duńskim Vojens. To było kilka lat temu. Historia Ullevi w żużlowe historie jest bogata i tam na normalnym torze Nowozelandczyk Ivan Mauger zrównał się pięcioma tytułami mistrza świata ze szwedzkim legendarnym Ove Fundinem. To było 21 lat temu! W 1984 roku na torze betonowym jak autostrada w nudnym finale zwyciężył Duńczyk Erik Gundersen  faworyt Olsena. Tor był totalnie skrytykowany, bo uniemożliwił walkę na dystansie. Start i fru do mety, taka była recepta na turniej. W 1991 roku wygrał znów Duńczyk Jan O. Pedersen a rywalizacja była o tyle ciekawa, że drugi był późniejszy gwiazdor Szwed Tony Rickardsson. Ullevi pożegnało się z torem żużlowym, bo przygotowywało się do lekkoatletycznych mistrzostw świata  i powróciło do niego w  wersji niefortunnych sztucznych  nawierzchni, takich swoistych materaców z dziurami jak sprężyny. Dziwi mnie niepomiernie fakt powtarzanych błędów, ponieważ Szwedzi kochają speedway, mają doświadczenie i dobry sprzęt. Jest jakaś tajemnica w tym „ materacu” na Ullevi.
Ostatnie zawody były corridą i cud nad cudami, że nie doszło do tragedii. Wypadki, zwłaszcza Duńczyka Hansa Andersena mogły mieć konsekwencje długotrwałe. Dziury były na tyle niebezpieczne, że nie wytrzymywał sprzęt i zawody stanęły pod znakiem zapytania.

Uliczny wyścig F – 1 w Monte Carlo to pryszcz wobec skandalicznego toru, gdzie jeżdżono w myśl „może się uda i przeżyję.”

Oglądałem turniej z kilkoma znajomymi. Nie wszyscy wytrwali do końca, zostaliśmy w dwójkę, bo wysiedzieć cztery godziny i oglądać powtórki do znudzenia i mieć niepewność końca bulwersuje. Jedna trzecia poszkodowanych w tych zawodach powinna otrzymać odszkodowania od organizatorów. Stworzenie niebezpiecznych sytuacji też bywa odpowiednio traktowane i sankcjonowane. Czy zawodnicy mają coś do powiedzenia w tej sprawie? Anglik Anthony Steele pogubił się w całokształcie tej sytuacji. Serial reżyserują Anglicy plus wspomniany Olsen. Zdominowali wszystko i mamy… zero zmian, konserwatywne podejście i urządzanie widowisk już powoli do znudzenia. Byle do Cardiff mawiają…Byle do Gelsenkirchen już mawiają niektórzy.

W tym momencie znów stawiam tezę i dopóki mi sił starczy będę ją powtarzał, że indywidualne mistrzostwa świata w takiej formule są nudne i mało wyzwalające sens sportu, niespodziewany sukces kogoś nieznanego, jakiś szczyt niewiadomej. Jedno wydarzenie raz w roku! Nie jestem przeciwnikiem serialu Grand Prix, owszem niech będzie ale niech to będzie maksymalnie sześć turniejów coraz to w nowych miejscach; od Tokio przez Dubaj po Los Angeles. A MŚ zróbmy w formule tradycyjnej, z eliminacjami i finałem, który znów zabłyśnie w oczach. Nie wiem, kto wpadł na pomysł aby jeszcze promować Grand Prix  w kategorii juniorów, co w ogóle ukatrupi dyscyplinę. Bez sensu! Zastanawiam się dlaczego działacze międzynarodowego szczebla, jakby wygodni w tym zaskorupiałym myśleniu, nie zastanawiają się nad rozwojem żużla, jego promocją. Wykonanie takich numerów jak na Ullevi odrzuca na kilometry tych, co pierwszy raz przyszli na speedway, a co gorsza zainwestowali w wycieczkę i przeżyli nie dynamiczne, trzymające w napięciu zawody, tylko ponad 4 godzinny horror z bólem karkołomnych wypadków i ambulansami w tle. Czy ktoś może wreszcie potrząsnąć skostniałym towarzystwem spod znaku FIM. Norweg Roy Otto, szef światowego żużla serwuje wraz ze swoją kompanią co roku „ kotlet raz”. Olsen dotrwa do emerytury a potem dalej pociągnie ten wózek, sekretarzem jest Anglik Graham Brodie fajny facet, były sędzia na emeryturze ale nie wychyli nosa, bo ma klawe życie. Sędziowie wybierani z szuflady, Niemiec Frank Ziegler chyba najlepszy, bo jeszcze nie zmanierowany. Towarzystwo ogólnie jest zgrane. Super VIP – y, Gold VIP – y i VIP – y.

I tak oto „brazylijski” serial może trwać latami, z ziewaniem, sygnałami karetek i elitą prawie czterdziestolatków.

Kto zatem da sygnał rozsądku? Anglicy? Absolutnie. Konserwa, trzymają władzę. Polacy? Wykluczone, bojaźliwi o swoje stołki w FIM. Czesi? Znamy ich, podobni nam. Duńczycy? Przeciw Olsenowi? Nie! Szwedzi? Może ktoś, ale kto Krister Garder, sędzia szefował grupie na Ullevi. Nie widzę w gronie Trzech Koron odważnych. Niemcy? No, no. Z Niemcami bywa różnie. Rosjanie? Finowie? Ukraińcy, Włosi?  Towarzystwo nieliczne ale śliczne, jak mawiała pewna dama. Kto do boju pierwszy, kto ma koncepcję? I w tym jest problem nr 1. Nie raz pisałem i mówiłem, że powinien wylecieć głos z Polski, takie mamy moralne, historyczne, przesłanki dokonań w tym sporcie!

Wracając do crossu na Ullevi. Tomasz Gollob raz na wozie, raz pod nim. Krzysztof Kasprzak kiedy dopasował się do turnieju pora była go kończyć. Norweg z polskim paszportem Rune Holta wywinął rzadkiej urody numer w finale. Miał przeciwników nie byle jakich, bo Nickiego Pedersena / jeszcze się nie rozkręcił/ Jasona Crumpa / rozkręca się/ i rewelację ze Szwecji Fredrika Lindgrena, który wygrał część zasadniczą z kompletem punktów. Kiedy rywale zajęli się sobą na prostej Rune w stylu gollobowskim/ ba, Roberta Kubicy!/ pod bandą na super szybkości, mając pod kołami cudowną przyczepność minął rywali a przewaga jaką uzyskał była niezagrożona. Wyczyn dwukrotnego mistrza Polski przejdzie do historii, a on osiągnął w ekstazie życiowy sukces na tych 416 metrach udręki.- Kocham speedway i ściganie – powiedział Holta. Jest nieobliczalny. Nauczył się w drugiej ojczyźnie żużla, a ducha walki ma wypełnionego polską determinacją i szaleńczą fantazją. Kiedy nauczy się słów Mazurka Dąbrowskiego?


Przed nami dwa „materace” w Kopenhadze i Cardiff. Nicki ucieka, reszta goni. Serial trwa w najlepsze, acz wytrzymać ponad cztery godziny jednorazowo nie ma konkurencji. Niektórzy wybierają wtedy spacer z psem.
 

Bal Adamsa

front7

No tak i wygrał nasz! Li! Ani chiński, nie angielski, tylko polski, australijski i leszczyński Adams. Leigh, który startuje w Unii Leszno już czternaście lat. Kiedy przyjechałem na Grand Prix do Leszna ledwie zdążyłem na odsłonięcie pomnika Alfreda Smoczyka, ponieważ przejazd przez Rawicz trwał blisko godzinę, taki był korek przez to miasteczko, podobnie jak i Leszno zakochane w żużlu po uszy. Pomnik słynnego Alfreda Smoczyka, którego imię nosi stadion i od wielu lat rozgrywane są memoriały jego pamięci posadowiono zaraz przy głównym wejściu na stadion, przy chodniku wprost na ziemi. Stoi zatem postać legendarnego żużlowca opartego o motocykl. Ładnie. Autor pomnika nie pomyślał o postumencie, co jest zadziwiające, toteż radzę miejskim strażnikom aby baczyli na dzieło, które może być punktem do którego mogą podbiegać np. psy. A won. Rajcom miejskim radziłbym całość dzieła postawić na cokół i będzie po sprawie; bardziej reprezentatywnie i wygodniej dla czci Wielkiego Freda. I tyle na wstępie festynu w Lesznie, który przyniósł zwycięstwo Adamsowi. A  czy ktoś wierzył kiedy Leigh w XI wyścigu przyjechał na końcu stawki, że on wygra Grand Prix Europy? Spotykam kibiców z Gniezna, Rybnika, Bydgoszczy… Dyskutują kto zwycięży i nie ma siły przewija się w tym korowodzie nazwisk GOLLOB. Bo zaostrzył apetyt  po triumfie w Krsku, pierwszym turnieju w serialu Grand Powtórek 2008.

Słońce podczas GPE w Lesznie prażyło jak na Krecie. Ogrody piwne owiane grillowym dymem strumieniami gasiły pragnienia kibiców Lechem Pils. Zgrabnie przygrywała miejska kapela, fajnie ubrana i skocznie wspomagająca pragnienie. Pragnień mieli ludzie kilka. Oto kibice robili sobie zdjęcia z super dziewczynami w głównej alejce, wszyscy obnażyli torsy i stworzyli prowokującą grupę do grzechu. Dobrze, a nawet bardzo jak mawia mój przyjaciel.

Grochówka wojskowa i karczki schodziły gładko, szaszłyki i kiełbasa. Super ceny, w końcu Europa. Karczek 12 złotych, kiełbasa po 9.Najtańsza cukrowa wata. Buteleczka wody mineralnej po 5 złotych, a jeszcze nie mamy euro.

Atmosferę imprezy robią kibice, polscy nie zawodzą, trąbkami, ubiorami, już po drodze z Katowic spotykałem z Tarnowa, Rzeszowa fanów spragnionych sukcesu. Nie żałowali gardeł.

Wspomniałem o piwie. Jak prowokuje organizm jeśli wypije się litr albo dwa wiedzą smakosze. Nadal polskim problemem są toalety, których  na ponad 20 tysięcy kibiców trzeba chyba ustawić w rozsądnej liczbie. O tym się nie myśli i zapomina, choć nawet niektórzy sołtysi wiedzą, że lepiej chronić przyrodę. Sołtys, sołtysowi nie jest równy. Różne bywają zagrody w Europie. Z piwem w Lesznie dla mas chyba przesadzono, z innymi rzeczami też.

Pisałem onegdaj na tych łamach o kultowym Lesznie, klubie o 70 – letniej tradycji. Tak, pora nadążyć w obecnych czasach z poziomem i nie zaniżać tego, co już kiedyś było dobre.

Niby świetlna tablica informacyjna na stadionie jest. Przypomina mały telewizorek i chyba prezes Unii ma większe plazmy u siebie w domu. Lornetki potrzebne a i jakość obrazu jest dobra ale po kilku piwach. OK? OK! Jedziemy dalej.

Tomasz Gollob nie wygrał, byli lepsi. Jest na drugim miejscu w klasyfikacji ogólnej i teraz zweryfikuje jego formę i silniki sztuczny tor na Ullevi w Goeteborgu. A potem Kopenhaga, a potem Cardiff. Uff. Tam już ukształtuje się elita seniorów. Jestem pełen podziwu dla nich, dla tych roczników 1971. Jak ten Adams się szpanuje, jak ten Greg Hancock  pręży, jak szykuje Gollob. Jak doskakuje Jason Crump. No właśnie, doskoczył do Nickiego Pedersena w finale i wyłożył Duńczyka na łopatki. Niemiecki sędzia Frank Ziegler jest czujnym arbitrem i szybko wykluczył Australijczyka. Nie wiem dlaczego publiczność cudowna w swoim wyrazie i formie nagle zaczęła tumult i gwizdanie, bo decyzja jest słuszna. Jeśli zabraknie takiego chojraka jakim jest Nicki zrobi się smutno, ale on jest takim kiedy trzeba, teraz potrącił go Jason i dobrze, że skończyło się obiciami, bo wypadek mógł zakończyć się znacznie gorzej. Taki faul może mieć zawsze konsekwencje szpitalne. A Duńczyk otrzepał się jak wróbel w piachu i pojechał w  powtórce po trzecie miejsce na  podium, zawstydzając Jarosława Hampela, „dziką kartę” w tych zawodach, który nie sprostał oczekiwaniom fanów, przy absencji w finale Golloba. A tak miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – powiedział mój sąsiad z trybuny prasowej. Posadzono tam medialny świat chyba za karę, pierwszy łuk zasłania banda, nie widać kto pierwszy na starcie, gdyż lokalizacja jest na pierwszym wirażu, niskie rzędy uniemożliwiają śledzenie rywalizacji. Ponadto vis a vis głośnik skutecznie zagłusza wszystko, nawet sygnały od i z redakcji. Dno. Proponuję prezesowi Unii and company, aby tam posiedzieli na jednej imprezie, wątpię czy wytrwają tyle ile mieli cierpliwości żurnaliści. Obok mnie siedzieli Szwedzi, pogodzili się z tym faktem, bo nie mieli wyjścia jak i reszta. Podobno tak było już w ubiegłym roku podczas Pucharu Świata i jakoś nikt nie zreflektował się skutecznie. A fe. A zatem donosimy do BSI! O pulpitach/drobiazg?/ nie wspominam, zatem notesy, laptopy trzeba trzymać na kolanach, tak się traktuje media na stadionie XXI wieku. Polecam zarządowi Unii wycieczkę /podobno zarobili nieźle na GPE/ na Ullevi i niech zobaczą jak tam jest. Normalny standard czyli niebo a ziemia.

Jest jeszcze jeden aspekt, bezpieczeństwa. O ile mi wiadomo, nie można wpuszczać na stadion więcej ludzi, niż przewidują przepisy. Powiedziano mi, iż na kilka wyścigów przed finałem otwarto bramy. Przejścia czyli schody na sektorach były zajęte i to jest zjawisko, które potwierdza brak wyobraźni. Czy ktoś zdaje sobie sprawę z konsekwencji w razie, wolę nie kończyć…Piszę o tym w nadziei poprawek dla dobrego wizerunku Unii, dla dobra tego zasłużonego klubu, w końcu Leszno, to nie wieś na żużlowej mapie Europy i kiedyś już popracowano nad tym, aby co jest dane dziś, miało jednak inny wymiar obrazu.

A zatem wygrał swojski Adams, Hampel dotarł do finału, Gollob nie. Żenująco na swoim stadionie wypadł Krzysztof Kasprzak i dobrze, aby zastanowili się ojciec z synem, że Grand Powtórki zobowiązują do innych jazd! A jak nie, to zwolnić miejsce dla innego. To samo dotyczy słabego Rune Holty. Było czterech w polskiej ekipie a wygrał ten leszczyński „byk”.Niedawno trener Leo Beenhakker powiedział, że „ nie chodzi o to, jaki ktoś jest, tylko – jaki może być”.


Jeszcze na koniec, bo na ten koniec na stadionie czekali trzeźwi i nietrzeźwi fani, pobudzani przez spikera mową o niespodziance. Okazał się nią marny pokaz laserowy, a wszyscy spodziewali się fajerwerków, tradycyjnego zwieńczenia imprezy przy tak fantastycznej pogodzie, która sprzyja do lania hektolitrów piwa czyli złotego interesu o jakim Alfred Smoczyk nie śnił.
 

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.

Zero pokory

Takich igrzysk dawno nie widziałem, takich z polskimi dalekimi miejscami. Optymizm był wielki jak stodoła po urodzaju, a prezes narciarskiego konsorcjum, zawsze zadowolony głównie chyba z siebie, cieszył się nawet z 26. miejsca i wciskał kit optymizmu na głównej antenie telewizyjnej. Zero pokory oraz naturalnego obiektywizmu, bo jaki jest koń wszyscy widzieli. Żałosny. Podobna olimpiada zimowa w klęsce nieurodzaju była kiedyś przed laty w Innsbrucku. Prezes zadowolony, to i reszta musi być?

Letnie igrzyska w Atenach też nie były żadnym sukcesem, wręcz klapą. Co się dzieje z polskim sportem?

Problem wymaga surowej oceny najwyższych władz, podjęcia decyzji strategicznych i szybkich, gdyż szkoda pieniędzy, naszych pieniędzy, takich marnych podatników. Okazuje się, że najbardziej zadowolonymi z wszystkiego są prezesi oraz osoby z nimi powiązane. Działacze. Nie wiem tylko dlaczego mamy utrzymywać taki stan upojnego zadowolenia na ekranach telewizyjnych za ciężkie pieniądze. Wiem, wiem, już słyszę te głosy, że to sponsorzy płacą… Austriak Federer? Ciekawe, kiedy ten gość, którego protegował na polskim rynku słynny duet wiślański M-T, wreszcie wyliczy się z przeszłości?! „Wątpię” – powiedziałby tradycyjnie, mój kolega z tych łamów Robert Noga, który nie tak dawno trochę mnie postarzał. Zwątpienie ogarnia wszystkich, którzy widzą degradację polskiego sportu w wielu jego aspektach. Kiedy jest wina a nie ma kary i poprawy, to wkrada się bezmiar beznadziejności. Tak, jak i w naszym zmotoryzowanym świecie, lecz do niego dojedziemy. Na razie chciałbym wyrazić swoją skromną opinię na temat ogólniejszy, gdyż działam na sportowym padole trochę lat, a może i więcej…

 

Polski sport wymaga generalnej rekonstrukcji, statutowej, ich przepracowania oraz uchwalenia nowych zasad wyborczych, regulaminów dostosowanych nie do przetrwania zarządów, prezesów oraz ich popleczników czołgających się na kolanach do swojego często humorzastego szefa. Ordynacje wyborcze przez lata były tak modyfikowane, aby umożliwić trwanie na fotelach królikom oraz króliczkom. Akcje wyborcze misternie przygotowywane przez długie miesiące eliminowały tych, którzy mieli inne zdanie, choćby najbardziej słuszne na świecie, akceptacja miernot wiernych na śmierć i życie jest zawsze żmudnym zajęciem, jak się okazywało opłacalnym w efekcie trwania na fotelach miękkich i obfitujących w dobra delegacyjne od Tokio, przez Pretorię, po Caracas. Każdy by tak chciał…

 

„Róbta co chceta” – mówi pewien idol nie z tej branży. Akcje wyborcze sprowadzają się, w oparciu o skorumpowane statuty, do eliminacji ludzi prężnych, młodych, wszystkich, którzy mają inne zdanie od sloganów wytartych jak ścierka, rutynowych i z czasem już nie pasujących do teraźniejszych czasów. Ci, którzy nie mają cierpliwości zniechęcają się z biegiem lat, starzeją, odchodzą ku radości swoich zrutynizowanych działaczy. Jeden z takich anonimowych działaczy, kiedyś aktywny, powiedział mi, że przed laty powtarzano mu ciągle – ty masz jeszcze czas, jesteś młody…Tak mu mówiono kiedy miał lat- trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt… Potem już był za stary.

 

Czy jest jakaś metoda? Ano jest. Polskie struktury związków sportowych obrosły w ramy fundujące jednym wygodne życie, a drugim nadzieję, że coś się zmieni. I jednym i drugim czas leci, tylko tym pierwszym lukratywnie przybliżając ciepłe bambosze emerytalne. Jaka jest średnia wieku polskiego działacza sportowego? Czy nie ma przerostów administracyjnych, co oznacza praca społeczna? Jak przyciągnąć ludzi młodych, którzy mają coś sensownego do powiedzenia, czy są w stanie przebić się przez sito misternie tkane przez grupę prezesa na kolejne wybory? Otóż powiem wprost – nie mają żadnych szans, bo nie mają zaplecza, są amatorami w walce z zawodowcami, wytrawnymi graczami, umiejętnie ustawiającymi pionki na terenowych szachownicach. O autentyczności wyborów, spontaniczności, nowym spojrzeniu, desygnowaniu ludzi z entuzjazmem i pasją nie ma mowy.

I to jest dramat , to jest utrącanie społecznej aktywności pewnego wieku, kiedy nie śpi się na naradach, a twórczo dyskutuje i dąży do celu. W naszym życiu wiele się zmieniło, młodzież inaczej patrzy na świat i chce zdobywać ten świat. Sport jest dla odważnych, dla pasjonatów ale i też dla takich, co umiejętnie łączą doświadczenie z wizją młodych sercem. Zapałem, oddaniem. Jak jest na naszym zmotoryzowanym rynku w zestawieniu z tym , co napisałem powyżej? W żużlu…

Wybory w Polskim Związku Motorowym raz na cztery lata, nie ma ograniczeń w wyborze, prezes może być lat sto prezesem. Akcja wyborcza ruszy niebawem, średnia działaczy jest… Do tego jeszcze kiedyś wrócimy, misternie układana demokracja nie pozwoli na bycie delegatem komuś, co może namieszać, gdyż porządek wyborczy musi być. Na walnym zjeździe w stolicy w czerwcu w roku 2007 nie może być inaczej , niż to bywało w minionych kilkudziesięciu latach. Dewiza jest jedna – bez niespodzianek wyborczych, bo taka jest demokracja akceptowana, a jak już ktoś się dawniej wyrwał z czymś na mównicę był bardzo „beeee” – czarną owcą. I nie ważne co mówił, ale… że miał inne zdanie. Tam trzeba być potulnym, zgodnym we wszystkim, zginać się przed władzą, jak scyzoryk. Schlebiających za byle co w terenie nie brakuje, bo nowych jak na lekarstwo.

 

Polskie związki sportowe drąży groźna choroba skostnienia strukturalnego. Igrzyska w Atenach były sygnałem, lecz nie wiele się zmieniło, sport szkolny, akademicki, ten amatorski leży i kwiczy. Igrzyska w Turynie były klęską, uśmiechnięty od ucha do ucha prezes narciarzy cieszy się z udziału, nie z wyniku. Kto rozliczy ten wyjazd, tę ocenę szans fachowców, którzy formowali nadzieje na medale. Wojtek Fortuna był jedyny, tak jak i jak nasz Jurek Szczakiel. Byli nietuzinkowi, jakby startowali na przekór i wygrali złoto. Dziś mamy gorycz i niesmak klęski, mamy struktury chore i obraz po przegranej bitwie. Kiedy koniec tej dramaturgii; zadaję to pytanie sejmowej komisji sportu, rządowi- jako mały pionek, kiedyś działacz, niestety dziś zmartwiony obywatel patrzący na sport z wielką troską, co dalej…

Zegarek Millera

Były premier Leszek Miller nie ominął żużlowych igrzysk.Zanim był jeszcze szefem rządu już widziałem go na stołecznych Stegnach, gdzie były urządzane wyścigi na lodzie.Przy świetle elektrycznym zabawa była przednia, znany przedsiębiorca Ryszard Opara zapraszał na takie zawody śmietankę Warszawy, łaaa kogo tam nie było, cywile, mundurowi, prominenci, emeryci i kandydaci na wielkich bonzów. Ale miało być o Leszku Premierze. Otóż otrzymal on w prezencie na turnieju prestiżowym w Bydgoszczy czasomierz na ręke. Lewą czy prawa zapytałby zapewne jeden z braci Kaczyńskich. Nie wiem niestety na jaką… Mało ważne moi drodzy, prezent się wydał kiedy organizator tego turnieju pod nazwą Grand Prix czyli Polonia Bydgoszcz wpadła w tarapaty finansowe. Zrobiło się mało sympatycznie, bo zegarek był drogi, ale wątpie czy najdroższy w kolekcji Mr. Millera. Postanowił dać go na licytację. Straciłem kontakt w tej sprawie, a były premier na waszyngtońskim bruku.Gdzie zatem prezent, który chodzi… Lepszy niz jakieś tam rogi. Na żużlu przyjęło się dawać prezenty różnej powiedziałbym proweniencji.

Żużel przyciąga także kobiety, które nie grzeszą urodą.Podobno strasznie lubia zapach spalanej przez motory mieszanki, który ich podnieca.Jak bardzo nie pytałem tych, którzy przychodzą razem z tymi kobietami, wierm tylko jedno, że maja te panie dużo uciechy kiedy ktoś spadnie z konia, tzn., przepraszam z motocykla. Bez pięknych kobiet speedway byłby goły i bez barwy.Tam jeżdzi się tylko w lewo i w dodatku motocykle nie mają hamulców. Straszne! Prawda? Kiedyś na stadionie we Wrocławiu spojrzał Mieczysław Wachowski na Ryszarda Czarneckiego i zapytał – “ty tutaj, przeciez oni jeżdza w lewo…”. Wtedy terażniejszy eurodeputowany byl w partii ZChN, a dziś podpiera Samoobronę.

Takie mamy wiraże.W prawo, w lewo prosta jest najdłuzsza w tym sporcie,zawsze powtarzam wszystkim, że żużel jest umiejętnością pokonywania łuków, czyli wiraży. Jak w życiu, prawda?

Zakopane bez Wojtka Jarzębowskiego

Wydawało mi się, że zakopiańskie Krupówki nie mogą być pozbawione takiej postaci jak Wojciech Jarzębowski. Niestety będą… Legendarny dziennikarz zakopiański rodem z Lublina zmarł dzisiaj w stolicy Tatr. Pochowany zostanie w najbliższy czwartek w Alei Zasłużonych na cmentarzu zakopiańskim.

Zasłużył się miastu, w którym mieszkał od 1950 roku. Był reporterem, który wiedział w jakiej jaskini siedzi Janosik. Wiedział wszystko o Tatrach, ich tajemnicach. Opowiadał i można było słuchać tych opowieści bez końca. Był wiernym reporterem krakowskiego „Dziennika Polskiego”, kochał sport i dlatego był przez długie lata korespondentem katowckiego „Sportu”. Był myśliwym i właśnie nagła śmierć przerwała jego kolejną książkę o myślistwie. Pod koniec ubiegłego roku wydał „Zakopiańskie opowieści”. Znał kiedyś Kornela Makuszyńskiego, przyjaźnił się ze Stanisławem Marusarzem, też myśliwym, i pobyt razem z Nim właśnie w domu słynnego skoczka i wielkiego sportowca zapamiętałem nadto dobrze. Wojciech Jarzębowski był dla Zakopanego postacią, która jak Giewont wrosła w codzienny klimat. „Śnieg ma swój smak… różny na różnych wysokościach”, pisał. Dreptał w roli myśliwego i tropił zwierzynę, którą cieżko mu było w końcu upolować, bo było mu zawsze żal. Taki był Wojtek. Dziennikarz, literat, rosły zakopiańczyk z kołyszącym się chodem przemierzający ulubione Krupówki z dołu do góry i z powrotem.

Z jednej strony kochał sport, z drugiej artystów i jeszcze te góry, samiutkie Tatry, które były dla niego życiodajne. Patrzył na niebo hen nad Giewont, Rysy czy Kasprowego. „Kto raz spojrzy na te góry, musi je pokochać na zawsze,” powtarzał. Pokochał je, a one jego. I tam zostanie na zawsze.

77-letni Wojciech Jarzębowski owiany legendą gór o każdej porze roku. Jakże mi żal, że nie wrócimy już w opowieściach do wspomnień, nie łykniemy ulubionej myśliwskiej w szałasie okolonym na wiosnę fioletowymi krokusami. Żal.