Kreator Morris

Na imię ma Phil. Przejął się bardzo swoją rolą od kiedy on, Walijczyk Morris/40 l./ został dyrektorem serialu Grand Prix i pobocznych turniejów, np. Speedway of Nations, czyli wymysłu międzynarodowego towarzystwa wzajemnej adoracji, które brutalnie wykastrowało dużynowe mistrzostwa świata. To szkoda na rzecz tradycji, która dawno powinna być ostro oprotestowana przez polską stronę światowej grupy trzymającej władzę na czele z Włochem Armando Castagną. Tegoroczny turniej SoN był niebezpieczną parodią marki żużla. Anglicy wobec szalejącej pandemii mądrze wycofali urządzenie turnieju dwudniowego/ pomysł wyciągnięty z grobowca/ w Manchesterze, toteż firma angielska BSI vel FIM szukała gorączkowo organizatora. Bydgoszcz, która już raz uratowała angielskich promotorów, kiedy nie wypaliła impreza Grand Prix w niemieckim Gelsenkirchen, odmówiła po kanclersku – nein. No i zgłodniały żużla Lublin załapał się w roli koła ratunkowego. Strażaka do pożaru. Pytam, czy ten turniej był koniecznością? A dlaczego Castagna nie zrobił mityngu u siebie? Przegrał ze strachem? Wybrano Polskę, bo moi rodacy biorą wszystko, co ze stołu BSI spadnie. Znam przypadki psucia handlowego rynku w walce o organizację imprez GP, jakby to było zbawienie dla wszystkich fanów żużla. Polacy, którzy kilkadziesiąt lat temu byli w wąskim gronie / też Szwedzi/ pomysłodawców takich rozgrywek ufundowali historyczną wazę jako trofeum. I nie byli po latach pytani czy likwidacja DMŚ jest słuszna, czy idiotyczna. Komentarz zbyteczny. Polscy żużlowcy zdominowali drużynowe rozgrywki MŚ, bo szkolą młodzież, mogą wystawić teamy A i B. Likwidacja DMŚ obyła się prawie bezszelestnie, arbitralnie. Prestiż SoN – u jest nijaki. Biało – czerwoni zgarniali wcześniej złoto, nie zawsze było łatwo, lecz zdobywali z hasłem “z błota do złota” i tak było ongiś w Lesznie. Zazdrość Zachodu pozbawiła brutalnie dominatorów i obrońców cennego trofum. A niechże kluby pod egidą Międzynarodowej Federacji Motocyklowej szkolą talenty od Bułgarii, Rumunii po Holandię, Norwegię, Finlandię. Niech ileś tam procent z zysków turniejów Grand Prix idzie na szkolenie pod kontrolą FIM. Konkretny plan. Nic z tego. Wyrżnięto tępym nożem tradycję i piękno tego sportu, stworzno dziwoląg, bo SoN to – ani pary ani drużynowe mistrzostwa świata. Klakierom tego projektu zabrakło wyobraźni i charakteru.

LUBLIN. Koniec sezonu, ambitni i spragnieni żużla tamtejsi niemal fanatycy speedway’a podjęli się  organizacji, lecz mieli pecha, gdyż kapryśne niebiosa nie sprzyjały. Żal mi było ich pracy, wysiłku. Ktoś siedział w hotelu a ktoś grzebał się w błocie na torze. Proszę wystawić rachunek w funtach, dobry teraz kurs. Pierwszy dzień zmaltretowała pogoda, tor i żużlowych robotników. Dyrektor SoN wspomniany na wstępie felietonu Anglik Morris latał po parkingu i torze, jak niektórzy nasi prezesi klubowi. Duńczyk Ole Olsen b. dyrektor serialu GP tego nie robił, poza fatalną wpadką w Warszawie, gdzie maszyna startowa uprzytomniła, że warto mieć rezerwę sprzętową, nie tylko w dolarach. W Lublinie, gdzie żużel mają ludzie w sercu deszcz robił na złość, było zimno, jesień zrobiła kuku. Odwołano pierwszy dzień zawodów mimo dyskusji na lewo i prawo. Drugi dzień był nieco lepszy pogodowo, lecz tor dalej tragiczny. Motor Lublin and company dawali z siebie wszystko. Jedni zawodnicy chcieli jechać, drudzy nie. Latający Morris w firmowym poloz krótkimi rękawami, mimo kilku stopni zimna lansował lato, pochlapany błotem stracił realną ocenę sytuacji. Wszyscy w zimowych kurtkach, czapkach wełnianych a on Mr. PM, nie mylić ze znanym koncernem tytoniowym dwoił się i dziesięciokrotnił. Nadaremnie. Morrisowi było gorąco, nie wiem czy jak wrócił do domu, nie wylądował w pościeli. Bardzo chciał aby zawody się odbyły, zwykle “miota się” na stadionach i nawet kiedy jest sucho każe lać wodę na tor. Teraz niebiosa dały mu pompę.

Termin rezerwowy był jeszcze na trzeci dzień, lecz drugiego wieczora w siąpiącym deszczu i rozlewiskach wody, jakby miejscowa Bystrzyca wylała, po próbach toru wydał decyzję: JAZDA! Nie wszyscy chcieli jechać, nawet znani z odwagi mołodcy Rosjanie, którzy już dwa razy poprzednio zdobyli złote medale. Zwykle w idealnych warunkach sędziowie zarządzają równanie toru, teraz na tym kartoflisku bagiennym rozgwywano wyścig za wyścigiem, byle jechać na siłę, bo 14 wyścigów zapewniało przerwanie regulaminowe tych kuriozalnych zawodów. Była mimo wszystko walka zacięta a jeden z komentatorów  telewizyjnych, już nie pierwszy raz, mówił bezpardonowo o wodzie w majtkach, widać ma złe doświadczenie w tym przypadku. To nie jest śmieszne…

Zawody dojechały do XV wyścigu, doszło nagle do karambolu niebezpiecznie widowiskowego i na szczęście/!/ w skutkach niegroźnego. Phil Morris zarządził szybko koniec zawodów, ze źródeł dobrze poinformowanych, dotarł do mnie sygnał, czy sam tak zarządził, bo powinien w gronie ukraińskiego sędziego/ lwowiak, nb. mieszkający w Krakowie/ Aleksandra Latosińskiego oraz szefa Jury FIM /Piotr Szymański/.

Bohaterską szarżą na oślep, jak sam powiedział, Emil Sajfutdinow wcześniej wygrał wyścig i ten sympatyczny jeździec sprawił, że Rosja po raz trzeci zdobyła złoty medal. Nie był to szczyt Mont Blanc a raczej bagna Dniestru, z pełnym szacunkiem dla ofiarnych działaczy Motoru, w tym Macieja Kuciapy, który ratował “dobytek” na torze. Premia mu się należy w funtach a kożuch z Kurowa/ blisko Lublina/ dla Morrisa z flaszką śliwowicy do herbaty. Tylko prawdziwych kibiców żal, dla nich zostaje piwo “Perła”. I domowa kanapa. Plus kanapki.

Czy warto było na siłę z hasłem: “nie sport a biznes” organizować takie ściganie? Za jaką cenę? Przerwane zawody wzbudziły rozmaite kontrowersje, rozdrażnienie, np. Mark Lemon coch Australijczyków protestował, inni dyskutowali: “skoro już zaczęli, trzeba było skończyć” a może Polacy mieli szansę na złoto? Zdobyli srebro, liczyli na więcej, podobnie Szwedzi a Duńczykom wpadł brązowy medal. Hans Nielsen duński menedżer, który w Lublinie ongiś startował i jest tam… prawie radnym znalazł się na kwarantannie covidovej. Wirus w koronie jest bezlitosny, dopada każdego: mistrza, outsidera… Walor speedway’a nad Bystrzycą został upaprany bezmyślnie; Polacy naharowali się za innych,  wszędobylskiemu Philowi Morrisowi życzę –  mniej ADHD na stadionach. 

SoN’20 Lublin będzie dramatyczną, deszczową historią z mottem ”po co nam to było”.  Dodam: nie wszystko dobre, co jakoś tam się kończy. Pech odleciał na szczęście.

PS. Kreatorów żużla jest kilku. Przedstawię. Jeszcze jedna kwestia, jeszcze taka oto glossa…  speedway w Polsce uciekł z czerwonej strefy covidowej w samą porę, bo już zbliżał się do ściany. Polacy powinni dostać specjalne honorowe wyróżnienie z FIM za uratowanie tego sportu, więc może będzie okazja aby działacze międzynarodowi  uczciwie docenili, co zrobiliśmy dla żużla światowego. Przetrwaliśmy z honorem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s