Para niczym z ładnego obrazka. W efektownie dobranej ramie. Opowiedziano mi a może to była fantazja, że kiedyś zaproszono ich na imprezę, na której rozdawano trofea sezonu. Ona piękna, on mistrz świata, wielokrotny. Na estradzie wręczano z pompą wyróżnienia. Mistrz świata, świeżo upieczony po raz trzeci siedział z żoną. Oboje uwielbiają tatuaże. Dobrze ubrani, mili znają świat a świat ich rozpoznaje. Hollywood? Brakuje czerwonego dywanu. Prominenci nasyceni władzą kokietują siebie, nie rozdają “narcyzów”, dają gadżety. Nikt nie powitał mistrza, który prawie co zszedł ze złotego motoru. Sympatyczna para English Style. Na okładkę np. Vouge. Nikt nie powitał męża a żonie zabrakło dżentelmena, który by wręczył bukiecik kwiatów. Wypadało, zapomniano, kindersztuba poszła won już dawno. Liczy się kasa, która leży w szafie, a pod nią kurz i smutek. Bogaci mają jedzenie, biedni tylko apetyt. Znakomity pisarz Sławomir Mrożek podpatrywał polskie życie, jego opowiadania były treściwe, prawdziwe do bólu. Mrożek uciekał z Polski i wracał, tęsknił, choćby za krakowską Piwnicą pod Baranami. Jego sztuka “Tango” obleciała świat, inne też. “Ucieczka na południe”, tytuł opowiadań zmieścił by konwencję tego, co powyżej napisałem. Mrożkiem nie jestem, jestem jaki jestem. Gwiazdy światowe, celebryci mają różne charaktery; Joanna Kulig w “Zimnej Wojnie” zagrała burzliwie na Oscara. Dziewczyna spod Muszyny nie wstydzi się rodzinnej wsi, jest sobą bez udawania. Charakter od małego dziecka utrzymany do teraz. Nie każdy tak potrafi a w tym sens życia. Wiecie o jakiej niemal filmowej parze wspomniałem na początku felietonu?

ktCktkqTURBXy84MmU1ZGYyMWEzN2M4MjUzZGViN2YxZTMwNzE2YWFhYy5qcGVnkpUDAATNAkTNAUaTBc0DFM0BvA

Tai WOFFINDEN rocznik 1990, kocha nie tylko Australię, dokąd z Anglii przenieśli się jego rodzice i dali chłopcu słoneczne dzieciństwo. Tata Woffindena jeździł na żużlu, umarl na raka; syn przeżył to boleśnie, ma wrażliwe serce, co widać w oczach a mówi serdecznie. Coraz więcej po polsku. Tai postanowił pomagać dzieciom, które zostały dotknięte przez nowotwory. Wybrał się po śmierci ojca rowerem z Londynu do Cardiff a zebrane charytatywnie funty przekazał potrzebującym. W roku 2013 zdobył mistrzostwo świata po raz pierwszy. Ma styl i talent, przypomina sportowymi ambicjami i sposobem bycia Amerykanina Bruce’a Penhalla. Startuje w polskiej lidze, szwedzkiej i angielskiej, najlepszej na świecie, bo nie frekwencja świadczy o jakości. Angielskie myślenie żużlowe jest twórcze. Woffinden w 2015 roku znów został mistrzem świata. Nie tyra bez sensu, mądrze jeździ i nie wulgaryzuje przegranych pojedynków. Bob Geldof napisał kiedyś, co posłużyło jako motto do jednej z moich książek tak: “Nie chcę być jak inni. Nie chcę myśleć jak inni. Chcę być sobą”. Coś u mistrza świata/ 3/ z tego jest. W 2016 roku Tai ożenił się na białej plaży małej wysepki blisko australijskiego wybrzeża z urodziwą modelką Faye Cupitt. Małe grono, błękit nieba, oceanu, biel ubiorów gości i płatki kwiatków czerwonych jak serduszka spadały na szczęśliwych… z nieba. Tak sobie wylatywały… Był grudzień 2016. Plus minus za rok urodziła się Rylee Cru, córeczka będzie miała lada moment roczek. Jest więc rodzina i sława. Trochę wstecz… Tai nie poprzestał na dwóch laurach złotego medalu mistrza świata, finisz serialu Grand Prix 2018 był nerwowy, pech prześladował Tai’a i w finale, w Toruniu gorzowski talent czystej wody BARTOSZ ZMARZLIK /a zabrakło kontuzjowanego Patryka Dudka/ – mocno stresował brawurowymi jazdami lidera GP. Ten jednak w końcowce otrzepał się jak wróbel z kurzu i pojechał fantastycznie, diabelnie mądrze mimo, że potłukł się wcześniej w groźnym karambolu. Bartosz jest fantazyjnie, bardzo odważnie piekielnie szybko jeżdżącym zawodnikiem. W dorobku ma już dwa medale IMŚ, brązowy a teraz srebrny i kwestią czasu jest złoto. Ono hołubi zuchwałych, lecz ma swoją cenę i lubi też mądrość. Woffinden “przyłożył” w toruńskim finale efektownie i po zdobyciu tytułu pobiegł spontanicznie na trybunę do żony i córeczki. Wzruszające i piękne chwile. Mistrz jest sentymentalny i taki nieco inny, nie nosi w sobie zawiści sportowej. Opanowany.

Srebrno – brązowy Zmarzlik ma trochę pecha, że trafia na Woffindena, z kolei Anglika dyscyplinuje Polak. Z tego rodzą się wyścigi, które wstrzymują akcje serca. Bartosz marzy o złocie MŚ, zaś Tai o kolejnym takim medalu. Ma 28 lat i jest w stanie zdobyć jeszcze cztery i być królem mistrzostw świata. Szwed Tony Rickardsson i Nowozelandczyk Ivan Mauger mają po sześć złotych, szwedzki internacjonał Ove Fundin pięć. Anglik nie ukrywa, że ma ambicje zdobyć koronę najlepszego.

WQMktkqTURBXy8yNzFmZjM1N2ZhZmQzNjc4NjQ5YmNjYjdiN2U0N2Y3Ny5qcGVnkpUCzQPAAMLDlQIAzQPAwsM

Kończąc ten wątek posyłam wirtualnie bukiet pani Faye, wręczę majowy osobiście, kiedy w nowym sezonie przyjedzie do Warszawy na GP. Zapowiada się na Stadionie Narodowym “koncert”, już sprzedano ponad 20 tysięcy biletów. Szok. No właśnie…

W podsumowaniu sezonu w jednej ze stacji TV trenerem roku został Stanisław Chomski, szkoleniowiec z instynktem, wiedzą, gorzowianin, który “pilnuje” Stali Gorzów. Jest fachowcem, trenerem, nie instruktorem czy wziętym z łapanki do roboty fanem. A są tacy… Myślałem, że tym razem wybrańcem zostanie Piotr Baron, trener mistrzów Polski z Leszna. Obaj powinni być na pierwszym miejscu: Baron i Chomski. W ubiegłym roku było jeszcze większe zaskoczenie, gdy wygrał Rafał Dobrucki. Jakieś fatum wisi nad koroną tytułu najlepszego trenera, bo w tamtym sezonie Baron z Unią Leszno też zostali drużynowymi mistrzami Polski. Chyba, że wybiera się szkoleniowca, który z zespołem dojeżdża do finału DMP? Ciekawe zjawisko. A może… kiedy Baron zmieni nazwisko na… Hrabia, dosięgnie go królewska premia?! Baronie poczekaj… Cierpliwość jest cnotą. No tak…

W Polsce wszystko wypada. Memoriałowych turniejów mamy więcej, niż pamiętania o celowości ich rozgrywania. Niektóre już odeszły w zapomnienie, pojawiają się kolejne. Podobnie z pomnikami, ulicami, rondami imieniem zawodników. Ostatnio Andrzej Huszcza za życia doczekał się pokaźnego monumentu w Zielonej Górze, ma też rondo sygnowane jego nazwiskiem. Nie wspominam innych cokołów, ulic, jeszcze ani jeden most nie został nazwany imieniem jakiegoś żużlowca, choć jest moda na planowanie przepraw przez rzeki. Jeśli czegoś jest w nadmiarze, wkrada się powszedność. Słynna olimpijska mistrzyni bieżni Irena Szewińska, która uciekła jako pierwsza na świecie murzyńskim biegaczkom w stylu historycznie niezapomnianym, powinna mieć w Warszawie pomnik godny Jej zasług. Znani żużlowcy mają w alejach pamięci odciśniete dłonie, w różnych miejscach Polski. Cieszą takie fakty popularności, lecz bez przesady pomnikowej. Polski działacz WŁADYSŁAW PIETRZAK, który bardzo długo i aktywnie szefował światowemu żużlowi, był szanowanym, cenionym działaczem od Tokio po Los Angeles, niestety nie ma imprezy swojego imienia. Przykre. A tyle turniejów rangi światowej przyznawał przecież Polsce. Zapomniano, zasypano?

SPORT nie powinien być areną podziałów, zawiści chorej jak żółtaczka, złych błysków w oczach, zaciśniętych ust. Prawda omijana, zwalczana wróci zawsze inną drogą. Niektórzy arogancko obnażają swoje charaktery, lekceważą innych. Złapali przysłowiowe pięć minut, czasem więcej, triumfują, lecz jak życie pokazuje, nic nie trwa wiecznie i każda pycha ulega degradacji. Tani blichtr wpierw świeci i ogłupia ale bywa, że gaśnie niespodziewanie dla “bohaterów” jak zapałka.