Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 2

239183-620-362

Kto wymyślił Amsterdam dla żużla? Tam, gdzie w 1928 roku pierwszy polski złoty medal olimpijski za jednym zamachem, bijąc swój rekord świata, wywalczyła Halina Konopacka dyskiem a 20 tysięcy widzów wysłuchało Mazurka Dąbrowskiego. Otóż szefem światowego żużla został mocno popierany przez polskich działaczy międzynarodowych Holender Jos Vaessen. Miał duże aspiracje, które na krótko ziściły się, kiedy został prezydentem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Wygrał z rzymskim prawnikiem Francesco Zerbim, który rok poczekał by znów powrócić na fotel nr 1 w sportach motorowych. Vaessen miał rozmaite pomysły na speedway, który w jego kraju jest mało popularny. W Assen/hala/ rozgrywane są wprawdzie wyścigi na lodzie, ponadto urządza się jazdy na trawie ale klasyczny speedway jest marny. Wysokiego wzrostu i nieco zarozumiały Jos złapał wiatr w żagle, jak holenderskie wiatraki, i zaproponował wyścigi w sześciu a do tego potrzeba szerszych torów. Anglicy mieli takie projekty tam gdzie kończą się plecy, inni też wyrażali dezaprobatę. Holender złapał jednak grunt pod nogami nie u siebie, lecz na polskiej ziemi. Na bankietach, gdzie lubił się napić czegoś mocniejszego chwalił polskich działaczy pod niebiosa i powtarzał idiotycznie, że Polska jest drugim jego krajem. Ludzie czasem tracą rozsądek, zwłaszcza po dobrym winie, bo to samo słyszałem od niego na Węgrzech, gdzie chętnie jeździł na imprezy i atrakcyjny wypoczynek w towarzystwie. Polska strona zaczęła bzdurne inwestycje i powstały “tory “lotniska”, gdzie zagraniczni zawodnicy przy szybkim sprzęcie pędzili jak wojskowe samoloty. Strefa kontynentalna zawodników dostała w plecy, drogie inwestycje pogrążały kluby, które jako rekompensatę otrzymywały organizację światowych turniejów. I tak oto holenderski dygnitarz motorowy zakręcił polskimi działaczami jak chciał; np. na Six Day’s w Jeleniej Górze obiecywał góry a kończyło się na kacu. Nic nie uczy tak zawodnika jak krótkie tory, przecież speedway jest umiejętnością pokonywania łuków, bo na prostej można się rozpędzać ale co zrobić potem na wirażu? Era Vaessena minęła, acz jego “torowe pomniki” zostały, jednak z czasem były burzone znów za duże pieniądze w imię lepszych jazd. Gonitwy w sześciu również padły.

Lecę do Amsterdamu, który jesienią wygląda jak słynne obrazy arcymistrzów malarstwa kraju tulipanów. Nie tylko serów, diamentów, wiatraków i seksu na wystawach.

Sędzią pierwszego i ostatniego finału indywidulanych MŚ w wersji dwudniowej w roku 1987 został po raz pierwszy ROMAN CHEŁADZE z Torunia, arbiter stanowczy, działacz konsekwentny, znający język niemiecki i dobrze śpiewający w towarzystwie. Jego arie były podziwiane, ale przede wszystkim doceniane sędziowanie. Jedynym polskim żużlowcem, który zakwalifikował się do finału na raty był ROMAN JANKOWSKI. Tytułu bronił Duńczyk Hans Nielsen z Chorzowa’86. Gospodarze mieli od jakiegoś czasu niezłego zawodnika Henny Kroeze, który w tzw. strefie kontynentalnej nawiązywał walkę z najlepszymi, którzy ścigali się regularnie w ligach. Kroeze miał żużlowy instynkt, jednak nie zawsze potrafił opanowywać szybki motocykl.

podium-1987

Pierwszego dnia na starym, olimpijskim stadionie, gdzie nie brakowało kibiców z całej Europy, Erik Gundersen żądny rewanżu za przykrą porażkę rok temu z Nielsenem wygrał po barażu z cyrkowym Samem Ermolenką, obaj mieli po 13 pkt. Hans 12, tyle samo Anglik Jeremy Doncaster. Z dwóch Romanów z Polski – ten za pulpitem sędziowskim wypadł dobrze a ten drugi na torze z zerowym dorobkiem. Co będzie w drugim dniu zastanawiano się w polskim obozie? Poszło znacznie lepiej, bo Jankowski uzbierał 8 punktów. Na szczycie walczono o podium zaciekle i Duńczycy rozdawali karty, teraz Hans nie przegrał żadnego wyścigu. Komplet zwycięstw zapewnił mu kolejny złoty medal, Erik był po barażu drugi /11 pkt/, tyle samo uzbierał Kalifornijczyk Ermolenko. W drugim dniu pojechali rewelacyjnie Szwedzi Jimmy Nilsen/ 13 pkt/ i Per Jonsson/11/. Roman Jankowski ostatecznie zajął 14 miejsce, zaważył o tym fatalny występ pierwszego dnia. Dziewiąty był” kontynentalny” Bawarczyk Gerd Riss spadkobierca solidnej szkoły niemieckiej, zwłaszcza na długim torze. Dwunasty agresywny na Jawie Czech Antonin Kasper, którego później niestety zniszczyła ciężka choroba. Był on udanym synem Antonina, też reprezentanta Czech. Kasper jr startował także w polskiej lidze. Przed Jankowskim w Amsterdamie znalazł się Anglik Chris Morton a za Roman Matousek, rozbijający się na torach kaskadersko. Kiedy pędził na torze niektórzy zamykali oczy z przerażenia. Ostatni niestety dla gospodarzy był wspominany Kroeze, który pierwszego dnia zdobył jeden punkt a w drugim zero. Finał oceniono jako zwiastun bardziej sprawiedliwego wyboru mistrza świata i jakby wyprzedzono późniejszy projekt angielskiej firmy BSI i Ole Olsena, którzy w 1995 roku zainicjowali serię kilkunastu turniejów Grand Prix. Co jest bardziej sprawiedliwe? Jeden turniej czy dwa, albo kilkanaście? Nikt nie rzuca w finale igrzysk olimpijskich przez kilka dni młotem w imię większej sprawiedliwości. Anita Włodarczyk rekordzistka świata i złota rawiczanka, która lubi speedway dałaby pewnie radę machać młotem w takim systemie. Ale po co? Nie produkujmy fałszywek, zaciemniając totalnie sens sportu.

AMSTERDAM często wspominają fani, którzy tam byli i choć trochę poznali jego uroki. Po uciechach jakie oferuje miasto Van Gogha i Rembrandta przyznano organizację kolejnego finału Ole Olsenowi w VOJENS. Duńska prowincja ale kultowy stadion i dwóch szefów stadionu, Olsen i Aage Sondergaard, którzy razem zawiązali interes i wybudowali obiekt. Życie płata figle i po1988 musieli się rozstać z hukiem, gdyż finanse i koleżeństwo nie mają litości wobec przekraczenia norm etycznych. Stadion pozostał przy Ole, zaś Aage wylądował w pobliskim muzeum etnograficznym. Byłem, widziałem, ładne miejsce, lecz bez takich wrażeń jakich dostarcza stadion podczas imprezy.

Finał w Vojens a potem kolejny znów na olimpijskim obiekcie, tym razem w Monachium/ 1989/. Atrakcyjne to były czasy, no i ekscytująca rywalizacja pomiędzy Gundersenem i Nielsenem. Kto przerwie hegemonię duńskiego duetu, zastanawiano się głośno? Otóż znalazł się w 1990 roku w Bradford taki Szwed, przy dramatycznej absencji Erika, który cudem ocalał w kraksie, eliminującej go całkowicie z jazd. /cdn./

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s