Nie/ostatki/

2nlvcex

Nie tylko karnawałowe/ ostatki/, lecz z mojego notesu pamięci wyrywki, bo przez kilkadziesiąt lat uzbierało się sporo wspomnień. Czy speedway ma nadal fantazyjnych zawodników, czy raczej jak cały świat jest wyprany przez pieniądze, internetowo opętany informacjami a co buzuje w głowie jest emitowane na ekranie. Obserwuję świat żużla na FB, na portalach, czytam przepychanki słowne, których nikt na razie nie cenzuruje. Czasem brud. Czasem trafnie. Ludzie żużla aktywni bywają incydentalnie albo prezentują wszystko co im leży na wątrobie. Znakomity angielski fotoreporter, który buszował na imprezach przez kilkadziesiąt lat Mike Patrick, dziś na emeryturze z konta londyńskiego tygodnika “Speedway Star,” cyklicznie wrzuca do internetu albo ciekawostki z codzienności lub dokumentuje swoje ślady podróżnicze na świecie. W latach siedemdziesiątych/ i wcześniej/ rywalizowały w Anglii “Speedway Star” i “Speedway Mail”. W pierwszym tytule był wszędobylski wspomniany Patrick, charakteryzujący się najcześciej spodniami w kratkę i czarnym jak smoła obszernym wąsem, w drugim Alf Weedon, starszy i pretendujący do seniora, któremu wszystko się należy w walce o jak najlepsze zdjęcia. Paparazzim Alf nie był i pod koniec kariery przegrywał w przepychankach wokół podium. Tam nie ma zmiłuj się i… “kto pierwszy strzela, ten żyje dłużej”, toteż łokcie oraz kolana muszą pracować jak u żużlowca na wirażu. Nie ma na rynku od dawna “ Speedway Mail”, który był drukowany na typowym papierze gazetowym, jak “Tygodnik Żużlowy”, nie ma też wśród żywych sympatycznego Alfa Weedona. Bywał konsekwentnie na ważnych turniejach w Polsce. Obok Mike Patricka był także przez jakiś czas Trevor Meeks, młody angielski fotoreporter ale spółka tygodnika postawiła ostatecznie na jednego. Dziś jest wybiórczo kilku fotografów z doskoku, którzy rywalizują o funty i miejsce na łamach. Szef pisma Richard Clark pilnuje podwórka a w międzyczasie wypija Guinnessa w ilościach, które absolutnie nie są limitowane. Kocha Irlandię i luz. I polskie piwo także. Good.

Edward Jancarz. Legenda gorzowska na zawsze. Eddy jeździł na londyńskim Wimbledonie, tam miał bazę i przyjaciół. Po dramatycznym wypadku w Polsce i długim pobycie w poznańskiej klinice nie wrócił już do dawnej świetności psychicznej. Był przez jakiś czas cochem polskiej reprezentacji. Wczesnym latem dawno temu w Lublanie odbywał się półfinał indywidulanych mistrzostw świata z udziałem Zenona Plecha i młodego Zbigniewa Błażejczaka. Przed siedzibą Polskiego Związku Motorowego w stolicy czekaliśmy na przyjazd Edka. Nie było telefonów komórkowych. Po długim i nerwowym oczekiwaniu wreszcie pojawił się jak z krzyża zdjęty, bez czerwonego Mercedesa, który przed Warszawą został uszkodzony w wypadku. Eddy dostał zastępcze auto, popularnego “Malucha”, czyli Fiata 126 p Marka Kraskiewicza, obrotnego pracownika PZM i z oponami na dachu ekipa wyruszyła via Czechy, Węgry do Lublany. Gdzie Warszawa a gdzie stolica Słowenii warto zobaczyć na mapie. Było późno i było upalnie jak w piekle. Jedno auto szybkie pilotowało obciążonego “Malucha”. Dojechaliśmy. Plech pomógł, jak to on, w awansie ambitnemu zielonogórskiemu zawodnikowi, który następnego dnia zachorował na czarną ospę. Na granicy z Węgrami, kiedy Błażejczak odsłonił twarz przykrytą gazetą, natychmiast dano nam sygnał do jazdy. Chory cierpiał a droga wolno ubywała, w cieszyńskim szpitalu zbadano i wypuszczono, bo trasa do Zielonej Góry była daleka. Błażejczakowi nie została na twarzy po tym incydencie ani jedna rysa. Wielka rysa powstała natomiast później, kiedy z drugim kolegą z Falubazu/Molką/ zabił człowieka dla marnych pieniędzy. Szok. Tego jeszcze w żużlu nie było. Chłopcy poszli na długo za kraty.

A Edward Jancarz w styczniową sobotę karnawałową w wyniku sprzeczki został w afekcie pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę. Odsiedziała wyrok, podobnie jak i zielonogórscy mordercy. Pierwsza żona Jancarza Halina zmarła w ubiegłym roku, była przez lata w życiu męża na dobre i złe a zwłaszcza w dramatycznych chwilach, kiedy Eddy uległ wypadkowi najechany przez włoskiego, młodego żużlowca Furlanetto.

Ekipa gorzowska z Jancarzem, Zenonem Plechem, zanim nie wyjechał do Gdańska, była zgrana jak dobra kapela. Mechanicy Edward Pilarczyk, Stachu Maciejewicz, wiecznie rezerwowy obok duetu J – P, Jerzy Rembas bywali na światowych turniejach i zjeździli Europę tam i z powrotem. Jancarz z Pilarczykiem byli w Los Angeles na finale IMŚ w 1982 roku na Colisseum, gdzie wygrał w “westernowym” turnieju na sztucznym torze Bruce Penhall, amerykańska gwiazda żużla a potem aktor Hollywood. Bruce o tym zawsze marzył, jednak kariery nie zrobił i dobrze żyje z interesu drogowo – budowlanego w rodzinnej Kalifornii.

Penhall z Bobby Schwartzem w 1981 roku wygrali na luzie finał MŚ par w Chorzowie. “Grali”/czytaj jeździli/ swobodnie jak słynni aktorzy Redford z Newmanem w znakomitej komedii “Żądło”. Gwiazdorzy pełną gębą. Był czerwiec, za kilka miesięcy ogłoszono stan wojenny. W hotelu “Katowice” życia już nie było jak dawniej, coś pękło w fantazji uczestników i kibiców, zaś bankiet w słynnym “Piekiełku” urządzono prawie w męskim towarzystwie. Penhall zabrał głos i z uśmiechem zapytał, gdzie są piękne polskie dziewczyny, gdzie je schowano… Było smętnie, szampan nie smakował jak dawniej, zrobiło się nijako. Za trzy miesiące Penhall na Wembley w Londynie zdobył w znakomitym stylu mistrzostwo świata i dziewczyn tam nie brakowało; na trybunach Wembley wrzało jak w ulu. Byłem z rodziną na tym finale, a kiedy mnie zobaczył jeden z telewizyjnych komentatorów, powiedział konfidencjonalnie, “Jaźwieccy pewnie nie wrócą do Polski”. Wróciliśmy dzień wcześniej. Sorry za osobisty wątek. Był wrzesień 1981 roku a w grudniu…Redakcja “Sportu” miała trzy miesiące przerwy. Wiecie, rozumiecie. W 1982 roku speedway nie miał przerwy.

Pochodzący z Rybnika żużlowiec a mieszkający w Hamburgu został w swoim czasie guru gdańskiego klubu, tam ongiś startował. Zawodnikiem był przeciętnym, ale robił nie tylko dżinsowe interesy. Mundurowe Wybrzeże było dla niego dobrym miejscem, był czas, że rządził w klubie a władza go pieściła. Kiedy płynąłem ze Świnoujścia do Ystad, jeden z celników powiedział mi, że niedawno była akcja i celnik zwany Szakalem wreszcie dopadł byłego żużlowca, który często kursował na trasie Hamburg – Gdańsk. Domyśliłem się o kogo chodzi; w “Golfie” sponsora Wybrzeża znaleziono w podłodze kawał srebra. Urwał się intratny szlak przemytniczy. Potem dowiedziałem sie, że “bohater” miał tragiczny wypadek na niemieckiej autostradzie i zginął. Jednak historia nie zginęła. Kto wie, to wie…

Rzeszów. Historie nie z tej ziemi. Bardzo fantazyjne i sympatyczne. Włodzimierz Gugała, wesoły człowiek i dusza towarzystwa organizował turnieje z sercem po obu stronach piersi. Temat rzeka, większy od Wisłoka. To miasto dziś tak prężnie rozwijające się, z hejnałem skomponowanym przez jazzmistrza rzeszowianina Tomasza Stańkę /trąbka/ i ambitnie kompromisowym gospodarczo i politycznie prezydentem Tadeuszem Ferencem ma speedway we krwi i w tarapatach. Chciałbym, żeby nastąpił przełom w kryzysie klubowym i powrót do… gugałowych czasów. Trudne, acz wszystko przecież na tej ziemi jest możliwe, choć nie święte. A w Rzeszowie?!

Urywa mi się na razie nurt różnych przygodowych opowieści, lecz obiecuję, że wygrzebię jeszcze następne z pamięci, które obok powagi sportowej narracji są solą każdej imprezy i przechodzą wcale nie szeptem do historii, do której tak łatwo wejść a tak trudno czasem wyjść.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s