Spowiedź bez rozgrzeszenia

 

Marlena_Dietrich_Kino_6091332

Kiedy słynna aktorka i piosenkarka niemieckiego pochodzenia, obywatelka amerykańska Marlena Dietrich “Błękitny Anioł“, która sprzeciwiła się Hitlerowi, przyjechała do Wrocławia i chciała spotkać się z polskim, modnym, buńczucznym aktorem młodego pokolenia Zbigniewem Cybulskim, który zasłynął rolą w filmie Andrzeja Wajdy „Popiół i Diament“. Zobaczcie inne z udziałem Zbigniewa Cybulskiego, który odznaczał się ciemnymi okularami w grubej oprawie. Marlena, powabna i mająca swoje lata czekała w hotelu “Monopol“. Bardzo spóźniony gwiazdor wpadł wreszcie do hotelu, był rozochocony a w kieszeni miał butelkę wódki. Przywitali się a polski aktor zapytał niemiecką divę, czy napije się z gwinta. Napiła i była zauroczona tak niecodziennym, fantazyjnym spotkaniem. Dietrich zachwyciła się również siermiężną i mroźną wówczas Warszawą, przechadzała po mieście, rozmawiała z ludźmi w kufajkach także. Niezwyczajna dama. Marlena miała seksowny głos i karierę kolorową, bogatą w zdarzenia. Niemka z amerykańskim paszportem, która nie przestraszyła się nazizmu.

Zbigniew Cybulski zginął tragicznie w 1967 roku na dworcu PKP we Wrocławiu. Był wcześniej w klubie twórców przy rynku, czekał na ekspress „Odra“/godz. 4, 20/ do Warszawy. Wyskoczył z taksówki po bagaż do hotelu „Monopol“, spóźniony wpadł na peronie między wagony, było ślisko, śnieżnie, styczniowy mróz, a pociąg już jechał…Skok ostatni. Tragedia na cały świat, 12 stycznia odbył się tłumny pogrzeb w Katowicach. I tam jest jego cmentarny pomnik. Czasem przechodzę, zatrzymuję się i przypominam sobie role niepokornego, grającego z pewną manierą polskiego Jamesa Deana. Cybulski jest legendą polskiego filmu, aktorem, idolem tamtego pokolenia. który zginął tak jak żył, pośpiesznie. Dramat rozegrał się za wcześnie, marnie. Żal spadających gwiazd bez sensu, bo mogą świecić na cały świat. Przypadek przerywa brutalnie karierę.

WROCŁAW. Zasłużony hotel „Monopol“ i nieistniejący już, bo wyburzony w centrum hotel „Panorama“. I wielkie imprezy żużlowe w stolicy Dolnego Śląska. Polscy działacze zapracowali solidnie na pochwały za organizację imprez światowych. Grono międzynarodowych polskich prominentów było znane z fachowości, swobodnie posługiwali się obcymi językami. Prym wiódł wszędobylski Władysław Pietrzak, który mieszkał w Bytomiu, walczył w Powstaniu Warszawskim, wrócił na stołeczny Czerniaków pod koniec życia. Inżynierowie – Zbigniew Flasiński, czy wspomniany Pietrzak byli erudytami z przedwojennej szkoły gimnazjalnych nauczycieli. We Wrocławiu było na żużlu organizacyjnie wybornie a we wspomnianym „Monopolu“ obfite bankiety po których niektórzy zagraniczni zawodnicy zasypiali a sprytne dziewczyny, nie wszystkie, mocno ich kochały aż po finał małżeński. O kulisach wrocławskich finałów wie dużo znakomity działacz Lucjan Korszek, który niejedno przeżył jako członek organizacyjnych i sportowych komitetów na olimpijskim stadionie. Kiedyś po jednym z finałów/ MŚ par, 1975/ bankiet odbywał się na stadionie w tamtejszym hoteliku. Burza rozszalała się wielka, stół zastawiony, światło zgasło nie na długo, pamiętam jak dziś, w mig zginęła wielka micha “tatara“. Burza pochłonęła wszystko? Podejrzewano sprawcę.

Przed innym turniejem zbierało się ostro na burzę i zrobiło potwornie duszno. Nie było czym oddychać i jeden z koni podczas ceremonii otwarcia padł jak rażony. Od tego czasu zamiast oryginałów, były konie mechaniczne w czasie prezentacji uczestników imprez.

O ile dużo skrywał hotel “Monopol“ we Wrocławiu, to przebijał inne miejsca hotel “Katowice“, centralna baza finałów światowych na Stadionie Śląskim. Brytyjczycy wybierali nie wiem dlaczego ówczesny Novotel w Sosnowcu, z czego korzystali taksówkarze, bo taryfa ze stadionu była większa. Tzw. „Piekiełko“ w hotelu KATOWICE gromadziło wszystkich, zawodników, osoby towarszyszące oraz extra fanów. Jeden z nich grał na trąbce o godzinie trzeciej nad ranem, co było komentowane przed śniadaniem jako extra wyczyn kogoś z Ostrowa Wlkp. Zagraniczni goście wiedzieli, że są kłopoty z alkoholem, więc znali już miejsca wokół dworca PKP i tam zaopatrywali się w trunki. Nikt na szczęście nie zatruł się a mówiono, że wszystko było pod kontrolą i władza miała oko na każdego. Ostatni finał /IMŚ/ w 1986 roku i w hotelu zamknięto/ remont?/ Pewex, gdzie za dewizy były różne rzeczy, w tym oczywiście „Żytnia“ i „Wyborowa“, także guma do żucia oraz inne gumy. Jedna z panienek nie ciężkich obyczajów niemal płakała, bo zarezerwowała pokój w pobliskim hotelu „Silesia“ a jej klienci ulokowali się poza Katowicami. Konkurencja była ostra, jednak bezkrwawa. Szaleli cinkciarze, taksówkarze a w hotelach tłok.

Światowe imprezy w Lesznie miały hotelowe zaplecze w pałacu w Rydzynie, 10 kilometrów od stadionu Unii. Miejsce było świetne, w końcu pałac i park. Amerykanie kiedy świętowali sukces pruli poduszki a pierze leciało jak śnieg z nieba. Inni uczesnicy nie wyobrażali sobie życia od śniadania do północy bez szampana. Obrotny gospodarz pałacu wszystko załatwiał i do jajecznicy było jak u pani Gesslerowej. Tylko podłoga mokra, bo szampan wsiąkał w wykładziny jak w gąbkę. Tam piło się z filiżanek, jeden z żurnalistów miał słabą głowę, a nadto psiknięto go z gaśnicy dla hecy i żeby nie stracił oddechu wydłubywano mu zapałkami pianę z nosa i uszu. Autorem zdarzenia był jeden ze znanych zawodników, kawalarz, który powiedział mi, kiedy zapytałem dlaczego przywozi tyle stringów z Zachodu, odpowiedział krótko: „dla chętnie rewanżujących się dziewczyn“. Obyczajowość kroczy obok każdych imprez i stanowi tło, barwne albo skandaliczne. Nie ma życia bez tęczy, mgły i czarnych chmur. Hotel „Pod Orłem“ w Bydgoszczy to piękna zabytkowa architektura, gdzie mieszkał m.inn. słynny pianista Artur Rubinstein. Nie tylko on, znani artyści, politycy. W sali „Malinowej“ prezydenckiemu /za czasów Lecha Wałęsy/ ministrowi kelner przez nieuwagę tegoż urzędnika wylał czerwony barszczyk na garnitur i białą koszulę. Wymieniono szybko ubranie, hm, tak, kelner… został i historia. Lubię ten hotel z duszą, kunsztownie odremontowany. Pachnie tam historią i rautami, które miały malinowe zabarwienie.

Bywałem w różnych miejscach Polski i Europy i jeździłem z zawodnikami. Pamiętam jak jeden z żużlowców na granicy z Niemcami został zatrzymany z powodu łysych, przednich opon. Medytował i kombinował, wreszcie mówi do mnie, a może zmienimy te opony na tył?!/ sic/. Dobry humor na NRD – owskich pograniczników.

Oj działo się wszędzie, bo fantazja nie zna granic, choć jak wspomina były sędzia Jerzy Kaczmarek z Poznania bywało groźnie. Otóż wracał z turnieju ze Lwowa z córką Anną, w towarzystwie holenderskiego działacza FIM i „Mercedes“ przed granicą został nagle zatrzymany przez uzbrojonych w karabiny ludzi w gumiakach. Chcieli przeprowadzić kontrolę w pobliskiej stodole. Strach. Przepychanka trwała, Kaczmarek impulsywnie po niemiecku krzyczał w determinacji, wreszcie gości na szczęście puszczono, kiedy przebierańcy usłyszeli słowo „prezydent“ a chodziło o Jana de Vriesa, który w towarzystwie żony był delegatem FIM we Lwowie. Szczęśliwie strzały nie padły, powiało jednak strachem, bo „kontrolerzy“ byli agresywni, tym razem nie zarobili nic.

Jest karnawał, bale, plebiscyty, plotki i wspominki. Jeszcze do tego wrócę. Przyznaję uczciwie, że na imprezach sportowych, nie tylko żużlowych, nie jadałem papieskich kremówek, tak jak i wspominany aktor Zbigniew Cybulski, który pochowany został w Katowicach, choć nigdy w nich nie mieszkał. Do poczytania za tydzień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s