Nie dajmy się zwariować

Hlasko

Kiedyś jeden z moich ulubionych autorów Marek Hłasko przekazał z Izraela list Agnieszce Osieckiej. Korespondencja wędrowała długo a kiedy wreszcie dotarła do niej przeczytała : “Nie dajmy się zwariować”. Tytuł i ten wstęp, nie ukrywam, nawiązuje do aktualnej sytuacji w mojej Ojczyźnie. Wyprułem to z siebie i wcale nie mam satysfakcji. A kto ma?

Taką, nie wątpię, ma na pewno żużlowy mistrz świata angielski wojownik, typ rock estradowca, Tai WOFFINDEN. Za nami ostatni turniej tegorocznego serialu Grand Prix w australijskim Melbourne. Pod rozsuwanym dachem, w Etihad Stadium/ też Docklands, od dzielnicy/, z tłem Bolte Bridge i rzeką Yarra. W Etihad, pierwotnie Colonial, można słuchać Chopina i ścigać się z lewa i prawa na torze, który przyniósł ostateczne rozstrzygnięcia anno 2015. Etihad oddano do użytku w 2000 roku, gości tam futbol australijski i normalny, także występują wybitni artyści, kapele najlepsze na świecie z Robbi Williamsem, Bon Jovi, AC/ DC, Andre Rieu… Daleko do Melbourne z Europy. Wyprawa nie na weekend. Donoszą, że organizatorzy GP mają ambicje ożywić Antypody, które na żużlu z australijską federacją mają się dobrze, ale dołowanie jest tam, gdzie plądrują Kiwi. Ten kontynent jest tak ciekawy, jak historia Aborygenów. Ten zakątek świata oddalony od innych wodami oceanów jest jakby inny mentalnie, zwłaszcza od Europy. Żużlowców stamtąd nie brakowało w elicie i tak jest do dziś. Jak przybliżyć Australię do Starego Kontynentu? Trzeba lecieć i lecieć a na odległości “trans” nie ma boskiej siły.

MELBOURNE. Obfite miasto w architekturę, nie jest stolicą/ Canberra/, podobnie jak i Sydney, którego “pocztówkowy” gmach opery raz po raz pokazują media, nie tylko noworocznie, kiedy feeria ogni sztucznych konkuruje z innymi miejscami na świecie, choćby z nowojorskim placem jak bombonierka Times Square.

AUSTRALIA. Ziemia z obciążeniem; wydała na świat znakomitych żużlowców, mistrzów świata, wydała Leigha Adamsa i Darcy Warda, którzy zostali okrutnie okaleczeni w Europie przez złośliwy pech. Australia, która ma znakomitych sportowców, powietrze i wody czyste jak łzy a Golden Coast słynne plażami i miejscami zamieszkałymi przez znanych ludzi, choćby sześciokrotnego mistrza świata, nowozelandzkiego artysty żużlowego Ivana Maugera. Pozdrawiam Ivana i rodzinę.

Ostatnie ściganie się w roku i nie pierwsza już próba GP w Australii, gdyż podobne zawody odbyły się w Sydney w 2002, które wygrał Amerykanin Greg Hancock.

Turniej finałowy, jakże ważny dla ubiegających się o miejsce w ósemce, gwarantującej start w GP’16. Etihad Stadium i fanów na trybunach w “polskiej frekwencji”, około 30 tysięcy. Bruce Springsteen tym razem nie śpiewał “I’m on Fire”, jeździła tylko w lewo elita. Z “ogniem”. Ładnie. Przyjemnie. Przekaz telewizyjny zbliżył obraz walki z Antypodów do Europy. Speedway, to nie tenis Masters, ani szaleństwa bolidów F – 1, które śledzimy stamtąd na ekranach TV. Tym razem speedway na ostro, na pokaz, by za rok znów tutaj zawalczyć. Było jednak za ostro.

Wygrał na sztucznym, czerwonym 346 metrowym torze Amerykanin Greg Hancock, jak w 2012 w Sydney. Trzykrotny mistrz świata zdobył srebrny medal a brązowy Duńczyk Nicki Pedersen, który znowu znalazł się w polu walki “pozatorowej”, ale o tym poniżej. Przede wszystkim oglądaliśmy w finale makabryczny wypadek po starcie, w którym najbardziej poszkodowanym był Australijczyk Jason Doyle, jeżdżący w odróżnieniu od swego rodaka Chrisa Holdera strasznie brawurowo. Uderzył mocno o tor, wypadek przypominał upadek Darcy Warda. Stadion ucichł. Cisza czasem dzwoni w uszach wspomnieniem tragedii minionych. Przyjechał medyczny jakby… meleks i takim prymitywnym sposobem nieprzytomny Doyle opuścił arenę walki, która fatalnie dla niego się zakończyła. W szpitalu odzyskał przytomność i stan jest stabilny. Poturbowany Maciej Janowski wystartował w finale, niestety obolały nie mógł powalczyć skutecznie o drugie miejsce, przegrał z Duńczykiem Niels Kristianem Iversenem. Hancock/ 45 lat/ zwyciężył we wszystkich swoich wyścigach. Niesamowity facet. Po ósmym wyścigu oglądaliśmy walkę, jak na ringu bokserskim. Oto 24 – letni Australijczyk Sam Masters miał coś do powiedzenia Nickiemu Pedersenowi, ten także, w końcu Masters wkurzył się ogromnie i przystąpił do ataku. Celnym ciosem trafił mechanika teamu Nickiego Marka Hućkę, byłego zawodnika rodem z Gorzowa Wlkp. Takiej bitwy jak żyję nie oglądałem na żużlu i byłem pewny, że “bokser” Sam Masters zostanie wyrzucony z turnieju a on dalej ścigał się i w debiucie z “dziką kartą” zdobył 5 punktów. Duński arbiter Jesper Steentoft prolongował mu starty po takiej bijatyce. Niesłychane. Ostatecznie fikający “Kangur” dostał karę 1200 dolarów, nie wiem czy australijskich czy amerykańskich. Nie wiem też jaką karę dostanie arbiter za pobłażanie chamstwu coraz częściej występującemu na żużlu z wymierzaniem sobie kar cielesnych oraz słownych “ fucków”. Kaliber jest armatni. Ponad 50 tysięczny stadion był nieźle wypełniony, sukces. O nim mówił sympatyczny Leigh Adams, który nadmienił, że jest na wózku a kamera dyskretnie tego nie pokazała. Pracuje z młodzieżą i jak powiedział: “Nie oglądam się wstecz, żyję z dnia na dzień”. Mistrz wyścigów F – 1, Australijczyk Mark Weber, którego fascynuje speedway a dawniej kibicował Jasonowi Crumpowi, stwierdził, że atmosfera jest wspaniała i oby GP nie opuszczało Australii. Chwalił Grega” Gringo” i mistrza świata Tai’a Woffindena, który testował nowe silniki. Furorę robi produkt Szwajcara Marcela Gerharda, byłego mistrza świata z długiego toru. W Melbourne dawał oznaki lepszej jazdy Krzysztof Kasprzak. I tak plus – minus było w kraju, gdzie kangury przelatują przez drogi.

Było dwa razy podium; pierwsze za GP Australii, drugie za ostateczną klasyfikację GP. Maciej Janowski załapał się do GP’16 na siódmym miejscu. Udany debiut szybko uczącego się “Magica”. Maturę już zdał, pora teraz na studia. Szampan lał się obficie, co jest zwyczajem w speedway’u oraz m.inn. w wyścigach F- 1. Dlaczego o tym piszę? Ano po sukcesie polskich piłkarzy i awansie do Euro 2016 we Francji, nasz najlepszy zawodnik, kapitan Robert Lewandowski na Stadionie Narodowym “wykorzystał” szampana w zwycięskim uniesieniu swojego zespołu. Ktoś doniósł, że… pił alkohol na stadionie. Brawa dla tego pana, czy pani. Dziwny kraj. Policja na szczęście umorzyła sprawę, pozostał tylko niesmak. Jak po tej skórce z cytryny “cierpkiej jak życie, z oliwką na dnie”, śpiewa Lidia Stanisławska w lirycznej piosence “Nocne Martini” Krzysztofa Logana Tomaszewskiego, syna niezapomnianego komentatora PR i TV Bohdana Tomaszewskiego.

No to na koniec jeszcze jeden urywek z piosenki, tym razem Krzysztofa Krawczyka: “ Życie jest za krótkie, żeby pić marne wino”. Pozdrawiam więc szampanem made in France i… nie dajmy się zwariować.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s