Bolesny festiwal pychy

Tire tracks on the sandWreszcie musiało dojść do tego, co się stało w Warszawie. Festiwal pychy skończył się fatalnie, wizerunek żużla będzie odbijał się jak czkawką raz po raz. I nie pomoże już nic tej ekipie spod znaku Polskiego Związku Motorowego. Kiedy czytam, słyszę, że wszystkiemu winny Ole Olsen, to pycha puchnie w oczach. Były prezes Stali Gorzów przedsiębiorca Władysław Komarnicki oświadczył, że 110 procent winy leży po stronie Ole Olsena/?!/. Pan Komarnicki jeszcze nie tak dawno, kiedy nie był wmontowany do władz Ekstraligowej Spółki, teraz zmienił optykę i jak może powiedzieć cokolwiek na PZM, skoro zasiada w gremium pod patronatem PZM? Przed turniejem usłyszałem wypowiedź w TV wiceprezesa PZM Michała Sikorę, który z płyty Stadionu Narodowego powiedział, że to będzie najlepszy turniej w historii nowożytnego żużla. Biedaczek, nie zna historii tego sportu, w zasadzie nie musi, grunt, że został namaszczony na wysoką funkcję w PZM przez prezesa Andrzeja Witkowskiego i jak ćwierkają wróble może zostać nawet szefem tej organizacji. Został już „włożony“ do Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Za czasów wielce zacnego prezesa PZM Romana Pijanowskiego takie numery były niemożliwe. Panie Sikora trochę pokory, dawniej trzeba było sobie pracą zasłużyć na wysokie funkcje w PZM i FIM. Tenże Sikora był szefem Komitetu Organizacyjnego imprezy na Narodowym i ogłosił, że PZM uczynił wszystko aby było dobrze, czy coś w tym sensie. Widzieliśmy. Broń mnie Boże przed takimi działaczami. Jego wiceszefem w Komitecie Organizacyjnym był Wojciech Stępniewski z Torunia, bardzo kontrowersyjna postać w światku żużlowym, prezes Ekstraligi, za duże pieniądze! Prezes Witkowski często kiedyś mówił, że trzeba dbać o przejrzystość/ transparentność/, ale to pusty frazes, bo Radzie Nadzorczej szefuje właśnie on! No, i jak tu nie mówić o spirali funkcji? Stępniewski złapał złotą kurę na żużlowym torze. Zaczynał karierę u bogatego Romana Karkosika. Pokora jest dużym deficytem w obecnych czasach.

Wracam do wspomnianego Sikory, który tłumaczy się narzuceniem przez BSI w kontrakcie z PZM na organizację Grand Prix w Warszawie, firmy „Speed“ Ole Olsena. Pisałem grubo wcześniej, że Olsen, żaden gang jak drwią, przed laty na Ullevi w Goeteborgu miał problemy ze sztuczną nawierzchnią, zawodnicy oponowali, polscy też. Była draka, potem wynikła kolejna w Gelsenkirchen i zawody przeniesiono do Bydgoszczy. Polska strona bije się o organizację turniejów GP jak o jakieś mecyje, a to tylko komercja w której ginie prawdziwy sport. A po co ten ostatni turniej październikowy w dalekim Melbourne? Nonsens. Turniejem np. na Antarktydzie nie wzmocnimy żużla.

Kiedy w ubiegłym roku szykowano niespodziankę w postaci turnieju GP w Warszawie, na konferecji prezes Witkowski zapowiedział szumnie, że materiał na tor przywiezie Ole Olsen. Wyśmiałem ten pomysł jakbyśmy nie mieli swojego sjenitu spod Strzegomia albo żużla z hałd. Już wtedy zaczął się ten cyrk. Pycha nie pozwala panom z PZM polemizować, zjedli wszystkie rozumy? Czy pan prezes zamawia kanapki i pączki do PZM w Wiedniu, czy w Polsce? Jeszcze podkreślał, że to nas mało kosztuje… Nie rozumiem, niech sprawdzi NIK. A ile kosztowało, nie tylko nerwów, zobaczyła cała Polska oraz trochę świata i rechot trwać będzie długo.

Bo wiecie co najgorsze, że taka wpadka nie wydarzyła się w kraju raczkującym na żużlu, wśród osób nie kumatych, lecz w Polsce, gdzie pisze się i mówi, że mamy najlepszą ligę/ nie zgadzam się z tą opinią panowie celebryci różnej urody/ i rekordową frekwencję na trybunach. Po raz pierwszy w Warszawie miał być hit sezonu. No i był, tyle, że w czarnym scenariuszu. Ktoś powiedział z sarkazmem: „dobrze, że wszyscy zdrowi i nikt się nie zabił, bo na żużlu nic nie wiadomo“. Ale zabito promocję żużla w bardzo prestiżowym, spektakularnym miejscu. I zlekceważono bezceremonialnie ponad 50 tysięcy ludzi. Przyjechali do stolicy z różnych stron Polski, cieszyli się z rodzinami, robili fotki przed stadionem, w środku. Miało być święto a wypadło…sikorowo. Dodam, że wspominany prezes PZM jest zarazem wiceprezydentem FIM. Co z tego wynika?

Olsen zrobił swoje, jak dawniej nie zawsze mu wychodziło, byliśmy zawsze do niego na klęczkach, także do panów z BSI, pierwszego szefa BSI Johna P. z Anglii, który z żużla rozumiał tyle, że jeździ się tylko w lewo. Zarobił na polskiej naiwności sporo funtów, sprzedał udziały i zajął się konfekcją. Good luck! Teraz jest Paul Bellamy, kolejny namiestnik BSI. Czy umowy w PZM analizuje się czy tylko bezkrytycznie akceptuje?

O ile pamiętam poważne i mniej poważne imprezy żużlowe w Polsce, dbano zawsze o rezerwową maszynę startową. Tak było podczas wszystkich finałów na Stadionie Śląskim, strzeżonego Pan Bóg strzeże, mówi przysłowie i lewicowi działacze o tym pamiętali. Ole Olsen, zaufał sprzętowi a pycha go poniosła na manowce. I polskich naddziałaczy: Sikorę, Stępniewskiego i jeszcze Piotra Szymańskiego, który również był w gronie nadzorców, jurorów, jako szef Giekażetu i zarządzający europejskim żużlem. Panowie musicie ponieść surowe konsekwencje, bo speedway nie jest zabawą w piaskownicy i na trzepaku. To PZM był organizatorem i nie dopilnowaliście organizacyjnie poszczególnych segmentów. Gdyby Mr. Bellamy wprowadził punkt, że BSI dostarczy papier toaletowy na Narodowy, też byście się zgodzili? Jeśli prezes Witkowski zaprosi na swoje Andrzejki gości i będą zepsute śledzie a tort spleśniały, to kto będzie winny? Catering, czy gospodarz?

Piszą znawcy żużla o GP w Warszawie różne rzeczy, ich sprawa, ich kąt widzenia, a to kto buntował zawodników, dalej, że trzeba zmienić kontrakty klubowe zagranicznym zawodnikom etc. A minister sportu Andrzej Biernat nakłania PZM do darmowej imprezy za rok by zadośćuczynić kibicom. Było mi ich serdecznie żal, trochę zmarznięci ale zapowiadali gorącą atmosferę, bo polscy kibice znani są z dopingu wyjątkowego na świecie. I było na wstępie fantastycznie, jakby polskie Wembley! Nagle klapa. Skandal. Gdyby PZM zlecił budowę toru polskiemu klubowi, gdyby nie panoszyła się od dawna pycha, ten świat pod dachem stadionu byłby może bajką do opowiadania. Stało się jednak inaczej, nastąpiła czarna seria błędów i wypaczeń. Chaos, przerwy i dyskusje.

Sztuczne tory mają marną historię w serialu GP, choć bywało i dobrze. Trudna sztuka zrobić taki “materac“, ale jeśli ktoś trzy razy się myli, nie dajcie mu już szansy czwartego razu. W stolicy zrobiło się mało elegancko, błędy brutalnie obnażyły PSEUDODZIAŁACZY. Ich ignorancję, zadufanie w swoje stanowiska.

Polska ikona żużla TOMASZ GOLLOB pożegnał się z serialem GP przy pustych trybunach. Takie bywają ceremonie robione na raty, do tego także trzeba mieć szczęście, nie tylko do kasy, no i szczęściu trzeba czasem pomóc. Zostawiam ten temat na czas głębszych rozważań o charakterach i o tym, że ludzie zapominają o czym kiedyś mówili, bo inni nie tracą pamięci. Tomasz Gollob przy wyleniałych trybunach? Przykre.

Zapytano mnie ile razy widziałem w życiu start na zielone światło. Może kilka, pamiętam również awaryjne starty na gumkę. Były czasy i takie, gdy nie karano za dotknięcie taśmy. Kibice w stolicy mieli wszystko z historii, ich cierpliwość została nadszarpnięta.

Angielski sędzia wytypowany do jazd w Warszawie James Lawrence miał nad sobą szefa Jury FIM rodaka Tony Steele’a. Ten drugi był ongiś sędzią turniejów GP i dobrze mu szło, Jimowi już gorzej. Technicznym delegatem FIM był Słoweniec Izak Santej, były zawodnik, także polskich lig, były uczestnik cyklu GP. Grupa osób funkcyjnych jest od czasów serialu GP/ 1995/ szeroka, obrady trwają godzinami i nic z tego jak widać nie wynika. Dawniej „carem“ na turniejach był sędzia i tzw. Steward FIM. Koniec kropka. Dwie osoby! Pamiętam takie kuriozalne zdarzenie z finału kontynentalnego IMŚ w Pradze, kiedy sześciu zawodników miało tyle samo punktów, dwóch zyskiwało awans i steward z Polski Zbigniew Flasiński w ciągu pół godziny opracował system rozegrania wyścigów i wyłonienia najlepszych. Świetnie i szybko się spisał, był fachowcem na arenie międzynarodowej. Dziś obradujący jurorzy FIM przypominają… polski sejm.

Warszawska impreza miała silnego, tytularnego sponsora LOTTO; zacna firma nie żałuje pieniędzy na wspieranie sportu i tym razem znalazła się w bardzo trudnej wizerunkowo sytuacji. Niczemu nie winny sponsor płaci żużlowe frycowe. Odpuści, przebaczy?

Biuro Prasowe, nie oznakowane funkcjonowało w kontenerze i organizatorom zabrakło wyobraźni w jego przygotowaniu. Szkoda, że tego wcześniej nie sprawdzili prominenci przygotowujący imprezę. Można olewać media ale chyba nie do końca, wszak to „stolyca“. Nie wyszukuję na siłę błędów ale na przyszłość niech będzie elegancko.

Co zrobić z tym fantem GP? Zafundować dodatkowy turniej PZM – LOTTO?! Kontrakt na GP w Warszawie jest na 3 lata. Ile fanów będzie za rok? Jak odbudować opinię?

Przykro mi było słyszeć skandowane hasło: ZŁODZIEJE, ZŁODZIEJE! W hali i poza nią echo leciało na miasto. Pamiętam dawno temu coś takiego z Rzeszowa, kiedy sfingowano mecz pomiędzy Stalą a Unią Leszno i padł remis 45:45. Kibice ciskali pieniądze na tor i też tak ryczeli ze złości. Były wtedy sankcje dla działaczy surowe.

Podobno kibice obecni w Warszawie, taki był pierwszy gniew, przygotowują pozwy, sytuacja jest rozwojowa a jeden z kandydatów na prezydenta RP wini za bałagan warszawskiej GP wiodącą partię w Polsce. Paranoja ma barwy rozmaite. Jeszcze brakuje aby zaangażował się poseł Antoni Macierewicz. On dużo może, jeszcze coś znajdzie w maszynie startowej. Już szeptano o sabotażu „gangu Olsena“. Mnie nie do śmiechu.

Wiecie co, jedno w tym wszystkim jest fajne, że kibice w komplecie nie zawiedli, choć ich okrutnie zlekceważono już w chwili podpisywania kontraktu na imprezę, powierzając obcym techniczną stronę imprezy. Finał takiej decyzji był niewątpliwie czarnym dniem żużla i sportu w ogóle. „Wszyscy nuworysze, dyletanci łączcie się“! Nie udawajcie, że się znacie na żużlu. Marni aktorzy za wielkie gaże. W parkingu był Paweł Zmarzlik, który potrafi zrobić z maszynami startowymi wszystko. Nie wiecie kto zacz? No cóż, celebryci mogą jechać nawet na zielone światło albo na gumkę. Jest o czym pisać, za długo w tym interesie się kręce, choć mnie czasami diabli biorą. No cóż, moi drodzy… Sportem trzeba żyć i kochać czasem za darmo. Kiedy obserwowałem kibiców w metrze przed zawodami, na stadionie, przed i po turnieju mieli różne nastroje. Radość, choć nieco zmarznięta, promieniała i była nadzieja na super jazdy. Potem okrzyki pod adresem organizatorów i zawiedzione miny, bo mimo, że bilety nie były drogie/ na czarno przed stadionem oferowano po 200 złotych/ wyjazd do stolicy trochę kosztował. Było mi żal tych fanów w kolorowych szalikach, czapkach, z trąbkami, etc., gdyż pękł nastrój święta żużlowego. Premiera sezonu, wydarzenie niebagatelne. Diabeł wykorzystał pychę i tor się posypał, maszyna startowa zacięła i emocje uleciały nad Wisłę razem z fajerwerkami ładnie pryskającymi na osłodę ludzi, którzy przeprawiali się do miasta jak po klęsce. Nie własnej ale za własne pieniądze. I jeszcze huczało w uszach okrutne hasło „ZŁO…“ , które było ciosem w serca. Hm, prawdziwych działaczy poznać, kiedy mają odwagę i honor. I szanują kibiców jak swoją rodzinę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s