Z “marychą” w… prawo

SFO

San Francisco, Alcatraz…Tereny jak z westernu, słynny most Golden Gate i filmowe plenery. Mamy czas wypoczynku na całym świecie. W żużlu kręci się karuzela imprez non – stop. Dziś w Opolu, jutro w Vastervik, pojutrze w Landshut a potem w Tarnowie, lot do Togliatti i skok do Kings’Lynn. Super jazdy. Spanie na chybcika, byle jak, prędzej, byle znów być na żużlowym planie. Gonić jak ptak, szukać sukcesów bez tchu.

USA w speedway’u podtrzymuje na torach Greg Hancock, wybitna ikona niemal jak aktor Al Pacino. Niezmordowany. Tak a propos po wakacjach Godfather II przylatuje do Warszawy. W Kalifornii speedway oddycha przeszłością i nadziejami, że młodzi dorosną do poziomu drużyny USA, która miała kowbojów ze złotem w klapie. Dziś tylko Greg albo inaczej jeszcze Greg! Zapach marihuany tam daleko w San Francisco czy bliżej na Manhattanie albo na salonach Warszawy i nie tylko, można wyczuć bez przeszkód, jest charakterystyczny i modny. Ćpanie w modzie. Czy speedway jest wolny od “marychy”?

Mistrz świata, znakomity zawodnik angielski Mike Lee popadł kiedyś w tarapaty ze względu na narkotyki. Wybaczano mu dziwne zachowania aż do czasu, kiedy na jednym ze stadionów pojechał nie w lewo, tylko w drugą stronę. Zawieszono go bezceremonialnie a kariera Lee, który ścigał się świetnie na klasycznym i długim torze zdobywając złote medale zawisła w powietrzu, zaczęła się sypać prochami i posypała. Syn żużlowca wycofał się z jazd, lecz po czasie/ chwała mu!/ powrócił w innej roli, bo odnalazł się jako mechanik. Kalifornijscy żużlowcy bracia Moranowie słynęli z zabaw, byli wesołkami do jazd i balowania. I tajemnicą poliszynela był fakt, że potrzebują dopalaczy żeby jechać z balansem cyrkowym i zwyciężać na luzie, którego tak brakowało innym. Bezstresowe jazdy? Byli podziwiani i uwielbiani; Kelly starszy od Shawna zmarł na raka a swoje prochy w testamencie kazał rozsypać nad torem w Los Angeles. Do końca Kelly pozostał nietuzinkowy. Shawna widuję na witrynie FB. Oglądałem w połowie lat osiemdziesiątych jego sukces w Mariańskich Łaźniach, kiedy wywalczył złoty medal w mistrzostwach świata na długim torze. Wygrał, pobalował i wyjechał, no i zapomniał zapłacić Czechom za hotel. Drobiazgami też przechodzi się do historii. Po złotej reprezentacji USA i jej wyczynach, sukcesach, jazdach na krawędziach, balkonach, pruciu poduszek z pierzem w podleszczyńskim pałacu w Rydzynie możemy tylko wspominać. Fantazje miały skutki tylko dolarowe. Hancock jest zupełnie inny, europejski, jakby sterylny i bez takiej ”fantazji,” jak jego poprzednicy na tronach MŚ. Gwiazda USA Bruce Penhall był ładnym, inteligentnym wielce chłopcem, który wiedział, czego chce a tytuły były mu potrzebne do wjazdu na plany zdjęciowe Hollywoodu. Jak zaplanował tak zrobił, z namiętnościami, czarem, talentem towarzyskim i perlistym uśmiechem. Jego kolega z drużyny w MŚ par Bobby Schwartz także nie bawił się w skandale. One pozostały innym zapisane w kronikach a wszystko było obarczane jakby winą… nadmiarem wypitego szampana/ sic!/. Bracia Moranowie byli niewątpliwie egzotyczni towarzysko, bardzo medialni i widowiskowi, oklaskiwanymi aktorami, takimi Chaplinami na torach żużlowych na których czekano z niecierpliwością, kiedy wyjadą z parkingu, bo wtedy zawsze coś się działo. Ile w tym było fazy dopalaczy?

Świat bez celebrytów jest szary jak pochmurne niebo, to oni charyzmatycznie wnoszą koloryt, pompują ”krew” tabloidom, kibicom. Pytają mnie co wolę: czy fantazyjnego zawodnika z ikrą, czy rzemieślnika pozbawionego polotu? Mistrza zimnego, czy mistrza gorącego? Nie każdy jest taki zwyczajny jak amerykański kamikadze Sam Ermolenko.

Szwed Tony Rickardsson, sześciokrotny mistrz świata z podobną ilością medali złotych jak Nowozelandczyk Ivan Mauger, był wyrazistym typem skandynawskiego człowieka. Gonił konsekwentnie perfekcję, aż ją dogonił sześć razy. Na razie nie zanosi się na to, aby tych dwóch gości ktoś miał pobić na tytularnym, ozłoconym polu. Mauger był mistrzem startów, dużo się wówczas o tym mówiło i czy układał się z sędziami. Rickardsson/ “Tosiek,” tak mówiono na niego w Tarnowie/ zaprowadził zupełnie inny styl bycia na placu sprzętowym, parkingowym terenie poza torem, ładnie wypolerowanym, konkretnym, bez specjalnej fantazji. Tony zawodowiec. Źle?

Każdy jest innym w charakterze, ma inne znaki zodiaku, inaczej wjeżdża do historii.

W tym felietonie nie dotykam polskich zawodników, zostawiam ich na inną okazję.

Co jest bardziej cenne czy mądrość, inteligencja czy też zimne wyrachowanie? Można być sprytnym i inteligentnym, można być sprytnym i głupim. “Życie to umiejętność przewidywania” oświadczają mędrcy znad jeziora Genezaret. O Polakach kiedy indziej.

Co wniósł do historii żużla Duńczyk Ole Olsen? Skandynawski typ, podobny Fundinowi, Michankowi, Rickardssonowi? Opracowany plan kariery, pilnowanie celu i dojechanie do medali, “sprzedanie” swojej wiedzy na użytek innych, czytaj: BSI vel Grand Prix. Czytanie gry nie każdemu jest dane. Olsen potrafi, zaś biznes jaki by nie był nie jest mu obcy. Jest w środowisku nadal obecny a tylko nieobecni nie mają racji. Nowozelandczyk Barry Briggs miał zawsze dryg/ wymyślił deflektory/ do interesów/ syn Tony mniej /, poza tym, podkreślam był cztery razy mistrzem świata. Pięciokrotny mistrz Szwed Ove Fundin kocha w zacnym wieku jazdy na motorze po Europie, wcześniej kochały go za wyścigi/ tylko?/ kobiety w różnych zakątkach Europy. Męskich i kobiecych tajemnic nie ma co pieścić, czas swoje zrobił. Fundinem jest sygnowany/ nie wiem dlaczego/ drużynowy Puchar Świata. Przy nim Polacy nie mają nic w światowej ”heraldyce”.

Ten felieton wakacyjną porą nasączyłem bez smugi księżyca luzem, do poczytania nie tylko przy wodzie, nawet w upał, choć nie wiem czy mi się udało wycisnąć zapach “marychy”. Wyniki z turniejów, meczów, statystykę mamy pod ręką. Śledzimy i oglądamy zawody z miłością żużla. Brakuje czasem oddechu, żeby/ na Boga bez “marychy”/ spojrzeć czystym okiem na żużel, że to nie tylko wyniki, wypychania w bandę, dramaty, łzy radości albo płacz, lecz przecież barwna historia, która nakręca się cudownie a my tkwimy w tym scenariuszu po uszy.

Jest takie powiedzenie/ polskie?/, że “warto stracić z mądrym, niż zyskać z głupim”. O jednym bardzo znanym polskim zawodniku mówi się, że kiedy mu ktoś poda rękę, to z powrotem ”ktosiowi” już brakuje 2 – 3 palców. Żużlowcy, wielcy i mali, walczaki i dorobkiewicze, z fantazją i bez, zwyczajni i nadzwyczajni, normalni i celebryci, chytrzy i bogaci, biedni i kochani przez tłumy. Każdy zapracowuje w swojej karierze na jakiś tam cokół, gorzej jak ten pomnik raz po raz burzy, bez wyczucia czasu i jego bezwględności.

Po prostu szanujmy życie, zwykłe i niezwykłe z dumnym hasłem, że jednak warto w tym żywocie być uczciwym.

Hm a od czego zacząłem letnie pisanie? No tak, warto przy okazji zobaczyć nie tylko wspomniane San Francisco, ludzi i sceny, by przylecieć wtedy z tęsknotą do domu jak ptak do gniazda. Heja!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s