Przepychanki

“ Są chwile, kiedy czuję, że spadają mi z oczu wszystkie zasłony” napisał Brazylijczyk mieszkający we Francji, Paulo Coelho w “Czarownicach z Portobello”.

Tak, czasem i mnie spadają! Jeszcze ligi nie rozkręciły się na dobre a już mamy sygnały, że brakuje pieniędzy i zaczynają się przepychanki, komu zapłacić, komu nie. Polskie piekiełko razi ogniem. Licencje kontrolowane, fatalny wymysł polskich władz żużlowych na prolongatę klubów nie zdaje egzaminu. Albo jesteś bankrutem albo pozorujesz swoje bogate konto. Przed kasą stoją ludzie i chcą wynagrodzeń. Kiedyś trzeba prawdzie spojrzeć w oczy i uderzyć się w piersi. W Gdańsku wrze i samochodowy diler traci markę. Szatnie nie ukryją niczego a przegrane mecze mają swoje rodowody. Kiedy ustala się składy drużyn trzeba mieć wyobraźnię i nawet psycholog nie pomoże, gdy na koncie brakuje kasy a nerwy puszczają. Kantory też nie wypłacą na kredyt.

W Ekstralidze robi się ciasno. I duszno. Licencje nadzorowane są wykwitem nie wiem kogo, lecz bzdurnym pomysłem na przetrwanie z hasłem jakże polskim: ”jakoś to będzie”. Otóż czasy się zmieniają i nic nie będzie na wyrost. Ludzie szybko przyzwyczajają się do pieniędzy a jeśli kwoty są wzięte z księżyca, dochodzi szybko do spięć. Bijatyka w gdańskim parkingu jest ostrzeżeniem. Jeśli nie masz w kasie, dlaczego afiszujesz się finansową mocą?! Mentalność żużlowych bossów nad Wisłą jest niezrozumiała na Zachodzie. A niby jesteśmy w Europie…Kiedy Szwedowi zabraknie  w klubie staje się bankrutem. Koniec, kropka, prawo jest surowe, to samo w Anglii czy Niemczech. Nie ma udawania. Polacy zwykle szukają “uliczek” i konfabulują. Zawodnicy celebryci są konsekwentni, ci spoza Polski, zrodziła się gradacja na tych z Zachodu i Wschodu. Majdanu żużlowego nie stworzymy. Jedni dostają, bo pryncypałowie się boją, drudzy oczekują na ślepy los. Ktoś wymyślił te brednie z licencjami kontrolowanymi, ktoś zatwierdził. W polskim żużlu schemat organizacyjny jest zagmatwany; jest kilku decydentów i odpowiedzialność się rozmywa. Nasza rzeczywistość, nie tylko zresztą w żużlu, jest paranoicznym zjawiskiem, którego twardy, normalny biznes nie wytrzymuje długo. Pęka “nadzorowana” nić ofiarowanych licencji na wyrost.

Ekstraligowa nadęta spółka oraz po cichu rozbudowywany Giekażet i “czapa” PZM drepcą sobie po piętach. Władza otumania a jeśli jest poparta korzystnymi umowami dla rządzących sytuacja robi się paskudnie patowa. I bardzo trudna dla ”robotników”. Nerwy  są złym doradcą w każdej sytuacji życiowej. Czy potrzebujemy w żużlu pana euro Mikke? Nazywania wreszcie rzeczy bezpardonowo po imieniu, bez sztucznego ciumkania? Bez udawania, że wszystko jest cacy i jakoś się poukłada.

Mamy za sobą nieoficjalne mistrzostwa świata par. Ostatni turniej w Eskilstunie, gdzie byłem po raz pierwszy w czerwcu 1976 roku, zginął wtedy miejscowy idol żużlowy Tommy Jansson a w Szwecji żenił się król z niemiecką hostessą letnich igrzysk w Monachium, utrzymaliśmy brązowy medal. Słaba pociecha. Jarosław Hampel jeździł jak szatan za trzech. Młodzież nie nadążyła/ Maciej Janowski, Patryk Dudek/ i Australijczycy okazali się złotymi, zaś brązowymi Duńczycy. Rośnie nam konkurencja zza wschodniej granicy, no i ciągle kombinuje Niemiec Martin Smoliński.

Perspektywa finału drużynowego Pucharu Świata w Bydgoszczy za kilkanaście tygodni jawi się z kadrowymi roszadami i zapewne nie zabraknie kolejnych przepychanek. W Eskilstunie wyraźnie zabrakło trenera kadry Marka Cieślaka, którego Giekażet powinien wysłać bez ceregieli samolotem i nie robić fikcyjnego zastępstwa. Takie imprezy jak SBPC nie są do nauki. Cieślak jest jeden a eksperymenty Piotrze Szymański/ Giekażet/ mają krótkie nogi i robią się czasem… ostrogi na piętach. W Bydgoszczy w barażu będzie z fanami cienko. W finale, gdzie mamy już zapewniony start, trener Marek Cieślak na pewno ze swoją drużyną nie zrobi tyłów, obojętnie kto wyjedzie z parkingu. Bronimy na polskiej ziemi złotego medalu wywalczonego rok temu w Pradze i odpowiedzialność jest duża wobec historii oraz kibiców. Reprezentacje przy zmianie pokoleniowej zawsze mają tąpnięcia, rzecz w tym by jak najmniej były odczuwalne. Strategia musi być konsekwentna i nieprzemakalna na naciski z zewnątrz. Bydgoskich organizatorów boli głowa, nie tylko ligowo/ Polonia/, lecz i z tego, że wiedzą jaki twardy charakter ma Marek Cieślak. Rodzi się podstawowe pytanie a po co nam Puchar Świata w drużynówce, skoro nad Brdą już była Grand Prix Europy. Kibicowskie Eldorado na polskich gruntach się już kończy. Dajmy więc sobie trochę oddechu dla dobra sprawy, gdyż post bywa czasem zbawienny nie tylko dla zdrowia, również dla portfeli.

Z Anglii doszła smutna wiadomość, że w wieku 68 lat zmarł Malcolm” Simmo” Simmons. Znakomity zawodnik, multimedalista mistrzostw świata, uczestnik wielu finałów. Znałem reprezentanta Anglii osobiście z różnych wydarzeń, często startował w Polsce i gdyby odmienić czas, na pewno jeździłby w polskiej lidze z pokaźnym dorobkiem.  “Super Simmo” był eleganckim, odważnym zawodnikiem; zawsze uśmiechnięty, wypucowany, technicznie nienaganny. Szalały za nim polskie dziewczyny. W jego czasach, w latach siedemdziesiątych Anglicy mieli super pakę medalową a Malcolm był podporą obok Petera Collinsa. W 1976 roku zdobył na Stadionie Śląskim w indywidualnym finale MŚ srebrny medal; wcześniej spotkaliśmy się o raz pierwszy w 1974 roku na tym samym stadionie, kiedy wyspiarze wygrali drużynowy finał MŚ. Jakoś nie można było sobie potem wyobrazić światowych eventów bez udziału Malcolma Simmonsa. Za wcześnie zmarł, niestety speedway raz po raz traci perły z dawnych lat.

Można rzec: takie życie albo samo życie. Maksymy nie zawsze są pocieszeniem, bolesne wydarzenia ranią dusze i zadają cierpienie. Ale życie z nonszalancją pędzi dalej i nie znosi pustki. Obdziela radościami i smutkami nie zawsze sprawiedliwie.

W kalendarzu tłok; turnieje Grand Prix, mistrzostwa Europy, liga a za chwilę “wybuchnie” brazylijski Mundial. Futbol czy komuś się podoba, czy też nie, jest magicznym teatrem, którego sceny nie można lekceważyć. Jest wydarzeniem dla każdego kto kocha sport, obojętnie czy jeździ się na motorach nie tylko w lewo czy ugania za piłką od bramki do bramki. Mundiale zawsze rodzą emocje, które wyzwalają adrenalinę na granicy zawału serca, jak słynny, nagi karnawał w Rio de Janeiro. Wkrótce rozpocznie się fantastyczna futbolowa samba, która mimo wszystko nie przysłoni polskich, żużlowych przepychanek. Ot, co!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s