Lubelskie wskrzeszenie żużla

 

Obrazek

Nie żałuję, nie żałuję… Pojechałem do Lublina i zobaczyłem miasto inspiracji, rosnące pięknie, ze starym miastem jak PERŁA i zamkiem panującym niepodzielnie nad Bystrzycą. Gospodarze meczu żużlowego POLSKA/ drużynowi mistrzowie globu/ kontra mistrzowie świata zamówili jeszcze dodatkowo dobrą pogodę i mieli kłopot ze zmieszczeniem kibiców na stadionie w Alejach Zygmuntowskich. Był nadkomplet ok.  8000 widzów, którzy zobaczyli imprezę może lepszą, niż zrutynizowane turnieje Grand Prix. Mecz opóźnił się ponad pół godziny, ze względu na kibiców, którzy zgromadzili się przed kasami, wielu nie miało szans na wejście, bo stadion nie jest przecież duży. Pomysłodawcą takiej żużlowej zabawy na serio był Jerzy KRAŚNICKI, 50 – latek, który przyleciał do Lublina z Anglii, a korzenie wywodzi z miasta, które kocha żużel nie od dziś. Lublinianin Kraśnicki ma pomysły, które potrzebują wsparcia a znalazł je takie w liderze „Budki Suflera“ Krzysztofie CUGOWSKIM/ Fundacja Best Speedway Promotion/ zakochanym nie tylko w muzycznych szlagierach ale i właśnie w żużlu. Zespół kultowej BUDKI SUFLERA był oczywiście na stadionie a synowie Krzysztofa Cugowskiego jako BRACIA wystąpilli wieczorem w finale imprezy na estradzie Etiudy. Włączył się energicznie do zacnego projektu lublinianin były utalentowany żużlowiec Marek KĘPA, dziś przedsiębiorca z prawą ręką w postaci udanego syna Kuby. Zresztą kogo tam nie było… ludzie sportu, ministrowie, posłowie, senatorowie, muzycy, kabareciarze i fanatycy żużla. Działo się w Lublinie tyle ile w opowiadaniach Singera. Do tego jeszcze wrócę. Imprezy na zakończenie sezonu mają czasami charakter podobny do polskiej złotej jesieni i tak to było na lubelskim gruncie. Było rodzinnie i wspomnieniowo, głośno i kolorowo.

A mecz wydarzeniem extra! Zespół mistrzów świata poprowadził trzykrotny mistrz świata z Danii Hans NIELSEN, który występował w Motorze Lublin a przyjechał po ośmiu latach powitany serdecznie i jak gość bardzo lubiany, chętnie widziany. W zespole Nielsena byli Greg Hancock/ USA/, Nicki Pedersen/ Dania/, Darcy Ward /Australia/, Michael Jepsen Jensen/ Dania/ i za kontuzjowanego Anglika, nowego mistrza świata Taia Woffindena Szwed Andreas Jonsson. Był także w tym teamie były mistrz świata juniorów Polak Robert Miśkowiak.

Marek Cieślak miał solowego, aktualnego wicemistrza świata Jarosława Hampela oraz Krzysztofa Kasprzaka, Janusza Kołodzieja/ mistrz Polski/, Patryka Dudka/mistrz świata juniorów/, Macieja Janowskiego i lubelskiego idola Daniela Jeleniewskiego. Było ostro i efektownie, podopieczni Marka Cieślaka wygrali 51:39. Tor nadzorował komisarz Zenon Plech wicemistrz świata z roku 1979. Sędziował zawody na 389 metrowym torze bydgoszczanin Krzysztof Meyze. Szefował zawodom doświadczony Jacek Ziółkowski a na starcie między zawodnikami i dziewczynami dwoił się i troił Marcin Wnuk. Obyło się bez upadków, każdy wyścig błogosławił ksiądz Jan Kiełbasa, kapelan sportu lubelskiego, który rozdawał dzieciom cukierki krówki i jak powiedział, żużel jest jego sportem nr. 1 od czasów jeszcze zanim został księdzem. Więcej takich właśnie kapelanów. Amen.

Gospodarze imprezy przygotowali rozmaite fajne pamiątki dla fanów. Dla wszystkich było co wypić i zjeść. Bez grand cen. W programie imprezy ścigali się oldboy‘e, bez konkurencji był Amerykanin Sam ERMOLENKO mistrz świata z roku 1993 z bawarskiego Pocking, w którego cieniu pozostawali Darek Śledź i Jarek Olszewski. Atrakcją były dziewczyny na motorach, z których żywiołowa Czeszka Michaela Krupickova poszalała jak… Ermolenko. Nie dawała żadnych szans rywalkom: Dunce Nannie Jorgensen i Szwedce Chatrinie Brantvik Friman. Niestety w ostatniej chwili kontuzji uległa Polka Klaudia Szmaj. Szkoda, ksiądz Kiełbasa był chyba za daleko.

Rozegrano jeszcze na zakończenie wyścig memoriałowy nieżyjącego Włodzimierza Szwendrowskiego, mistrza Polski z Lublina a zwyciężył Hampel, przed Janowskim, Wardem i Hancockiem. „Kangur“ Ward demonstrował cyrkową jazdę po „wapnie“ i pod „płotem“. Jak ten chłopak jedzie, to serce zamiera czasami na chwilę, na szczęście! Efektowne „ jaskółki“ w wykonaniu niektórych zawodników podobały się super.

Wszystkie wyścigi trzymały w ogromnym napięciu widownię i były świetną propagandą żużla na poziomie światowym w Lublinie, który wart jest tego sportu tak, jak jest wart obejrzenia historycznego zamku z cudownymi malowidłami w kaplicy św. Trójcy oraz  innych urokliwych zakamarków miasta, ot choćby „Dworu Anny“ Kazimierza Gajka.

Były zawodnik, reprezentant kraju i trener polskiej reprezentacji żużlowej sędziwy Marian Spychała nie krył słów pochwał pod adresem organizatorów meczu “trzeba takie widowiska urządzać, one są dla ludzi atrakcją i znakomitą reklamą żużla“. Wtórował mu dobitnie Andrzej Grodzki, też opolanin, międzynarodowy działacz, który widział w życiu sporo a teraz w Lublinie zobaczył coś nowego. I na zamku, i na stadionie. Szef polskiego żużla Piotr Szymański/ Giekażet/ był usatysfakcjonowany powodzeniem imprezy i reklamą wyścigów, które „w takiej postaci powinny wrócić do Lublina“. Oby. Życzę!

Perkusista muzycznej kapeli „TRUBADURZY“ Marian Lichtman był zachwycony tym co się działo i chwalił Hansa Nielsena po duńsku, bo jako mieszkaniec Kopenhagi nie miał z tym trudności. No i gospodarzom dostało się kilkanaście pikantnych opowiedzianych przez Mańka dowcipów i komplementów. Ha, ha, ha…

Nie ma takiej rzeczy, która by na dobre nie wyszła, przed zagraniem polskiego hymnu na stadionie diabeł zaciął urządzenie, wtedy wszyscy fani zgodnie odśpiewali głośno Mazurka Dąbrowskiego i echo popłynęło alejami w miasto. Pięknie zabrzmiało.

Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru, Mru jako lublinianin wcinał się raz po raz w imprezę, co ubarwiało całość. Hancock powiedział mi, że takie spotkania, takie mecze są efektownym zakończeniem sezonu i chętnie znów przyjedzie za rok. To samo potwierdzali inni uczestnicy historycznego meczu, atrakcyjnego „tanga“, do którego jak się okazuje może być trzech/ CUGOWSKI, KĘPA, KRAŚNICKI/ i wtedy uroda żużlowych jazd zostaje mocno w pamięci na jesienno – zimowe wieczory. Zatem nie żałuję, że pojechałem nad Bystrzycę i tak pokrótce tylko opisałem, gdyż Izaakiem Singerem nie jestem, więc może zabrakło charakterystycznego humoru, choć przyznam, że było go lubelską nocą trochę, bo przecież bez atmosfery luzu w towarzystwie nie ma żadnej zabawy. Prawda? No to amen i ani mru, mru. Wiem, że będzie bis.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s