Wrzątek ligowy z/z

Image

Ach, te mecze na szczycie… Dobrze, że nie ma tych na dole. Kiedy sięgnę pamięcią zawsze adrenalina gotowała się na na maksa i mecze były na krawędzi sercowych zawałów. Pojechałem na półfinał do Częstochowy, gdzie stadion był napakowany jak hinduski autobus. Dominował zielony kolor, który przebijał biel a czerń wiła się między sektorami jak jadowita kobra. Mecz wysokiego ryzyka, przeciwnik nie byle jaki, bo z Torunia, skąd rozchodzą się w eterze fale radiowe znanej rozgłośni ojca Rydzyka. No a miejsce potyczki pod Jasną Górą. Wszyscy prawie święci. Spotykam w parkingu Krzysztofa Cugowskiego, fana żużla, dawno nie widzieliśmy się a lider rockowej „Budki Suflera“ przygotowuje razem z Markiem Kępą, który tradycyjnie jest naładowany żużlową energią, w połowie października w Lublinie hit na torze z udziałem samych mistrzów świata. Bomba. Polska kontra mistrzowie i wspomnienia z tamtych lat, kiedy na torze lubelskiego Motoru ścigał się udanie nie tylko wspomniany Kępa ale wielokrotny mistrz świata Duńczyk Hans Nielsen. Lublinianie działają, bo do tanga trzeba dwojga… Tak? Wyłącznie. 

No dobrze, jestem na stadionie częstochowskiego Włókniarza, gdzie trybuny tętnią a korona obiektu wypełniona po brzegi. Pogoda wymarzona. W parkingu były szef gabinetu, prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysław Wachowski rozmawia z Tomaszem Gollobem, dla którego zrobił w swoim czasie bardzo dużo dobrego i pomagał familii Gollobów rozwijać sztandary na świecie. Pogawędka mistrzów różnych specjalności.

Image

Temperatura na stadionie rośnie z minuty na minutę. Głośno, w boksach mobilizacja, zawodnicy obeszli tor, kopią, dyskutują. Wielki mecz o finał. Prezes gospodarzy Paweł Mizgalski na posterunku, jest także prezes toruńskiego Unibaxu Mateusz Kurzawski. Trenerzy z Torunia Jan Ząbik i Mirosław Kowalik spokojni, choć ten pierwszy jak zwykle podekscytowany, pilnuje toru. Grzegorz Dzikowski szkoleniowiec włókniarzy udziela ostatnich wywiadów reporterom, jego ludzie są przygotowani do jazdy.

Kto wygra? W Toruniu częstochowianie przegrali ośmioma punktami, trzeba więc odrobić straty. Publiczność w to wierzy kompletnie. Robert Kościecha zawodnik pogodny jak słońce mówi, że wszystko rozstrzygnie się w pierwszych trzech wyścigach. Tony Briggs mentor Ryana Sullivana obserwuje pole walki z brytyjskim spokojem. Ale w tym wszystkim nie ma spokoju, jest jakiś wewnętrzny dynamit, który drzemie na trybunach, we wszystkich zakamarkach stadionu, na który przyszło ponad 20 tysięcy widzów. Kasa niezła, nie spotykana frekwencja poza Polską na stadionach świata. Prezentacja mija jak mgnienie oka, jest wrzenie „kotła“ trybun, gwizdy i wyzwiska. W zespole gospodarzy brakuje kontuzjowanego lidera Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który „poległ“ na pierwszym meczu w Toruniu po kolizji z udziałem Adriana Miedzińskiego, więc kibice w Częstochowie uprawiają jazgot maksymalny, kiedy tylko w polu widzenia pojawia się toruński zawodnik. Gwizdy tak, jak dawniej w przypadku radzieckich żużlowców. Goście nie mają Australijczyka Chrisa Holdera, już dawno temu mocno poturbowanego na Wyspach. Obie drużyny mają zatem w składach z/z, czyli zastępstwo zawodnika i mogą kombinować z jazdami. Gdyby jeździli Emil i Chris widowisko miałoby smak ligowej gali. Jest jednak okaleczone. I jak się okaże dojdzie jeszcze do dramatów, jakie pod Jasną Górą historycznie miały również miejsce. Były minister stanu Mieczysław Wachowski, po długiej przerwie/ mówiono kiedyś o nim, że jest ministrem od… żużla/ znów zasiada na żużlowej trybunie i jak mi mówi, boleje nad tym jak roztrwoniono dorobek w jego rodzinnej Bydgoszczy w Polonii. Drużyna spadła z Ekstraligi, niekompetentni działacze ostro zdołowali drużynę, która zawsze miała duże aspiracje i należała do najlepszych w Polsce. A tyle dla dobra Polonii zrobiono wcześniej. Szkoda tego wszystkiego – stwierdza M. Wachowski. Dał serce i załatwił sporo dla dawnej Polonii, która legła w gruzach.

Wreszcie renomowany sędzia Marek Wojaczek daje sygnał do walki, stadion szaleje, akcesoria klubowe są jaskrawo widoczne i kłują w oczy, atmosfera na trybunach od początku sięga zenitu. Sektor gości jest kroplą w oceanie. Zespoły walczą i jadą „łeb w łeb“. Rafał Szombierski pada pod bandą na drugim łuku i nie podnosi się, za późno sygnalizuje sędzia przerwanie wyścigu, obsypany żużlem rybniczanin wstaje i dostaje czerwoną kartkę. Szok, fani wpadają w furię, lecą „fucki“ na lewo i prawo, słońce zachodzi, lecz na stadionie robi się gorąco jak w piekle. Raz na wozie, raz pod wozem. Sędzia obrywa najgorsze kalumnie. Ch… kur…złodzieje… Dzieci słuchają, niebiosa nie grzmią, kibole wpadają w trans.

Gospodarze nie żałują wody na tor, „Anioły“ protestują. Mamy przerwy, mamy jazdy. Mamy gwizdy i harmider straszny, czym to się zakończy? Szanse włókniarzy maleją na odrobienie straty. Nadzieja umiera ostatnia, „Lew“ Holta odzyskuje swój wigor, jednak czerwona kartka „Szuminy“ odbija się czkawką na trybunach i u sędziego chyba także. Żółć byłaby może bez zgagi. Kartka ustawiła trochę mecz i robi się duszno.

I nagle staje się cud w ostatnim wyścigu, oto Rune Holta z Tomaszem Gollobem mają groźną kolizję i leżą na torze długo, wyjeżdżają ambulanse, wyciągają nosze. Gollob zostaje wykluczony i na starcie pojawiają się: młody „kangur“ Darcy Ward, szalejący Australijczyk oraz nieobliczalny Holta z Duńczykiem Michaelem Jepsenem Jensenem. Gospodarze jadą na 5:1 a wynik jest 44:40 dla częstochowian. Kibice padają sobie w objęcia, euforia niesamowita i nagle motocykl Norwega cichnie, i już nie jedzie dalej… Straszliwy pech. A ta niepokorna, szatańska, żużlowa dusza Ward wygrywa!!! Cisza bywa czasem zbawieniem ale też potrafi być pogrzebem.

Epilog. Cichnie stadion, kocioł gaśnie. Jest badanie motocykli, pada podejrzenie czy aby Ward był trzeźwy. Nie sprawdzono. Poszalał następnego dnia w lidze angielskiej na piekielnie trudnym torze. Darcy jest talentem brylantem. Włókniarz oprotestował wynik meczu. W drugim półfinale Ekstraligi Falubaz Zielona Góra ograł Unię Tarnów i o złoto powalczy z Unibaxem, natomiast o brązowy medal jadą Częstochowa z Tarnowem pod egidą częstochowianina Marka Cieślaka. Włókniarze polubią chyba brąz.

Wyjeżdżam gęsiego spod dramatycznej Jasnej Góry, gdzie cuda zdarzają się czasami, a stojący w tasiemcowym korku taksówkarz mówi do mnie: „redaktorze takich „jaj“ to dawno nie widziałem“. I ja też. Hm, bo do tanga trzeba dwojga. Jak mówi łacińska sentencja „Kropla szczęścia znaczy więcej od beczki mądrości“. Mecz zawierał w sobie: radość, żal, gniew, chamstwo, jazdy na krawędzi i… wspomnienie o pojedynkach, gdzie fair play było niemal religią. Gdzie nam ten czas uciekł, gdzie?! Uciekł jak ten szalony Ward.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s