Oczy wysychają z łez

“Sztuka mądrości polega na tym, by wiedzieć, co należy przeoczyć”… Można to stwierdzenia filozoficzne dopasowywać na różne sposoby. Przytaczam i namawiam do refleksji. Czasem trudno przeoczyć perfidnie. Tak, tak…Żużlowy świat pędzi jak oszalały, lecz  człowiek nie jest w stanie pokonać swojego organizmu, losu, przypadku. Zawodnicy padają, uderzają w bandy, łamią kończyny i szybko składani przez chirurgów wyjeżdżają na tor. Jakby nie było przeszkód w walce z żywiołem kariery, która nie daje odpocząć jeśli tylko się chce albo musi. Musi?

O startach w kilku ligach piszę często i walę głową w mur. Ktoś powiedział, że taki jest ten sport, który wymusza zabezpieczenie na emerytalne lata bez jazd. W tym szaleństwie musi być jednak rozwaga. Kto dba o bezpieczeństwo zawodników, jeśli pozwala się na wszystko i kontraktują starty na lewo i prawo? Na pewno nie żadna federacja motorowa i właściwe organy powołane do kontroli żużlowego życia. Zawodnicy rozjeżdżają się jak chcą i dochodzi do absurdów, bo starty od Władywostoku po Ipswich czy Kumlę a po drodze w Rzeszowie albo Gorzowie wymagają kondycji żelaznej. I jeszcze udział elity w serialu Grand Prix. Australijczyk Jason Crump sponsorowany przez agresywnego Red Bulla łamie obojczyk na Dalekim Wschodzie i operowany przez specjalistów w klinice w Genewie wsiada na motocykl. Pędzi ale czy musi? Jak rozdzielić rozsądek od ambicji? Wyścig po mistrzostwo świata w serialu wymusza tricki kliniczne, aczkolwie wszystko moim zdaniem zależy od zawodnika, od jego woli i samopoczucia, bo może oszukać nawet lekarzy jeśli oczywiście przypadek zdrowotny nie jest ewidentnie czytelny. Jeśli noga złamana wtedy koniec. Nie wiem jaka tajemnica tkwi w żużlowych obojczykach, które jeszcze nie tak dawno znajdywały cudotwórcę w angielskim Ipswich. Z biegiem czasu specjaliści rozmnożyli się, choć bywają przypadki beznadziejne, które nie mają rozwiązań siłowych, wbrew naturze.

Jarosław Hampel leczy kontuzję nogi i wypadł z cyklu Grand Prix, kontuzja okazała się przykra i trudna do szybkiego wyleczenia. Trwa żmudna rehabilitacja, straciliśmy kandydata na mistrza świata a macierzysty klub Unia Leszno bogato punktującego zawodnika. Wielki pech. Czy Jarosław Hampel z ksywą “ Mały” mógł być mistrzem świata i czy może być wielki? W tym sezonie nie. Wicemistrz świata, brązowy medalista  znalazł się w bardzo pechowej sytuacji. To, że nie może bronić tego co już zdobył i walczyć o upragnione złoto zależy od serialu, który wyklucza przypadki czyli eliminuje los a właściwie kastruje istotę sportu jaką jest niespodzianka. Gdybam. A zatem jeśli mielibyśmy jednodniowy finał jesienią Hampel mógłby być mistrzem świata? W przypadkach serialu GP od 1995 roku mamy inny podział ról i… czym więcej turniejów jak pieją pochlebcy Grand Prix tym lepiej. Byle do przodu, a gdzie sens?

Mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie i gdyby ktoś wpadł na pomysł żeby zrobić dwa finały albo trzy w chodzie na 50 kilometrów mielibyśmy “sprawiedliwość” albo hiszpańską corridę czy wręcz taki show kiedy szaleńcy prowokują na uliczkach Sewilli rozjuszone byki.

Jestem dozgonnym zwolennikiem jednodniowego finału mistrzostw świata na żużlu i wielkiej niespodzianki, która “ szczypie” kibiców w każdym sporcie. To jest clou sportu, magnetyzm chwili a oczekiwanie na ten jedyny finał wybudza szlachetne piękno. I co tam wielokrotność biegania na setkę. Właśnie ten jednorazowy finał, bieg, wyścig, mecz jest szczytem, który wyzwala w nas niesamowite emocje, budzi wyobraźnię, podrażnia zmysły i potęguje adrenalinę na maksa. Kochmy takie momenty i zostają w nas na zawsze. Londyńskie igrzyska, obrazki wzruszeń, dramaty i wyzwolenie radości. Szczęście powielane na ekranach w milionach domów i podziwiane przez cały świat.  Sportowe zwycięstwa i porażki. Lata ciężkich przygotowań i nagły pech. Mamy w żużlu inne rozdanie kart. Niby sprawiedliwe, niby… Czy tak?

Kiedy piszę te słowa słucham w radiowej “ Jedynce” sportowej dyskusji bardzo ciekawej jak zwykle na temat hymnów, flag, podium i wzruszeń bohaterów aren. Mówi się o łzach, że “coraz ich niestety mniej”. Dlaczego? Dyskutuje się na temat naturalizowania sportowców i więzi patriotycznych z danym krajem a miejscem urodzenia. Bo czy może się wzruszyć np. Norweg z polskim paszportem kiedy grają hymn, którego słów niestety on nie zna.  A więc jest problem obywateli świata, którzy bardziej znają swoje finansowe konta, niż miejsca urodzeń i “przyszyte” państwa, które ich pozyskały do zwycięstw. Z jednej strony mamy konglomerat sportowego tygla, z drugiej patriotyzm kibiców, którzy wolą jak gole strzelają prawdziwi ich rodacy. Prawdziwi…

Dopóki walczysz , jesteś zwycięzcą.

Jak ten świat zmienia się, jak wiruje i jak wyglądają dziś reprezentacje narodowe w palecie koloru skóry, jak kombinowane są drużyny klubowe z celem globalnym, zwyciężyć za wszelką cenę. Gdzieś ginie przywiązanie do barw klubowych, narodowych i liczy się tylko wysokość kontraktów. A bywa ona horrendalna i niewspółmierna do pracy i do wielkości gwiazd. I dlatego oczy na podium wysychają, już nie ma takiej obfitości łez, ujmującego wzruszenia i ręki na sercu kiedy grają hymn państwa, które teraz XYZ reprezentuje a nie tego kraju, gdzie urodziły się multimilionerskie gwiazdy. Na szczęście w domach przed ekranami TV nadal mamy łzy jak deszcz i chusteczek nie brakuje.

Czy chciałbym sportowego szczęścia niespodziewanego, zaskakującego i niezapomnianego? O tak i to bardzo, ze szczerym wzruszeniem i potokiem łez.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s