Trzęsienie toru w gorzowskiej GP

on

Szczęściu trzeba pomóc, los bywa przewrotny. Slogany? Jarosław Hampel odniósł kontuzję w GP i pauzuje, w jego miejsce skierowano na tor Słowaka Martina Vaculika.

„Dzikie karty“ mają swoje przeznaczenie, są jak losy na loterii. Słynny piłkarski trener Kazimierz Górski mawiał, że szczęście można mieć na loterii, na boisku trzeba umieć grać, tam nie nie doczekasz się szczęścia. Prawdy życiowe są jak slogany, trwają, powtarzane umacniają nasze przekonanie o tym, że życie jest zagadką do końca. A sport jest jak życie czyli też zagadką, niespodzianką, które czynią wydarzenia jakże nieprzewidywalnymi. Pięknie? Pięknie i prawdziwie.
To co się stało podczas serialu Grand Prix w Gorzowie można w pewnym sensie nazwać przełomem i jeśli ten fakt nie ocuci żużlowej centrali międzynarodowej dalej będziemy tkwić w maraźmie i zadawać sobie pytanie jak wypadnie angielska miernota Harris. Anglicy mają regres żużla i na półfinał drużynowych mistrzostw świata w King‘s Lynn wstawili do składu właśnie Harrisa, bo nie mają kogo. To świadczy o ogromnym kryzysie angielskiego speedway’a, który rzutuje także na cały ten sport.
Odjeżdżam jednak od Wysp Brytyjskich i jesteśmy przy gorzowskiej sensacji. Otóż 22 – letni fighter ze słowackiej Żarnovicy Martin Vaculik wywinął rzadkiej urody numer jaki mu podsunął los. Wykorzystał szansę jak mało kto i wygrał turniej. Sympatyczny Słowak jeździ odważnie, mocno, nie boi się wjechać tam, gdzie ini przymykają gaz. Nie jest przy tym szatanem, wie co robi, bo „tłucze“ się na żużlu już od dawna a polska liga jest na takie lekcje wymarzona. Ostatnio w duńskim Holsted uczestniczył razem z mistrzem świata Amerykaninem Gregiem Hancockiem w karambolu, na szczęście nie stało się nic groźnego, choć wyglądało strasznie. Vaculik jeździ w tarnowskiej Unii pod wodzą Marka Cieślaka, zespoł lideruje, ma ponadto w zespole wspomnianego Hancocka. Wyrasta zatem Słowak w dobrym towarzystwie i jeśli będzie mu sprzyjał zdrowotny łut szczęścia jest w stanie wjechać na nie jedno podium. Słowacja nie ma większych tradycji żużlowych, można cieszyć się, że dorobiła się klasowego zawodnika, bo proszę mi wierzyć Martin z Żarnovicy nie jest efemerydą, potrafi dużo, jest typem zawodnika, który może być słowackim Gollobem.
Drugi w Gorzowie był Australijczyk Chris Holder, który wyrasta na lidera „Kangurów“. choć przecież „ szef“ Jason Crump nie spuszcza z tonu.
Trzeci w Gorzowie był 17 – letni Bartosz Zmarzlik, wychowanek miejscowej Stali, sukcesor tamtejszej kuźni żużlowej, której asem był Edward Jancarz. I zobaczcie jak stylowo jeździ ten chłopak, jak ładnie prowadzi motocykl. Podobny styl prezentuje Piotr Świst i kiedyś gdy ten zawodnik jako małolat zaczynał karierę, przed wyjazdem na mecze do Anglii sam „Eddy“ powiedział mi na ucho: „ Jest talent i jeździ tak jak ja“… Rzeczywiście jak się przyjrzeć sylwetkom, można mieć jancarzowe złudzenia. Bartosz Zmarzlik ma talent i serce do jazdy, musi jednak jeszcze dużo się uczyć, „obtłuc“ między rutyną a fantazją. Czas pokaże jak potoczy się kariera Bartosza, nie można zmarnować tego talentu na miarę gorzowskich tradycji.
Podium w Gorzowie dowodzi, że w przestrzeni serialu Grand Prix muszą wreszcie zajść zmiany. Kibice przychodzą na aktorów, na bój ambicji. Outsiderów nie chce nikt oglądać za żadne pieniądze. Czyli co?
Proszę pomyśleć, gdyby każdy turniej miał właściwą obsadę oglądalibyśmy jazdy najwyższej rangi, bez brzydkich tyłów. Od lat młócę, że turieje sztywno zaplanowane kadrowo nie spełniają oczekiwań i w przekroju sezonu taka polityka kończy się fiaskiem.
W Gorzowie powiał nowy wiatr, przez śmiałą decyzję wypuszczenia na tor Zmarzlika, zaś przykry pech i kontuzja Jarka Hampela dała szansę Vaculikowi. Jak to się skończyło można było zobaczyć, mieliśmy świetny spektakl i wjazd młodzieży na podium. Zmiana pokoleniowa jest czymś normalnym, natomiast blokowana na siłę jest absurdem.
W historii żużla znamy wjazdy młodych na podium mistrzostw świata, otóż był małolatem gorzowianin z urodzenia Zenon Plech, gdy stanął na podium IMŚ w Chorzowie, zabłysnęła gwiazda Edwarda Jancarza w Goeteborgu w finale/ podium/ IMŚ. Jechali odważnie i z fantazją i nikt nie stopował ich mocy młodości.
W serialu GP jest teraz przerwa na drużynowe potyczki w których Polacy bronią złotego medalu. Będzie ciężko ale mają doświadczenie, bo poprzednio złoto nie spadało z nieba, padali i podnosili się, i wygrywali szatańsko. Na razie zaczynają w Bydgoszczy od półfinału i mają obok siebie Duńczyków, Rosjan i Amerykanów. Marka dwóch pierwszych teamów jest znana, Amerykanie to echo tradycji kowbojów żużlowych i nie wiadomo, czy wspomoże ich poobijany Greg Hancock. Zwycięzca wjeżdża do finału, drugi zespoł uczestniczy w barażu. Trzeba wygrać, nie kalkulować co byłoby gdyby Marek Cieślak miał wąsy. W tym sezonie drużyny składają się tylko z czterech zawodników i nie ma dyskusji, trzeba więc jechać na maksa od pierwszego wyścigu. Cieślak wódz polskiej reprezentacji wybrał team w którym znaleźli się Tomasz Gollob, Grzegorz Walasek, Maciej Janowski i Janusz Kołodziej. Gollob zna bydgoski tor jak swoje konto, Walasek tam jeździł, dwaj ostatni są w Unii Tarnów, gdzie trenuje Cieślak. Tak wygląda reprezentacja na dziś, a po pierwszej niedzieli lipca będzie wiadomo, co dalej. A zatem czekamy na letni teatr najlepszych drużyn i jazdy po medale. Heja w te upały nad upałami.

(Felieton ten można przeczytać również w bieżącym „Tygodniku Żużlowym“).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s