Szybka śmierć, długie pamiętanie “Rico”

on

Wróciłem z Pragi do Katowic wieczorem, po turnieju Grand Prix. Włączyłem tradycyjnie ulubione radio i ta wiadomość uderzyła we mnie jak piorun. Usiadłem zmęczony po podróży na krześle niemal spraliżowany. LEE RICHARDSON nie żyje. Straszna wiadomość. Po chwili otworzyłem szafę, gdzie wiszą moje krawaty i odszukałem granatowy z napisem John Davis. Dlaczego? Bo John, którego znam, wielokrotny reprezentant Anglii był pierwszym mentorem Lee. Obaj stanowili zgrany duet i kojarzyli mi się zawsze z sobą. Dramat sportowej rodziny Richardsonów. TRAGEDIA. Mistrza świata juniorów pamiętam ze startów w Częstochowie, teraz jeździł w ekipie rzeszowskiej Marmy i tam na stadionie palą się znicze na cześć 33 – letniego Lee Stewarta Richardsona.

Pochodził z bardzo usportowionej rodziny, dziadek był piłkarzem, ciotka koszykarką, wujek bokserem. Ojciec Colin startował na torach żużlowych, wujek Stephen “ Steve” Weatherley uczestniczył w 1979 roku w karambolu na torze londyńskiego Hackney z Vickiem Hardingiem. Ten drugi miał 26 lat i zginął a “ Steve” został sparaliżowany i skazany na wózek inwalidzki ale kiedy zapytano go czy raz jeszcze wybrałby ten sport, odpowiedział “yes”. Matka Lee pracowała w sportowym kanale brytyjskiej telewizji Screen Sport. Czy wobec tego Lee “Rico” mógł w takiej rodzinie zlekceważyć sport?

Urodził się w pamiętnym 1979 roku w Hastings we wschodzniej cześci hrabstwa Essex, kiedy finał indywidualny mistrzostw świata rozegrany został na Stadionie Śląskim w Chorzowie i wygrał Nowozelandczyk Ivan Mauger a wicemistrzem świata został Zenon Plech. Polak startował w barwach Hackney w Londynie, na Vic Stadium gdzie doszło do makabrycznego karambolu, kiedy jeden zawodnik zginał a drugi został sparaliżowany. Co za splot okoliczności, dziś  do mnie to wszystko raz jeszcze dociera.

Wspominam Hackney we wschodniej cześci Londynu; jeździł tam nie tylko Plech, zaliczył tam niezwykle udany debiut Roman Jankowski, podobnie jak i Czech Antonin Kasper. Wiecie co? Siedziałem na stadionie Marketa w Pradze w nowootwartym saloniku pamięci Kaspera jr., który w wyniku choroby nowotworowej odszedł z tego świata w młodym wieku. Kłębowisko myśli smutnych jak ponura noc.

Od małego wyrastał Lee w atmosferze kultu sportu i od razu pokochał speedway. Chciał zostać mistrzem świata. W 1999 roku był w Vojens najlepszym juniorem świata. Obok stał wspomniany John Davis i ojciec Colin. Kariera nie była usłana różami, starty w serialu Grand Prix, upadki, defekty, pamiętam jak mi doniesiono, że Lee ma problemy ze zdrowiem, uporał się jednak z losem. Ogromny wpływ na niego miał John Davis.

“ Rico” cieszył się udaną rodziną: żona Emma, trzech synów – Josh, Jake i Jenson. Ich ojciec ginie we Wrocławiu. Początek meczu/ trzeci wyścig/ i Richardson po starcie w tłoku na pierwszym wirażu wylatuje jak z katapulty i uderza klatką piersiową w bandę bez pneumatycznej ochrony. Przebite płuco żebrem, lekarze przy silnym krwotoku nie dają rady i Lee umiera w szpitalu. Szok. W świat leci straszne info.

CIOS w środowisko okrutny, w Polsce trwają inne mecze. W pobliskim Gorzowie derby Ziemi Lubuskiej, kontynuowane nie wiadomo po co, wreszcie przerwane, potem burdy kiboli z Zielonej Góry i policja musi ostro interweniować.

WSTYD! Jeden, że mecz nie został od razu przerwany, co było logiczne wobec tragicznej wiadomości z Wrocławia, drugi, że kibice zaślepieni w swoim amoku wojują na całego. Nie dociera do tego chamstwa, że zdarzyła się tragedia, więc to nie są kibice, nie mają ani deka przyzwoitości, zwykłej ludzkiej, toteż myślę, że dla nich nie powinno być już miejsca na stadionie. Czekam na drastyczne decyzje, przykładowe, by wyeliminować tego typu zjawisko, które było w żużlu rzadkością a teraz staje się seryjnym incydentem. W ubiegłym roku zginął w Zielonej Górze kibic w wyniku nieszczęśliwego przypadku. Za mało?! Jest wina, powinny być szybkie kary.

Prokurator bada okoliczności tragedii we Wrocławiu, nurtuje mnie myśl, czy wszystko odbyło się tak jak należy. W takich przypadkach decydują przecież sekundy.

LEE STEWART RICHARDSON okrył wielkim smutkiem cały żużlowy świat, rozpaczają jego fani. Był ojcem rodziny przykładnym, zawodnikiem upartym, któremu nie zawsze było z góry. Chciał być coraz lepszym. Los chciał jednak inaczej.

Wypadek wyglądał niewinnie, choć był groźny w tym katapultowaniu w bandę. Nie raz, nie dwa, ba, setki razy oglądaliśmy incydenty o wiele groźniejsze, które zapierały dech w piersiach, wstrzymywały akcje serca albo odwrotnie. Muszę powiedzieć, że tak się dzieje często, że wypadki na żużlu wyglądające makabrycznie nie zostawiają na uczestnikach śladów, a są niestety i takie, które pokutują tragedią na całe życie i zawodnicy zostają przykuci do wózków inwalidzkich. W tym kontekście oszczędzę przykładów, dość w tej chwili przykrych myśli, zadumy nad karierami, ryzykiem i niebezpieczeństwem jakie grozi na każdym wirażu. Nie tak dawno wydałem ksiażkę pt. “Szybkość nie wybacza nikomu”. Tytuł znamienny w sytuacji do jakiej doszło we Wrocławiu, gdzie zginął Lee  “Rico” Richardson. Skromny zawodnik, ujmujący człowiek który nie był twardzielem, był dla mnie nieco melancholijny i “dżentelmenem na torze,” jak powiedział jego przyjaciel Australijczyk Jason Crump.

Wyobrażam sobie rozmiar rozpaczy w rodzinie Richardsonów. Tragiczna wiadomość z Polski spadła na Wyspy Brytyjskie i nie tylko tam, jak grom z jasnego nieba. Poraziła okrutnie i zostawiła żal trudny do opanowania. Ocean szczerych łez.

Czy tak musiało być jest pytaniem notorycznym w takich sytuacjach, bo każda śmierć bywa nieodgadniona do końca i pozostawia ogromny smutek.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s