Kogo kasa, tego władza

Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Po kolei. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych prezesi polskich klubów żużlowych wywindowali stawki dla zawodników powiało w Europie niezrozumiałym Eldorado z którego warto skorzystać. Zaszumiało od Zielonej Góry po Rybnik. Zbigniew Morawski urzadzał festiwale rzadkiej urody i finansów zarazem, podobnie Roman Niemyjski w Rybniku hołubił drużynę nieprzeciętnie, zwłaszcza „ Egona“, czyli Eugeniusza Skupienia. Wszystko trwa jednak do czasu skoro przerysowuje się sytuacje i żyje ponad stan. Czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs w Goeteborgu w 1991 roku, gdy usłyszał na konferencji prasowej w kulisach stadionu Ullevi, że ówczesny prezes Morawskiego Zielona Góra chce zorganizować rewanż za finał indywidualnych MŚ, gdzie wygrał z kompletem punktów Duńczyk Jan O. Pedersen i nagrodą główną ma być 100 tysięcy dolarów, kręcił głową i pytał mnie uporczywie kto zacz ten gość i nie bardzo wierzył, że ma takie pieniądze z runa leśnego. Do rewanżu nie doszło, Morawski jako klub urządzał ligowe spotkania w aurze festynu, który kibice akceptowali, to było nie tylko coś nowego ale też ekscytującego przyjemnie. Prezesi z Zielonej Góry i Rybnika wydzierali sobie niemal z rąk mistrza świata oferując mu pokaźne pieniądze. Kursowała wysoka stawka za punkt. JOP odniósł potem kontuzję eliminującą go ze sportu, w każdym razie pokłosie polskiego Eldorado poleciało w świat a ten świat kupił natychmiast dobrodziejstwa nuworyszy o których dziś jest już głucho. Pozostały tylko legendy opowiadane przy piwie jak to wtedy bywało i już nie wróci, gdyż takie zdarzenia bywają zazwyczaj jednorazowe.

Co wtedy zostało posiane wyrastało przez lata, mimo, że prezesi płakali po każdym sezonie jak bobry, by po kolejnym otarcu łez na nowo zawierać lukratywne kontrakty i wcale guru zawodniczych polis nie był solidny Duńczyk Hans Nielsen. Za hasłem, że w polskiej lidze pieniądze leżą na torach i trzeba je tylko zbierać, żeby ich wiatr nie zdmuchnął pomknęli zawodnicy z górnej i niższych półek.

I tak jest do dziś, choć premier zapowiada kryzysowe rozwiązania. Można lansować tezę, że dziś kroi się już inaczej kontrakty, bardziej ostrożniej, lecz by zadowolić nie tylko kibiców ale i lokalnych decydentów i oferować igrzyska klasy lux trzeba montować zespoły z gwiazdami. A gwiazdy potrafią kaprysić.

Tauron Unia Tarnów zrobiła precedens i złożyła w kancelarii adwokackiej pozew w  sprawie odszkodowania jakiego się domaga w kwocie ogromnych euro od Sebastiana Ułamka i Krzysztofa Kasprzaka. Menedżer Ułamka ripostuje i tyle, bo co mu innego pozostaje. Nic. Rzeczywiście obaj zawodnicy nie spełniali oczekiwań klubowych mocodawców. Unia kołysała się niebezpiecznie, wyszła jednak na prostą i montuje elektryzujący team dream.

Czy żądanie odszkodowania przez klub jest idiotyzmem?

Patrzę inaczej na problem. Podobno klub zalega zawodnikom z wypłatami, co jest polską normą, tak się dzieje powszechnie. Budżety nie mają zazwyczaj pokrycia pod zawierane kontrakty i funkcjonuje pojęcie „ jakoś będzie“. Tradycja obrosła przez lata rozwoju polskiego żużla w klubowych kantorach. Jakoś będzie i zobaczymy. A jak nie zobaczymy? No właśnie! Wtedy mamy numery zalegania z wypłatami. To jeden problem. Drugim jest dostrzeganie lekceważenia obowiązków przez zawodników. Na  giełdzie kulis klubowego życia funkcjonują różne opinie o zawodnikach. Jedni mają etykietę solidnych, inni kapryśnych finansowo i mających monety w oczach. Mówi się przecież, że jeśli zawodnikówi X poda się rękę, to potem brakuje już dwóch palców albo i więcej. Krążą różne wersje i nie ma „świętych“ w sporcie, którym teraz na polskim podwórku zarządzać będzie gwiazda Platformy Obywatelskiej bardzo medialna Joanna Mucha. Gratulacje dla nowej minister!

Ad rem. No to jak, czy tarnowski klub ma rację? Powiało precedensem. Koszykarska elita  NBA ma lokaut. Kiedyś przed laty mój znajomy, zagorzały kibic Ostrovii, twierdził wszem i wobec, że polskiej lidze potrzebny jest właśnie lokaut. Zacznijmy więc od nowa, bo w głowie się kręci. A kto winien? Kto winien temu, że zawodnik nie chce walczyć o mistrzostwo świata, tylko wybiera ligową młóckę i gwarantowaną kasę, bez brudzenia kevlaru w serialu Grand Prix. Przerażają mnie takie wybory, o których dawniej nie śniło się walczakom typu Edward Jancarz czy Zenon Plech. Inny czas, inne charaktery.

Na rynku żużlowym była kiedyś autorytatywna Główna Komisja Sportu Żużlowego PZM. Teraz kompetencje rozmywają się pomiędzy Ekstraligową Spółkę, Giekażet i  Witkowski PZM. Duże sprawy trzyma ten trzeci decydent. Nie ma zgodności klubowej i jest problem jak ujarzmić rozkapryszone towarzystwo, rozpuszczane konsekwentnie przez lata. Jakoś trzeba tę „ żabę“ zjeść!

I trudno przewidzieć jak potoczy się roszczeniowa sprawa Ułamka i Kasprzaka jr. Mamy niewątpliwie novum na żużlowym rynku w wymiarze światowym. Na pewno zawodnicy mają co myśleć i adwokaci do załatwienia.

Kończy się era tete a tete w gabinetach, kończy się era udawania i zaczyna czas traktowania obopólnych obowiązków /gdzie niegdzie już jest/ wedle litery prawa. No i chyba honoru. Kluby muszą wypełniać obowiązki pracodawców z należytą atencją, natomiast zawodnicy spełniać zapisane wymogi zarówno wobec mocodawców, jak i kibiców, którzy wiedzą czasami więcej co i gdzie skrzeczy, niż przemądrzałe zarządy. Oszukane sytuacje w życiu i na torze mszczą się okrutnie. Zawsze.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s