Bądź silny jak kangur

Niezwykły profesjonalista, perfekcyjny w parkingu, rodzinny, doświadczony jako zawodnik i człowiek. Tak mówił o nim były szef światowego żużla, znakomity działacz formatu międzynarodowego, nieżyjący już niestety Władysław Pietrzak. Takich ludzi potrzebuje speedway, kontynuował były dyrektor Biura Sportu Pezetmotu, który z Leighiem Adamsem znał się dobrze. Zapoznał mnie z Australijczykiem na dobre mój przyjaciel, naczelny redaktor londyńskiej “Speedway Star”, Richard Clark. Richi uwielbia irladzkie piwo, ja też, wypiliśmy kiedyś przed Grand Prix w Bydgoszczy po pincie ciemnego piwa rodem z Dublina w towarzystwie Australijczyków.

Adams znał sport. Przyleciał do Europy i szybko zaistniał jako zawodnik punktujący. Liga brytyjska była jego uniwersytetem, inne dostarczycielem kasy, w tym polska klubowa rzeczywistość. Leigh nie lubił zmieniać klubów jak rękawiczki, był solidnym zawodnikiem, przyzwyczajał się do realiów a klubowi władcy do niego. Tak było w Lesznie, gdzie startował w Unii na dobre i na złe. Zdobywał z tym klubem mistrzostwa Polski, z drużyną Australii złote medale mistrzostw świata, sam był wybitnym solistą, ma na koncie brązowy i srebrny medal mistrzostw świata. Nie dane mu było zostać mistrzem świata, wyręczał go rodak Jason Crump. Tak to bywa. Kiedy w serialu Grand Prix Adams wygrywał koledzy jakby cieszyli się razem z nim; rzadkie przypadki, podobnie dostrzegam, gdy na podium staje Amerykanin Greg Hancock. W czym rzecz? Prostota i przystępność, normalność zawodników zyskują im sympatię. Zazdrość zostaje na boku, jest sportowa złość, to coś innego. Leigh znał tor Unii Leszno jak własne konto. Wygrywał w GP, zwyciężał w lidze, był wzorem jak zdobywać punkty, toteż porównuję go do takich ligowych asów, jak chociażby wspomniany Hancock, czy legendarny już “zegarek” Duńczyk Hans Nielsen. Ten miał dopiero regularność godną podziwu. Adams także, taki zwykły wyrobnik urodzony w australijskiej Mildurze czterdzieści lat temu, podziwiany za swój żużlowy fach.Dobry kumpel na torze i poza nim.

Przeglądam internetową pocztę i natrafiam na facebooku na post najlepszego fotoreportera żużlowego Mike Patricka ze wspomnianej “ Speedway Star”. Mike pisze zrozpaczony o fatalnym wypadku w Australii po którym Leigh Adams doznał potężnych obrażeń ciała.  Trenował  przed motocyklowym rajdem Finkle Desert Race. W Alice Springs jego Honda CRF450 R nie powiozła Leigha tam gdzie trzeba. Trzykrotne złamanie kręgosłupa i pięciogodzinne czekanie na powietrzny transport 1500 kilometrów do kliniki w Adelajdzie, gdzie razem z żoną Kylie lekarze ratowali życie zawodnika, który na żużlowym torze nigdy nie miał tak strasznych obrażeń. Wyjątkowe zrządzenie losu, trudno to nazwać pechem, raczej wielką tragedią dla sportu, bo Leigh Adams przyjął nowe wyzwania i chciał pokazać co może  zrobić na motocyklu silniejszym od żużlowego. Nie dał rady, wysłużony kręgosłup nie wytrzymał upadku.

Adams walczy o swój pozasportowy los i cały świat, w tym najbardziej żużlowy liczy na dobre wieści.

Adams w ubiegłym sezonie postanowił zakończyć karierę, turnieje w Anglii, Australii, Lesznie i przyjaciele. Był rodzinnym typem człowieka, jeździł z żoną i dziećmi na zawody, taka swoista wędrówka i mało wygodna tułaczka, ale ten wariant podróżowania, towarzyszenia zawodnikowi na meczach, turniejach od dawna jest rytualnym wręcz sposobem bycia w środowisku. Grillowanie przed zawodami i po, w różnych miejscach Europy, jest sympatycznym sposobem spędzania czasu.

Jakże okrutnym w swoim wymiarze okazał się jednak los w przypadku Adamsa. Oto spełniony niemal zawodnik, o karierze udokumentowanej sukcesami i uznanym autorytecie moralny, sportowym, kiedy już zamknął duży rozdział startowy doznaje urazów niewyobrażalnych. Nachodzi mnie refleksja, nieco zbliżona w formacie, do Roberta Kubicy, który w mało znaczącym rajdzie pakuje się w bandę  i as Formuły – 1 wyeliminowany jest z wyścigów, rehabiltuje się, obrażenia są ogromne i tylko hart ducha zadecyduje o powrocie na tor. Niewątpliwa paralela, może trochę na siłę, lecz coś łączy te wypadki. Adams ma inne zmartwienia, jest sparaliżowany. Ba, zmartwienia…  Nie tak dawno pisałem felieton o dziwnych wypadkach na torach żużlowych i przypadkach poza torami, które zapisały się w kronice dramatów.

Życie przynosi niebagatelne przypadki, sport jest nieprzewidywalny. Bez szczęścia nie ma szczęśliwego życia, kariery. Jedna chwila zamienia normalną codzienność w koszmar. Przynosi nieszczęście. Ogromnie współczuję Leighowi, jego rodzinie w sytuacji jakiej się znaleźli i wierzę, że może ten los nie będzie taki w końcu bezlitosny.

Pamiętam taki kiedyś wieczór w jednej z praskich piwiarni, kiedy siedzieliśmy w gromadzie i był tam Leigh. Miał swoje sposoby odgonienie stresu. Zamurowało mnie, kiedy  przeczytałem post wspomnianego Mike Patricka. Warto wiedzieć, że Adams był zaprzyjaźniony ze “Speedway Star”, cenionym autorytetem.

I jeszcze jedno: potrafił pojechać ostro, nie miałby przecież takich sukcesów, to oczywiste, lecz znany był z jazd fair, widzącym w rywalu, przeciwniku kumpla, z którym po zawodach trzeba pogadać bez przykrości. Rzadka cecha, prawda? Tak. Znał Adams swoje miejsce w szeregu, jednak na tej żużlowej emeryturze chciał jeszcze pokazać w innej dyscyplinie, że potrafi. Co za paskudny i niesprawiedliwy przypadek spowodował  rozdarcie duszy. Serce płacze każdego żużlowca i chce zobaczyć Australijczyka na własnych nogach. Leigh bądź silny jak kangur!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s