Wyrzeczenia nie nagrodzone

Poraził mnie widok na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w Oslo, kiedy resztką sił dobiegły do mety Norweżka Maritt Bjoergen i nasza Justyna Kowalczyk. Mordercze 10 kilometrów klasykiem w mgle, na trudnej trasie, na czele Norweżka i Polka. Trasa z kibicami oraz stadion dopingujący swoje zawodniczki dodawał sił, tempo było szalone i ambicje wygrania za wszelką cenę. I ta jedyna kontra Norwegia… Kiedy niezwykła Maritt dobiegła i wiedziała, że ma złoto padła na śnieg jak rażona. Za 4,1 sek./ 25 metrów/ zrobiła to samo Justyna, runęła na śnieg, ktoś podbiegł z troską i przykrył ją kocem. Dwa ciała na bieli i meta. Mgła jakby dodawała tej scenie  dramatycznej scenografii filmowego horroru. Stadion wiwatujący i jakby zmieszany tą sytuacją, gdzie dwie wielkie zawodniczki biegów narciarskich wypruły z siebie wszystko. Ofiarowały wiele miesięcy wyrzeczeń by scentralizować cały organizm na mistrzostwa, na biegi z medalami zawieszone gdzieś pod niebem. Smarowanie nart  jest sztuką niezwykle ważną, zespoły przygotowują swoje receptury badając precyzyjnie pogodę, lecz nie ma takich mądrych, którzy wiedzą do końca jak położyć smarowidło aby bieg był łatwiejszy i dechy dopasować do śniegu. A śnieg bywa różny.

Jak wysoka jest cena sportowego wyczynu, ile zdrowia wydaje człowiek sobie i milionom kibiców na radość.  Hm, cio z tego zostaje na resztę życia, kiedy już nie biegnie się „w trupa“, ale dla przyjemności, ot tak dla zdrowia. Czy można jeszcze patrzeć na narty?! Nie da się mierzyć na szali utraty zdrowia i ambicji zdobywania medali. Sport nie lubi kalkulacji, jest w sobie niespodziankowy i nieprzewidywalny do końca. Grymas bólu zmienia się szybko w radość podczas wręczania medalu. Łzy wyciska grany hymn narodowy i jak w kalejdoskopie przewijają w głowie godziny, dni i miesiące harówy. Dobrze kiedy marzenie się spełnia, gorzej gdy zły los wyszarpuje cenny medal, niweczy harówkę stracona sekunda albo jakiś odruch, pech. Gorycz porażki mocno boli i człowiek musi na nowo się odbudować, raz jeszcze walczyć, zaplanować wyrzeczenia i myśleć tylko o jednym celu.

Jak to łatwo powiedzieć… jadę po medal. Jak piekielnie trudno zebrać w sobie energię na sukces. Morderczy czas ogołaca życie najlepszych lat z uciech tego świata. Dlatego mam ogromny szacunek dla tych sportów, gdzie nie da się oszukiwać i mamić kibiców. Trzeba pracować i raz jeszcze pracować. To nie jest tak, kiedy piłkarz wstanie lewą nogą i szwarcuje się na boisku, przetrwa półtorej godziny i pójdzie do szatni co najwyżej z gwizdem. Trening czyni mistrza. Praca czyni nie zawsze cuda, lecz bez niej nie ma sukcesów. Hart ducha trzeba pielęgnować ogromny i mieć żelazny charakter. Kochać cele i nie rezygnować z wybranej drogi. Mam zatem szczery szacunek dla zawodniczek i zawodników, którzy poświęcają kawałek życia dla chwil, które przechodzą do historii.

Justyna Kowalczyk i Adam Małysz pokazują czym jest sport, jaką filozofię pracy mieć aby zostać legendarnym.

20 lat czekaliśmy na złoty medal Tomasza Golloba, uciekał ten medal raz po raz i Polak gonił go po żużlowych torach wszędzie. Wierzył, że wreszcie sprawiedliwości stanie się zadość. I tak sie stało jesienią 2010 roku pod niebem Italii. Pierwszy solowy medal na żużlu zdobył /1973/ niespodziewanie Jerzy Szczakiel, który nie wypadł sroce spod ogona, miał jednak w tym dniu fart i nie musiał tyle tyrać po złoto jak Gollob. Bywają i takie sytuacje, iż nie udaje się i tym, co oddali krew, pot i łzy by stanąć na najwyższym stopniu podium.

Taki jest sport, taki jego urok, takie czasem przekleństwo, szaleństwo i radość pod niebiosa, ukojenie i zapłata za bezcenny wysiłek. Dlatego kochamy sport, jego walory, jego nieszczęścia i bezgraniczną satysfakcję.

Zapytała mnie znajoma, czy warto tracić zdrowie dla medali, poświęcić siebie niejednokrotnie by wjechać do historii. Prawdziwy sportowiec nie uznaje takich wątpliwości, ma już w naturze tę walkę, tę hardość ducha by walczyć „w trupa“. Kto nie wytrzymuje tempa, odpada, zostaje a najlepsi uciekają. Outsiderzy zostają pozbawieni szans. Młodość ma swoje prawa? Owszem ma ale i wyzwala szalone ambicję, adrenalinę, chęć pokonywania, wygrywania, uczenia się porażek. Tak, porażki wpisane są w życiorysy sportowe, załamania, bo nikt nie żyje pod kloszem i warunki zewnętrzne mają wpływ na kariery. Ogromny. Otoczenie nagradza i karci zarazem.

Łzy szczęścia mieszają się często z goryczą, bywają słone te łzy… Marzenia nie są do kupienia, do zdobywania. Przyjemnie patrzeć na zaciekłość sportową, gorzej z pechami,  one długo bolą, są jak wirusy, infekują codzienność, zakłócają treningowy rytm.

Pechem bywa CZAS, EPOKA. Kiedy ktoś jest znakomity a trafia na fenomena w innym czasie byłby pierwszy, a tak przegrywa o włos, o sekundę, o metr. Walenie głową o mur jest przykre. Co to jest szczęście w sporcie wiemy i dlatego trzeba go ciągle szukać, a gdy już się pojawi wtedy polukrować. Bez obciachu.

Śnieg w Oslo i na nim meta, taka sobie kreska, bieg narciarski i dwie świetne zawodniczki jak po  ciężkim wypadku leżące obok siebie. Zwyciężczyni i pokonana. Obie dały z siebie wszystko co najlepsze, jednak ktoś musiał wygrać i ktoś przegrać.

Uroda sportu bywa przewrotna i do końca nie wiadomo kto z kim wygra. Jakże jest wspaniale, gdy zarówno zwycięzca, jak i pokonany zyskują powszechny szacunek Bogów.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s