Prosto z Nowego Jorku

Zaraz, zaraz… nie tylko żużlem człowiek żyje. Czasem po sezonie potrzebny jest oddech od metanolu, od zamkniętego obiegu emocji na stadionie. Poleciałem do Nowego Jorku, gdzie w pierwszą niedzielę listopada odbył się Maraton Nowojorski z metą w Central Parku. Skala tego maratonu jest ogromna, tak jak i Nowy Jork, w którym już powoli pachnie świętami o czym przypominają błyskające choinki. W MN z Timexem pobiegło ponad 40 tysięcy ludzi różnych ras, w rozmaitym wieku, kobiet i mężczyzn. Niesamowita impreza z rocznikiem 41 a kibicowałem Przemkowi Babiarzowi z polskiej TV. Trzymał się dzielnie i nie zawiódł swoich sympatyków. Maratony/ 42 km 195 m/ mają swoje miejsce na ziemi i uczestniczą w nich ludzie owładnięci pasją, podróżują, biegną i są szczęśliwi z udziału w takich charyzmatycznych imprezach. Przecinając ulice Manhattanu nie omieszkałem w swoich myślach uwolnić się od speedway’a, choć muszę przyznać, że trudno w takim miejscu penetrować umysł czymś innym, niż to miasto niezwykle inspirujące do wszystkiego co nowe i wspaniałe. W swojej wędrówce po NYC znalazłem się na 44 ulicy, gdzie jest kilka teatrów a duży portret Al Pacino na dachu Broadhurst ściągnął mnie tam natychmiast. Kiedyś Allan Bloom napisał, że Wenecja w szekspirowskim „Kupcu Weneckim“ ma piękno prostytutki Był zimny wieczór i tłum ludzi oczekiwał na przyjazd Al Pacino, który gra w komedii „The Merchant of Venice“, bilety po 350$, choć były i tańsze. Dawno ich nie było, kilka zostało jak już Pacino był na scenie, tłum na ulicy nie doczekał się sławnego aktora, który umiejętnie zmylił wszystkich i nie było jego wejścia po czerwonym dywaniku jaki był przygotowany dla aktorów uwiecznianych przez grupę fotoreporterów. Jeden z nich kiedy dowiedział się, że jestem z Polski chciał popisać się i powiedział mi… „doswidania“. Coś biedakowi z metropolii światowej pomyliło się dokładnie. Pacino przebiegle znalazł się w teatrze, choć atmosfera na ulicy była podgrzewana umiejętnie przez specjalistów od robieni show. Byłem zawiedziony, że nie otarłem się o taką gwiazdę i podreptałem na pobliski Times Square, gdzie reklamy wielkie jak polskie największe domy kłują ostrością kolorów i agresywną grafiką docierania do oglądających. Wyobrażam sobie jak tam wygląda powitanie nowego roku, to musi być niesamowite przeżycie z adrenaliną podsycaną przez te reklamy do zenitu.

cars magazyn

Wschodnie wybrzeże USA nie jest zaszczepione przez taki sport jak speedway, to domena kalifornijskich kilku stadionów Santa Barbara czy Santa Monica. Tam uczyli się pierwszych jazd Scott Autrey, bracia Moranowie, Bruce Penhall, Bobby Schwartz, Sam Ermolenko, Lance King, Rick Miller, John Cook, Dennis Sigalos, Billy Hamill czy Greg Hancock, tak umiejętnie broniący w tej chwili honoru żużlowego USA.  Brian Burford autor biografii Hamilla, świetnie opisuje karierę mistrza świata. Sympatycznego zawodnika… Bardzo. Mającego korzenie irlandzkie. Zawodnicy wychowani na krótkich torach kalifornijskich lecieli zaraz do Anglii gdzie liga była wtedy najmocniejsza i miała wysoki poziom. Zgarniał ich wyga od talentów Colin Pratt w Cradley Heath i umiejętnie szlifował diamenty, a przykładem był celebrytyczny Bruce Penhall, aktor Hollywood, nie takich znów wielkich ról, raczej sitcomowych filmików, lecz niezwykle amerykański w swoim zachowaniu i ambicjach. Jankesi byli mistrzami świata, rządzili tym światkiem pod wodzą Johna Scotta, ascetycznego Anglika, który miał kłopoty bogactwa i zgarniał medale. Dziś żużlowa reprezentacja USA w regresie nie ma siły, a samotny biały żagiel czyli Greg Hancock nie jest w stanie poderwać swoich następców do rywalizacjit takiej jaką fenomenalnie pokazywali widowiskowo wspomniani powyżej zawodnicy. To była wielka Ameryka, ogromna siła i teatr kilku aktorów na torze. Wychowani na krótkich torach kalifornijskich zwisali z motocykli i jechali przed siebie jak wariackie towarzystwo po wypiciu piwa Samuel Adams. Piłem, choć wolę Brooklyn…

Żużlowa ekipa USA przeżywa kryzys i to nie jest dobra sytuacja dla europejskich lig, dla całego środowiska, charyzmatyczni zawodnicy podnosili widowiskowość i można było delektować się ich jazdami. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji władza żużlowa spod znaku FIM powinna zabiegać o usytuowanie dobrej imprezy w Kalifornii typu mistrzostw świata, przecież Barry Briggs i Harry Oakley zorganizowali w Los Angeles /1982/ indywidualny finał mistrzostw świata; na olimpijskim torze położono sztuczną nawierzchnię, sceneria była jak z Dzikiego Zachodu, taka westernowa, wygrał wówczas Penhall, Edward Jancarz był dziewiąty. Rozegrano również drużynowy finał MŚ w Long Beach/ 1985/ a wygrali Duńczycy dwoma punktami przed gospodarzami, Anglikami i Szwedami.

Co z tego zostało? Greg Hancock i wspomnienia szaleńczych jazd w wykonaniu Jankesów. Rozgrywali świetne partie i było co podziwiać, podnosili poziom, pozostali też byli w sztosie, więc finały miały po pięć gwiazdek. Nie będę wnikał ile teraz jest gwiazdek, ale jedno jest pewne, że kryzys USA na żużlowych torach jest widoczny i ambitny do ostatnich metrów Greg Hancock nie jest w stanie zmienić opinii.

Gdy zatem byłem teraz w USA, naszły mnie takie oto refleksje na temat amerykańskiej upadłości speedway’a. A kiedy zobaczyłem Maraton Nowojorski oraz ambicje aż tylu tysięcy ludzi z całego świata zrobiło mi się trochę żal, że nie ma już kowbojów kalifornijskich na żużlu… Bo oni atrakcyjnie rysowali wizerunek tego sportu i tworzyli niezwykle fajne Hollywood na torach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s