Gorzowska hossa i bessa

Legendy mają to do siebie, że trwają i trwają, są do nich dolepiane kolejne, odlepiane także, w sumie historia bywa raz po raz ożywiana, życie weryfikuje dawne dzieje, teraźniejszość dopisuje nowe rozdziały. Gorzów Wlkp. jest miastem, które żyje żużlem nie od dziś, miasto i okolice, tak jak i cała Ziemia Lubuska nie skąpi nam talentów w sporcie, który dynamizuje ten region. Nie tylko sportowo. Gorzowski klub związany przed wielu laty z przemysłem motoryzacyjnym, można tak to określić, był „stajnią“ w której byli  nie tylko utalentowani zawodnicy ale i mechanicy, bo warsztaty Ursusa  miały dobre zaplecze. Miasto nad Wartą było żużlową stolicą a duet Edward Jancarz i Zenon Plech startowali w mistrzostwach świata dostarczając ogromnych emocji i czasami medali. Piękne czasy, drużynowy wielokrotny mistrz Polski, świetne finały indywidualne mistrzostw Polski. Plechowi nie służyło jednak tamtejsze powietrze, więc po dużej  „burzy“ przeniósł się do Gdańska i tam już pozostał. Słynny Eddy został pchnięty nożem w swoim domu przez jego drugą żonę, stadion gorzowski nosi jkego imię. Nie tylko oni byli gwiazdorami miasta nad  Wartą, była wcześniejsza paka z Edmundem Migosiem, Andrzejem Pogorzelskim, potem jeszcze zabłysła gwiazda Bogusława Nowaka mistrza Polski, wychowawcy wielu zawodników z mini toru, Piotr Świst był kreowany jeszcze przez Jancarza na swego następcę ale poza ligowymi punktami nie był w stanie zostać takim drugim Eddym, choć sylwetką do złudzenia przypominał swego mentora. Jerzy Rembas, wiecznie rezerwowy do tandemu Jancarz/ Plech był bliski medalu mistrzostw świata na londyńskim Wembley. Były czasy prezesa Stali Witolda Głowani, który w stolicy wykłócał się skutecznie o gorzowskie racje, potem bywało różnie, nie zawsze świeciło słońce i bywało chmurnie. A co mamy teraz?

Teraz to my mamy prezesa Władysława Komarnickiego, który cierpliwie czeka na sukcesy nawiazujące do tradycji żużlowej miasta, które żużel pokochało od dawna i chyba na zawsze. Znamy się zaocznie, ale nie ukrywam, że na odległość ciekawy gość. Zawziął się na zrobienie stadionu na miarę tych czasów i obiekt będzie. Właściciel firmy budowlanej nie kryje sympatii do żużla w każdej postaci. W klubie jest mistrz świata Tomasz Gollob a jego transfer był spektakularnym ruchem, choć nie przyniósł upragnionego tytułu drużynowego mistrza Polski, co byłoby pięknym nawiązaniem do wspomnianej tradycji Stali. Sam Gollob nie zrobi jednak mistrzostwa, choćby spinał się na wszystkie sposoby, potrzebna jest drużyna. Kiedy teraz znów prezesowi Komarnickiemu nie wyszło powiało smutkiem i absmakiem, zwłaszcza, że zespół z sąsiedztwa, czyli Falubaz Zielona Góra dojechał do finału. Rywalizacja lokalna teamów Ziemi Lubuskiej nabiera raz po raz soczystych obrazów, nie da się wyplenić zakorzenionych antypatii a „święte wojny“ są chwilami niebezpiecznymi widowiskami. Gorzów przełknął  gorzką pigułę porażki i lepsze miejsce rywala zza miedzy. Trudno… i jechać trzeba dalej. Jak będzie?

„Gorzów jest wyposzczony na żużlową elitę“ – mówi prezes Komarnicki, a odpowiada tak w kontekście nowego sezonu, w którym klub i miasto zadebiutują w serialu Grand Prix i to na zakończenie sezonu. Duże wyzwanie dla całego środowiska, nastąpi taka gala finałowa jesienią, a wcześniej baraż i finał drużynowych mistrzostw świata. Trzy imprezy i o ile jesienne Grand Prix nie budzi obaw, to jednak jak oświadcza prezes, przy wyposzczeniu Gorzowa i apetytu na światowy speedway, baraż DMŚ będzie trudnym przedsięwzięciem. Dadzą radę?

Drużynowe rozgrywki nie cieszą się popularnością, dlatego nie ma chętnych na organizację, poza oczywiście Polską, która odnoszę takie wrażenie wzięłaby połowę turniejów Grand Prix, taki jest klubowy apetyt. Dziwne acz prawdziwe. Mam w związku z tym mieszane uczucia, bo wcale mnie nie cieszy taka sytuacja i oblicze mistrzostw świata z silnie polskim tłem.

Gorzów ma zatem trzy poważne imprezy, na karku prezesa Komarnickiego jest jeszcze rehabilitacja ligowa, bo ile można próbować bić się o tytuł i odjeżdżać z pustymi rękami.

Wydaje mi się, że organizacyjnie i sportowo turnieje gorzowianie przełkną bez zgagi, drużynowo jesteśmy faworytami, bronimy tytułu złotego. Swój tor, zresztą w bieżącym sezonie półfinał był próbą sił. Gorzej z ligą, gdyż „ zbrojenia“ na tym froncie wszystkich niemal klubów przeczą teorii braku euro w kasie.Widać ona jest, wyścigi po najlepszych zawodników trwają i podnosi się transferowa cena jak nigdy. Ciekawi mnie jak będzie to wyglądać ostatecznie i w połowie sezonu, kto komu oraz ile będzie zalegać w kasie. Polska liga rządzi się swoistą fantazją i hasłem „ jakoś to będzie“. Obserwuję ten trend o dawna i muszę powiedzieć, że taka partyzantka się udaje, choć nie wszystkim. Udała się  Częstochowie, lecz to wszak „ święte miejsce“. Cuda zdarzają się, acz nie zawsze.

Jestem jednak przy gorzowskim klubie z tradycjami nie do pogardzenia. Sukcesor Komarnicki dąży do celu i podaje na zresetowanym stadionie imprezy z najwyższej półki. Kibice żądają jednak ligowego szczytu, on ich najbardziej satysfakcjonuje, daje odpór falubazowym fanom, którzy w tak pięknym zakątku Polski, jakim jest Ziemia Lubuska, chcą mieć stolicę żużlowych wyczynów. Ambicje nie zawsze podażają za życiowym realem. Prezes Komarnicki nie mówi o bessie, twierdzi, że będzie hossa. Szczęście jest jednak diabelnie przewrotne i nie można go kupić na żadnym bazarze, ani w najdroższym butiku. Ono czasem leży na ulicy, a czasem jest w chmurach.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s